Czerwony lotos

Tekst
Z serii: Zapiski stali #1
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Czerwony lotos
Czerwony lotos
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 83,83  67,06 
Czerwony lotos
Czerwony lotos
Audiobook
Czyta Andrzej Ferenc
47,90  35,45 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Zapiski stali

Prolog

Omote 1. Zguba Nieśmiertelnych

Omote 2. Miasto Duchów

Omote 3. Żelazny Pałac

Epilog

Słownik pojęć i terminów

Mapa

Karta redakcyjna

Okładka


Zapiski stali

1 Czerwony Lotos

2 Pani Cisza

3 Bitwa nieśmiertelnych

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Prolog

Czerwone liście spływają z drzew

Łąki niosą dźwięk mieczy

Krew barwi strumień

Szkarłatem

Nobunaga Otomo przegrał bitwę, tylko jeszcze o tym nie wiedział.

Spoglądał ze wzgórza na przebieg starcia, przygryzając wargę. Samurajowie w centrum zgrupowania bronili się zajadle. Szczęk mieczy niósł się na wiele mil, krzyki walczących i mordowanych unosiły się ku niebu. Mandukowie napierali.

Lewa flanka była praktycznie rozbita, uderzenie konnych łuczników Manduków doprowadziło w szeregach wyposażonych we włócznie yari ashigaru do straszliwego spustoszenia, strzały wystawały z gleby tak gęsto, iż zdawało się, że to źdźbła traw. Trup leżał na trupie, krew wsiąkała w glebę, ale Mandukowie nie ustępowali. Zdawało się, że w kołczanach mają nieskończoną liczbę pocisków, miotali nimi ku chwiejącym się szeregom, zasłaniając słońce. Żołnierze Nobunagi ginęli setkami.

Po prawej samurajowie siekli przeciwników katanami. Któryś z tamtejszych dowódców zdecydował się na szalony krok i podjął pieszą szarżę na konnych. Ci, zaskoczeni szaleństwem wroga, pierzchli, samurajowie zaś swoimi mieczami no-dachi wykroili sobie krwawy korytarz w manduckich szeregach. Teraz jednak dowodzący Mandukami rzucił na ten odcinek posiłki. Wojownicy właśnie masakrowali ludzi Nobunagi.

Generał nawet ze wzgórza widział ginących i rannych. Dostrzegł samuraja pełznącego we własnej krwi, widział innego, który wymiotował czerwienią. W bitwie jest wiele chwały, jednak wcześniej należy przepłynąć przez ocean szkarłatu.

Armia Połączonych Klanów ginęła.

Zginął Toyotomo Nagara, zginął Aritami Takeda. Sam Nobunaga widział, jak obrywa strzałą i kona pod kopytami wrogich koni Nihoto Chosokabe, Wilk Złota, wybitny wojownik i ostatni ze swego rodu.

Armia Połączonych Klanów ginęła. Mandukowie byli niepokonani.

Ale Nobunaga Otomo nie chciał się z tym pogodzić.

Spojrzał w prawo i w lewo. Zobaczył, jak praktycznie załamuje się lewa flanka, jak poborowi włócznicy pierzchają z pola bitwy, ścigani przez Manduków. Błyskały szable i miecze, kopyta tratowały chłopów. Bóstwa śmierci skręcały się z rozkoszy, chłepcząc krew wojowników.

Nobunaga wiedział, że nadszedł decydujący moment bitwy, moment, w którym on i jego elitarna gwardia muszą ruszyć do walki, wyciąć sobie krwawy szlak pośród wojsk nieprzyjaciela, pokonać raz na zawsze brutalnego najeźdźcę i wygnać go z wysp.

Spojrzał na swoich ludzi. Byli gotowi. Na walkę. Na śmierć.

Honor jest wieczny.

– Zenpo ni! Naprzód! – ryknął Nobunaga.

Jego żołnierze tylko na to czekali. Spięli konie, dobyli mieczy.

– Shi! – zakrzyknęli. – Śmierć!

Pięćdziesięciu jeźdźców ruszyło w dół zbocza, ostatnie siły Armii Połączonych Klanów. Ostatnia nadzieja wysp na pokonanie brutalnego najeźdźcy.

Pędzili w dół zbocza, a ziemia aż się trzęsła pod kopytami. Wrogowie nagle poczuli lęk, widząc ten zastęp diabłów.

Potężne zbroje, zdobne rogate hełmy, maski demonów zakrywające oblicza samurajów. Błysk zakrzywionych mieczy. Spocone konie.

Shi. Śmierć.

Kujo. Zagłada.

Wbili się w szeregi wroga.

Ryk był ogłuszający. Mandukowie wrzeszczeli wściekle, rąbani mieczami i dźgani lancami samurajów. Wielu padło pod kopytami bojowych rumaków, wielu odrzuciło broń w lęku i oddało życie pod mieczami żołnierzy.

Zagłada.

Nobunaga siekł i rąbał. Krew z rozciętych tętnic pryskała wysoko w górę, barwiła karminem jego zbroję, maskę i konia.

Był generałem ostatniej armii, która mogła stawić czoła Mandukom. Musiał zwyciężyć. Musiał ocalić wyspy.

Albo zginąć.

Siekł w dół, przebijając marny hełm pieszego Manduka, pchnął sztychem, wbijając głownię w oczodół kolejnego.

– Eiko! – zakrzyknął. – Chwała!

Wtedy to dostrzegł.

Mandukowie od początku bitwy mieli przewagę. Trzech, czterech ich ludzi na jednego żołnierza Armii Połączonych Klanów.

Nobunaga, widząc wokół stosy trupów, był przekonany, że pokonał co najmniej połowę tej armii, że oto bogowie sądzą większą część sił wroga.

Lecz Mandukom nie było końca.

Oto znad wzgórza po prawej wychodziły kolejne legiony. Nobunaga widział sztandary, widział zbroje, widział dowódców.

W tym Shughis-chana. Głównego wodza wrogiej armii. Wielkiego przywódcę najeźdźców.

Szedł na czele swoich sił. Po zwycięstwo.

I wtedy Nobunaga zrozumiał, dlaczego się urodził, dlaczego jego ojciec posiadł jego matkę, dlaczego jego matka w bólu i łzach wydała go na świat w zamku Takeri o świcie czterdzieści osiem lat temu.

Dla tej bitwy. Dla tej chwili. Aby ocalił Nippon.

Nobunaga spiął konia. Ścisnął mocniej rękojeść katany. Zaszarżował.

– Watashi no ushironi! – krzyknął. – Za mną. Śmierć!

Śmierć!

Za nim do szarży dołączyli kolejni samurajowie, błyskały miecze, zadźwięczały łuki. Strzały pomknęły ku oddziałom Manduków.

Shughis-chan nosił pełną zbroję i maskę ze złota, uformowaną w oblicze demona.

Starli się z wrzaskiem.

Konie stratowały pierwsze szeregi, ale potem zatrzymały się w ludzkiej ciżbie. Nobunaga ciął i rąbał, przebijając się bliżej i bliżej ku chanowi Manduków.

Tryskała krew, jęczeli mordowani.

W końcu jednak ktoś dźgnął konia dowódcy włócznią, wierzchowiec stanął dęba i zrzucił z siebie Nobunagę. Ten padł ciężko na ziemię, ale wstał szybko, porwał katanę, rozpłatał dwóch Manduków obok siebie, odepchnął kolejnego, piruet, cięcie, tryska krew.

Shughis-chan. Tak blisko!

Nobunaga ciął raz i drugi, zabił kolejnych Manduków. Ci podchodzili, lecz samuraj był nie do trafienia. Tylko błysk żelaza, krew i śmierć.

– Chanie! – zakrzyknął wojownik. – Stań naprzeciw mnie!

Chan zszedł z lektyki. Stanął.

Dobył długą szablę i odepchnął swych wojowników.

Nobunaga zabił kolejnych dwóch Manduków, nastawił miecz i stanął naprzeciw wroga.

Oto za chwilę miała rozstrzygnąć się przyszłość Nipponu.

Wojownicy ginęli wszędzie wokół, ziemia była lepka od krwi. Bogowie śmierci smakowali szkarłat.

Nobunaga Otomo stał naprzeciw Shughis-chana. Jeden z nich tego dnia stanie się nieśmiertelny.

Starli się. Długa katana Nobunagi kontra krótsza szabla chana. Wymieniali wściekłe cięcia, ataki, parady, odbicia, kontry. Błyskało żelazo, chrzęściła stal, krzesały się iskry.

Nobunaga ciął raz i drugi, odskoczył, odbił podstępny atak z dołu, kontrował bezbłędnie, trafił! Ale jego miecz nie przebił zbroi wroga, odbił się od utwardzonego papieru.

Wojownicy spoglądali na walkę z podziwem, tak jakby walczyli sami bogowie.

Bo to istotnie walczyli bogowie.

Chan był zręczny, szybki i silny, silniejszy niż samuraj. Ciosy nie dosięgały go, za każdym razem parował albo przyjmował na twardą zbroję.

Gdzieś tam, w oddali, ginęli wojownicy Nipponu, a Mandukowie wyrzynali ostatnich żołnierzy. Jednak bitwa rozstrzygała się właśnie tu.

W końcu Nobunaga poczuł, że ogarnia go zmęczenie. Wiedział, że to ostatni moment, wiedział, że potem czeka go tylko śmierć z rąk barbarzyńcy.

Więc zaatakował. Ostatni raz.

Markował pchnięcie, po czym okręcił broń wokół parady nieprzyjaciela i przeszedł do cięcia. Niskiego, z prawej, tam gdzie chan nie mógł się osłonić.

Ale chan się osłonił.

Odbił cięcie, wybił katanę z rąk Nobunagi, kontrował błyskawicznie.

 

Żelazo wbiło się w ciało dowódcy Armii Połączonych Klanów, rozsiekło je, zagłębiło się w szparze zbroi aż po rękojeść.

Chan uśmiechnął się. Wyrwał broń.

Krew trysnęła gęstym strumieniem wysoko w górę.

Nobunaga padł na kolana. Kaszlnął czerwienią, oparł się na dłoniach, wiedząc, że oto uchodzi z niego życie.

– Haiboku – szepnął. – Klęska.

Padł na twarz.

Tak umarł Nobunaga Otomo, ostatni, który zjednoczył klany, ostatni, który mógł pokonać Manduków.

Ich armia właśnie rozbijała samurajów, niedobitki pierzchały do lasów i na wzgórza. Na polu bitwy pozostały bezładne stosy ciał.

Bitwa skończyła się, nim zaszło słońce. Shughis-chan pokonał pobojowisko niesiony w lektyce przez dwudziestu niewolników.


Po tym jak Mandukowie odeszli, zabrawszy broń i łupy, na polu bitwy zjawiły się kobiety.

Łkały głośno, odnajdując mężów, oglądając zmasakrowane ciała ojców, wujów, synów i braci.

Smród odbierał zmysły, wyciskał łzy z oczu.

Stosy ciał. Krew zalewająca błoto. Czerwone słońce.

Chłopiec klęczał przy jednym z ciał, ściskał w dłoniach miecz. Ile miał lat? Osiem? Dziesięć? Nie więcej.

Kobiety zawodziły.

Ktoś stanął nad chłopcem. Mężczyzna o gęstej siwej brodzie, twardym ciele. Rosły i silny.

– Kim jesteś? Jesteś trupem? – zapytał.

Chłopiec uniósł głowę. W jego oczach krył się żal i furia.

– Nie, nie trupem. Nie trupem, bo się ruszasz. Więc kim? Duchem? Seishin?

Chłopiec milczał.

Mężczyzna dobył miecz, skierował sztych ku gardłu dziecka. Jednak zamiast ciąć, delikatnie uniósł brodę malca.

– Duchem, tak, to pewne. Kim był dla ciebie ten człowiek? Twój ojciec? Brat? Wuj? Wiesz, że teraz to bez znaczenia? To jego miecz?

Chłopiec mocniej ścisnął broń.

– Zabijesz mnie, jeśli ci ją odbiorę?

Chłopiec spoglądał zimno.

– Zabijesz – potwierdził mężczyzna. – A przynajmniej spróbujesz. To dobrze. To bardzo dobrze. Będziesz nim. Seishin. Będziesz Duchem.

Chłopiec patrzył na mężczyznę. Ten schował miecz.

I zabrał ze sobą chłopca.


Omote 1
Zguba Nieśmiertelnych

Wiekowe ostrze płonące szkarłatem

Milczący giganci z kamienia

Kwiat mający rosnąć wiecznie

Ścięty

Kiedy ma się sześć lat, cały świat wydaje się miejscem pełnym dobra, magii i niesamowitości. Dorośli są dla sześciolatka ludźmi, którzy żyją od wieków i posiadają pradawną mądrość, kompletnie jednak niezrozumiałą dla dziecka. Historia zaś jest po prostu inną nazwą dla mitu i legendy.

Akinobu był więc zwykłym sześciolatkiem. Świat był dlań wciąż miejscem dobrym i magicznym, jednak tego dnia wydawało mu się, że magiczność miejsca, w którym żył, przekroczyła jakąś krytyczną masę, a ludzie, którzy zjawili się w fortecy, musieli być kimś więcej niż śmiertelnikami. Gdy Akinobu spoglądał na powoli wjeżdżających przez bramę i gromadzących się na ośnieżonym dziedzińcu jeźdźców, był przekonany, że oto twierdzę Shu Nu, Bramę Snu, odwiedzają bogowie we własnej osobie.

Niemal wszyscy dorośli zebrali się na placu i teraz opuszczali głowy w niemym głębokim ukłonie, większość dzieci też, choć były i takie, które nie zdołały powstrzymać emocji – zamiast okazywać pokorę i szacunek, wielkimi oczami spoglądały na gości.

A było na co popatrzeć. Przez bramę najpierw przeszli piesi włócznicy, potem wjechali samurajowie na koniach. Wszyscy w czerwonych pancerzach, na potężnych rumakach, z mieczami katana i krótszymi wakizashi przy pasach. Rośli wojownicy, potężni, niepokonani.

Akinobu nie potrafił sobie wyobrazić kogokolwiek zdolnego stawić czoła takim mężom. Nawet jego ojciec, przecież twardy rolnik, nie miałby szans z samurajem w szkarłacie.

Jednak nie był to koniec orszaku, bo wreszcie wjechała ona, pani Shora. Czerwony Lotos, tak ją nazywano.

Ostatnia Nieśmiertelna.

Chłopiec spodziewał się, że tak wielka pani przybędzie w lektyce niesionej przez dwudziestu sługów, jednak okazało się inaczej. Shora jechała konno, w siodle, po męsku. Jej strój był dziwną mieszaniną kimona i męskiego odzienia, była też uzbrojona w krótki miecz.

Akinobu nie był jeszcze w wieku, w którym zwraca się uwagę na kobiece piękno. Piękna jest może matka, bo opiekuje się dzieckiem i daje jeść, piękna jest babka, bo rozpieszcza i opowiada wspaniałe bajki. Ale inne kobiety? Dziewczęta nie bawią się z chłopcami, siostry zaś są jedynie nieznośne, nie piękne. Mimo to chłopiec musiał przyznać, iż pani Shora jest najpiękniejszą istotą, jaką widział. Wpatrywał się w upięte na głowie długie ciemne włosy, delikatną cerę, oczy okolone lekką kreską ciemnego makijażu, policzki podkreślone delikatną czerwienią.

Tak, zdecydowanie Czerwony Lotos była najpiękniejszą kobietą świata.

Obok niej zaś jechał wojownik, ten, którego Akinobu chciał ujrzeć szczególnie, ten, o którym chłopcy szeptali od tygodni, odkąd tylko podsłuchali w rozmowach rodziców wieść, iż pani Shora przybędzie do twierdzy.

Duch.

Strażnik Czerwonego Lotosu, od dzieciństwa przeznaczony tylko do jednego zadania – obrony swojej pani, bezwzględnego posłuszeństwa. Jej życie było jego życiem, Duch nie był nawet człowiekiem, lecz... narzędziem? Bardziej bronią. Żywą, myślącą bronią, stojącą między swoją panią a jej wrogami.

I teraz po raz pierwszy Akinobu był po prostu zawiedziony.

Spodziewał się bowiem samuraja potężniejszego niż ci w awangardzie, rosłego giganta odzianego w złotą zbroję.

Tymczasem Duch wyglądał zupełnie inaczej.

Zbroi prawie w ogóle nie nosił, tylko brudnobrązowy płaszcz i szeroki szal zakrywający dolną część twarzy. Na jego rękach widać było delikatną plecionkę kolczugi, ten sam pancerz najpewniej znajdował się i pod płaszczem, ale ze swojej perspektywy Akinobu nie mógł dostrzec tego na pewno. Poza tym jeszcze pas, wcale nie bogaty. Szerokie, luźne spodnie, wysokie buty. Pojedynczy miecz.

Oczy mężczyzny cały czas lustrowały otoczenie, jego ciemne włosy były związane w kucyk wysoko na potylicy.

Akinobu był zawiedziony. Nie tak wyobrażał sobie Ducha. Ale Duch właśnie tak wyglądał.

Wreszcie cały orszak wjechał na dziedziniec i zamknięto bramę. Delegacja klanu Sekai zjawiła się na miejscu.


Twierdza Shu Nu najlepsze lata miała już dawno za sobą.

Niegdyś była to potężna forteca wzniesiona na górskiej przełęczy, między szczytami Senpu i Sendai. Broniła drogi na południe w czasach, kiedy swoją władzę umacniał Syn Bogów Undo, wielki cesarz. Undo zjednoczył niemal wszystkie klany na wyspach Nipponu, poza jego władzą pozostawały jedynie rodziny z południa. Krnąbrne, ambitne i wiecznie się buntujące, były solą w oku dobrego Syna Bogów, więc ten, zamiast ruszać na wojnę, wzniósł kilka twierdz, w tym Bramę Snu.

Ta strzegła drogi między górami, a gdy na południu wybuchła klęska nieurodzaju, forteca znacząco utrudniła przemyt żywności z północy. Syn Bogów dał klanom szansę na poddanie się bez utraty honoru. Mogli skłonić głowy i oddać swoje ziemie pod panowanie cesarza, a ich chłopom nie zagrażałby już głód, ale rodziny wolały biedę i izolację.

I to właśnie one doprowadziły je do upadku, bo gdy z kontynentu na zachodzie przybyły pierwsze okręty Manduków, osłabione południowe klany nie mogły podjąć żadnej walki – barbarzyńcy rozbili je w puch, chłopów zamienili w niewolników, głowy klanów zaś przystroiły pałace nowych, barbarzyńskich gubernatorów prowincji. Podobno czaszki członków tych rodzin do dziś spoglądały pustymi oczodołami na salę audiencyjną Kubiłaj-chana, gubernatora południa Nipponu.

Północ broniła się zajadlej i tam Mandukowie nie zdobyli tylu terytoriów, a Brama Snu po krwawym oblężeniu została zdobyta i złupiona, lecz Mandukowie nie przejęli twierdzy, tylko porzucili ją, kierując siły na zatrzymanie kontrofensywy Nobunagi Otomo.

Teraz, wiele lat po bitwie, Brama Snu nadal była w połowie zrujnowana, jednak wróciło do niej życie. W twierdzy ocalały tylko fragmenty murów i budowli, toteż wokół głównego bastionu szybko wyrosły chłopskie chaty, a rolnicy przejęli żyzne tarasy ryżowe, niegdyś zaopatrujące w jedzenie samurajów służących w Shu Nu.

Sami Mandukowie nie byli zainteresowani warownią. Bitwa, którą wydał im Nobunaga Otomo, choć przegrana, okazała się na tyle dotkliwa dla Manduków, iż ofensywy z północy i południa nie mogły ruszyć. Tym samym Nippon otrzymał dwadzieścia lat względnego spokoju.

Względnego, po wielkim Otomo bowiem nikt już nie zdołał zjednoczyć klanów. Syn Bogów przecież zmarł na samym początku wojny, Nobunaga zaś cudem tylko przekonał daimyo do wspólnej sprawy.

Możnowładcy byli ambitni i pełni pychy. Oraz skłóceni.

Każdy z nich uważał, że dowodziłby lepiej niż Nobunaga Otomo, każdy miał lepszy pomysł na wojnę. Wielu też uważało, że nie ma szans na zwycięstwo nad Mandukami. Ich szeregi są nieprzeliczone, więc należy się poddać i dogadać.

A potem miała miejsce bitwa i wszystko się skończyło.

Nippon ogarnął groźny spokój.

Później zaś wyspy obiegła niesamowita wieść. Wieść, która musiała dotrzeć i do Manduków, a jednak barbarzyńcy nie podjęli żadnych działań.

Wieść niebywała, wieść z samych niebios.

Oto bowiem w klanie Sekai senior rodu, Sekai Tonodoro, spłodził w końcu córkę. Dziecko, które urodziło się z błogosławieństwem samego Mędrca.

Dziecko, które było nieśmiertelne.

Sami bogowie ją zesłali, mówiono we wsiach i miastach. To znak, iż łaska bogów jest z nami, a Nieśmiertelna rozprawi się z Mandukami, obroni wyspy, zgładzi najeźdźców.

Dziewczynce nadano imię Shora – Czerwony Lotos.

Plotkowano. Stary Tonodoro nie mógł jej spłodzić, mówiono, stary Tonodoro to zgrzybiały dziad. Dziecko, szeptano we wsiach i przy herbacie, zostało spłodzone przez kogoś innego, najpewniej Siwego Psa Inu, Ducha zaprzysiężonego do obrony żony Tonodoro.

To była nieprawda, ale skąd chłopi i mieszczanie mieli o tym wiedzieć?

Stary Tonodoro wkrótce umarł, podobnie jak Siwy Pies Inu. Umarła też matka Nieśmiertelnej i teraz to Czerwony Lotos była panią rodu Sekai. Jej obrońcą zaś tajemniczy młody Duch. Uczeń samego Siwego Psa.

Nie zdarzało się, by Czerwony Lotos opuszczała rodową siedzibę na południu, tuż przy ziemiach Manduków, jednak istotnie przybyła do Bramy Snu. Przybyła z prostego powodu.

Oto na zamku miało się odbyć spotkanie klanu Sekai z klanem Nobunaga. Czego miało dotyczyć? Tego nie wiedział nikt, lecz plotkowano o małżeństwie. Młody Nobunaga Hiroshi podobno był kopią ojca. Męski, przystojny, silny. Byłby idealnym mężem dla Nieśmiertelnej. Klany połączą się. A potem wyruszą na wojnę przeciw Mandukom. Tak plotkowano.

Przy paleniskach i herbacie.


– Jak odnajdujesz swoje pokoje, pani?

Sługa nawet nie spoglądał na Czerwony Lotos, jego wzrok wbity był w drewnianą podłogę. Dziewczyna delikatnym gestem dała mu znać, by się wyprostował, spojrzał na nią. Mężczyzna wypełnił rozkaz.

Oczy dziewczyny były ciepłe i pełne sympatii.

– Nie mogłam sobie wymarzyć wspanialszej komnaty – odparła z uśmiechem. – Dziękuję ci za twoje starania.

Komnata była pozbawiona mebli. W kącie znajdowało się proste palenisko, za papierową ścianą zaś miejsce do spania. Była to komnata, w której równie dobrze spać mógł chłop.

Jednak Czerwony Lotos była zadowolona, wręcz dziękowała za takie warunki.

Kim była ta kobieta?! Sługa widział wiele dam. Zawsze były to istoty piękne zewnętrznie i jednocześnie odpychające brzydotą ducha. Pełne pychy i pogardy, traktujące ludzi słabszych od siebie niczym robactwo.

Ale Czerwony Lotos była zadowolona. Dziękowała słudze za komnatę.

 

Zaiste zesłali ją bogowie.

– Przygotowanie komnaty to był dla mnie zaszczyt, o Nieśmiertelna! – Mężczyzna znów zgiął się w ukłonie i Shora znów musiała gestem prostować plecy tego człowieka. Podeszła doń i wcisnęła mu do ręki dwie monety.

– Za twoje wysiłki, dobry człowieku.

Sługa skłonił się jeszcze raz, drugi i trzeci, po czym widząc, że to koniec spotkania, prędko opuścił komnatę.

Czerwony Lotos obróciła się powoli.

Mężczyzna stał tam cały czas, w cieniu. Trwał nieruchomo, milczący. Był tam, skryty i cichy. Jak duch.

– A jak ty widzisz ten pałac, Kentaro? – zapytała pani Shora.

Mężczyzna w brązowym płaszczu rozciągnął usta w delikatnym uśmiechu.

– Trzy tygodnie w podróży. Spanie w namiotach lub na gołej ziemi. Zaiste jest to pałac – odparł.

Czerwony Lotos pokiwała głową.

– I ja tak sądzę. Dałam mu dwa seny. Czy kwota ta zadowoli tego człowieka? – zapytała. – Nie chcę, żeby uznano mnie za skąpą. Jak by to wyglądało? Pani klanu Sekai skąpi zapłaty za dobrze wykonaną pracę!

– Dając mu dwa seny, uczyniłaś go jednym z najzamożniejszych ludzi we wsi, pani – odparł mężczyzna.

Znowu pokiwała głową.

– Za to właśnie cię lubię, Kentaro, mój Duchu. Nigdy nie utraciłeś kontaktu z rzeczami, o których ja zapominam. Dobrze, że ze mną jesteś.

– Zawsze, pani.

– Teraz jednak cię odeślę. Kąpiel, pojmujesz? Przyślij mi tu, proszę, Hasaki i Kirou. Chcę, żeby mnie przygotowały. A i same zasłużyły na trochę spokoju. To była ciężka podróż dla wszystkich.

– Tak, pani. – Duch skłonił się nisko i ruszył do wyjścia wykonać polecenie. Kroki stawiał praktycznie bezgłośnie. Wydawało się, że płynie w przestrzeni, zamiast stąpać.

Opuścił komnatę i delikatnie zasunął za sobą papierowe drzwi. Duch zawsze był przy swojej pani.

Chyba że pani nakazała mu inaczej.


Samurajowie zajęli komnaty w dolnych częściach twierdzy, a dwór Czerwonego Lotosu – w wyższych. Chłopi nie dziwili się temu, że orszak był tak duży, wszak Nieśmiertelna potrzebowała ochrony. Musiała też zrobić wrażenie na Nobunadze Hiroshim.

Kmiecie szybko zaprzyjaźnili się z włócznikami, wobec samurajów zaś zachowywali ostrożną i pełną pokory uprzejmość. Ci jednak nie byli uciążliwymi gośćmi. Samuraj mógł zabić chłopa, jeśli uznał, że ten go obraża choćby spojrzeniem czy wyrazem twarzy, jednak ludzie Czerwonego Lotosu byli ulepieni z innej gliny. Traktowali gospodarzy z szacunkiem, za usługi płacili i nie naprzykrzali się. Takich gości można mieć codziennie!

Akinobu biegał między domami i chatami, oglądał samurajów, włóczników, konie. Był podekscytowany na tyle, że zupełnie zapomniał o obowiązkach, jakie nałożył na niego ojciec. Zresztą była zima, jakież niby to obowiązki? Wizyta bogów była stokroć ważniejsza!

W końcu jednak uczynił coś, za co skarciłaby go nawet na co dzień rozpuszczająca dziecko babka. Akinobu znał wszystkie tajne przejścia, drogi, szpary w konstrukcji dawnej twierdzy. Przez wiele takich dróg dorosły by się nie przecisnął, ale dziecko? Prosta sprawa. A Akinobu był zdeterminowany. Chciał jeszcze raz ujrzeć panią Czerwony Lotos, boginię na ziemi.

Podobno dawno, dawno temu Izanagi, bogini światła, i Izanami, bóg nocy, przechadzali się po świecie, stąpali nad oceanem. W końcu jednak ujrzeli miejsce, które spodobało im się wyjątkowo. Izanami zanurzył swoją włócznię w wodzie, a z kropel, które opadły z ostrza, wyrosły wyspy. Tak powstał Nippon.

Akinobu był przekonany, że pani Shora jest w prostej linii potomkinią boskiej pary, pobłogosławioną darem wiecznego życia przez Mędrca. Gdy on, Akinobu, umrze ze starości, ona, nieśmiertelna dama, nadal będzie piękna i młoda, a jej potęga z każdym rokiem będzie rosła i rosła, aż ona sama stanie się boginią i swoją mocą przegoni dzikich Manduków.

Dlatego chłopiec tak bardzo chciał ją ujrzeć. Może widok dobrej pani ześle błogosławieństwo i na niego, na jego rodzinę? Może uleczy ropiejącą stopę ojca i wzrok babki?

Wspiął się na pochyły dach, przeskoczył po dachówkach wieńczącego mur okapu. Dobiegł do otworu strzelniczego wyżej i przecisnął się przezeń do piwnic. Stamtąd droga do góry była już prosta, tylko unikać sług i służek i dotrzeć do górnej partii.

Skręcił raz i drugi, krocząc przez komnaty, wreszcie jednak zatrzymał się. Zatrzymał się, czując delikatną woń herbaty.

Udał się za nią, przeszedł przez jedną z dolnych komnat, by znaleźć się w pomieszczeniu z oknem wychodzącym na dolny dziedziniec.

Panował tu cień, półmrok. Słońce oświetlało ten konkretny pokój tylko raz dziennie, i to przez bardzo krótki czas. Teraz, zimą, było tu niemal całkiem ciemno.

Chłopiec stąpał powoli. Czuł wyraźną woń, słyszał, jak coś bulgocze w dzbaneczku.

Zamarł.

Mężczyzna siedział w pozycji lotosu na samym środku komnaty. Przy jego prawej ręce znajdował się dzbanek i kubek wypełniony parującą cieczą.

To był Duch. Siedział w ciemnej komnacie i oddawał się medytacji.

– Wejdź, chłopcze – powiedział.

Jego głos był niczym zgrzyt stali. Z jednej strony pełen siły, z drugiej niosący jakąś dziwną groźbę. Lęk.

Tak nie mówił samuraj. Tak przemawiał morderca.

– Wejdź, rzekłem!

Akinobu był przepełniony strachem.

Ale wszedł do komnaty. Obszedł mężczyznę i stanął przed nim. Duch miał zamknięte oczy.

– Czy zaskoczyłem cię, panie? – zapytał wreszcie chłopiec, siląc się na odwagę. Nie chciał wypaść na tchórza, wolał okazać hardość. Zwłaszcza przed człowiekiem, który tak go zawiódł.

– Nie.

– Zaskoczyłem, na pewno. – Akinobu nie dawał za wygraną. – Nie spodziewałeś się mnie.

– Słyszałem cię od momentu, kiedy wszedłeś na mur. Słyszałem, jak przeciskałeś się przez otwór strzelniczy. Jak biegłeś piwnicami i jak raz zatrzymałeś się, pewien, że oto idzie służba. Słyszałem każdy twój oddech i każdy krok. Liczyłem je. Postawiłeś siedemdziesiąt osiem kroków.

– Ale jak...?

– Jestem Duchem, pamiętasz? – Mężczyzna wskazał miejsce na podłodze naprzeciw siebie. – Usiądź.

Nalał herbaty do drugiego kubka, podsunął dziecku, sam upijając łyk.

Siedzieli w milczeniu. Malec wiercił się.

– Panie? – nie wytrzymał.

– Tak?

– Czemu jesteś tu sam? Rozmyślasz? Medytujesz!

– Mhm.

– Kontemplujesz dawne bitwy, pojedynki, w których brałeś udział? Starcia z potężnymi wrogami?

– Kontempluję – odparł Duch – smak idealnej herbaty.

Chłopiec posmakował. Herbata była ciepła, przyjemna, ale czy idealna? Herbata jak herbata, Akinobu pił taką codziennie.

– Czy tak według ciebie smakuje idealna herbata, panie? – zapytał.

Duch uśmiechnął się.

– Są mędrcy, którzy powiedzą ci, że pod koniec życia wszystko, czego smakowałeś, wydaje się ideałem, z tej prostej przyczyny, że nigdy już tego nie posmakujesz – odparł. – Być może mają rację, to wszak mędrcy. Ale mnie się wydaje, że to nieprawda. Czy wiesz, czym zajmują się samurajowie?

– Oczywiście! – ożywił się Akinobu, szczęśliwy, że może zaimponować Duchowi wiedzą. – Walczą! Za swojego pana albo panią! A gdy trzeba, to za nas, prostych ludzi. I za Nippon!

Kolejny uśmiech.

– Dobrze. Ale nie tylko tym. To, co mówisz, jest prawdą. Samuraj walczy. Ale walka jest tylko elementem, przejawem większej całości. Otóż droga samuraja to droga poszukiwania doskonałości. Przede wszystkim w sobie. Samuraj musi poświęcać życie na udoskonalanie samego siebie we wszystkim, co robi. A więc w walce, tak, ale też w służbie. Honorze. Codziennych uczynkach. I na przykład w parzeniu herbaty.

– Tę herbatę zaparzył samuraj?

– Tę herbatę zaparzyłem ja.

Akinobu ze smutkiem pokręcił głową.

– Nie pojmuję, panie – przyznał całkiem szczerze. Rozmowa z Duchem sprawiała mu radość, dorośli rzadko przecież poświęcali tyle uwagi małemu smarkowi. Dorośli, a co dopiero tak wielki wojownik! Chłopiec jednak teraz spodziewał się, że mężczyzna go zruga i pogardliwym gestem odeśle na dół, być może rekomendując służbie wymierzenie jakiejś kary.

Nic z tych rzeczy!

– Nie pojmujesz – odpowiedział Duch. – Wyjaśnię więc inaczej. Mędrcy mówią, że pod koniec życia wszystko wydaje się doskonałe, bo człowiek pod koniec życia jedyne, czego pragnie, to... żyć dalej. Żyć jeszcze więcej, a że to niemożliwe, tęskni za wspomnieniami. Za życiem. Bo to, co tracimy bezpowrotnie, wydaje nam się doskonałe, gdy już tego nie ma. Doceniamy te rzeczy, których już nie odzyskamy. Tymczasem samuraj wie, że w pewnym momencie zginie. W bitwie, w pojedynku lub z własnej ręki, jeśli splami swój honor. Wie tym samym, że musi stale się doskonalić, bo ma świadomość, że jego drogą jest śmierć, a nie naiwna tęsknota za przeszłością. Teraz rozumiesz?

– Tak – przyznał Akinobu radośnie. – Teraz tak! A czy mogę...? Czy mogę zadać jeszcze jakieś pytanie, panie?

– Pytaj.

– Mędrcy tęsknią za życiem, a rolą samuraja jest samodoskonalenie. A co jest twoją rolą, panie? Jaki jest twój cel?

Duch uniósł kubek, upił łyk herbaty, po czym odstawił puste naczynie.

– Nie mam żadnego „własnego celu”.

Akinobu aż się odsunął z wrażenia.

– Jak to?! To nieprawda, panie! – zaprotestował. – Przecież słyszałem, że Duch walczy za swojego pana... albo panią. Że jest najlepszym z wojowników, zdolnym pokonać stu samurajów w otwartej walce!

– Tylko stu? – zapytał Kentaro z uśmiechem. – A nie tysiąc?

Chłopiec posmutniał niepewny.

– Słyszałem o stu.

Duch spoważniał, spojrzał na chłopca.

– Nie mam celu – rzekł. – Nie mogę mieć celu, bo cele mają ludzie. A ja jestem narzędziem, narzędziem w dłoni mojej pani. Mam jej bronić, do tego służę.

– Ale jesteś człowiekiem, panie! Przecież widzę!

– Mam ręce, nogi i głowę, tak. To czyni ze mnie człowieka? Nie, chłopcze. Bycie człowiekiem to bycie zbiorem wielu elementów. Opisałbym ci, jakich dokładnie, co czyni człowieka człowiekiem, ale to temat na inny dzień i inną rozmowę. Może ją odbędziemy? Na ten moment mogę ci powiedzieć jedno. – Upił łyk. – Widziałem ludzi, którzy nie byli ludźmi. Potwory w ludzkiej skórze. Istne bestie. Byli źli, zepsuci do szpiku kości. Okrutni. Nie byli ludźmi, choć na pierwszy rzut oka ich przypominali.