Piękne zielone oczyTekst

Z serii: Klasyka
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Przebywał na innym końcu świata, mimo że leżał obok niej. Zapisywał w swej pamięci wnęki i obłości jej ciała, tego dziecinnego, któremu dodawała lat.

Przez chwilę przyglądał się badawczo jej ciału. Wyprostowana, z rękami założonymi pod głową i zgiętymi w łokciach tworzyła linię prostą, która uwypuklała kobiecość. Gracja wygłodniałego zwierzęcia, pomyślał. Gdyby los rzucił ją dalej, gdzie indziej i w innych czasach, nie wiadomo, kto by na nią patrzył. Czekał, aż ciało zafaluje, jednym, dwoma ruchami wpadnie w drżenie przypominające taniec. Wnikliwie spojrzał na twarz, na przechyloną w bok głowę. Odwrócenie się od niego byłoby niedopuszczalne. Odblask śniegu podkreślał biel ramion, piersi i talii. Kiedyś w Paryżu słuchał jazzu i teraz, patrząc na nią, przypomniał sobie melodie o śmiesznych nazwach. Zapowiadał je gitarzysta, jeden z dwóch braci. Herbata dla dwojga. Skończyli i znowu: Herbata dla dwojga. Jeden utwór nazwali Hungaria. Potem trzeci raz słuchali Herbaty dla dwojga. Swing 1939. Każdy kawałek grali dwa lub trzy razy. Nie przeżył czegoś takiego nigdy wcześniej. Myślał o czasie, pamięci, nieodwracalności i o tym, jakie to wszystko bezsensowne. Gdyby przynajmniej zdołał poznać cząstkę tajemnicy ludzkiej natury, relacji między mężczyzną i kobietą albo mężczyzną i wieloma kobietami, które od początku do końca, na zawsze zrekompensowałyby mu brak tej jednej. Ale czy naprawdę tego chcę? Może.

Gdy tak leżała obnażona w mdłym zaokiennym świetle i odblasku śniegu, przez moment wydała mu się piękna, obolała i bezsilna, ze zbrukaną niewinnością, którą zabijali w niej codziennie dwa­naście, piętnaście czy więcej razy. Nie zamierzał ulegać melancholii, jaką zwykle wzbudzał w nim stosunek. I kobiety, które mógł kupić, w tym własna żona, która – w pewnym sensie – kupiła też jego.

Nie chcąc, by pomyślał, że się go brzydzi, wróciła do poprzedniej pozycji. Spojrzał na nią ostrzej i dostrzegł lęk. Znowu przymknęła oczy, jak zwierzę wyczuwające zagrożenie.

– Pasuje do ciebie śnieg i odbite od niego światło. Nic nie jest tak białe jak śnieg. Pasuje do ciebie chyba bardziej niż szarość.

Roześmiał się. Raczej nie powiedziałby tego innym kobietom. Będąc z jedną, myślał o innej czy innych. Nie musiał wtedy zamykać oczu, wystarczyło milczeć i powtarzać w duchu imię tej, z którą mógł być, lecz nie był, a zarazem był. W rzeczywistości przebywał z dwiema, trzema lub dziesięcioma naraz.

– Jesteś blada jak zszarzały śnieg – dodał.

Gdyby spytał, czy wierzy w przeznaczenie, zapewne usłyszałby „nie wiem”. Wierzy w nie człowiek, którego spotkało szczęście lub nieszczęście. Swoją bezradność, bezsilność i wszystko, czego nie umie wyjaśnić, przypisuje wtedy przeznaczeniu. Czego chciał od niej?

Skórka zadawała sobie identyczne pytanie. Co pragnął usłyszeć? Przecież próbował z niej coś wyciągnąć.

Uniósł rękę i udając, że trzyma w dłoni pędzel, malował w powietrzu kontur jej ciała. Widziała to. Czego mógł chcieć, prócz tego, co już dostał i czego chcą wszyscy? Dlaczego tu jest?

– Unikasz mnie. Nie bój się.

Na sekundę połączył pojęcia przeznaczenie i miłość. Czy też to, co za nią uchodzi: żądza, chęć zrobienia tego, co najsurowiej zakazane. Sprowadzone do cielesności, rozwiązłe, niskie, tkwiące w każdym. To nieposkromione i poskromione, co nigdy nie jest dane raz na zawsze. Co zawiera tysiąc jeden znaczeń. W młodości ojciec zaszczepił mu nieufność do kobiet. Ostrożność, którą musi poprzedzać poniżenie, w lepszym razie zawód.

– Powinnaś się cieszyć, że jesteś kurwą – powiedział.

W jego głosie usłyszała cień zrozumienia, może współczucia. Dlaczego? Nie uwierzyła ani w jedno, ani w drugie.

Nie zdawała sobie sprawy, jakie niebezpieczeństwo mogą dla niej nieść zwierzenia oficera Wehrmachtu. Już raz, u doktora Kruegera w Auschwitz-Birkenau, była niewygodnym świadkiem. Trzymała się własnych doświadczeń tak samo, jak hauptmann swoich. Nie uzmysłowiła sobie, że w zaistniałej sytuacji hauptmann Hentschel potrzebuje jej bardziej niż ona jego. Broniąc się przed lękiem, strzegła okruchów godności czy też tego, co hauptmann nazywał równowagą, ale i tak przygniatał ją strach. Szkołą była dla niej obozowa rampa. Kto przeszedł Auschwitz-Birkenau, nie mógł być mniejszy, niż był. Obóz przekreślił ludzką wartość, ba, samo człowieczeństwo. Nawet gdyby nie była Żydówką, nie mogłaby w zamtuzie odzyskać tego, co bezpowrotnie utracone. Niosła brzemię, o którym inni nie mieli pojęcia. Domaganie się sprawiedliwości było czymś szalonym, nawet aryjskie dziewczyny tego nie próbowały. Musiało jej wystarczyć, że nie był brutalniejszy od żołnierzy, z którymi była wcześniej. Przestraszyła się, kiedy wchodząc, niemal wypełnił drzwi klitki. Rozumiała jego bezpośredniość: tak żołnierz rozmawia z kurwą. Ale nie mogła zabronić, by ją dotykał, gdzie mu się spodoba. Nie mogła powiedzieć, że dotknięcia kojarzą się jej ze śmiercią bardziej niż z ratunkiem, którego szukała w ucieczce do burdelu. Ani tego, że każdy jego dotyk zdziera warstwę, pod którą tli się jej małe życie, i za każdym razem je pomniejsza. Zwiesiwszy głowę, umykała wzrokiem. Starała się wyczuć jego emocje.

Hauptmann zrozumiał przerażenie w jej wzroku. Coś podobnego widział w oczach trafionych granatem koni lub mułów albo w spojrzeniu umierających żołnierzy. Trwoga przed śmiercią jest cicha. Krzyk towarzyszy bólowi. Strach – umierającym. Kieruje się ku wnętrzu. Dla innych jest doświadczeniem nieznanym. O tym wiedzieli oboje. Lecz poza tym, leżąc nago na jednym łóżku, wystarczająco szerokim dla dwojga, byli sobie dalecy niczym piekło i raj jego matki. Nie chciał, aby córka, wobec jego koczowniczego żołnierskiego życia dorastająca pod matczyną opieką, musiała zadawać się z kimś takim jak on, który teraz głaskał twarz, piersi, linie brzucha, bioder, łona i pieścił wewnętrzne strony ud. (Dobrze, że jest czysta, pomyślał, i zrobiło mu się lżej). Aby, o ile nie szła z oficerem, w ciągu jednej dniówki obsługiwała co najmniej dwunastu mężczyzn, rzadko kiedy mniej, raczej więcej. Był to ledwie przebłysk, ułamek myśli, nie poczucie wstydu lub wyrzut dotyczący najrozmaitszych czynności, jakie kobieta może lub musi świadczyć mężczyźnie, i to bez żadnych ograniczeń.

Kiedy pierwszy raz wypiła mężczyznę? Oczekują od niej wszechstronności, tak jak on. Patrzył na jej wargi.

Przez sekundę myślał o wynaturzonym świecie, na który przychodzą dziewczęta takie jak jego córka. Nie wyrzucał sobie, że jest czystej krwi. Grzechy nie zioną siarką i smrodem. Przyzwyczaił się. Rozmawiał o tym z arystokratyczną matką. Dziesięcioro przykazań, spuścizna cywilizacji judeo-chrześcijańskiej, to prędzej instrukcja popełniania nieprawości niż przepis na ich udaremnienie. Uśmiechnął się, najpierw w duchu, potem szeroko rozwartymi ustami. Nie miała pojęcia, że śmieje się ze swej myśli i z jej strachu.

– Raczej ty niż ona – rzekł.

Nie wiedziała, co miał na myśli.

Po czym dodał:

– Nie lubię leniuchować w łóżku.

Pogłaskał ją po zewnętrznej stronie uda i powiedział:

– Gładka jesteś. Świeża. Skóra i ciało mają swoją mądrość. – Uznał to za błyskotliwe. No proszę, jak dziwka polowa potrafi zainspirować oficera Heereswaffe kilka kilometrów za frontem.

– Chodź, zabawmy się razem. Pokażmy, kim jesteśmy.

Za chwilę powie, żeby go wypiła. Nastanie moment, gdy mógłby umrzeć. Bycie i niebycie. Na końcu, jak i na początku. Szacował jej cierpliwość i pokorę, chęć zrobienia tego, co i jak chce. I tę potrzebną resztę.

Patrzył na skórę jej skroni. Na zmęczone powieki. Zsiniałą i purpurową siateczkę na dziecinnych piersiach. Białe plamy po odmrożeniach. Krótko przystrzyżone rudawe włosy. Tętnice skroniowe pulsowały wyraźnie. Dotknął tętnic na szyi, przegubach i w pachwinach. Pocałował w usta.

– Nam nie wolno się całować – zaoponowała nieśmiało.

– Nawet za bardzo nie umiesz. Dzień w dzień chciałbym to tysiąc razy. Dziesięć tysięcy.

Czego chciał tak wiele każdego dnia?

O czym miała czy mogła z nim rozmawiać? O dwunastu żołnierzach codziennie? Opowiadać, że krew dudni wtedy w skroniach niczym młot? Dręczyły ją nieustannie wyrzuty sumienia i trwoga przed zdemaskowaniem. Podczas każdego stosunku byli obecni ojciec, matka, brat. Przychodzili, by ich nie zapomniała i żeby ją osądzić. Czy powinna się cieszyć, że już nie żyją? Znalazła się tutaj, lecz nie z ich winy. (Podobnie jak oni nie byli winni własnej śmierci). Próbowała tłumaczyć ojcu: to była konieczność, jeśli chcę żyć, więc chyba nie chodzi wyłącznie o grzech. Jestem tu z własnej woli, zapewniała matkę. Nie chciałam do gazu. Rodzice i brat milczeli, wobec czego odpowiedziała sobie sama. W duchu słyszała ich głosy, widziała ich twarze. Czuła się bardziej dorosła, a zarazem samotna obok hauptmanna. Zerknęła na niego kątem oka.

– Powinniśmy być wdzięczni. Ja tobie, ty mnie. Oboje musimy coś zrobić. – Patrząc na swoje ciało, nie oczekiwał odpowiedzi. – Jak często obcinasz paznokcie u nóg?

– Co trzeci dzień – skłamała.

– Drapiesz.

– Przepraszam.

– Jesteś niewiele warta, ale dobra. Godzisz się z tym, żebym opowiadał o sobie najgorsze rzeczy.

Spodziewał się, że zaprzeczy?

Potem zapytał, czy podoba się jej, co robią. W jego szept znów wkradła się czułość. Nie zamierzał zrezygnować z niczego, po co przyszedł.

– Mój adiutant mawia „zabijam, więc jestem”. Ja potwierdzam swoje istnienie, kiedy jestem tak jak z tobą. Robię to, więc jestem.

Wdychał jej zapach. Przypominała mu ciepłe cielątko, jakie widział w rosyjskiej chacie, przywiązane do pala, na którym wspierał się dach. Bardziej podniecał go jej wiek niż to, co umiała. Coś dziecinnego, na poły dojrzałego. Musiała wiedzieć, że kiepska z niej kurwa. Gdy leżała na brzuchu z piersiami przyciśniętymi do prześcieradła, delektował się krawędziami jej barków i wygiętymi łukowato ramionami. Zapadnięty (pusty) brzuch tworzył zagłębienie, które przypominało mu matczyne szkło weneckie. Postrzegał jej ciało jako kłos młodego zboża, giętki, miękki, a zarazem mocny. Kiedy zażądał, żeby się obróciła, jej plecy upodobniły się do lśniącego gładkiego drewna podłogi w ich domowym salonie.

 

– Jesteś dobra, gdy jesteś kiepska. Jesteś najlepsza, gdy wydobywasz ze mnie to najgorsze.

Całował ją, gdzie popadnie. Było to dla niej bezwstydne i niezwykłe. Dla niego naturalne? Umierała ze strachu, czy jest wystarczająco czysta. Zwinęła się w kłębek niczym jeż. Pragnęła być ślimakiem schowanym w muszli. Obchodził się z nią jak z noworodkiem. Był nienasycony.

– Rozluźnij się – powtórzył. Po czym dodał: – Czyż nie kochamy w kurwie tego, co kochamy w sobie?

Ale na odwrót już raczej nie, pomyślał.

Czując, że się do niego zbliżyła, wpadła w popłoch. Ogarnął ją niejasny, nieprzezwyciężony strach. Było to coś więcej niż różnica między pomyłką, grzechem i przewiną. Co ich łączy? Jako pierwszy ze wszystkich sprawił, że zaczęło się w niej budzić coś, czego dotąd nie znała i nie umiała zwalczyć. Nienawidziła go za to. Był potężny i przystojny, lecz obcy. Pragnęła, aby takim pozostał. Chciała zachować chłodny umysł, nie mogła pozwolić sobie choćby na chwilkę słabości. Stawiała mur, który oddzieliłby ją od jego słów i tego, co zapewne uważał za przychylność lub zrozumienie, zażyłość między oficerem i kurwą. Nie zależało jej na moście, który wznosił swą gadaniną.

Nawet nie drgnęła, wszystkie ruchy wykonał hauptmann Hentschel.

Zszedł z niej i z zadowoleniem odpoczywał. Kazał podać sobie ręcznik.

Wszyscy jesteśmy wariatami, pomyślał. Leżąc, nadal ją obejmował.

Napomknął, że lepsze nic niż kiepska pozycja. Z dziewczynami jest jak z zastrzykiem u lekarza: by żyć bezboleśnie, najpierw muszą wytrzymać ból.

– Zielone oczy, rudawe włosy. Wiem, w co bym cię ubrał. I co bym z ciebie później ściągał. Potrzebny ci zimowy płaszcz? Wiesz, dlaczego żołnierz idzie do dziewczyny najchętniej przed akcją? Albo zaraz po walce? To nagroda, czasem zaliczka na jej poczet. Jedyna rzecz, dzięki której unikają trosk i zobowiązań wobec matki, ojca, dzieci, żony, rodziny, ojczyzny.

Z kuchni polowej dobiegały niczym gong uderzenia francuskiego klucza w metalowy pręt, zawiadomienie wartowników o obiedzie. Była głodna. Wyobraziła sobie posiłek. Gorącą zupę z opiekanymi kostkami chleba. Wołowinę z sosem ogórkowym.

Dniem i nocą zazdrościła wartownikom jedzenia.

– Jak tu trafiłaś?

– Przez obóz. – Na wszelki wypadek powiedziała prawdę. Wyciągnęła w jego stronę rękę z numerem. – Wczoraj fasował pan tam kożuchy.

– No coś takiego! Za co cię tam wsadzili?

– W Pradze po zamachu na Heydricha było dużo aresztowań.

– To było w czterdziestym drugim.

Jawohl.

– Nie wystarczy ci tatuaż na brzuchu? – Obliczył, od ilu lat jest już poza domem.

Zdrętwiała. W chwili bezpośredniego niebezpieczeństwa trzeba się skupić i zachować przytomność umysłu. Strach mógłby ją tylko pogrążyć. W napięciu czekała na reakcję hauptmanna. Czy popełniła błąd, za który przyjdzie jej zapłacić? Patrzył na nią wnikliwie i się zastanawiał.

– Co się stało z rodzicami?

– Chyba ich zabili. Umieścili nas w obozie, potem mnie skierowali tutaj, razem z papierami. Ma je oberführer Schimmelpfenig.

– Jako wrogów Rzeszy?

– Nie wiem.

– Nie wyglądasz na element wywrotowy.

– Mam nadzieję.

– Czasem młodość nie szkodzi. Gdyby nie ona, mogłoby cię spotkać coś gorszego.

– Chyba tak. – Starała się zachować spokój.

– Heydrich mówił o sobie, że jest wrogiem wszystkich wrogów, obrońcą niemieckości – dodał jakby do siebie. – Miałaś jakieś inne możliwości?

– Raczej nie.

– Na twoim miejscu nie uskarżałbym się na los.

W milczeniu czekała, co jeszcze powie. Element wywrotowy? Los? Wiedziała, co gorszego mogło ją spotkać. Słyszała bicie własnego serca. Czyżby zabiła mu ćwieka?

– Pracowałaś w lagrze?

– Robili na mnie eksperymenty z rentgenem. Zostałam wysterylizowana.

Jego spojrzenie mówiło, że rozumie, ale równie dobrze mogło znaczyć, że nie. Pochodziła z ziem czeskich, na których – jak się wyraził obergruppenführer Reinhard Heydrich – Czesi nie mają czego szukać. Po wojnie raczej by na nich nie stawiał.

– Czy rodzice mieli coś wspólnego z tym zamachem?

– Nie.

– Nigdy nie będziesz miała dzieci. Być może na szczęście. Ich i twoje.

– Chyba tak – powtórzyła.

– Powinnaś być silna, żeby wygrać to, co musisz.

– Oczywiście.

– Jeśli chcesz być szczęśliwa, musisz być silna i rozsądna.

– Oczywiście.

– Nie chcesz tego?

– Chcę – skłamała.

– Nie chcę cię zmuszać, bo to byłoby podłe.

– Nie musi mnie pan zmuszać.

– Na razie miałaś szczęście.

– Tak.

Dotknął jej włosów. Nienawidziła muskającego ją bezładnie palca, lecz nie miała odwagi, by się uchylić. Przypomniała sobie czasy, gdy była małą dziewczynką: ojcowskie czułości, czesanie przez matkę, pieszczoty z Ramonem. Woziła malca w wózku, przepełniona dumą, że jest starszą siostrą. Teraz hauptmann wszystkimi palcami przeczesywał jej włosy. Czuła jego paznokcie.

– Rozpoczęliśmy coś, czego nie umiemy dokończyć. Zrobią to za nas inni. I będzie inaczej, niż zamierzaliśmy. Nasza wygrana przekreśliłaby popełnione błędy, bo zwycięzcy nikt nie osądza. A tak będą nam wypominać potknięcia, radykalizm. Jedyną wartością jest wspólnota. Sami skazaliśmy się na to, że przez dziesięć, sto, może i tysiąc lat będziemy narodem bez znaczenia. Zginęło tylu mężczyzn, rok w rok będzie nas coraz mniej. Będziemy musieli znosić obcych we własnym kraju. I kiedyś znów zasłyniemy z tego, co potrafimy: z produkcji samochodów, aparatów fotograficznych, czegokolwiek. Ale czy ktoś będzie nam ufał? Przestanie się nas bać? Wątpię. A ty co sądzisz? Ojciec znał Augusta Horcha, myślę, że właśnie po nim dostałem imię. Zaczynał jako majster w firmie Benz & Cie, gdzie powierzyli mu produkcję samochodów. Ale ciebie pewnie nie interesuje napęd na wał kardana ani chromowane zębatki skrzyni biegów. Mój horch jest z roku 1939. Już się ich nie produkuje. Jeżeli obaj wylecimy w powietrze, nie skończymy nawet w muzeum.

Słyszała wilki na pustkowiu, hałaśliwe kroki na korytarzu, dzwoneczek Wielkiej Leopoldy Kulik.

– Jeżeli nie chcesz, nie musisz nic mówić. Nie zamierzam cię przesłuchiwać, to nie moja sprawa. Pytam tylko z ciekawości. Masz rodzeństwo? Siostrę, brata?

– Miałam brata. Rozdzielili nas po przyjeździe do lagru. Więcej go nie widziałam.

– Ile ma lat? Wiesz, gdzie jest?

– Nie wiem. Miał trzynaście.

– Może umieścili go w rodzinie, która utraciła dziecko.

– Być może.

– Cieszyłoby cię to?

– Cieszyłabym się, gdyby żył.

– Ciebie też mogli umieścić w niemieckiej rodzinie. – Zastanawiał się, co by tam robiła. Czy jego rodzina przyjęłaby kogoś, komu w odwecie za zamach na protektora Rzeszy zabito rodziców? Czy naprawdę ma tyle lat, ile sama twierdzi? – Uczyłaś się jakiegoś fachu?

– Fryzjerstwa – palnęła.

W jej myślach pojawiła się i natychmiast zniknęła postać Slavomíra Slámy z ich domu przy Rybnej. Pan Sláma już w czterdziestym pierwszym nauczył się niemieckiego, by móc strzyc żołnierzy Wehr­machtu i Waffen-SS. Zamówił do swego zakładu kolorowe niemiec­kie pisma, w tym „Adlera” ze zdjęciami niemieckich lotników, samolotów, balonów i zeppelinów. Piloci na okładkach byli roześmiani. Ramon gapił się na nich, stojąc przed witryną. Wtedy jeszcze wszyscy żyli. Nie powinna niczego zarzucać panu Slámie. Teraz leżała naga na łóżku obok niemieckiego hauptmanna, słuchając jego poufnych wyznań, jakie powierza się tylko kurwom. Udawane zrozumienie mogłoby ją zdradzić, jeśli więc nie musiała, wolała nie odpowiadać. Już ósmy dzień ukrywała, że jest Żydówką. Wystarczyło zadać kilka pytań i wszystko wyszłoby na jaw.

– To śmieszne, że na początku ofensywy w zasadzie nie interesowałem się przeciwnikiem. Obchodziło mnie, jak bardzo powiększą się Niemcy. Cieszyłem się przyjaźniami, jakie oferuje wojna, tym, jak zdejmuje z człowieka cywilne obowiązki i sprawę pieniędzy. Jak kobiety rwą się na wojnę, która sprawdza, czy wytrzymasz to wszystko i na co cię stać. Na ostatnim urlopie w Berchtesgaden mało że nie znalazłem ojca kolegi, jego matki, rodzeństwa i dziadków, ale także ich domu. A miałem przekazać, że ten dwudziestoletni chłopak, kawaler Krzyża Żelaznego, ma się dobrze. Natrafiłem natomiast na świeżą dziurę po bombie, lej, jakich w Niemczech jest więcej niż mysich nor.

Pomyślała, że zmierzają do tego miejsca i pewnego dnia, którego chciałaby dożyć, tam właśnie się znajdą. Nie dziwiło jej, że hauptmann zatoczył koło i od wzmianki o kasynie, gorzelni oraz znaczeniu burdeli polowych na Wschodzie, w duchu i słowach przesuwał się do kraju za Odrą i Nysą, do stron rodzinnych, które nie były już tym, co znał wcześniej. Wyczuwała jego zmęczenie i zmianę, jaka w nim zaszła od chwili, gdy przyszedł.

– Prześpię się trochę. Masz coś przeciw temu?

Napełniał go spokój, jak zawsze, gdy miał to za sobą. Mężczyznę zmęczonego tym, co i jak chciał, nachodzi sen. Być może chciałby tak kiedyś umrzeć. Myślał o śmierci, godnej lub nędznej. Nie musiał pytać, kiedy nadejdzie jego chwila, bo ta myśl towarzyszyła mu nieustannie. W tym sensie było mu do niej bliżej, niż mógłby sądzić.

– Ty zadbaj o ogień albo też się prześpij. A jeśli nie chcesz, zbudź mnie za pół godziny, góra za godzinę. Możesz sprawdzać czas na moim zegarku.

Zapadając w drzemkę, jak przez mgłę zarejestrował jej niepokój. Ponieważ wyczuwał go w niej od samego początku, przypisał go swej randze i jej niedoświadczeniu. Gdy powiedział, że prześpi się godzinkę, w jej oczach dostrzegł ulgę. Nie popsuło mu to humoru, lecz i nie ucieszyło. Starał się przepędzić wcześniejszą myśl o śmierci. Czerwień ognia z piecyka i rury zabarwiła jej twarz, ramiona, piersi i ręce. Podobała mu się. Zasypiając, myślał o tym, że jest młoda i gdyby miał na to czas, potrafiłby ją oswoić oraz wyćwiczyć. Nie byłoby to złe. Ausgesprochen gut. Wręcz dobre.

Zasypiając, myślał o Auschwitz-Birkenau, gdzie została wysterylizowana. Przenocował tam z musu. Nie ciekawiło go to miejsce. Lagry były historyczną koniecznością, zjawiskiem ubocznym wojny. Wojny totalnej, czego doświadczał na własnej skórze. Przez chwilkę myślał o tym, jak i z czego żyje żona oraz co porabiają dzieci. Dzięki rodzinnym dobrom, obrotności i wstrzemięźliwości małżonki nie musiał się martwić. Jak mawiał jego ojciec: najlepsze zdrady są takie, o których żony nie wiedzą.

Nie dokładała już do piecyka. Wdychając zapach ognia i dymu, patrzyła na śpiącego. Z jakiegoś powodu myślała o jego matce, rodzinie, rodzicach. Przypomniała sobie zarazem matkę czterech żołnierzy Wehrmachtu, którą wysłali do Terezina. Wszyscy czterej synowie zginęli, jeden po drugim. Gdy padł czwarty, utraciła ostatnią ustawową ochronę. Po matce byli mieszańcami. Nosili taki sam mundur jak hauptmann Hentschel i dwaj oficerowie Wehr­machtu, których osadzono w Terezinie, gdy wyszło na jaw, że mieli żydowskie babcie. Rozpłynęli się w żydowskim morzu, w oceanie popiołu, z którego uratowała się ona, lądując w 232 Ost, by móc patrzeć na szkarłatne, zwilgotniałe we śnie policzki hauptmanna, na jego wężowe ręce, wiszący na drzwiach płaszcz, Krzyż Żelazny, wstążkę i epolety. Po godzinie zaczął pokasływać. To samo robił tato, budząc się z poobiedniej drzemki. Ujrzała go w myślach, był całkiem jak żywy. Wracał akurat z kawiarni Ascherman na Długiej z wiadomością o rozpoczynających się transportach.

Wtedy w Pradze kursowały od szkoły do szkoły rentgeny objazdowe. Pod pretekstem walki z gruźlicą Niemcy zbierali dane o składzie rasowym ludności. Pierwsi specjaliści od ras, jakich widziało społeczeństwo. Główny Urząd Rasy i Osadnictwa poddał ludność zbiorowym badaniom, by uzyskać dane naukowe na potrzeby późniejszej asymilacji. Niemal się ucieszyli, że ich to ominęło dzięki transportowi do Terezina.

Zbudził się.

– Zdrzemnąłem się odrobinę. Która godzina? Chodź do mnie.

Była za dwadzieścia pierwsza. Wróciła do łóżka. Ciało hauptmanna Hentschela i łóżko pachniały snem. Trochę się spocił. Gdyby rozumiała wyraz jego twarzy, zorientowałaby się, co oznaczał. Zdawał się nienasycony i nieznużony.

 

Miał zegarek Junghans z czarnym cyferblatem i zielonymi fosforyzującymi wskazówkami.

Już widziała, jak budzą się mężczyźni po kontakcie cielesnym.

– Śpię szybko – powiedział. Był pełen wigoru. Po chwili spytał: – Jesteś tu?

– Jestem.

– Nie dałbym sobie za to uciąć ręki. Patrzysz na mnie, jakbym był gdzieś w Berchtesgaden.

Położyła się obok i zamknęła oczy. Mógł z nią robić, co zechce. Jeśli ma w tym uczestniczyć, to tylko ciałem. Słyszała jego słowa, że patrzy na niego jak na powietrze. Bała się, żeby nie wpadł w złość.

– Zawsze trzymasz nogi jedna przy drugiej? Nie potrafisz się rozluźnić, choćby trochę? Kurcze cię łapią, czy co? – Nie podobały mu się też zaciśnięte wargi. Akceptował jej dziecinność, lecz nie umiał i nie chciał dopuścić myśli, że się go brzydzi. Nie widział też powodu, dla którego mogłaby się go bać. Sen go pokrzepił.

Zażądał, by na nim usiadła. Patrzenie na jej twarz nie jest złe. Potem ją obrócił.

– Wolę, żeby dziewczyna wypinała na mnie tyłek, a nie duszę.

Z rusztu spadło kilka trzaskających iskier.

– Ciepło tu. Jesteśmy jak w raju. Albo w piekle. Zresztą na jedno wychodzi.

Głaskał jej brzuch, piersi. Głosem i ruchami okazywał swe pożądanie. Jego dłonie i palce na piersiach odbierała jak wir, który wciąga tam, dokąd nie chciała.

Wstydziła się swej nagości. Sprawdzał, jak huśtają się jej piersi. Łączył w sobie dyskretną pewność siebie z delikatnością. Ale nie był obleśny jak inni, którzy chcieli tego jak najszybciej, ani brutalny w swych żądaniach. Dawał jej więcej czasu, by podporządkowała się wszystkiemu, czego sukcesywnie oczekiwał.

Usłyszeli, jak w sąsiedniej klitce otwierają się i zamykają drzwi.

Hauptmann wstał i nagi podszedł do okna. Zamieć odeszła już za rzekę. Zerknęła na jego ogromne ciało.

– Wkrótce będziemy się bronić na Odrze, sześćdziesiąt pięć kilometrów od Berlina. Siła złego na jednego. Ale twardy z nas orzech, łatwo im nie pójdzie. Nam też nie jest lekko. Jesteśmy wielkim krajem, jest nas dziewięćdziesiąt milionów, tylko że nasz największy wróg to my. Gdyby cię to ciekawiło, mógłbym wytłumaczyć, czemu się cofamy. Fryderyk Wielki powiedział swym generałom: Kto broni wszystkiego, nic nie obroni.

Pomyślał, że kurewki polowe nie zaprzątają sobie głowy wojowaniem. Nie interesują ich strategia i taktyka, wojna pozycyjna, okopy i pola minowe, operacja Barbarossa czy Wariant Błękitny, który ją zastąpił, ponieważ wojna błyskawiczna nie przewidywała odwrotu. Historia powinna odnotować, że na początku kampanii nie dostali ciepłej odzieży i obuwia, zakładano bowiem, że przed zimą wrócą do domów. Kto chce poznać zimę, powinien spędzić jeden dzień na Wschodzie. Jak powtarzały pobożnisie, krewniaczki matki: Wer anderen eine Grube gräbt, fällt selbst hinein. A więc to prawda, że kto pod kim dołki kopie, sam w nie wpada?

– A jednocześnie wojna nie wojna, na świecie codziennie zachodzą w ciążę miliony kobiet. – Uśmiechnął się. – Jest ich więcej niż mężczyzn, którzy giną na wszystkich frontach. Do tego dolicz pięć razy tyle kalek. Ile to rozbitych rodzin. Przyzwoitość nakazuje kalekom zwolnić miejsce rywalom i zawinąć pod siebie ogon. Przepraszam. Widzę ich, przerażonych zmierzchem, nadchodzącą nocą, oczekiwaniami żony.

W szarości dnia przyglądał się wilkom, myśląc przy tym, czego uniknęła Lilo, kiedy wrodzy żołnierze ze wschodu, gdzie Heereswaffe zostawiała za sobą spaloną ziemię, będą zapładniać setki tysięcy niemieckich kobiet, dziewczyn i małoletnich. Podobnie robiły armie zachodnie, Amerykanie, Anglicy, Francuzi, a nawet Hindusi. Dziewięć miesięcy po wojnie urodzi się w Niemczech wiele kolorowych dzieci. W biuletynie armijnym już pisali o gwałtach na nieletnich. Hauptmann Hentschel snuł rozważania o podłościach związanych z wojną i ciałem. Gdyby miał być bardziej cyniczny, doszedłby do wniosku, że być może opłaciłoby się nie likwidować placówek w rodzaju 232 Ost. Przecież dla odmiany mogłyby służyć innym armiom. Czy Amerykanie albo Anglicy mają coś takiego? Chyba nie. Japończycy? Tak. Uśmiechnął się w duchu, choć prawdę mówiąc, nie było mu do śmiechu. Skierował swą uwagę na inne możliwości i placówki uzupełniające zapasy Rzeszy, jak kiedyś zboże z egipskich spichrzów przez siedem lat głodu po siedmiu latach obfitości; pomyślał o nieodległej placówce, skąd jego żołnierze dostaną zimowy ekwipunek. Ile trzeba pociągów, żeby wszystko wywiozły. Trwałoby to tygodniami. Były tam największe magazyny, jakie widział w swym życiu.

Czy jest możliwe, aby to rudawe dziecko zmusiło go do myślenia o sprawach, które raczej mu wadzą? To też było śmieszne.

– Najgorsze są tu mrozy.

Mrozy w Polsce nie były dla niej tym najgorszym. Odwrócił się od okna.

– Kiedy odrosną, będziesz miała ładne włosy. Lubię rude dziewczyny. Włosy masz po matce czy ojcu?

Znalezienie odpowiedzi zabrało sekundę.

– Po babce ze strony ojca.

– Jak miała na imię?

– Ilza.

Hauptmann Daniel Auguste Hentschel zaczął się ubierać.

– Zapal świecę, nie wiem, gdzie mam buty.

Cieszyła się, że wychodzi. Dziś madame Kulik już chyba nikogo nie przyśle. Najpierw włożył podkoszulek i koszulę, potem spodnie. Zatknął koszulę, zapiął pas. Potrafiła sobie wyobrazić, jak komenderuje swymi żołnierzami; olbrzym z głową niczym góra. Niemiec, który urodził się z przywilejem bycia Niemcem. Szeroki rozstaw oczu. Zarośnięty byczy kark. Ostry nos.

Pozwolił jej leżeć, nie powiedział, by się ubrała. Kilkukrotnie przemierzył klitkę, parę kroków tam i z powrotem. Spojrzał na belki pod sufitem. Zastanawiał się, jak szybko w razie potrzeby mógłby się stąd wydostać? Znów wyjrzał przez okno. Byle nie chciał jej wziąć jeszcze raz.

Myślał o tym, że wróg jest tuż, tuż. Teraz słychać działa, jutro będą kaemy. Gdzie te czasy, kiedy parli do przodu jak burza. Teraz są w odwrocie. Pędzą ich tam, skąd przyszli. Ale to nie dotyczy tej małej kurewki. Nie będą musieli ściągać ani zmieniać flag.

– To kraina mgły. Nibelheim.

Zauważyła, że nie wziął swetra. Leżał na krześle.

– Zostawię ci sweter. Mam drugi.

– Dziękuję. Mam się ubrać?

– Włóż go na gołe ciało. Lilo tak robiła.

Z bocznej kieszeni płaszcza, który miał już na sobie, wyjął manierkę. Odkręcił nakrętkę. Kabura z pistoletem wciąż wisiała na haku.

– Możesz się ubrać, ale jak nie chcesz, nie musisz. Miło się na ciebie patrzy, kiedy nic na sobie nie masz. A masz niewiele.

– Tak – powiedziała niemal wbrew własnej woli.

– Masz delikatne ciało.

– Nie wiem.

– Mogłabyś być chłopcem.

– Miałam brata.

– Byłoby miło, gdybyś miała więcej wigoru.

– Powiedział pan, że jestem młoda.

– Jesteś gorzko-słodka. Następnym razem spiszesz się lepiej.

– Tak.

– Postaraj się. Nie umiesz się rozluźnić, oderwać od wszystkiego? To część domowego ogniska, że tak powiem.

– Postaram się.

Użyła tych samych słów co oficer. Pomyślała o ojcu. Gdyby zobaczył ją z hauptmannem Wehrmachtu, w jego ogromnym swetrze na gołe ciało, który aż po uda zasłonił jej łono, czy byłby to dla ojca cios większy niż widok jej martwej? Zabił swe ciało, ale nie religię ojców. Zgodnie z nią skurwiła się i była trupem. Gdyby żyła jej rodzina, dla niej też byłaby trupem, żywym trupem. Nikt by się do niej nie przyznał i nie odezwał. Wyrzuciliby ją ze swego otoczenia jak parszywą owcę i pogrzebali w swych duszach. Nie opłakiwaliby jej ani się za nią nie modlili. Czy zatem powinna się raczej cieszyć, że już nie żyją? Szorstka, gęsta wełna dawała ciepło. Była pewna, że sweter się przyda. Domyślała się, skąd miał go hauptmann? Wiedziała, skąd wziął płaszcz, skąd wywozili palta, kożuchy i szale. Czy tato by jej uwierzył, gdyby skłamała, że wolałaby umrzeć? Popełniła grzech, bo chce żyć?

– Napijesz się ze mną? – spytał.

Nalał sobie nakrętkę i jednym haustem wypił. Napełnił znowu i podał Skórce. Trącił się z nią manierką. Nie wierzył, by dla Niemiec wszystko skończyło się dobrze. Traktował ją tak, jak jeszcze nikt w tym burdelu.