Piękne zielone oczyTekst

Z serii: Klasyka
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Niemcy i śmierć to dobrana para. Wpadliśmy sobie w oko. Miłość od pierwszego wejrzenia.

Stała w swetrze obok łóżka. Jej ciało z zadowoleniem reagowało na ciepło wełny. Wypiła na jeden raz, jak on. Zakrztusiła się. Hauptmann wybuchnął śmiechem, gardłowym, tubalnym i chrapliwym jak jego głos. Miała wrażenie, że jej przełyk płonie. Zaczerpnęła tchu.

Nalał sobie znowu i łyknął duszkiem.

– Wczoraj zabiłem Rosjanina, który na moich oczach zastrzelił kolegę. Wziąłem karabin i chyba z piętnaście razy uderzyłem kolbą w głowę. Wściekłość pozbawia cię kontroli. Czy może być coś gorszego, niż kiedy tuż przy tobie pada towarzysz broni?

Czyżby myślał, że jest po jego stronie? Wszyscy esesmani w lagrach i żołnierze Wehrmachtu sądzili, że poniżeni powinni sobie poczytywać za zaszczyt możliwość docenienia i podziwiania swych oprawców. Był to jedyny odblask wielkości, jaki mógł się im przytrafić, zanim zginą.

Na bluzie hauptmanna lśnił Krzyż Żelazny. Nie wiadomo za co. Hentschel był w Auschwitz­-Birkenau po część łupów; w tych ogromnych magazynach, gdzie znalazło się wszystko, co matka, ojciec, babcie, ciotki, brat i wujowie uważali za niezbędne do życia i co im zrabowano. Tym samym ciążyło na nim to, co będzie ciążyć na Niemczech do końca czasu.

Nalewając sobie po raz czwarty, rzekł:

– Czasem nawet Niemiec zapomina, że jest Niemcem.

Nie wiedziała, dlaczego to powiedział.

– Macie tu kantynę? W niektórych zamtuzach bywają.

– Tutaj nie.

– Zostawię ci kilka marek. Trzydzieści wystarczy?

Spłonęła wstydem tak samo jak wtedy, gdy stanęła przed nim naga.

– Dał mi pan sweter.

Pewien sierżant zostawił jej gumowy termofor.

– No i?

– Nie wolno nam prosić o pieniądze.

– O ile wiem, nie musicie ich odmawiać.

Położył na krześle trzy dziesięciomarkowe banknoty. Było widać, że nie chce jej urazić. Nie powiedział tego, co miał na końcu języka: Kto idzie do kurwy, po trosze sam jest prostytutką. Nie należy tak do tego podchodzić. Ona też nie będzie tu wiecznie. Zwolnią ją albo rozstrzelają. Zbierał się do wyjścia. Już nie musiał robić sobie nadziei.

– Następnym razem przyniosę woreczek prosa. Na pewno burczy ci w brzuchu. Ale sam nie zamierzam gotować.

Była zaskoczona. Znowu powiedział „następnym razem”. Uśmiechnął się i musnął palcem czubek jej nosa. Przyjdzie, gdy tylko będzie to możliwe. Ubrała się prędko.

Dostrzegła, że wiatr ustał. Wypatrywała w chmurach niewidzialnego słońca. Płatki na oknie błyszczały niczym kwiaty.

Opasał się, zapiął klamrę i umocował kaburę z pistoletem. Zauważył, że miała identycznie zmęczone, udręczone oczy jak wtedy, gdy przyszedł. Ile jawnogrzesznic ujrzało już światło dnia? Sufitowe belki były nisko, w zasięgu ręki. Trzymały się mocno. Mógłby przyjechać na Boże Narodzenie.

– Chcesz ze mną świętować Nowy Rok? Wystrzelę przed majątkiem czerwoną racę, znak, że przyjechałem. – Potem zapytał: – Co ty masz w oczach? Nienawiść czy tylko chłód?

Schylił się. Ich twarze znalazły się blisko siebie.

– Nam nie wolno się całować – powtórzyła.

Nagle nie był już tak wspaniały i miły, jak chciał. Powiedział, że chodzi mu nie o to, czego nie wolno, tylko o to, czego chce przez połowę dnia. Nim ochłonął, patrzył na nią przez kilka sekund bardziej jak na kochankę niż kurewkę polową. Nie zorientowała się. Już ponad siedemdziesiąt razy była dziwką, lecz nigdy kochanką. Nie odważyła się odtrącić ręki, którą objął jej szyję, by móc ją pocałować.

– Muszę dołożyć do pieca, żeby nie wygasł – rzekła tylko.

Pocałunki nie sprawiały jej przyjemności. Każdy jego dotyk przypominał, kto jest kim, zetknięcie z wargami było wstrętne. Ruda opowiadała, jak w kabarecie pijani goście przystawiali się do mężczyzn przebranych za kobiety i bywało, że się nie połapali, widząc ich po ciemku nagich. Po siedemdziesięciu przejściach jej kielich, o którym opowiadała madame Kulik, był pełny, lecz nie miała nikogo, komu mogłaby go przekazać. Czuła się jak połyskliwe ryby, które esesmani z Auschwitz­-Birkenau łowili na Harmenzach długą żyłką: mokra i zawczasu martwa. Przed każdym stosunkiem i jakimkolwiek kontaktem cielesnym stawała się zawczasu martwa, by dać do zrozumienia, że robią to nie z nią, tylko z kimś, kogo z niej wyciągnęli jak rybę z wody: ze szklistymi oczami, otwartym pyszczkiem, w który wbity był zakrwawiony haczyk, na poły zdechłą.

W lustrze za plecami hauptmanna zobaczyła swoją twarz, zapadniętą, z pogrubiałymi rysami, w których z trudem rozpoznała siebie. Powinna się cieszyć, że z przeciwka nie patrzy na nią zwierzę; by się przekonać, że wciąż ma własną skórę, a nie zwierzęcą sierść, natychmiast po wyjściu hauptmanna obmaca całe ciało.

Zwlekał. Była już zniecierpliwiona, lecz nie wolno jej było tego okazać. Wyjął z kieszeni papierośnicę, pstryknął zapalniczką i zapalił cienkiego juno. Gdy stanął w rozkroku, znów dostrzegła, że stara się oszczędzać lewą nogę.

– Dobrze się pali – rzekł z zadowoleniem. – Chociaż tyle. Ty ­palisz?

– Nie.

– A próbowałaś?

– Kiedy byłam dzieckiem.

– Chcesz?

– Nie, dziękuję, naprawdę.

Patrzył badawczo na rozżarzoną rurę, jakby widział ją pierwszy raz w życiu. Przypomniawszy coś sobie, uśmiechnął się.

– Nie uwierzysz. Na froncie mamy piecyk z taką samą rurą. Mieszka w niej mysz. Gdy rozpalamy, gdzieś się chowa. Nikt nie wie gdzie. Jak tylko rura się schłodzi, słychać mysie drapanie. To musi być żydowska mysz. Wola życia to za mało. Skulenie się przed żarem też. Musi być sprytna i mieć szczęście, bo inaczej nie przeżyje. Człowiek powinien się uczyć nawet od myszy. – Widział, że poczerwieniała, ale ciągnął dalej: – Podobasz mi się zarumieniona. Jak widzisz, nie mogę się z tobą rozstać. Chciałbym cię zaprosić na piwo do gospody przy stacji. Sprawdzę, czy puszczą cię ze mną. Mają tam czeskie piwo. Powiedz, korespondujesz z kimś?

– Nie.

– Chcesz, żebym w twoim imieniu coś komuś przekazał? Albo kogoś powiadomił?

– Nie, dziękuję. – Spuściła wzrok. Drżała. Dlaczego użył wyrażenia „żydowska mysz”?

Przytknął palec do jej warg. Wzdrygnęła się. Widział u niej lęk, ale nie chcąc go powiększać, nie zareagował. Zadawał sobie pytanie, dlaczego tak bardzo zabiega o względy prostytutki, którą już miał.

– Czy sprzeniewierzyłabyś się czemuś, gdybyś mnie na pożegnanie pocałowała?

Usłuchała go.

Potem powiedział:

– Wszystko to scheissegal. Niech ci szczęście sprzyja. – Wziął swoje żółte futrzane rękawice, długie aż do łokcia. Chyba nie pochodziły z magazynów w Auschwitz-Birkenau. Nagle stał się rozdrażniony. Wciągał rękawice. Czyli nie poda jej ręki? Sądzi, że przesadził z grzecznością i ma o to do siebie pretensje?

Pomyślał, co będzie jutro, pojutrze, każdego kolejnego dnia. Jaki tuzin żołnierzy czeka na tę chudą udręczoną kurewkę, zanim ją zlikwidują. Nie miał wątpliwości, że się zużyje. Żywotność dziwek polowych jest krótsza niż żywotność wojskowego motocykla. Myślał już o swym opancerzonym horchu. Dziś jest tutaj, jutro kto wie gdzie. Taki jest los oficera na wojnie. Życie z godziny na godzinę, z dnia na dzień. Kurwa żyje tak samo.

– Naprawdę jesteś dzieckiem – dodał.

Założył czapkę. Rękawice miał już na rękach.

Wtuliła głowę w ramiona, skurczyła się. Na zewnątrz wszyscy udają dzielnych i wspaniałych, podczas gdy w środku są rozchwiani i mali. Porozumienie między nimi było fałszywe i powierzchowne. Wgłębienia na jego policzkach przypomniały jej, jak był przemarznięty rano. Duchem był już gdzie indziej. Wychodził, jak przyszedł, tyle że nie z zimna do ciepła, lecz z klitki na mróz. Nim zamknął drzwi, odwrócił się (przeraziła się, że czymś ją jeszcze zaskoczy, zadziwi albo co jej zarzuci) i powiedział:

– Masz piękne zielone oczy.

Przylgnęło to do niej. Od wizyty hauptmanna Daniela Auguste’a Hentschela w 232 Ost zaczęto na nią mówić Piękne Zielone Oczy.

W nocy spadł śnieg. Na ziemię spływały czarne płatki. Rano będą białe. Nie wiadomo, jak hauptmann Daniel Auguste Hentschel i jego kuloodporny horch dotarli do jednostki. Śnieg świecił w ciemności. Woda w kadziach już nie rozmarzała. Zaczęło pękać drewno.

Wielka Leopolda Kulik wciągnęła pokaźny haust powietrza do swej jeszcze pokaźniejszej piersi. Twierdziła, że tutejszy zapach nie ma porównania z żadnym innym. Pewnie nawet róże i konwalie pachniałyby tu inaczej niż w domu.

Po porannym apelu spryska wszystko pachnidłem. Z Auschwitz­-Birkenau dostawały to samo, którym członkowie Sonderkommanda spryskiwali komorę gazową i podziemną przebieralnię, aby rozwiać podejrzenia kolejnych grup więźniów.

Lustro mówiło jej: naga wciąż wyglądasz nie najgorzej. Nagość działała na nią hipnotycznie, inspirując do czegoś, czego nie potrafiła określić. Przypomniała sobie, że na Kopernika 19 mieli pawia, który w ogrodzie krzyczał na gości. Kątem oka zauważyła oberführera Schimmelpfeniga.

– Gdzie jest ta nieletnia? – zapytał.

Odgadła natychmiast, że chodzi o Skórkę. Na pewno chciał się dowiedzieć, jak sterylizowali dziewczyny w Auschwitz-Birkenau.

– Czytam ci w myślach – powiedział groźnie.

Wartownicy śpiewali Heilige Nacht, latryna cuchnęła niegaszonym wapnem zmieszanym z wodą i ludzkimi odchodami. W męskich głosach pobrzmiewała tęsknota, to coś lepszego, co w każdym esesmanie wywołuje wspomnienie domu rodzinnego, dzieciństwa, rodziców czy dziadków. Blisko majątku wyły wilki. Niekiedy zrywał się wiatr i ze skowytem akompaniował śpiewowi wartowników.

– Ty płaczesz? – spytała Piękną.

– Ale nie przez to.

Piękna już od trzech dni miała biegunkę.

 

– Myślę o matce – powiedziała.

Zdawało się jej, że od tamtego żołnierza w klitce, który chciał, żeby mu śpiewała, minęło sto lat. W ułamku sekundy ujrzała go, jak ściągał buty.

Można było rozróżnić głosy poszczególnych wartowników, te głębokie i jeszcze głębsze, wysokie i wyższe, zupełnie jakby tu śpiewały dzieci. Czy wspomnienie małego brata było grzechem? Padał śnieg. O piątej rano Ruda i Maria z Poznania pójdą odgarniać zaspy spod latryny.

Dwunastu: Erich Baldur Hoffstangel, Horst Meiner, Albert Bonser, Franz Barlow-Krasinsky, Friedrich Zednick, Egon Klaus Wachenfeld, Bruno Kaiserhoff, Ralf Möhler, Erik Grosser, Manfred Gans, Siegfried Drumm i Wolf Munz.

Widziałem siebie jako dziewczynę polową, która oddaje się za to, co potrzebne do życia, tak jak matka potrzebuje mleka dla swego dziecka, starzec powietrza, a ślepiec światła lub chociaż słuchu i dotyku. Serce ani sumienie nie były mi pomocne, jedynie rozsądek. Używałem swego ciała jak liny, po której chcę się wciągnąć. Jak siły, jaką praczka ma w ramionach, plecach i kolanach, stojąc przy balii od ósmej do drugiej lub trzeciej, jak zaciekłości, jaką musi mieć górnik, gdy skurczony i wygięty kopie węgiel. Przeżyje silny, słabszy ulega. Podziwiałem Skórkę także za to, za co łatwo było nią gardzić. Było w niej coś, co dodawało mi otuchy, a zarazem wzbudzało litość. Nie chciałem, by to wyczuła. Nienawidząc tego, co musiała robić, nie mogłem przestać o tym myśleć.

Tamtego pierwszego piątku oberführer przejrzawszy jej papiery z Auschwitz-Birkenau, rzekł:

– Jak na Feldhure jesteś bardzo nieśmiała.

Jedenastu: Baldur Winter, Wolfgang Werther, Rainer Furchtwangler, Amos Kimmel, Franz Übereither, Lorenz Schönbert­-Berlinsky, Hanke Klein, Adolf Sauckel, Hans Konrad Fritsche, Arnold Bohlen i Gerig Worell.

– Ja też nie chciałam jeść trawy – powiedziała Wielka Leopolda Kulik. Niekiedy mówiła powoli, jakby przepraszająco. Odcień głosu madame sugerował więcej niż słowa, których brzmienie przypominało chrzęst żwiru pod stopami.

Oberführer Schimmelpfenig odgrażał się na apelu, że do 232 Ost sprowadzi Cyganki. Wie, że służą w co najmniej pięciu zamtuzach w Besarabii.

– Nikt nie jest tutaj niezastąpiony.

Po wojnie ktokolwiek mógł na nią splunąć. Skoro zachowanie Niemców było ohydne, to jak ona się zachowywała? Czy bała się czegoś innego poza pytaniem, dlaczego nie stawiała oporu, dlaczego, jak wiele innych, na to pozwoliła? Czy do 232 Ost zgłosiła się dobrowolnie? Płacili im? Czy za stosunek żołnierze musieli wnosić opłatę do wojskowej kasy? Ile? Półtorej marki? Nie miała obaw, że zajdzie w ciążę? Czy sterylizacja była skuteczna? Każdego dnia oceniała własne ciało, lecz nie ciała innych.

– Wiesz, jak to jest – powiedziała mi Skórka we wrześniu po wojnie.

– Nie wiem. I chyba nie chcę wiedzieć – odparłem.

Pogoda nam sprzyjała, już od miesiąca było w Pradze ładnie.

Każdego dnia oceniała własne ciało, jak przedtem, lecz nie ciała innych. Czy wszystko było dla niej nadal dwuznaczne? Wsiąkło w nią jak zapach, który nie znika?

Myślała o tym, jak zabił się tato. Czasem drutami płynął słaby prąd. Mocniejszy podczas deszczu.

– Mam dość – powiedziała Estela. – Ty nie? Byłaś z tym oficerem…?

Przecież wie, z kim była, więc po co pyta?

Mydło było szorstkie: podłużna podwójna kostka do prania z kłującymi ziarnkami piasku. Zmyła z siebie pot, zapach hauptmanna Hentschela i jego wody kolońskiej. Mydło wyśliznęło się kilka razy, łapała je na dnie kadzi. Oberführer powiedział, że żołnierze też go używają.

– Zimno ci? – zapytała Estela.

– Nawet nie – skłamała Skórka.

Czy Estela ma jej za złe, że miała tylko jednego? Musiały się podzielić pozostałymi? Przecież to madame Kulik, a nie ona decyduje, kto pójdzie i z kim. Nie chciała już sobie odtwarzać w myślach każdego słowa hauptmanna.

– Nauczyłam się to odmierzać czasem, a nie liczbą ciał. Ile godzin mi jeszcze zostaje. Tak podczas pracy robią praczki, górnicy czy prządki. Albo dziewczyny, które w piekarni szykują ciasto na chleb.

– Hm.

– Gdyby ktoś był ciekaw, czego się nauczyłam, odpowiedziałabym: kłamstwa i śmierci.

– Jeszcze nie umarłyśmy.

– Dzień w dzień dwanaście razy. Dzisiaj piętnaście. Bolą mnie pachwiny – powiedziała Estela, po czym dodała: – Nie wiem, gdzie jest moja rodzina, co z nimi. Z ojcem, matką i siostrą. Topię to w kłamstwie, tak jak siebie.

Pluskała woda. Teraz Estela nie kłamała. Skórka wytężyła uwagę. Miała przeczucie, dlaczego Estelę wzięło na wynurzenia. Chodziło o coś, czego jedna o drugiej nie chciała wiedzieć.

Spojrzała na nią. W głosie Esteli pobrzmiewało echo, które słyszała też w sobie. Wcześniej Estela nie mówiła o rodzinie. Co było lepsze: wiedzieć, że już nie żyją, czy dręczyć się niepewnością, której echo zasłyszała w szepcie Esteli? Od pierwszego dnia przyjazdu z rodziną do Auschwitz­-Birkenau odkładała swe wątpliwości na później. Tutaj zdawało się to odległe i dawne, lecz w rzeczywistości nie było ani odległe, ani dawne.

Kadzie stały w około trzymetrowych odstępach. Słyszały głosy pozostałych. To, skąd przyszły, z jakiego kraju, było nieważne.

Ktoś śpiewał w szóstej kadzi. Ruda? Przyśpiewka o spragnionym ciele, o białej krwi mężczyzny. Że też jej się chce.

Estela obmywała się dużą gąbką morską, którą przywiozła ciężarówka z Wehrkreisu. Żołnierze i oberführer używali jej do mycia samochodu.

Uszy Skórki wypełniała woda.

Szykujący się do odjazdu żołnierze śpiewali na podwórzu pieśń na cześć Hitlera. Słyszały ich trzykrotne „Sieg Heil”, a potem jeszcze trzy razy.

– Świnie – szepnęła Estela. Bała się zarazków z wody, wierząc zarazem, że dotychczas nie złapała niczego od żołnierzy.

– Oni myślą o tobie to samo – rzekła Skórka.

– Pierwszego dnia zdawało mi się, że ich okłamuję. Poczucie winy napełniało mnie grozą. Gdyby mnie ktoś obwinił, że ukradłam ci nos, przy czym obie byśmy wiedziały, że to nieprawda, bo masz go i możesz dotknąć, i tak czułabym się winna. Nie umiem tego u siebie wytępić. Mogę nie robić nic, a i tak będę się poczuwać do winy.

Znowu czuła tę niewytłumaczalną bliskość Esteli. Uzmysławiała ją sobie pomimo oddalenia. Znała to: obarczanie siebie winą za coś, czego nie zrobiła, choć pewnie by zdołała, ale – niestety lub dzięki Bogu – nie znalazła się w takiej sytuacji. To je łączyło, z wyjątkiem słów Esteli o zaginionej rodzinie. Czy nie jest prawdą, że kto się boi, ten wie dlaczego? Dowodem był wzrok Esteli, to pewne jak to, że jeden plus jeden równa się dwa. Czyżby chciały przekonać Niemców, że jeden plus jeden równa się trzy? Albo pięć? Niemcy nie są tacy głupi.

– Do ostatniej chwili nie wiedziałam, że trafię tutaj. Mówili o ­Festung Breslau, o Hotelu dla cudzoziemców, o bajzlu dla robotników przymusowych. W niektórych lagrach urządzili puffy[9] dla ­Waffen-SS. Właściwie to się cieszę, że nie muszę decydować o sobie sama. Usłyszałam, że będę dziewczyną do towarzystwa. Nie wiedziałam, co to takiego. Wystarczy ruszać tyłkiem, powiedział ten główny oberführer. Asystowała mu kurwa, którą zwolnili ze Spandau. Jak ci jest?

– A jak by miało być? Dobrze – odparła Skórka.

– Nikomu nie zajrzysz w serce. Zresztą świat opiera się na czymś innym. – A potem spytała: – Przedtem czy potem?

– Zamykam oczy, nie chcę widzieć nikogo – powiedziała Skórka.

– Można tak?

– Czasem.

– Nie wiedziałam, jakie oczy ma diabeł, jego bracia i kuzyni. Że ma wojskowy stopień, od obersoldata do oberführera. Że nosi zaśmierdłe skarpetki lub onuce, cuchnący mundur i nie myje rąk ani nóg. Powinnam nauczyć się zamykać oczy, jak ty.

O Esteli mówiono, że czeka na dwóch żołnierzy z baterii granatników, którzy się nią dzielą. Albo nie wiedziała, który jest który, albo wiedziała to dobrze. Tak twierdziła Maria z Poznania, co wystarczało, by wątpić w tę pogłoskę. Maria nosiła przezwisko Ropucha. Miała zimne wargi, a resztę, która według pewnego żołnierza powinna być ciepła, chłodną jak psi nos. Jakże to dziewczyna może być lodowata między nogami? O namiętności mogła tylko rozmawiać. Zdaniem Wysokiej była cwana i głupia. Natura poskąpiła jej urody, ale obdarowała przewrotnością. Strzeż się wrednych ludzi, mawiała Wysoka. I nie zadurz się w jakimś żołnierzu, bo to najgorsze. Ci, co ustanowili regulamin, dobrze wiedzieli, dlaczego należało zakazać bliższych związków i pocałunków. Czy nie jest niebezpieczne, jak ktoś ma tak kruczoczarne włosy, a pod nosem niemal wąsik? Mama i tato byli krukami? Kto ją tam wie, jakich miała rodziców, powiedziała w latrynie Maria z Poznania do Rudej, ale zauważywszy Sprytną i Wysoką, zaraz się zamknęła. Może oberführer sam się połapie.

– Obersoldat, który powiedział, że moje oczy są jak czarna kawa, ma już to za sobą. – Nie dodała „dobrze mu tak”, ale dało się to wyczuć. Od Esteli powiało coś niezrozumiałego.

Woda w kadzi była już mętna. Na powierzchni pływały plamy wazeliny, nieczystość zmyta z powierzchni skóry, porów, paznokci. To, co słabo rozpuszczalne.

– Czuję, że spuchłam – powiedziała Estela.

– Nic takiego u ciebie nie widzę.

– Jakby zamiast z krwi i mięsa stworzyli mnie z wody.

– Stworzyli cię z krwi i mięsa.

– Ze śluzówki i gruczołów – poprawiła ją Estela.

– Wyglądasz normalnie.

– Jak jezioro albo morze, gdy się przeleje. – Po czym dodała: – Może to zwykłe upławy.

Śniła już trzeci dzień z rzędu, że rozcięli ją siekierą przez środek czaszki i tułowia aż do krocza, i obie połówki żyją, ale w ciągu nocy się zrastają, a wtedy ona idzie do klitki.

– Potrafię sobie wyobrazić, co tylko zechcę.

– Ja tak nie umiem – rzekła Skórka.

– Jestem nabrzmiała wodą – powtórzyła Estela. – Też ci się zdaje, że nawet krew w tobie zamarza?

Wyszły z kadzi. Wycierały się szybko, aby się rozgrzać.

*

W niedzielę dostały rozkaz kopania studni. Wodę z cysterny otrzymają wartownicy. Na piecykach mogły sobie roztapiać śnieg.

Siedziała na latrynie obok Esteli. Było mroźnie, więc wiedziały, że trzeba się spieszyć. Całkiem z bliska dobiegało tu wycie wilczej watahy. Niekiedy czuła, że łączy ją z wilkami jakaś niewytłumaczalna więź, lecz nie była to tylko zazdrość, że one są wolne i niezależne, a gdy polują lub się bronią, także okrutne. Było to coś dawnego, wykraczającego poza jej pamięć. Wsłuchiwała się w ich głosy, które chwilami brzmiały jak skarga lub wezwanie, coś szalonego, zwycięskiego i niepojętego. Mogła przypuszczać, że wilk wyje ot tak sobie albo odpowiada innemu członkowi watahy. Zazdrościła im sierści chroniącej przed mrozem. Przez sekundę miała wrażenie, że poczuła w nosie wilczy zapach. Wilgoć zlodowaciałego śniegu.

Wilki zawładnęły ogromnym obszarem za kamieniołomem. Przez kolejny ułamek sekundy zapragnęła być wilczycą.

– Chcesz tu zamarznąć? Obudź się! – szturchnęła ją Estela.

– Wszyscy się boją – powiedziała Estela.

– Boisz się, że któryś cię zastrzeli?

– Nie wiem.

– Boisz się tego, co mogłabyś zrobić?

– Co?

– Nie wyglądasz na strachliwą.

– Może wszystko skończy się wcześniej.

– Przywykłaś?

– Jak do choroby.

– Co przez to rozumiesz?

– Można z tym żyć.

– Mądra jesteś.

– Gdybym była, nie byłoby mnie tutaj.

– A gdybyś nie była, już by cię nie było.

– To nie jest mądrość.

Na moment w spojrzeniu Esteli pojawiła się ciekawość.

– Jak szczury, które mają zęby i gryzą. Jak wszy, pijawki, świnie. Tak widzę żołnierzy. Spotkałam tylko dwóch przyzwoitszych. Udaję niemowę.

Nie powiedziała, co miała na myśli, wspominając zęby. Dotknęła pachwin.

– Oby mi się nie przytrafiła przepuklina, jak mojej mamie. Albo mam biegunkę, albo nie mogę iść na stronę.

– Przyzwoitszych? – Skórka ciągnęła Estelę za język.

– Opowiadał mi o Annapurnie w Himalajach. Podczas zejścia wszyscy prócz niego zmarli z wycieńczenia. Nawet tego nie zauważył. Chciał przeżyć, był skupiony tylko na sobie. Zorientował się dopiero na dole. – Po czym dodała: – Jesteśmy w takiej samej sytuacji.

– Myślisz? – rzekła powątpiewająco Skórka.

Coś przyciągało je ku sobie, ale jej nadzieja różniła się od nadziei Esteli. Czy to, co tu robi, jest ostatnią rzeczą, jaka czyni ją przydatną w oczach Niemców?

– Gdzie się to mogło spaprać? – spytała Estela.

Jakiej mamie się urodziła, zastanawiała się Skórka. Jakiemu ojcu? Obie jesteśmy gasnącymi iskrami.

 

– Nie chcę umierać – powiedziała Estela.

– Nie bój się.

– Cieszę się, że jesteśmy razem – oznajmiła Estela nocą.

– Ja też – odparła Skórka.

Skłamała? Było to jej obojętne? Być może nie będą razem już jutro. Nie mogła zasnąć. Czuła się tak, jakby owijała ją gęsta pajęczyna, z której już się nie wyswobodzi.

– I po to rodzi się człowiek? – westchnęła Estela.

Ranek był słoneczny, jasny.

– Wiem, co czuła Krikri – powiedziała rano Wysoka przy kawie z prażonych żołędzi. – Kiedyś chciał mnie zastrzelić członek Einsatzgruppen. Już miał palec na spuście. Starczyło, że się zaśmiałam i odeszła mu męskość, choć i wcześniej nie pokazał nic szczególnego. Przystawił mi do piersi lufę pistoletu. Pomyślałam: aha, tak to wygląda, już nie żyję? Właśnie teraz. Ale coś się opóźniało. Najpierw byłam przerażona, potem mi przeszło. Nie czułam nic złego, niepokoju, lęku, grozy czy bólu. Płynęłam ciszą, jakiej wcześniej nie zaznałam. Wpływałam w najszczęśliwsze życie, jakiego nawet nie umiałam sobie wyobrazić. Ale przeszkadzało mi, że już mnie nie będzie. Czekałam na wystrzał. Rozciągała się przede mną cudowna, nieskończona lodowa kraina, chyba raj. A może piekło? Nie wiem. Było mi dobrze. Żaden ból, wyrzut sumienia, strach, że grzeszę, nienawidzę lub coś albo kogoś zdradzam. Żywiłam matczyne uczucia do wszystkiego i wszystkich, promieniowałam serdecznością. Chciałam, żeby to trwało. Nagle poczułam, że cofnął pistolet i znów było jak przedtem, zanim się wściekł. W końcu o mało się nie rozbeczał, no to mu pomogłam.

Stwierdził przed wyjściem, że miała szczęście. Zamierzał odstrzelić jej piersi, oczy, a potem rozpłatać głowę. Tak powiedział. Scheisse, zakończył.

– I znowu obiema nogami stałam na mateczce Ziemi.

Wspomniała o bogatej szkolnej koleżance. Miały identyczne figury. Zabierała Wysoką do sklepu z damską odzieżą w ich miasteczku, gdzie przymierzały sukienki. Bywało, że przyjaciółka kupiła jakąś, sprawdzając uprzednio, jak leży na Wysokiej.

Ta sytuacja przestała bawić Wysoką, gdy skończyła czternaście lat. Uzmysłowiła sobie, że w drogim sklepie nie kupiła choćby skarpetek.

– Co robi ta bogata strojnisia? Chodzi z niemieckim oficerem? U niej to całkiem możliwe.

Przypomniała sobie przyjaciółkę, która umówiła się na randkę z fryzjerem. Na pierwszą nie przyszła. Nie zjawiła się na drugiej, bo nie umiała trafić do umówionej restauracji. A na trzecią nie poszła, ponieważ była w ciąży. Powiedziała, że nie wie, czy z nim.

Wyobraziła sobie jej elegancką bieliznę i równie elegancką sypialnię. A potem spytała:

– Dziewczyny, myślicie, że każda ma to, na co zasługuje? – I dodała: – Wiem, czemu jeszcze istnieję. Bo jestem bystra.

Nie wiadomo, co siedziało w jej głowie.

*

Wysoka pochodziła z miasta, gdzie najrozmaitsze narodowości i rasy żyły obok siebie. Nauki rasowe Niemców uważała za chimerę.

– Zdążają ku czemuś, co oni widzą, ale my nie. Widzą duchy i potwory. Powariowali.

Jak mawiał Talleyrand, nie można siedzieć na bagnetach.

Z wiekiem madame Kulik nabierała przekonania, że – nie tylko w wypadku mężczyzn, lecz także kobiet – honor i godność przechodzą przez ciało niczym przez ciemny tunel, w którym znikają. Miała wiele okazji, aby to wyrazić, nie tylko słownie. Major nie chadzał do niej po nauki moralne. Była ostatnią osobą, z którą mógł dać upust swej rozwiązłości czy wręcz rozpasaniu. Jeśli chodzi o wstyd, uwolniła majora od wszystkiego, co nie leżało w jego naturze i przekraczało siły. Nie wątpiła, że z braku innych możliwości żądałby masażu nawet od uczennic. (Oczywiście zależałoby to od reakcji jego ciała). Aczkolwiek jeśli chodzi o wiek, Karl Maximilian von ­Kalckreuth oświadczył, że nie chciałby się tu czuć ani jak w dziewczęcej szkole powszechnej, ani jak w muzeum.

– Traktuj mnie jak turystę – powiedział.

Nie przejmowała się tym, że nie miał wielkich oczekiwań. Obłuda należała do jej zawodu. Znała żelazną regułę 232 Ost: brać. Wiedzieć, co dać. Czasem, oprócz masażu, major chciał, by go czesać. Ponadto obcinała mu paznokcie u rąk i nóg, przycinała też brwi oraz zbędne owłosienie.

– Dopiero po śmierci staniesz się moralna… – powiedział jej.

– Na kłamstwo się nie umiera – odparła słowami swej krakowskiej babci. – Ale długo się na nim nie zajedzie.

– Chyba już się taka urodziłaś.

Skórce przyśniły się szczury. Biegały po śniegu, po posadzce korytarza między kadziami. Przybierały też postać innych zwierząt, psów, lisów, wilków lub ryb, ale zawsze ze szczurzym pyskiem. Gdy otworzyła oczy, znikały. Kiedy zamknęła, biegały znowu, wykrzykując do niej pouczenia i rady. Nie zapamiętała ani jednej.

*

– Najlepiej jest, kiedy nawet nie wiesz, z kim jesteś – rzekła Wysoka. Powiedziała to w nocy czy we śnie? – Żeby być, czym chcesz, musisz być i tą, której nie chcesz.

– W nocy będzie spokój, przeważnie dmucha za dnia – powiedziała Estela.

Zawierucha ustała pod wieczór, pustkowie okryła cisza. Skórka czuła łomot swego serca, które jakby chciało wyskoczyć z piersi. Spuchły jej nogi. Tuż przed świtem, jeszcze w mroku podniósł się wiatr, nawiewając świeżo spadły śnieg pod ściany i złożone tam dzień wcześniej skrzynie, przy kuchni polowej oraz wzdłuż budynku wartowników i oficyny oberführera Schimmelpfeniga. Hulał aż do wieczornego apelu, targając dachem nad klitkami.

Wartownicy mieli próbny alarm przeciwlotniczy. Od czasu do czasu słyszały kruki, wrony, wilki.

Czwartego dnia przejaśniało. Było bezwietrznie, dwadzieścia pięć stopni mrozu.

Oberführera ugryzł nietoperz, a Niemą szczur, w kostkę i grzbiet stopy. Dostała zastrzyk.

Dwunastu: Erich von Eicken, Albrecht Domin, Karl Osten, Varin Arp, Horst Torberg, Theodor Eisenbach, Herwartt Kopf-Eschenbach, Hans Seidel, Endos Bredel, Berthold Wuppertal, Perndt Uhlstein i Max Edell.

Dwunastu: Günter Renner, Brentano Wolfenstein, Bert Bartko, Viktor Holz, Bertrand Heim, Fritz Barthelms, Gottfried Weinheim, Erhard Wiesentier-Mähring, Erik Unruh, Manfred Reinisch, ­­William Pohl i Suardon Mann.

Dwunastu…

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?