Piękne zielone oczyTekst

Z serii: Klasyka
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Już niemal nie zauważała, że jest naga. Jej ciało też było pułapką, w którą wpadła. Pułapką, kołem ratunkowym. Ręką, którą ktoś podał, żeby wyszła z wody. Jeszcze nie wiedziała, jak silna, a zarazem niedoskonała jest jej kobiecość. Czy z pozostałymi była inna niż z nim?

Kapitan był zaspokojony. Osiągnął to, po co przyszedł. I być może przypomniał sobie jeszcze coś albo kogoś innego. Nieważne kogo. Tu jest ona.

Najmłodsza w 232 Ost. Ani najgorsza, ani najlepsza.

– Nie jesteś zbyt dobra, ale lepsza niż kiepska – wychrypiał. – Myśl o sobie. Polub siebie.

Było to coś między pochwałą, zarzutem i ostrzeżeniem. Nie wiedziała, co mogła zrobić lepiej. Mogła tu tylko być. Godzić się, by miętosił i miażdżył jej ciało. Była tutaj. Ona z nim, on z nią. Była to nowość, która teraz utrzymywała ją przy życiu, tak jak w Auschwitz­-Birkenau praca w gabinecie doktora Kruegera albo naprawianie bocznych ścian wagonów, łowienie ryb, wybieranie jajek z mewich gniazd czy wyciąganie topielców na Harmenzach. Wątpiła, czy jest to warte ceny, jaką płaci, lecz miała się lepiej niż dziesiątki tysięcy pozostałych. Tyle że słówko „lepiej”, powtarzane w nieskończoność dla nabrania pewności, wracało echem jako „gorzej”. Płaciła za życie swym kroczem, śluzówką, udami, rękami, nogami, wargami, palcami, językiem, duszą. Nie myśląc już o niemoralności swego istnienia, pragnęła, by jej dusza nie miała oczu, które widzą, uszu, które słyszą, ciała, które czuje. Pragnęła, by jej dusza zasnęła snem zmęczonego dziecka. Usiłowała niczego nie dostrzegać. Wyłączyła świadomość. Nie w pełni, bo chyba to niemożliwe. Usiłowała wyprzeć wszystko, lecz zdołała ledwie trochę.

Tak to było i wiedziała, że inaczej być nie może, gdyż inaczej oznaczało gaz, gaz, a potem ogień i popiół. Próbując zmusić się do myślenia, czuła, jak nienawidzi niemieckiego kapitana Daniela Auguste’a Hentschela, prominenta z półarystokratycznej rodziny, dla którego wojna była pracą, taką jak dla taty księgi rachunkowe kupców, którzy zazdrościli mu talentu matematycznego, umiejętności analitycznego myślenia, przyjaznego charakteru i pobożności, gdy w piątkowe wieczory spotykali się w synagodze. Przy wytrysku dostał skurczy, jego ciało zadrżało trzy razy, a usta ułożyły się w grymas, który przypomniał jej śmierć lub ostatnie konwulsje umierającego, zanim uleci zeń życie bądź świadomość, jak wlewająca się do morza rzeka czy błyskawica rozdzierająca chmury podczas burzy.

Znała już tę ciemniejszą i śmieszniejszą stronę namiętności każdego żołnierza, który tu przyszedł.

Było podobnie jak podczas wszystkiego, czego doznawała już od siedmiu dni. I gdyby kazali zrobić to jeszcze raz, za matkę, tatę czy brata, zrobiłaby bez wahania. Zdumiało ją, a zarazem zawstydziło, ile zdoła wytrzymać. Wątpiła, by któreś z nich chciało tego od niej, ale gdyby jednak, chętnie by im przekazała, że nie zawaha się nawet ułamek sekundy, byle ich uratować, tak jak ratowała siebie samą. Czy zrobiłaby to dla kogoś innego? Chyba nie. Ułamki sekundy bombardowały strzępki jej myśli, być może nawet nie myśli. Było to uczucie niesmaku, pogodzenia się i odrazy, sprzeciwu, rezygnacji i pieczenia śluzówki, obrzydzenia, jakie budziły obca wilgoć, śluz i niezaznany wcześniej ból. Takiej nie znał jej nikt z tych, których ujrzała w przebłysku pamięci – ciotki, wujowie, znajomi.

Przemknęło jej przez głowę, dlaczego człowiek się poddaje. Ona też była na dnie morza, najgłębszego, a być może najpłytszego oceanu. To, co czuła, widziała i słyszała, rozgrywało się pod powierzchnią, niewidzialne, niesłyszalne, ale gwałtowne i straszne. Przez moment wyobraziła sobie morze koloru krwi. Koloru biegunki. Dźwięki, które wydostawały się z jej piersi, podobne były do niezrozumiałych przez nikogo głosów, jakie wydaje dno oceanu. Z iloma marynarzami była Leopolda Kulik? Czy cała jej wiedza o morzach i oceanach pochodziła wyłącznie z marynarskich szeptów i opowieści? Czy były one jak historie opowiadane o innych, tak wiarygodne, że opowiadacz się z nimi utożsamia? Wzbogacały ją? Nie, raczej zubażały, obnażając jak kogoś, z kogo zerwano odzienie i zostawiono na wietrze.

– To, że jesteś dziewczyną, stawia cię w całkiem dobrej sytuacji – wychrypiał kapitan Hentschel. – Wystarczy ci, że masz, co trzeba. Byłbym w stanie zrobić ci dziecko, gdybyś chciała. Jeśli nie wiązałoby się to z ryzykiem, no i za zgodą oberführera.

Poczuła się jak wilczek złapany w potrzask przez wartownika z blizną od ucha do ucha.

– Chciałabyś?

Nie odpowiedziała. Dlaczego pytał?

Oboje wiedzieli, że żadna dziewczyna nie trafia tu, żeby rodzić dzieci. Gdy tylko Niemcy zgładzili polskich mieszkańców majątku, założyli w nim ośrodek organizacji Lebensborn, Źródło Życia, aby dzięki planowemu spółkowaniu wyhodować plemię zdrowych, płowowłosych i niebieskookich. Przemilczał to. Może nawet coś wiedział, ale nie myślał o tym.

– Powiedziałem pewnej twojej koleżance, że byłoby zabawnie mieć dziecko, które mówi: „Moja mamusia kurwa”.

Jasne, chodziło o Wysoką, do której Leopolda Kulik skierowała raz dwóch oficerów. Rano Wysoka oznajmiła: „Najgorszy cham pozwala sobie tutaj na coś, na co gdzie indziej z żadną by sobie nie pozwolił”. Kulik odrzekła: „Ciało potrafi wszystko”. Podczas gdy hauptmann Hentschel dochodził do siebie niczym zawodnik po ukończeniu biegu długodystansowego, Skórka zachowała rozwagę, jakby czekając na krze lodowej, aż ktoś na drugiej krze podpłynie do niej, przeskoczy i będą razem.

Hauptmann Hentschel objął ją przyjaźnie za ramiona. Wyczuwała jego umięśnione ręce, a on z kolei czuł jej długie, szczupłe i gorące ciało, które dla niej było niczym stygnący świeżo upieczony chleb, rozgrzany piecyk, do którego już się nie dokłada, mech po zachodzie słońca.

Czuła się jak gazeta, którą ktoś przeczytał i odłożył na bok, zakładając, że jeszcze do niej zajrzy. Wiedziała, że jeszcze nie skończył. Sama była na końcu wszystkiego, co może mieć koniec, gdy zacznie się od nowa. Już przestała się dziwić, że dotyka cudzego ciała, a ono jej. Było to jak wkładanie i ściąganie butów. Zdejmowanie koszuli, majtek, rękawiczek. Inność polegała tylko na tym, że był oficerem, co odróżniało go od szeregowców i podoficerów. Uzmysłowiła sobie, że również jego ranga budzi w niej lęk i obnaża nerwy.

Czy bałaby się tak samo, gdyby to był ledwie sturmmann? Czuła na sobie skórę obcego człowieka, jakby to był kawałek materiału czy skórzana łatka w miejscu wymagającym załatania.

Nie chciała już tysięczny raz powtarzać słowa „fu”; nie chciała też nieustannie się opluwać. Musiała znaleźć formułę, klucz, dojść co, jak i dlaczego, aby to nie zabiło jej wnętrza. Apatia nie byłaby najgorszym przeciwciałem, gdyby nie to, że pozbawiała ostrożności. A nieostrożność była niczym dziura do piekła. Żyła w takiej dziurze jak mysz w swojej norce, gdzie czuje się najbezpieczniej i wyłazi z niej tylko po to, żeby się najeść, a potem wraca. Żyła w dziurze do piekła niczym pająk w pajęczynie, którą utkał, bo jest pająkiem.

– Jak się czujesz?

– Dobrze – skłamała.

– Nie będę ci w tym przeszkadzał.

Wiedziała, że nie może, ba, nie wolno jej się uskarżać. W przeciwnym razie podpisałaby na siebie wyrok, potwierdzając, że tu nie przynależy. A chciała przynależeć. To była ostatnia deska ratunku. Po każdym stosunku przynależała coraz mniej. Podpowiadało to nie doświadczenie, tylko świadomość zużycia. Nawet gdyby popadła w apatię, zorientowałaby się, co znaczy „zużycie”, już choćby po swoim oddechu.

– Kiedy wracam i mój adiutant pyta, jak się czuję, odpowiadam tak, jak mogłabyś odpowiedzieć ty mnie, a ja tobie: jak motyl, który żyje w raju, ale przykleił się do drzewa. – Po czym dodał: – Porównuję burdel z rajem.

– Nie wiem – odparła jak zawsze, gdy odchodziła od rozumu, bezradna wobec pytań, nawet tych niepodstępnych.

– Chcę dziewczyny jak syrop. – Zdobył się na żart. – Powinnaś wiedzieć, jaka jesteś i czego chcę ja. I być miłą gospodynią.

Nie czuła się gospodynią, lecz wprost przeciwnie, nieproszonym gościem. Przymknęła oczy. To, czego chciał, nie stanowiło tajemnicy. Myślała o głosach, jakie marynarze słyszą z morskiego dna. Czy należą do topielców z okrętów, które bez świadków zatonęły na pełnym morzu? A może są dźwiękami zatopionych lądów, wysp, o których dziewczyny rozmawiały nocą? Od pustkowia, lodu, śniegu i wiatru ciągnęło chłodem, ale tutaj było ciepło. Między ścianami czaszki mignęło jej wyobrażenie zaginionych kontynentów, czegoś, co było, a czego nie ma, jakby nie było tego nigdy, jak kiedyś nie będzie jej, a już teraz nie ma brata, ojca, matki i wszystkich krewnych, aż do ostatniego. Wyobrażenie zaginionych ludzi, wszystkiego, co było jeszcze wczoraj, czego nie będzie jutro, być może już za dwie godziny. Czy jest to tam, dokąd odszedł tata, Ramon, może i mama? Gdzie przepadnie także ona i 232 Ost, a zostanie tylko pustkowie, śnieg, dawny kamieniołom? Nie miałaby za złe i nie zdziwiłoby jej, gdyby niebo się rozwarło i wszystko zasypał śnieg. Myślała zarazem, że nie jest tak całkiem bezsilna jedynie w tym, co robiła przez minione siedem dni i będzie robić dopóty, dopóki się nie zużyje i ją rozstrzelają albo wywiozą.

Uczucie bezsilności było równie mocne jak uczucie wstydu. Oba tworzyły głębię, w której tonęła, która napawała lękiem i do której podobne było jej ciało, krocze, a lustrem tego wszystkiego był hauptmann Hentschel, każdy mundur, każde nagie lub półnagie męskie ciało. Bolały ją ręce i nogi, pragnęła przezwyciężyć przynajmniej zmęczenie. Gdyby musiała, doszłaby do latryny. Trzecim uczuciem był sprzeciw, marzenie czy też upór, z jakim trzymała się życia. Coś w niej krzyczało, szeptało, uwięzło niczym ślina w gardle, oddech w szczycie płuca, głos, którego już nikt nie słyszał. Chciała żyć, zakazując sobie pytania: dlaczego? Sił starczało tylko na to, by wiedzieć, że chce. Echo słów madame Kulik: nie możesz pozwolić, by zatłukli ci duszę.

 

Jej dusza była wylękniona i poobijana, tak samo jak ciało, tyłek, plecy. Podobnie tłucze się psa, konia czy muła. Ale musiała to skrywać, bo poobijanej nikt by nie chciał.

Słuchała zabarwionego namiętnością głosu hauptmanna Hentschela. Mówił o ciemności, która tutaj zapada szybko, a odchodzi późno. Panuje tu na wpół dzień, na wpół noc, wieczny mrok albo półmrok. Wojowanie w zimnie to nic przyjemnego. Łatwiej pokonać pragnienie niż mróz, stwierdził. Zimno jest bliżej śmierci niż gorąco. Dla ciała lepsze jest ciepło.

A jeśli chodzi o rasę, powiedział, to najlepszą jest żołnierz. Zdumiała się. Błądząc w chłodzie swej duszy, w jej mroku, szukała po omacku resztek uzasadnienia: po co jeszcze żyć, skoro może żyć tylko tak jak teraz? Czy ciało podoła wszystkiemu? Dlaczego w Niemczech wszystko zaczyna się od rasy i na niej kończy?

Jej pocieszenie było marne, smutne, niemal chłodne i ukryte w mroku. Zewnętrzne zimno tylko uwydatniało, co zamarza, przemija lub zasypia, ale snem innym niż ona i pozostałe dziewczyny, niż ludzie.

Czuła zarazem, jak uchodzi z niej chęć do życia, przez co staje się zimną rybą.

Z całego ciała najcięższe były nogi. Każda z osobna ważyła chyba tonę, na której leży kolejna tona. Dobrze, że nie musi nigdzie iść ani przynajmniej przez chwilę wstawać. Nic na to nie wskazywało.

Patrząc na sufit, na belki, pajęczynę w rogu, której wczoraj tam jeszcze nie było, słyszał w duchu jakąś starą piosenkę. Miał ochotę na rozmowę, ale tylko o tym, co go interesowało. Tyle że jego przemyślenia były jej obce. Słuchała z musu. Mogła się zorientować, kiedy myślami był tutaj, a zarazem gdzieś indziej.

– Pierwsze doświadczenie. Tajemnica narodzin. Przypomniałem to sobie, idąc na pierwszą bitwę, stanowczy, żądny wrażeń, a jednocześnie niewinny, jak zawsze, kiedy robisz coś pierwszy raz. Bieg na spotkanie wroga, walka wręcz. Przedziwne braterstwo we wrogości, w tym, co na wojnie nas łączy. Nie miałem już dwunastu lat, ale to pierwsze powtarzało się zawsze. Musisz przeżyć na własnej skórze, nie da się tego opowiedzieć.

– Nie wiem.

– Niewykluczone, że z bólem jest jak z pierwszą bitwą, pierwszym stosunkiem, pierwszym doświadczeniem ciała.

– Nie wiem.

– Od twojego pierwszego razu upłynęło chyba niewiele czasu.

– Niewiele.

Przypomniała sobie, że utykał, kiedy przyszedł. Coś takiego słyszała pierwszy raz. Widziała niemiecką wojnę tylko z jednej strony, a doświadczenia hauptmanna pokazały jej tę drugą.

Nie chciała opowiadać o własnych doświadczeniach. Miała mówić o tym, ile razy została zgwałcona? Nie podzielała jego zapału. Mogła tylko okazać niezainteresowanie lub niezrozumienie. Wsłuchiwali się w oddaloną kanonadę. Łoskot nadchodził i znikał za byłym kamieniołomem, za rzeką San, na zaśnieżonym pustkowiu.

– Twój pierwszy raz był tutaj?

– Tutaj – westchnęła.

– Na tym łóżku?

– Tutaj – powtórzyła.

– Byłaś dziewicą?

Milczenie odebrał jako przytaknięcie.

– Tak sądziłem.

Milczała.

– I jaki był ten pierwszy raz?

– Nie myślę o tym.

– Co było najlepsze?

– Nie wiem.

– A najgorsze?

– Już nie wiem – powtórzyła.

– Będziesz do tego wracała.

– Nie wiem.

– Wszyscy wracają. – Po chwili dodał: – Wasza madame powinna prowadzić poradnię małżeńską. – Uśmiechnął się. – Mój adiutant nie da o niej powiedzieć złego słowa.

Ucieszyła się, że zmienił temat.

Miała mu powiedzieć, że nie było to ani dziwne, ani tajemnicze, tylko bolesne, krwawe, upokarzające i okropne, ale nie wolno jej było nic okazać? I że musiała zachować się tak, jakby to był jej chleb powszedni, żadna pierwszyzna, i że jest do tego stworzona? Czy wtedy zraziłby się do niej jeszcze bardziej? Przypomniała sobie też pierwszy dzień, piątek, z piętnastoma mężczyznami. Wieczorem była bardziej martwa niż żywa; tyle dobrego, że Wielka Kulik zwolniła ją z odśnieżania. Spała ledwie godzinę, drżąc z przerażenia, że nadchodzi sobota. Wstydziła się, że nie utonęła w kadzi.

Nie chciała myśleć o tym, co oznacza sobota.

Gdy mówił, chciał tylko, by go słuchała, i dobrze. Szacowała, jak długo zechce odpoczywać. Opowiadał o kobiecie, która miała na imię Lilo.

Była siostrą przełożoną. Gdy skończyła osiemnastogodzinny dyżur, zabrał ją nocą do spalonego budynku. Pachniała karbolem, krwią rannych, lekarstwami. Leżeli na plecach obok siebie. Całował jej włosy. Kochała się żarliwie, szaleńczo, zapamiętale, świadoma ograniczeń związanych z pośpiechem. Wspominał cudowność jej rozedrganych pieszczot, radosnych niczym orzeźwienie po oblaniu się wiadrem wody z pustynnej studni.

– Blisko jej twarzy byłem rozgorączkowany podobnie jak przed pierwszą bitwą. Zapraszała mnie do czegoś tak odległego, że nie potrafimy tego dojrzeć. Szeptała, że razem zdołamy zabić śmierć. Nie godziła się z myślą, że śmierć to nasz pan, podobnie jak życie. Ślubowała zabić śmierć wcześniej, niż ona którekolwiek z nas. Dźgnie ją w plecy, wydłubie jej oczy. Nie mówiła o miłości, tylko o tym, jak zabije śmierć. Nie pytałem, czy się jej boi. Jako pielęgniarka widziała więcej umierających niż ty i ja ujrzymy do końca czasu. Jej ciało płonęło. Nadawała się bardziej tutaj niż do wojskowych lazaretów. Nigdy nie rodziła. Na wschodnim niebie widzieliśmy światło. Przypominała mi liście nieznanego drzewa, czułość, która zmienia mężczyznę w dziecko, a dziecko w mężczyznę. Opasywała mnie rękami niczym ośmiornica w nocnym morzu. Pożegnaliśmy się pocałunkiem, po którym na mojej wardze została blizna. Ugryz­ła mnie, zobacz. Tamtej nocy była przepełniona śmiercią, ponieważ wypełniało ją życie. Twierdziła, że śmierć upiększy wszystko. To umierające i to, co dopiero się rodzi, pocałunek, dotyk, rozchylone wargi, skrawek skóry. Szeptała słowa przepełnione śmiercią i pięknem tak długo, aż nabrała pewności, że jej wierzę. Śmierć jest siostrą piękna, może matką. Wielką siostrą wszystkich żyjących. Twoją i moją. – Po czym dodał: – Wiesz, my, Niemcy, jesteśmy jej kochankami. – Mówił do siebie, do swej martwej kochanki i do niej, ciałem tutaj, duchem gdzie indziej. – To, co robimy, traktowała zaledwie jak początek. – Nie użył słowa „stosunek”. Sama je sobie dopowiedziała.

Dla niej śmierć nie była matką ani siostrą miłości, a ciało – początkiem czegoś nowego. Nie chciała myśleć o tym, jak w mieszkaniu przy Rybnej 8 matka wpychała do maszynki kawałki mięsa bez kości, żeby je zemleć. O bólu między nogami, w plecach, o którym nie mogła wspomnieć. O pustym miejscu w ciele dziewczyny, o którym matka opowiadała, że nie trafi tam nic nieczystego, tylko miłość. Musiała to być miłość różna od tej, którą miał na myśli hauptmann Hentschel. Nie chciała grzeszyć myślą o matce, ale temu, co z nią robił i jak jej dotykał, brakowało czułości obiecanej przez matkę. Kojarzyło się raczej z maszynką do mięsa. Jej ciało było jednym i drugim: maszynką i mięsem.

Hauptmann wyłamywał dłonie w stawach, aż trzeszczały.

– Myślę teraz o niej. Jest tu z nami. Według mnie na tym polega wspaniałość wojny.

Milczała. Było to śmieszne, błahe, niezrozumiałe, dla niej w zasadzie obojętne.

– Snuję rozważania o nieśmiertelności – powiedział. – Wśród bitewnego zgiełku ciało jest ostatnim potwierdzeniem istnienia. Dynamem, które wzbudza energię. Reszta to boski zryw, którego odblask wskrzesi kobieta taka jak Lilo. Być może ty. – I dodał: – Wciąż jesteśmy w drodze do utraconego raju, do siebie. – Popatrzył na nią. Miał spojrzenie wyrozumiałego lub doświadczonego myśliwego, który spotyka przyszłą zdobycz.

Prócz głosów niemieckiego chóru z grającej płyty wpadały tu także dźwięki z poczekalni, piskliwy, wysoki krzyk oberführera. Hauptmann znów opowiadał o pielęgniarce Lilo, o jej ustach. O tym, ilekroć i jak ją posiadł tamtej ostatniej nocy. Ilekroć i jak posiadła go ona. Było to niewiarygodne. Pragnął, by płynęła z niego krew, lecz rano to jednak ją przestraszyło krwawienie.

– To, co ma być ostatni raz, gromadzi się w tobie. Nigdy cię nie opuści – rzekł.

Myśląc o zasadzkach, jakie zastawia jej własne ciało i ciało hauptmanna Hentschela, nie zamierzała pytać dlaczego. Cieszyła się, że nadal mówił.

– Obserwowaliśmy roje meteorytów, deszcz gwiazd spadających w sierpniowej ciemności. Lilo nazywała je łzami Wawrzyńca. Był dziesiąty sierpnia, dzień świętego Wawrzyńca. Czterobarwne światło świetlików, które gaśnie i rozbłyskuje krwią albo jakimś białkiem w krwi owadów.

Cieszyła się, że może się schować za nieznajomą pielęgniarką, której poświęcał więcej uwagi niż innym wyniesionym na tron obok siebie. Nieważne, że dzieli się z nią martwą kobietą, przecież później zrobi z nią to samo wobec innej. Miała tylko nadzieję, że się o tym nie dowie. Był to rodzaj współczucia? Sposób dzielenia się nieżyjącymi?

– Masz małą dupcię. – Pogłaskał ją po zdrowym pośladku. – Naprawdę jesteś ładna.

Przestały już jej przeszkadzać jego łagodność i bezwstyd. Delektował się każdym dotykiem. Czyżby i ją widział już martwą? Chciała lepiej udawać dojrzałą. Czy po stosunku – którego usiłowała nie zauważać – należy słuchać mężczyzny, jego wersji świata, skoro dostał już to, po co przyszedł? Wspominał pielęgniarkę Lilo, która tuż przed bojem zrobiła mu pospiesznie to, czego w tamtej chwili chciał najbardziej. Pragnął przy tym widzieć jej twarz, oczy, usta. Była pełnia. Księżyc piął się niczym olbrzymie koło, najpierw nisko, by zająć miejsce w najwyższym punkcie nieba, a potem ruszył na wschód podług obrotu Ziemi, jak ogromne usta gotowe połknąć noc i świat razem z nimi.

Hauptmann pachniał kwaśnym potem.

– Słyszeliśmy czajki, wiatr, żurawie, owady, zagadkowe dźwięki nocy. Przez letni wiatr przebijała się nieodległa strzelanina z ciężkich dział i moździerzy, później też broni maszynowej.

Jego jednostka nie była na pierwszej linii. Szacował, jak daleko od nich czy blisko wybuchają granaty ręczne. Spodziewano się, że atak nastąpi rano. Miał godzinę, bodaj ostatnią w życiu. Pociski artyleryjskie przypominały meteoryty, błyskawice. Kruchość i ostateczność wszystkiego. Leżeli tam, ryzykując życie. Lecz co nie było ryzykiem? Przy każdym kolejnym spotkaniu po tym pierwszym wiedzieli, że może być ich ostatnim.

– To też czyni wojnę piękną – rzekł hauptmann Hentschel, mając w pamięci objęcia Lilo.

Czyżby wystarczyło mu dodać do wojny kobietę, jakąkolwiek, choćby i martwą?

Tuż za nimi znajdował się skład amunicji, kawałek dalej latryna. Wiatr wiał od nich. Patrole chodziły w odległości około dwustu metrów. Niebo, usiane gwiazdami niczym diamentami, przypominało koronę.

– Są chwile, gdy każdy mężczyzna jest królem, a każda kobieta królową. – Powracał do dawnych pieszczot, do czułości, która stwardniała, do ciepła, które już wychłodło. Nie mogąc jej ożywić, snuł wspomnienia. – Myślałem o śmierci, karmiąc się wizją życia. Kiedy nagle kanonada ucichła, wiedziałem, w czym rzecz.

Słyszeli nad sobą pięćdziesiąt bombowców, przelatywały co minutę. Bezwiednie przylgnęli do siebie i do trawy. Później zjawiły się ich samoloty: junkersy, dorniery i messerschmitty.

W ciemnościach nad nimi rozpętała się bitwa powietrzna. Trafione maszyny spadały w płomieniach, reflektory na ziemi smagały swym światłem niebo.

– Wiedziała o wojnie więcej, niż chciała. Drugi rok była na Wschodzie. Wryła jej się w pamięć bitwa pancerna pod Kurskiem. – Zamilkł na chwilę. – Miała duże usta, miękkie i wydatne wargi, wilgotny, cieplutki język. Noc upiększała jej twarz. Wiedziała, czego od niej chcę, gdybym za chwilę miał umrzeć.

Lilo zmieniła przełożoną, która w dziewiątym miesiącu pojechała do Berchtesgaden, żeby urodzić. Obie stamtąd pochodziły. Miała w sobie góry, opowiadała mu o skałach, szczytach i zamku nad miastem, dokąd chadzała z mamą i z tatą, kiedy była mała. Długie ręce, biała cera. Lubiła leżeć w trawie. Przyciśnięta całym ciałem, brzuchem, piersią i łonem do cienkich źdźbeł, z głową ułożoną na skrzyżowanych dłoniach, rozmarzonymi oczami patrzyła przez koniuszki traw przed siebie, blisko i daleko, dokąd dosięgła wzrokiem. Trawa była dla niej czymś, czego nie umiała wyrazić, czym przenikło jej całe jestestwo.

– Chroniło nas pole minowe. Z braku oddziałów wróg musiał poświęcić innych ludzi, chyba więźniów. Wysyłali ich bez karabinów. Tak czy owak, byli to ich ludzie. I ja wiem o wojnie więcej, niżbym chciał. To, co piękne, i to, co konieczne. A ty?

– Jestem tu nowa.

Wspomniał, jak pielęgniarce Lilo spuchły ze zmęczenia nogi. Nigdy nie robił tego w brudzie, choć nie zawsze na najczystszej ziemi. Na płaszczu albo na kocu. Westchnął na wspomnienie mięsistych białych ud. Nie wzdragał się przed opisaniem ciała lśniącego pod księżycem, który kilka godzin później oświetlał zabitych. Ludzi bez nóg, rąk, oczu, ogłuszonych, z rozszarpanymi członkami, ciałami, twarzami.

 

– Chyba już się z tym urodziłem, jak mój ojciec i ojciec mego ojca. Być może dlatego mogę to robić podczas wojny. Lilo też taka była.

– Tak jest – powiedziała Skórka. – Jawohl.

Spojrzał na nią.

Patrzyła na płonące w piecyku drewno. Z rusztu spadło trochę żaru, wzniecając kilka iskier.

Lilo należała do pielęgniarek, które z powodu przynależności do Waffen-SS nazywano brunatnymi. Trzymała się pierwotnych zasad, jak jej kochanek czy też przyjaciel. O jego zdradach albo wiedziała i nie przejmowała się nimi, albo on nic jej o nich nie mówił. On zaś nie miał złudzeń, że pod jego nieobecność pocieszała wielu innych, tak jak jego, a przedtem adiutanta, uważając to za swój obowiązek, los albo rodzaj niesienia radości, do którego kobieta jest przeznaczona już od narodzin. Była równie namiętna jak on, wręcz rozwiązła. Nie czuła się cierpiętnicą czy skrzywdzoną ofiarą. Ginie się tylko raz. Kierowała się powiedzeniem, że tchórz umiera po tysiąckroć. W tym sensie, jak sądziła, zacierała różnicę między kobietą a mężczyzną. Chciała – znowu w tym sensie – dostać od życia to samo, co mężczyzna. Zmagała się z losem, z przesłaniem kobiety, z naturą. Nie przeszkadzałoby jej, gdyby ostatnia zasadzka czyhała w pobliżu składu amunicji, pośród wybuchających bomb, w gradzie pocisków lotniczych, przy akompaniamencie strzelaniny i potężnych fajerwerków, gdzie z każdego, kto żył jeszcze przed ułamkiem sekundy, nie zostałby choćby paznokieć. Podobnie jak hauptmann Hentschel pragnęła, by stało się tak w chwili, kiedy chciał tego od niej. Śmierć była końcem, stosunek początkiem. Śmierć była tym dawnym, prastarym, darami ciała, początkiem nowego. Życie z Lilo oznaczało coś wyjątkowego, bogatszego aniżeli dni, w których człowiek ogranicza się do wydalania. Była twarda, niezależna i oddana. Ucieleśniała jego i własne wyobrażenie kobiety na wojnie. Z rodzinnego Berchtesgaden zabrała stalową klatkę z kanarkiem Albrechtem. Woziła go do wszystkich szpitalnych placówek, dzieląc się z nim codziennie kostką cukru. Zabierała go do rannych i umierających żołnierzy. Pielęgniarki hodowały czasem gęsi, kaczki czy kury, a w Rosji utuczyły raz świniaka.

Stąpała mocno po ziemi. Była poganką, miłą dla niego, niemiłą dla ludzi, którymi gardziła.

– Bała się nie tego, że mnie zabiją, lecz że okaleczą.

Obawiała się utraty ręki, którą przyrzekła miłość na jedną noc, kawałek dnia, godzinę; oszpecenia warg, którymi go brała lub mu szeptała.

Ilekroć hauptmann wypowiadał jej imię, jego głos łagodniał, a oczy zachodziły mgłą. Z Lilo pozostały strzępy mięsa, wnętrzności i skóry. Ani jedna kosteczka nie była cała. Przepadła w ogniu, a z nią klatka z żółtym kanarkiem Albrechtem i personel medyczny. Spłonęli w napalmie.

– Jest tu nas troje. Jej ciało, moje i twoje – rzekł hauptmann Hentschel, a później dodał: – Nie zawsze możesz dostać, czego pragniesz.

Powinna mu powiedzieć: tak, jawohl? Słyszała o karach za hańbienie rasy, o ustawie o ochronie krwi niemieckiej. W lagrze każde kłamstwo Niemcy karali biciem, bezwarunkowo wymagając od więźniów prawdy. Jej kłamstwo ukaraliby stryczkiem, kulą, siekierą, a najpewniej gazem. Nikt, kto przeszedł przez Auschwitz-Birkenau, nie był wolny od wizji cyklonu B w nozdrzach, ustach, oczach. Pierwszy haust, po którym człowiek zaczyna się dusić i wymiotować, nim oczy wyjdą mu na wierzch, odgryzie sobie palce, pękną płuca. Widok stłoczonych na sobie ciał. To, co nastaje później. Dzieci na posadzce, zadeptane, kiedy ludzie jeden przez drugiego próbują dotrzeć do sufitu, gdzie gaz dociera najpóźniej.

Teraz hauptmann Hentschel, zanurzony w swym świecie, położył przyjaźnie dłoń na jej brzuchu. W duchu widział pielęgniarkę, która gdy się kochali, zamykała oczy, delektując się w sposób znany tylko niewidomym, który przytrafia się marzycielom, przepełniona pieszczotami wypełniającymi jej pustkę. Skórka czuła jego mocne ciało, energię, tę już zużytą i wciąż w nim drzemiącą, jego rękę. Gdy zamilkł, domyśliła się, co go zadowala. Był z nią i z pielęgniarką? Albo myślał o tym, po co są kobiety, dlaczego i jak biorą je mężczyźni, dlaczego się nimi dzielą oraz co sprawia, że wojna jest piękna wbrew swemu okrucieństwu czy może właśnie dlatego. A także dlaczego i jak przez nieliczne wąskie szczeliny między okrucieństwami przemyka niczym promyk przebłysk pożądania, czułości i rozkoszy, zwielokrotniony tysiąckroć przez wojnę.

Z miejsc, gdzie był z Lilo, przenosił się w myślach do odległych stanowisk, gdzie pozostawał sam. Brakowało mu jej jak nigdy przedtem, dotkliwiej niż żony i – co sobie uprzytomnił z goryczą – własnych dzieci. Kochając się, jednał się ze światem, z jego drugim obliczem, z mrokiem, który go oślepiał.

– Miała ulubioną piosenkę – powiedział i zaśpiewał głębokim głosem, co brzmiało trochę śmiesznie:

Komm, Herzens Liebchen lass uns gehn

Da wo die Waldeswinde wehn,

Da sagen wir auf Wiedersehen, auf Wiedersehen

Mein Lieb

Kochana moja, chodźmy tam

Gdzie las i gdzie wiatr wieje…

Nie darował jej reszty.

In deinen Armen is so schön

Doch warum muss ich von dir gehn

Muss sagen wir auf Wiedersehen, auf Wiedersehen

Mein Lieb

Und wenn du einsam bist

Einsam und alleine

Liebchen denk an mich

Dass einsam bin auch ich und weine

Und wenn die Frühlingswinde wehn

Dann werden wir uns wiedersehen

Wir sagen nie auf Wiedersehen, auf Wiedersehen

Mein Lieb…

Gdzie te czasy? – westchnął, dodając z uśmiechem: – Nie jestem taki stary, ale jednak.

Przypomniał sobie pieszczoty, które oznaczały życie i śmierć, zgasłe światło, zamierzchłe słowa i przebrzmiałą melodię.

W duchu musiał słyszeć nieco szorstki, mocny głos, a w nim macierzyńskość, namiętność kochanki, doświadczenie siostry przełożonej, która widziała zbyt wiele śmierci, by zachować swą dawną wrażliwość.

Zapewne tę wrażliwość, której brakowało Lilo, okazywał teraz hauptmann Hentschel młodziutkiej prostytutce polowej, odrobinę przypominającej mu Lilo.

Piosenka wywołała u obojga odmienne skojarzenia.

Nie spytała, kto ją śpiewał, hauptmann dla niej czy odwrotnie. Wyobraziła sobie głos Lilo, jego brzmienie, gdyby ta służyła w obozie kobiecym Auschwitz-Birkenau.

Gdyby tysiącu kobiet na apelplacu kazała rozebrać się do naga, w wietrze, deszczu lub na mrozie, i ukarać którąś za załatwienie potrzeby poza latryną. Mogła ją sobie wyobrazić, jak sama wymierza karę trzcinką albo pejczem, jak uderzenie rozcina ukaraną pierś.

– Rzadko śpiewam – powiedział, uśmiechając się znowu.

Przez ułamek sekundy zobaczyła siebie w objęciach hauptmanna jako Lilo. Czy byli sobie teraz bardziej obcy niż dotąd? Nie miała w sobie miejsca dla słów o sercu, leśnym wietrzyku albo o samotności i miłości kochanków.

Czuła na sobie jego rękę i pilnowała się, by nie okazać wstrętu. Cały czas, bez żadnego wyjątku, zapełniał ją popiół martwych z Auschwitz-Birkenau, ziąb tutejszych nocy, kiedy nie wolno było palić w piecu, burczenie w żołądku i nieprzemijające odczucie biegunki, która była tuż, tuż. Strach przed krwawieniem i bólem między nogami. Zarazem bliskość hauptmanna dawała ciepło. ­Lepiej było być w środku niż na zewnątrz. Lepiej z jednym niż dwunastoma, trzynastoma czy piętnastoma.