Zbrodnia prawie doskonałaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zbrodnia prawie doskonała
Zbrodnia prawie doskonała
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 34,98  27,98 
Zbrodnia prawie doskonała
Zbrodnia prawie doskonała
Audiobook
Czyta Jakub Kamieński
19,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

5.

Niełatwo zostać seryjnym mordercą. Musisz zabić przynajmniej trzy osoby. Najlepiej obce. „Seryjnym” jest zwykle biały mężczyzna w wieku 20–40 lat. Zabija ludzi swojej rasy.

No dobra, zostałeś „seryjnym”. Szuka cię policja, ale szanse na sukces ma nikłe. A ty nie przestajesz zabijać. Niewykluczone, że wzorem Williama Heirensa napiszesz do mediów wiadomość: „Na miłość Boską, złapcie mnie, zanim znów zabiję!”. Nim to nastąpi, wszyscy gliniarze i dziennikarze będą się zastanawiać, kim jesteś. Nakreślą twój profil. Zostaniesz pierworodnym dzieckiem, które ojciec porzucił w wieku dwóch lat. Mógł też być alkoholikiem albo ćpunem. Przede wszystkim zaś despotą. Matka rozpieszczała cię do nieprzytomności, spała z tobą w jednym łóżku albo gnoiła przed sąsiadami. Henry Lee Lucas rozpoczął morderczą karierę od zabicia matki. Ed Kemper zabił matkę na końcu. Reguł nie ma. Niewykluczone też, że zostałeś adoptowany. W dzieciństwie prześladowano cię psychicznie, fizycznie lub seksualnie. Gdy podrosłeś, torturowałeś dla równowagi zwierzęta albo obcinałeś głowy lalkom. Tak na dobry początek. Założę się, że przeczytasz o sobie śmieszne historie, w których moczyłeś się przez sen lub bawiłeś się ogniem. Czy to przypadkiem nie ty podpaliłeś garaż sąsiada? Nie skończyłeś szkoły średniej. Mimo to jesteś inteligentnym, świadomym skurwysynem, który na wylot zna amerykańskie prawo. Pewnie pragniesz zostać policjantem i mieć władzę? Lubisz dominować? John Wayne Gacy i Ed Kemper czcili Johna Wayneʼa, ale twoim idolem, jak w przypadku Petera Kurtena, może być Kuba Rozpruwacz. Nie masz stałej pracy, wyglądasz normalnie i gadasz do rzeczy. Wzbudzasz zaufanie sąsiadów, wszyscy się do ciebie uśmiechają, pozdrawiają cię. Patrz, jak się zakamuflowałeś, cwaniaku! Dobra robota! Co jeszcze wiemy o tobie? Mieszkałeś lub mieszkasz blisko miejsca pierwszej zbrodni. Tam czujesz się bezpieczny, znasz każdy zakamarek, każdy zasrany bar i zaszczurzoną latrynę. Uważasz się, bracie, za spryciarza. Wierzysz, że nigdy cię nie złapią.

Mulligan odłożył broszurkę. Kate Scratch rozdała ją policjantom, biorącym udział w naradzie. W przypominającej szkolną klasę, przestronnej salce posterunku na Greenpoincie, oświetlonej ostrym, białym światłem jarzeniówek, siedziało kilkudziesięciu funkcjonariuszy z dochodzeniówki i służby patrolowej Brooklynu. Wysokie okna zasłaniały grube, zielone kotary, budując atmosferę konspiracyjnej powagi. Policjanci wzrokiem pełnym pożądania patrzyli na detektyw Scratch. Co tu dużo mówić, podobała im się ta laleczka, ukrywająca kobiecość za wyćwiczonym, surowym obliczem emancypantki.

– Seryjni zbrodniarze – mówiła Kate tonem wykładowcy – są racjonalni w działaniu. Wtapiają się we współczesną anonimowość. Czają się w kościołach i sklepach, grasują na autostradach i ulicach.

– I w kinach – dodał Mulligan.

Skarciła go wzrokiem.

– Śmierć ofiary powoduje, że mordercy nadal czują się opuszczeni. Postrzegają siebie jako ofiary tragedii. Ten piekielny cykl trwa, dopóki nie zostaną złapani lub zabici. Niektórzy badacze wyróżniają sześć faz w krwawym cyklu seryjnego mordercy. Najpierw mamy Fazę Aury, w której morderca traci kontrolę nad rzeczywistością. W Fazie Łowów szuka ofiary, w Fazie Zalotów wabi ją, a w Fazie Pojmania usidla. Faza Morderstwa, zwana też Fazą Totemu, charakteryzuje się emocjonalnym upojeniem mordercy. Ostatni element cyklu to Faza Depresji. Następuje po akcie morderstwa. Depresja zaś, jak łatwo się domyślić, wyzwala cały cykl od początku. Błędne koło. Wielokrotny morderca Bundy powiedział, że nigdy nie dostał tego, czego oczekiwał po dokonaniu zbrodni. Zawsze później czuł pustkę i beznadziejność. Morderstwo nie wymazuje i nie zmienia przeszłości zbrodniarza. Morderca ma poczucie wiecznej porażki.

– Zabił policjanta – wtrącił poirytowany Donaldson. – Gdy go złapiemy i osądzimy, kiedy dostanie zastrzyk usypiający, zaczniemy mu współczuć. Wcześniej nigdy!

Wśród zgromadzonych dał się słyszeć szmer akceptacji. Zastępca Szefa Policji uciszył wszystkich. Gestem nakazał Kate mówić dalej.

– Jeśli to „seryjny”, będzie zabijał dalej. Pragnę dodać, że liczba morderstw o niejasnych motywach w ostatnich latach wzrosła. Mamy też, niestety, wiele niewykrytych zbrodni. Wracając do naszej sprawy... Cóż, nie potrafimy precyzyjnie określić profilu naszego „Brzytwiarza”. Musimy znaleźć motyw. Przypomnę tylko słowa Alberta De Salvo, „Dusiciela z Bostonu”: „To było tak bezsensowne, że aż miało sens”. Niech stanowią motto tej sprawy.

– Chyba zgodzi się pani – odezwał się jeden z oficerów – że szukamy maniaka seksualnego? Prawdopodobnie homoseksualisty. Trzeba spenetrować środowisko gejów.

– Przypomnę – Kate próbowała ostudzić jego zapał – że John Gacy bestialsko dusił młodych mężczyzn, którzy reprezentowali jego własną słabość w oczach despotycznego ojca. Niekoniecznie musi chodzić o wyparcie do podświadomości własnego homoseksualizmu. Chociaż tak właśnie dzieje się najczęściej. Dla Gacyʼego ofiary były „bezwartościowymi małymi ciotami i śmieciami”. Wszyscy mordercy homoseksualistów mieli własne motywy. Dobrze znamy serię morderstw, dokonanych na gejach przez Paula Batesona w barach Nowego Jorku w 1977 roku. Ale już Bobby Joe Long, który miał dodatkowy żeński chromosom X, mordował wyłącznie kobiety. Przypominały mu o rozwiązłości matki. Henry Lee Lucas, który w dzieciństwie był zmuszany do ubierania się jak dziewczynka, powiedział, że śmiertelnie nienawidzi kobiet. Wydaje się, że „kobiecy” seryjni mordercy są najbardziej brutalni. Za wszelką cenę chcą zniszczyć mieszkającą w nich kobietę. Atakują jednak wyłącznie przedstawicielki tej płci. Homoseksualiści, jak widzimy, nie muszą mordować osobników własnej orientacji. Nie powinniśmy na ślepo zakładać, że „Brzytwiarz” jest homoseksualistą, nie znając jego portretu psychologicznego. Inna sprawa, że nie mamy nawet pewności, czy zabójstwo policjanta w Slope Park jest jego dziełem.

– Motywem może być zwykła zemsta – wtrącił nieśmiało Mulligan.

Jego słowa utonęły w zamieszaniu. Zastępca Szefa Policji wstał.

– Ruszać tyłki! – wrzasnął. – Patrolujcie Brooklyn ze zdwojoną uwagą. Miejcie oczy i uszy szeroko otwarte! Weźcie w obroty każdego czubka, który zdekapitował lalkę. Pytajcie o fryzjerów z tikiem nerwowym. Prześwietlcie każdą macicę i każdą kostnicę. Są pytania?

Nie było.

Każdy wiedział już wcześniej, co ma robić. Ekipa detektyw Scratch czekała na sekcję zwłok Raymonda Plaskiego. W normalnych przypadkach na wyniki czeka się tydzień albo i dwa, ale gdy zamordowany zostaje policjant, laboratorium pracuje błyskawicznie. Raymonda znaleziono w poniedziałek wieczorem, a laboratorium chciało już we wtorek przekazać pierwsze wyniki analizy krwi. Powodem, dla którego zarządzono sekcję zwłok porucznika, było nakłucie na jego przedramieniu.

Po co morderca to zrobił? „Brzytwiarz” powinien był po prostu poderżnąć mu gardło.

6.

Pogrzeb z pompą to ostatnia rzecz, o jakiej marzy policjant. Każdemu z nich śni się cicha emerytura, spokojna starość i śmierć we śnie. Emerytowanego gliny nie żegnają salwy i tłumy na cmentarzu. Ten przywilej mają wyłącznie dygnitarze i tragicznie zmarli policjanci. A który z policjantów chciałby zginąć na posterunku? Umierasz ze starości – masz spokojny pogrzeb.

Był czwartek. Ucichły salwy z karabinów i tłum zrobił krok ku świeżo wykopanemu dołowi. Ostatnie porcje ziemi przysypywały trumnę Raymonda Plaskiego. Świeże łzy wciąż spływały po bladych policzkach wdowy i jej dzieci i nie chciały się zatrzymać. Przyszli wszyscy. Nie tylko rodzina, ale także koledzy porucznika. Dawni i nowi.

Zabrakło jedynie Bandyty.

Mulligan nie chodził na pogrzeby i nie czuł potrzeby tłumaczenia się z tego komukolwiek. Kiedy żałobnicy szli wolno cmentarną alejką, trzymał w garści klapy garnituru osobnika o wyglądzie cioty. Było to w pobliżu kafejki, gdzie spotykali się homoseksualiści, opodal Nassau Ave.

Facet był naćpany. Miał trzydzieści lat, zadbaną cerę, a pod oczami charakterystyczne poduszki. Po nich Mulligan często rozpoznawał ciotę. I po nerwowo rozbieganych, czasem zamglonych, oczkach. Tym razem jednak ubranie, pomarańczowe włosy, kolczyk w prawym uchu, mówiły za siebie. W zestawie były jeszcze idiotyczne okulary á la Elton John.

Za pedalstwo nikt już nie karał (tylko stan Teksas bronił się przed zwyrodnialcami, jak mógł), Mulligan złapał więc pedzia za posiadanie narkotyków. Chciał go nastraszyć, zmusić do mówienia. Gość z początku się stawiał, ale żelazny chwyt Bandyty i jego zimne spojrzenie, gwarantujące ciężki łomot, ostudziło w nim chojraka.

– Widziałeś go kiedyś? – Mulligan wyciągnął zdjęcie Donovana.

– Nie.

– Jesteś pewny?

– Oczywiście.

– Wiesz, co ci grozi za handel narkotykami?

– Ja nie handluję! – parsknął przerażony gej.

– Bierzesz, więc kupujesz. Jak to w handlu.

– Znam prawo – stawiał się. – Możesz mi skoczyć! Nie masz dowodów.

– Dowody spreparuję – rzucił twardo Mulligan. – A jak się ściemni, rozwalę ci te debilne okularki i skopię tyłek. Nie będziesz się już wypinał!

Argument był trafiony, ale nie pomógł. Facet nie znał Donovana. Prawdopodobnie fotograf po opuszczeniu Greenpointu nie wracał na stare śmiecie. Należało powęszyć w środowisku fotografów.

Wracając wolno do samochodu, zauważył chłopaka, rozdającego ulotki. Właśnie wcisnął kartkę ponuremu młodzieńcowi, ale ten prawie natychmiast wyrzucił ją do kosza. Pomyślał, że pedzio rozdaje burdelowe zaproszenia. Ale facet nie wyglądał na ciotę. Na widok Mulligana przeszedł na drugą stronę ulicy.

W koszu Bandyta odnalazł wzrokiem zmiętą ulotkę.

 

DOM WIECZNYCH CNÓT OJCA FERGUSONA ZAPRASZA!

PONIEDZIAŁKI, ŚRODY I PIĄTKI

W GODZINACH: 5 PM-7 PM.

Cholerny świat! Jak nie burdele, to sekciarze!

Mulligan ciężko usiadł za kierownicą. Zaczynało kropić i szarzeć. Czas na piwo! Liczył po cichu, że Kate Scratch lub OʼNeil zdołali coś ustalić w Slope Park. Może w końcu uda się połączyć księdza Mazura i Donovana z ich mordercą. O ile, jak to „seryjni”, nie wybiera ofiar na chybił trafił

7.

Wstąpili do baru niedaleko posterunku.

Po pogrzebie Kate i OʼNeil musieli załatwić parę formalności. Kate gadała jeszcze kwadrans z Donaldsonem.

Zaczęło padać. Ucięli sobie pogawędkę w ciepłym lokalu. Oszklony taras wychodził na, egzotyczne dla przybyszów z downtownu, zaplecze polskich domów, z rabatkami kwiatów i sznurami do suszenia bielizny. Kate czuła się jak turystka w środkowowschodniej Europie.

Z początku rozmawiali o Raymondzie.

– W jego krwi stwierdzono obecność pavulonu – dziwił się OʼNeil. – Ktoś go ogłuszył, a potem wstrzyknął pavulon. To nie złodziej.

– Może Plaski go rozpoznał? Dlatego dostał w łeb.

– Że też dał się tak podejść!

– Może było dwóch bandytów? Jeden go ogłuszył i zwiał. Drugi przyszedł później, rozpoznał Plaskiego i zrobił zastrzyk... Trochę to naciągane. Czasem „seryjni” torturują ofiary, a na koniec wstrzykują rozmaite świństwa. Wodę albo sól. Przeważnie w celu spotęgowania bólu. Plaski raczej nie cierpiał.

– Nie podoba mi się to – mruknął OʼNeil.

– Zastanawia mnie, dlaczego pavulon?

– Jak to?

– Pavulon nie jest łatwo dostępny na rynku. To środek używany w szpitalach i do egzekucji skazańców. Może morderca jest lekarzem albo pielęgniarzem?

– Albo katem. Zdarzali się już „seryjni” sanitariusze. Czytałem o takim jednym popaprańcu...

– Myślisz o Donaldzie Harveyu? – ożywiła się. – Ciekawe, Harvey był homoseksualistą i okultystą. Zamordował kilkudziesięciu pacjentów w szpitalach. Część z nich udusił poduszką. Kilka razy uszkodził butlę z tlenem. Kiedy indziej podał dożylnie truciznę. Pracował w kilku szpitalach.

– To nie o nim czytałem.

– Było kilku innych...

– Babek też było sporo – zaśmiał się posępnie. – Do tego lesbijek. Pielęgniarstwo to domena kobiet.

Zamilkł, widząc irytację na twarzy Kate.

– Nie mam nic przeciwko feministkom – dodał bez przekonania.

Jak każdy policjant płci męskiej, OʼNeil żywił do feministek odrazę. Jak wobec nielubianego protegowanego, który osiągnął sukces nie własną pracą, lecz drogą urzędniczego awansu. W mediach roztaczano nad feministkami aureolę postępu i wrażliwości społecznej. Prywatnie nikt ich nie lubił, gdyż burzyły naturalną równowagę sił w społeczeństwie.

OʼNeil nie wiedział, czy Kate jest feministką. Jej wygląd mógł sugerować, że tak. No i męski zawód. Jednak w oczach miała takie zwykłe ciepło. Za dużo, jak na feministkę. Na wszelki wypadek wolał się jednak wycofać i skomplementowałjej kwalifikacje.

– Wiesz wszystko o „seryjnych”. Imponujące. No więc, jak to jest ze zbrodniarzami w białych fartuchach?

– Masz rację. Sporo było kobiet. Na przykład Geene Jones. Udowodniono jej jedenaście zabójstw. Ale miała na koncie czterdzieści sześć kolejnych. W tym dzieci.

– Co im robiła?

– Leki nasercowe. Digoksyna. Kobiety przeważnie używają trucizny. Była też chora psychicznie Jane Toppan, ale dawno, pod koniec XIX wieku. Podając morfinę, zabiła trzydziestu jeden pacjentów. Terri Rachels, pielęgniarka z Albany w stanie Georgia, dokonała sześciu morderstw w 1986. Pacjentom podawała chlorek potasu, aby wywołać objawy zatrzymania akcji serca. Skutecznie. Motywem przewodnim, pchającym kobiety do zbrodni seryjnych, są pieniądze. Ale, oczywiście, zabijały i zabijająz zemsty oraz z powodów seksualnych. Są jeszcze tak zwane Czarne Wdowy, mordujące członków rodziny – dzieci, mężów i rodziców.

– Wykułaś to wszystko na pamięć?

– Czytałam na studiach. Moja specjalność to wiktymologia. Studiowałam seryjne zbrodnie. Współpracowałam kiedyś z FBI w specjalnym programie do walki z seryjnymi zabójcami. I muszę ci powiedzieć, że kobiety w tej roli są uważane za ostrożniejsze, precyzyjniejsze i bardziej metodyczne od mężczyzn. Nazywa się je „cichymi morderczyniami” albo „ukrytymi”. Stanowią osiem procent wszystkich „seryjnych”.

– Nadal jesteś za równouprawnieniem? – zabrzmiał niski, zachrypnięty głos.

Za ich plecami stał Mulligan. Był po służbie. Wyglądał na zmęczonego. Pewnie przyszedł się napić. OʼNeil przypomniał sobie, że właśnie tu Bandyta lubił przesiadywać. Tak mówił Raymond.

Raymond! Niech to szlag!

8.

Mulligan usiadł obok Kate, zamówił piwo i zapalił papierosa. Patrzył spode łba na barek za kontuarem, pełen butelek i szkła. Dyskretnie obserwował Kate w lustrze, jak normalny facet, gapiący się na atrakcyjną kobietę. Szybko się zorientowała.

– Byłaś u Donaldsona – zagadnął Mulligan. – O czym mówiliście?

– O tobie. Co ci powiedział?

– Nie lubi nadgorliwców. W dodatku obcych – warknął. – Chcesz mnie odsunąć od tej roboty?

Kate westchnęła ciężko. Przez chwilę na policzkach utrzymywał się rumieniec. Opanowała się szybko. Nie było sensu udawać.

– Dwa razy użyłeś siły wobec niewinnych ludzi – powiedziała spokojnie. – Wczoraj.

– Przesłuchiwałem drani w sprawie dwóch morderstw. Sami z tym do mnie przyszliście. O co chodzi?

– Skarżyli się, że chciałeś ich pobić.

– Przecież są w stanie mówić, skoro skarżą. To znaczy, że ich nie tknąłem. A chętnie bym to zrobił, możesz mi wierzyć. Szturchnąłem jednego pedała. Niestety, nawet go nie zadrapałem.

– Nastraszyłeś też członków kółka teatralnego.

– Faktycznie, spojrzenie mam wredne.

– Ustaliłeś coś?

– Nic. Dzisiaj byłem w barze, gdzie spotykają się cioty. Ale Donovan tam nie zachodził. Przynajmniej ostatnio. Przeniósł się do lepszej dzielnicy. Slope Park słynie z bogatych rezydentów. I z pedałów. Jest kilka ekskluzywnych spelun. Latem organizują parady gejowskie.

– Jesteś staroświecki. Homoseksualistów nie uważa się już za zboczonych. Tak głosi współczesna nauka.

– Do kitu z taką nauką! Mam inne zdanie.

– Wiem – westchnęła. – Nazywają cię „republikaninem”.

– Bardziej podoba mi się Bandyta.

– I lepiej pasuje. Przeglądałam twoje akta. Gdyby nie Donaldson, nie pracowałbyś już w policji. Masz naprawdę dobrego szefa. Ignoruje wybryki, przymyka oko na pijaństwo...

– Posłuchaj – pochylił się do niej. – W ostatnim miesiącu złapałem kilkunastu bandziorów. Trzem uniemożliwiłem napad z bronią w ręku. Kula jednego z nich przeszła mi koło ucha i do dziś słyszę jej świst. Mogę być trochę nerwowy. Gdyby nie odrobina alkoholu, zwariowałbym. W tym samym czasie banda urzędasów w pocie czoła wymyśla ustawy, ułatwiające życie przestępcom, resocjalizują ich masowo i wypuszczają na zwolnienia warunkowe. Setki potencjalnych bandziorów, sprytniejszych i bardziej cwanych niż przed zapuszkowaniem. Nie czytasz statystyk? Znieśli karę śmierci. Zrobili z policjantów cioty. Wbrew woli społeczeństwa, za pomocą machlojek i kłamstw. Tylko patrzeć, jak dadzą nam pałki ze styropianu i pistolety na wodę.

Zapanowała cisza. Kate oceniała siły. Czy da radę temu sukinsynowi?

Natomiast OʼNeil zastanawiał się, jaki będzie koniec tej sprzeczki. Kate to ważna figura, Bandyta zaś był „recydywistą” wśród policjantów. OʼNeil jednak całą duszą go popierał. Jak większość policjantów w tym mieście.

– Dlaczego chcesz mnie odsunąć? – zapytał Mulligan.

– Zrozum – zaczęła niechętnie – byłeś przyjacielem Plaskiego i...

– Kumplowaliśmy się tylko. Ostatecznie zostaliśmy wrogami.

– Jednak byłeś z nim związany emocjonalnie. Poza tym nie masz doświadczenia z „seryjnymi”. Nie powinieneś uczestniczyć w śledztwie. Donaldson się pośpieszył.

– A może jest inny powód?

– Nie rozumiem.

– Donaldson twierdzi, że zabójstwa pedziów to delikatna sprawa. Tym na górze bardziej zależy na pedałach, a nam na policjantach. Paranoja! Może i byłem skłócony z Rayem, ale jego mordercę będę ścigał do końca służby. Tym chętniej, że to pedał. Złapię skurwysyna i urżnę mu jaja!

Kate przymknęła oczy ze złości. Zbierała się w sobie. Prowokował ją, ale miał rację. Sprawa miała mętne kulisy. Każda mniejszość, narodowościowa czy seksualna, miała swoją polityczną otulinę. Należało się liczyć z naciskami polityków, żyjących z rozdawania przywilejów. A stąd był tylko krok do manipulacji opinią publiczną i – co nieraz już się zdarzało – sterowaniem pracą policji. Oficjalnie ścigano zabójcę homoseksualistów, ale z niepokojem czekano na wyniki śledztwa. Kim będzie? Jeśli homoseksualistą, niedobrze. Najlepiej, gdyby to był heteroseksualny wariat. Żonaty i dzieciaty. Katolik? Bomba! Istniało jednak podejrzenie, że morderca księdza i fotografa był „kochającym inaczej”. Na dodatek zabił policjanta! Całkowicie niestrawny zestaw.

W tej sytuacji Mulligan był zagrożeniem dla śledztwa, a w konsekwencji – dla wizerunku państwa. Naciskano z góry, aby odsunąć od śledztwa nieobliczalnych funkcjonariuszy. Nawet przenieść ich na wcześniejszą emeryturę. Bandyta miał już swoje lata i gotów był zrobić ze sprawy osobistą wendetę, show, godzący w niektóre postępowe lobbies. Jego oczy wyraźnie mówiły, że jest zdolny do wszystkiego.

Przeszkodą był Donaldson. Upierał się przy Mulliganie. Miał swoje powody. Zatarg z Bandytą w sytuacji, gdy zamordowano policjanta, nie był nikomu na rękę. Glina zawsze będzie trzymał z innym gliną.

– Złapiemy go – poprawiła Kate. – Rozumiesz? My, to znaczy – nie ty. Ja kieruję akcją na Greenpoincie. A poza obwodem nie masz uprawnień.

– O ile to „seryjny”.

– Właśnie – dodał OʼNeil. – Co będzie, jeśli już nie zaatakuje?

9.

Był piątek. Ostatni dzień pracy.

W godzinach szczytu Nowy Jork tonął w korkach. Prościej było dojechać do pracy metrem, ale w nim nie czuł się dobrze. Klaustrofobia. Dlatego korzystał z autobusu. Było w nim tak samo tłoczno, jak w metrze, ale uczucie klaustrofobii opuszczało go. Nienawidził tuneli. Zamiast krótkiej, ale koszmarnej podróży w podziemiu, wolał dwadzieścia pięć minut nudy w autobusie.

Dwudziestoośmioletni Ron Stewart był jednym z tych szczęściarzy, którzy zajęli miejsca siedzące. Mógł czytać w drodze poranne wydanie „New Yorkera”.

Ale pojęcie szczęścia jest cholernie względne.

Pasażerowie przepychali się, woda z ich ubrań kapała na gazetę. Starszy facet stał dłuższy czas tuż obok i śmierdział tanią wodą kolońską. Ron nie protestował. Wzbił wzrok w gazetę, ale nie czytał. Dopiero gdy natknął się na wzmiankę o zabójstwach homoseksualistów, ożywił się. Przejrzał tekst. Maniak podrzynał gardła gejom na Brooklynie. Zabił też policjanta.

Kolejny koszmar! Świra można dostać w tym mieście! Znowu zacznie się panika. Każdy kochanek może okazać się potencjalnym zabójcą. Trzeba będzie uważać i zdać się na starych, sprawdzonych przyjaciół.

Wśród bogatych mężczyzn, ukrywających przed światem swoją miłość do chłopców, zdarzali się wyrafinowani zbrodniarze. Dziennikarz przytaczał nazwiska niektórych z nich. Na przykład taki Robert Lee Bennett, zwany „Kajdaniarzem”. Adoptowany w wieku dwóch lat przez pastora. Później został bogatym prawnikiem, szanowanym obywatelem. Mimo to był sadystą. Nigdy w dzieciństwie niewykorzystywany seksualnie, lubił w dojrzałym wieku przebierać się za hippisa i wyruszać na „podryw”. Zabierał do samochodu ulicznych włóczęgów, proponował wódkę i pieniądze. A potem zakuwał w kajdanki i torturował.

Ron otarł czoło, zroszone zimnym potem. Cholera, niedobrze! Ostatnio sam robił to w aucie z nieznajomym.

A Herb Baumeister? Także poważny obywatel, biznesmen. Mordował chłopców. Szkielety ofiar znaleziono w ścianie za szafą. Inny szanowany obywatel z New Jersey upodobał sobie w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych Manhattan. Odwiedzał bary gejowskie. Czatował na swoje ofiary w okolicach Times Square. Podrzynał gardła, ucinał ręce i głowy. Ciała znajdowano w hotelach. Nazywał się Richard Cottingham. Ale nie, zaraz! Mordował prostytutki, a nie gejów, chociaż był homoseksualistą! No dobra, ale „Brzytwiarz” – jak go ochrzcili dziennikarze – zabijał właśnie gejów z Brooklynu. Prawdopodobnie sam mieszkał na Greeinpoincie.

 

Trzeba uważać na starszych, zadbanych gości. Z jednym takim spotykał się ostatnio kilka razy. Przeraził się. Może wrócić do Stevena? Jak w kalejdoskopie przypominał sobie najlepszych kochanków: Ricky, Violetta – uroczy transseks z Queensu, Benjamin – wesoły i zamożny świrus. No i przystojny Larry. Ale on zmarł dwa lata temu na AIDS. Biedak! Jedyny młody w tym gronie. I pochodził z Greenpointu. Był wysoki, szczupły, cholernie dobrze zbudowany. Zawsze podejrzewał go o biseksualizm...

Uniósł głowę. Część pasażerów wysiadała w porannym milczeniu, ale nie widział ich twarzy. Starszy facet wciąż mu zasłaniał. Syknął zniecierpliwiony.

Wtedy coś błysnęło.

Zbaraniał. Poczuł jak eksploduje w nim strach. Kiedy zorientował się, że to brzytwa, było za późno. Nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Morderca przeciął mu gardło sprawnie niczym rzeźnik. Pchnął lekko trupa i wyszedł z autobusu jako ostatni.

Ron opierał głowę o szybę. Z gardła bezszelestnie płynęła krew. Nikt na niego nie patrzył.