Pan Samochodzik i amerykańska przygoda

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pan Samochodzik i amerykańska przygoda
Pan Samochodzik i amerykańska przygoda
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 39,98  31,98 
Pan Samochodzik i amerykańska przygoda
Pan Samochodzik i amerykańska przygoda
Audiobook
Czyta Jakub Kamieński
24,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Ruszyliśmy wijącą się na południe betonową drogą 441. Mijaliśmy liczne rzeczki, strumyki i udeptane szlaki turystyczne przecinające zalesione wzgórza, aż wreszcie dotarliśmy do zapierającej dech w piersiach przełęczy Newfound. Nie będę opisywał przepięknych krajobrazów, jakie odsłoniły się nam ze szczytu drogi, gdyż nie była to stosowna pora na podziwianie przyrody.

Po trzydziestu minutach dotarliśmy do Cherokee, gdzie czekał na nas miejscowy policjant o imieniu Joe. Miał ogorzałą twarz i mierzył prawie dwa metry.

– Witajcie – uścisnął nam dłonie. – W naszej bazie nie mamy gościa z jednym mniejszym okiem. Musicie sami go poszukać. Jeśli w ogóle facet zachodzi w te strony. Przecież równie dobrze mógł przyjechać z Chattanooga, z Etowah albo z Asheville. No, ale próbujcie. Tutaj mnie znają, więc opuszczam was. Nie używajcie tylko broni palnej, bo będę później musiał się tłumaczyć przed szeryfem.

To powiedziawszy, odszedł.

Indianie otwierali już swoje kioski z pamiątkami i gadżetami, więc zaczęliśmy chodzić od budki do budki. Nikt jednak nie słyszał o Różnookim albo najzwyczajniej w świecie nie chciał udzielić nam informacji.

Wtedy to wpadłem na pomysł wzięty z jakiegoś amerykańskiego filmu.

– Sierżancie Kalinovsky – zwróciłem się do niego. – Jestem pewny, że nikt z tubylców nie pomoże bladym twarzom zadenuncjować swojego.

– Co pan proponuje? – zapytał.

Wyjąłem z kieszeni kilka banknotów dolarowych.

– Zrobi to za nas jakiś Indianin – odpowiedziałem. – Zapłacimy mu.

– Też racja – poparł mnie młodszy policjant. – Proponuję złożyć się po dziesięć baksów.

Pokręciliśmy się po głównej ulicy, aż wreszcie upatrzyliśmy jakiegoś malca, którego rysy twarzy i kolor włosów zdradzały indiańskie pochodzenie. Propozycję przyjął z nieukrywaną radością.

Zniknął nam z oczu, a my usiedliśmy zatem na drewnianych schodkach jakiegoś nieczynnego jeszcze sklepiku i obserwowaliśmy stylizowaną kiczowato ulicę. Potomkowie Irokezów robili wszystko, aby przyciągnąć turystów.

– Jest pan pewny, że porywaczem był Indianinem? – dopytywał się sierżant. – Nie był to przypadkiem jakiś Chicano?

– Kto? – uniosłem wyżej brew.

– Meksykanin. Tak ich tutaj nazywamy. Też mają czarne włosy. W ciemności można takiego pomylić z potomkiem Indian.

– Widziałem go przy zapalonym świetle. To Indianin.

Siedzieliśmy już kwadrans, a chłopak wciąż nie wracał. Sierżant wyjął papierosa i poczęstował mnie. Zapaliliśmy. Gdy gasiliśmy niedopałki w dużej popielniczce, chłopak pojawił się u wylotu ulicy. Biegł w naszą stronę jak szalony.

– Wasz samochód! – krzyczał w naszą stronę, wskazując miejsce parkowania naszych aut. – Ktoś dobierał się do niego!

Pobiegliśmy za nim. Na miejscu okazało się, że jakiś dowcipniś zdjął jedno koło z samochodu sierżanta.

– A to dranie! – wściekał się. – Co za pech!

– Ale dlaczego oszczędzili pański pojazd? – dziwił się młodszy policjant.

Rzeczywiście, wehikuł wydawał się nietknięty.

– Może wzięli go za kanoe? – odpowiedziałem ironicznie, chociaż nie miałem pojęcia dlaczego oszczędzono mój pojazd.

Wszystko wyjaśniło się po chwili, gdy młodszy policjant odruchowo oparł się o karoserię wehikułu i spod jego palców wystrzeliło z sykiem tysiące iskier. Tamten z krzykiem odskoczył od pojazdu i upadł na ziemię. Szybko się pozbierał i wstał, zanim dobiegliśmy do niego.

– Panie – jęknął, patrząc ze zdziwieniem na wehikuł. – Co to jest? Przenośna elektrownia na kółkach?

– Kopie solidnie – dodał sierżant. – Podobne cudo widziałem w kinie na ostatnim Bondzie.

Nie wiedziałem, co im powiedzieć. Byłem tak samo zaskoczony, jak oni. Zdaje się, że Katarzyna nie zdążyła zdradzić mi wszystkich zalet tego “kanoe na kółkach”. Bąknąłem coś na temat wadliwego akumulatora i szybko zmieniłem temat.

– Masz jakieś informacje o Różnookim? – zapytałem malca.

– Podobny gość mieszka w okolicach Maggie Valley – odpowiedział chłopak, ale wciąż zerkał z niedowierzaniem na wehikuł. – Widziano go tutaj kilka razy. Czasami przychodzi po alkohol.

Chłopiec zdradził nam, jak znaleźć domniemane miejsce pobytu Różnookiego.

– Przyprowadź, chłopcze, jakiegoś mechanika, aby do naszego powrotu naprawił mój samochód – rzucił sierżant, wcisnąwszy mu kolejny banknot. – My w tym czasie pojedziemy na wschód tym dziwnym pojazdem w kształcie kanoe.

Po odblokowaniu centralnego zamka okazało się, że wehikułu nie kopie. To zamknięcie go musiało uruchamiać jakiś mechanizm indukujący napięcie elektryczne karoserii.

Policjanci wsiedli ostrożnie do wehikułu, ja zaś zapaliłem silnik. Ruszyliśmy na wschód 19. drogą, równoległą do Blue Ridge Parkway, która kończyła się właśnie w tych okolicach, choć początek brała w Wirginii.

Do oddalonego kilkanaście mil dalej Maggie Valley dotarliśmy szybko. Osada położona była na wzgórzu z cudownym widokiem na zielone doliny poprzecinane licznymi strumieniami.

Zostawiliśmy wehikuł w punkcie wypożyczania koni i wynajęliśmy trzy z nich. Na nic zdały się moje zapewnienia o przydatności wehikułu w poruszaniu się po trudnym terenie. Wzięto je za żarty.

Sierżant Kalinovsky prowadził konno, kierując się na północny zachód ku głównej dolinie, a my posłusznie podążaliśmy za nim. Mijaliśmy liczne stawy z hodowlą pstrąga, drewniane domki na brzegach strumyków i wiele pieszych szlaków. Za niewielkim wodospadem las się nieco przerzedził, ale zaraz znowu zgęstniał.

W pewnym momencie, oprócz intensywnego zapachu żywicy wyczuliśmy inny. Dym. Wymieniliśmy wymowne spojrzenia i wytężyliśmy słuch. Cisza. Nie licząc odgłosów natury. Las w tym miejscu był gęsty, ale jakieś sto, może dwieście metrów dalej ktoś musiał rozpalić ognisko.

– Dalej idziemy pieszo – szepnął sierżant, zsiadłszy z konia.

Przywiązaliśmy konie do mocnych gałęzi i ostrożnie ruszyliśmy w kierunku ogniska. Prowadził sierżant, za nim podążał jego młodszy kolega, ja zaś zamykałem ten pochód. Zapach palonego drzewa coraz bardziej atakował nasze nozdrza, tak więc byliśmy o krok od celu.

Zdołaliśmy ujść pięćdziesiąt metrów, gdy nagle ściółka pod policjantami zapadła się z głuchym trzaskiem. Usłyszałem krzyk wpadających do dziury mężczyzn, zupełnie jakby niewidzialna siła wessała ich do mrocznej otchłani. Jeśli chodzi o mnie, znalazłem się pół metra od krawędzi jamy i dlatego zostałem na powierzchni.

Położyłem się na brzuchu i zajrzałem do głębokiego na jakieś trzy metry dołu. Któryś z policjantów jęknął i zaklął, lecz po chwili obaj stanęli o własnych siłach. Rozglądali się wokół, nie rozumiejąc co się właściwie stało. Byli w szoku. Ja też, przyznam się.

– Jestem tutaj – szepnąłem do nich. – Pomogę wam się wydostać. Tylko spokojnie. Ktoś w tych lasach poluje i pewnie zastawił na zwierza pułapkę...

Nie dokończyłem. W oczach policjantów dostrzegłem przerażenie. Patrzyli na coś lub na kogoś ponad moją głową. Kiedy usłyszałem za sobą odgłos kroków, zdałem sobie sprawę, że ktoś stoi moimi plecami. Błyskawicznie się odwróciłem.

To był Różnooki.

ROZDZIAŁ CZWARTY

KOGO SPOTKAŁEM NA BROADWAYU? * MĘŻCZYZNA W TUNICE * NA LOTNISKU * BROOKLYN * POZNAJĘ AUTORA NOTATKI PRASOWEJ * W “RIVER CAFE” Z JENNY * I ZNOWU OSOBNIK W TUNICE * NOCNA ROZMOWA Z SZEFEM * INTRUZ W HOTELU

Po dziesiątej zrobiłem sobie spacerek wzdłuż Broadwayu, kierując się do antykwariatu, w którym “Jeźdźcy Piekieł” próbowali sprzedać autoportret Malczewskiego. Chciałem zasięgnąć języka. Wciśnięty pomiędzy dwoma teatrami budynek antykwariatu mieścił w swoim wnętrzu zrobioną na staroświecki styl przestronną salę o brązowych ścianach. Kilkanaście obrazów tkwiło w sztalugach, reszta dzieł znajdowała się w salce na piętrze.

Jakaś atrakcyjna kobieta pod czterdziestkę w krzykliwym stroju wypytywała o coś antykwariusza, więc spokojnie oglądałem obrazy, współczesne pejzaże i martwe natury.

– Czy skupuje pan obrazy z przełomu XIX i XX wieku? – kobieta pytała antykwariusza po angielsku. – Europejskie!

– Gdyby tylko była taka okazja, to czemu nie?

– A Malczewskiego pan zna?

Na to nazwisko dosłownie zamarłem. Nadstawiłem ucha. Kobieta interesowała się naszym malarzem, tym, którego autoportret posiadali “Jeźdźcy Piekieł”.

– Pani z prasy? – westchnął ciężko. – Tak, znam trochę polskie malarstwo. Moi dziadkowie byli polskimi Żydami, wyemigrowali dawno temu do Stanów. O ile dobrze pamiętam, trzy tygodnie temu wpadli tu jedni cwaniacy właśnie z autoportretem Malczewskiego. Zgłosiłem to na policję, więc proszę dać mi spokój.

– Mógłby pan opisać tych ludzi? – kobieta naciskała.

– Ale kim pani jest? Proszę pokazać legitymację prasową.

– Nie jestem dziennikarką. Jestem detektywem. Przyleciałam z Polski, w celu odszukania owych dżentelmenów na motorach.

Z niedowierzaniem odwróciłem się i spojrzałem na kobietę. Miała lekko ponad czterdzieści lat i za wszelką cenę starała się ukryć swój wiek agresywnym makijażem i strojem. Bez wątpienia jej atutem były niezwykle zgrabne nogi, wyeksponowane dzięki odważnej mini. Jednakże czarny makijaż i wielkie złote obręcze tkwiące w uszach świadczyły o słabości do przesadnej ekstrawagancji.

Już wiedziałem, kim jest. Widziałem ją dosłownie wczoraj. Tak jest! To ona leciała tym samym samolotem z Warszawy. Zresztą widziałem ją już dużo wcześniej, kiedyś nawet zamieniłem z nią kilka słów.

 

– Detektywem? – dziwił się antykwariusz.

Wsunął rękę pod ladę i wyciągnął gazetę, którą machnął przed nosem kobiety.

– To ciekawe, co pani mówi – ciągnął w ironicznym tonie. – Wczoraj napisali w “New York Secrets”, że do Nowego Jorku przyleciał jakiś słynny detektyw z Polski. Ale to mężczyzna! Niejaki Tomasz N.N., zwany Panem Samochodzikiem. Pani, jak widzę, nie jest mężczyzną. Pani mnie oszukuje.

Kobieta zmieszała się. Z niechęcią popatrzyła na brukowiec, ten sam numer, który wczoraj śledzący mnie facet zostawił w restauracji hotelu “Stanford”.

Nagle, jednym ruchem ręki zabrała antykwariuszowi gazetę. Z zainteresowaniem zerknęła na wspomniany artykuł.

– Proszę pana! – uniosła nieco głos. – Kiedy właśnie przyjechałam z tym Panem Samochodzikiem! Słowo. O mnie nie wspomniano, gdyż jestem jednym z najlepszych ekspertów w dziedzinie malarstwa dziewiętnastowiecznego. Wie pan, najlepsi specjaliści zawsze działają incognito. Na pewno słyszał pan nazwisko Wielowieyski. Nazywam się Agata Wielowieyska!

Mówiła prawdę. Agata Wielowieyska była znanym w Polsce ekspertem malarstwa polskiego. Kilka razy uścisnąłem jej dłoń na jakichś ministerialnych rautach, widywałem ją czasem na licytacjach obrazów. Ale nie musiałem obawiać się zdemaskowania. Pani Wielowieyska należała do osób tak zapatrzonych w siebie, że nie zwracała uwagi na takich szaraczków jak ja. Gdybym był sławnym malarzem lub krytykiem sztuki, a to co innego.

Nie zmieniało to faktu, że kobieta prowadziła swoje prywatne śledztwo w sprawie obrazów Korwin-Milewskiego, podając się za detektywa, wręcz współpracownika słynnego Pana Samochodzika. Ale czyż nie miała trochę racji? Ustalenie pochodzenia obrazu lub jego oryginalności było zadaniem wymagającym nie tylko dużej wiedzy, ale i pewnej umiejętności tropienia prawdy, a tu przydatne okazywały się takie cechy jak intuicja, cierpliwość, spostrzegawczość, otwarty umysł czy wyciąganie logicznych wniosków z gąszczu faktów i poszlak. W końcu wybitni naukowcy byli najlepszymi detektywami. Poza tym, ja i mój szef także nie posiadaliśmy licencji na wykonywanie tego zawodu, a jedynie charakter naszej pracy nasuwał skojarzenia z tą profesją. Wielowieyska miała takie samo prawo do podawania się za detektywa jak i my. I wreszcie, ona naprawdę przybyła do Nowego Jorku z Panem Samochodzikiem – lecieli tym samym samolotem i zostali wynajęci przez tych samych ludzi.

– Wielowieyski? Wielowieyska? – zastanawiał się mężczyzna za ladą. – Nie słyszałem. Ale proszę się nie przejmować. To Nowy Jork. Trzeba być prezydentem Stanów Zjednoczonych albo Michaelem Jacksonem, żeby człowieka rozpoznali.

Nie uzyskawszy żadnych informacji, kobieta wyszła na ulicę. Wyszedłem za nią z pewnym opóźnieniem. Wsiadała już do taksówki, więc czym prędzej podbiegłem do innej, stojącej kilkanaście metrów dalej. Dopiero po chwili zauważyłem siedzącego na jej tylnym siedzeniu mężczyznę. Po prostu, taksówka była zajęta. Właśnie ruszała, tak jak ta wioząca Wielowieyską.

Rozejrzałem się zaraz za inną taryfą, ale mój wzrok powędrował na tył mijającej mnie właśnie taksówki. Zobaczyłem mężczyznę w sile wieku, z ogorzałą od słońca i zdradzającą szlachetne rysy twarzą. Miał długie, ciemne włosy spięte we francuski warkocz, przyprószone tu i ówdzie srebrem. Nosił luźne wdzianko w kolorze beżowym z fantazyjnymi wzorkami, coś w rodzaju tuniki starożytnych Rzymian. Tylko tyle zanotowałem. Albo... aż tyle. Bo cóż mnie mógł obchodzić jakiś facet, który sprzątnął mi taryfę sprzed nosa? W normalnych warunkach zignorowałbym go, ale niepotrzebnie na mnie spojrzał. Ujrzałem więc niezwykle inteligentne oczy, a cała postać roztaczała wokół siebie jakąś magiczną aurę. Kiedy osobnik zauważył mój wścibski wzrok, natychmiast odwrócił twarz w drugą stronę.

Ale to wystarczyło, aby w mojej głowie zapaliło się czerwone światełko. Wielowieyska była śledzona! Nie namyślając się dłużej, przebiegłem ulicę do parkującej tam wolnej taksówki. Miałem okazję sprawdzić, kim był tajemniczy mężczyzna w tunice śledzący Wielowieyską.

Jechałem za nimi aż na lotnisko Johna F. Kennedy’ego.

*

Agata Wielowieyska zmierzała szybkim krokiem w stronę głównego budynku. Śledzący ją mężczyzna wyszedł z taksówki z pewnym opóźnieniem, a ja dopiero wtedy, gdy tamten ruszył za kobietą. Był wysoki, dobrze zbudowany i sprawny fizycznie. Ze sobą dźwigał skórzany plecak zarzucony nonszalancko na ramię. Na szczęście ani razu nie obejrzał się za siebie w poszukiwaniu ewentualnego “ogona”.

W holu wmieszałem się w tłum. Agata Wielowieyska dotarła do hali przylotów, zdradzając duże zdenerwowanie. Przypomniałem sobie wzmiankę pana Tomasza o jej synu bawiącym na obozie szkoleniowym w Bostonie, który podobno miał przylecieć do Nowego Jorku.

I rzeczywiście, po pewnym czasie jakiś wysoki chłopiec o rudych włosach, z lekko przygarbioną sylwetką podszedł do Wielowieyskiej. Uściskali się, wycałowali, a następnie ruszyli na parking. Niestety, straciłem z oczu faceta w tunice. Ostatni raz widziałem go kilka minut temu stojącego przy kiosku, lecz teraz straciłem go z oczu.

Ruszyłem więc za kobietą i jej synem. Zatrzymali taksówkę, wsiedli do niej i odjechali. A ja pokręciłem się jeszcze przed głównym budynkiem w poszukiwaniu mężczyzny w tunice. W końcu dałem spokój i złapałem taryfę. Kazałem się zawieźć do redakcji “New York Secrets”, spodziewając się zdobyć informację o dziennikarzu, który we wczorajszej popołudniówce zamieścił krótką notkę o przyjeździe do Nowego Jorku Pana Samochodzika. Intrygowało mnie: jakim cudem ten pismak zdobył tak poufną informację?

– To na Brooklynie? – zapytał mnie kierowca. – Bo mają też biura w “New Yorker”.

Nie wiedziałem tego, ale pamięć taksówkarza mogła imponować. Według niego budynek redakcyjny mieścił się w pobliżu brooklińskiego mostu, przy Cadman Plaza.

Skręciliśmy w Willow Street. Obok murowanych w stylu federalnym kamienic z czerwonobrązowego piaskowca istniały tutaj także stare drewniane budynki. Ten fragment Brooklynu przypominał do złudzenia lata XIX wieku i tylko nowoczesne samochody na ulicach przypominały, w którym wieku żyjemy. A za naszymi plecami, po drugiej stronie East River, czuło się oddech Manhattanu z jego stalowo–szklanymi wieżowcami pnącymi się ku niebu.

– Tutaj mieszkało wielu znanych ludzi – rozgadał się taksówkarz, gdy zorientował się, że to moja pierwsza wizyta w tym mieście. – Jak chociażby Truman Capote czy Arthur Miller. Urodzili się tutaj Mel Brooks i Woody Allen. Brooklyn to wieża Babel. Gdyby był samodzielnym miastem, znalazłby się na czwartym miejscu pod względem wielkości.

Było coś swojskiego w tej części miasta, pewnie dlatego, że zachowało się w nim stare budownictwo dziewiętnastowieczne i funkcjonowało tutaj wielu sklepów, bazarów, restauracji i starych, ekskluzywnych niegdyś hoteli.

Redakcja “New York Secrets” mieściła się w starej, zniszczonej kamienicy na drugim piętrze z oknami wychodzącymi na Manhattan. Ludzie chodzili tam niczym w gorączce, trzaskali drzwiami i wymachiwali papierami. Co chwila ktoś mnie potrącał i szedł dalej bez słowa “przepraszam”. Stałem bezradny w wąskim korytarzu, gdy ktoś na mnie wpadł.

– Najmocniej przepraszam – usłyszałem za sobą miły, dziewczęcy głos.

Odwróciłem się. Ujrzałem szczupłą, drobną blondynkę o piwnych oczach z czupryną prostych włosów opadających na ramiona. Miała ostre rysy twarzy i wydatny nos, nie pasujące do głosu, a sugerujących arystokratyczny rodowód. Niecodzienna uroda dziewczyny spowodowała, że na chwilę zapomniałem, po co właściwie tutaj przyszedłem.

– Od kilku minut bez przerwy mnie szturchają, popychają, ale jeszcze nikt nie przeprosił – zażartowałem. – Paweł jestem.

– Skąd przyjechałeś? – zapytała z zainteresowaniem.

– Z Polski.

– Z Europy, znaczy się – zmrużyła oczy. – Turysta?

– Też.

Przestała się uśmiechać i spojrzała na mnie z powagą.

– Szukasz tutaj kogoś?

– Autora notatki prasowej z wczorajszego wydania – wyjaśniłem. – Ten ktoś podpisuje się inicjałami “GL”.

– Dlaczego się tym interesujesz? Czy specjalnie po to przyleciałeś do Nowego Jorku?

– Nie – zaśmiałem się. – Ale ten “GL” nie miał prawa tego wiedzieć.

Dziewczyna zamilkła i przez chwilę drapała się po głowie.

– To ja jestem “GL” – oświadczyła rozbawiona, patrząc mi w oczy. – Cóż, mamy sobie wiele do powiedzenia. Idź na dół, a ja zaraz zejdę do ciebie, okej? Muszę tylko zanieść naczelnemu nowy materiał. A później skoczymy do jakiegoś baru.

Zaskoczony niespodziewanym spotkaniem z autorem dziwnego artykułu, pokiwałem tylko głową i posłusznie zszedłem na parter. Tam czekałem kwadrans, a może nieco dłużej, ale dziewczyna nie schodziła. Zniecierpliwiony zamierzałem wrócić na górę, gdy zauważyłem ją na schodach.

– Mów mi Jenny – zaćwierkała, gdy podszedłem do niej. – Jenny McKim.

– Jenny? – zdziwiłem się.

To imię i nazwisko nie pasowało do inicjałów zamieszczonych pod notatką prasową. Chyba czytała w moich myślach, bo zaraz wyjaśniła:

– “GL” zostało wymyślone. W trzech innych redakcjach posługuję się jeszcze kilkoma innymi pseudonimami.

– Prawdziwa z ciebie kobieta–kameleon.

Jenny zaprowadziła mnie do “River Cafe”. Ten zaciszny lokal wybudowano na wodzie pod samym mostem brooklińskim. Miał cudowną dekorację frontowego wejścia wykonaną z kolorowych kwiatów. Prosto z nabrzeża wchodziło się do białej “kabiny”, a z niej na pływający taras, gdzie stało kilkanaście stoliczków.

– Jestem Amerykanką – zaczęła, gdy zajęliśmy wolne miejsce z cudownym widokiem na Manhattan. – Mój dziadek pochodził z Niemiec, a babcia z Irlandii. Pisuję do różnych pism brukowych, dorabiając tym samym do stypendium, ale za rok, gdy tylko skończę wydział dziennikarski na Columbia University, zacznę pisać dla bardziej renomowanych magazynów.

– Trzymam więc kciuki. Ale skąd wiedziałaś o przyjeździe Pana Samochodzika? – zmieniłem szybko temat.

Cóż, zżerała mnie ciekawość. Nie od razu odpowiedziała.

– Czy to ty jesteś tym Samochodzikiem? – zapytała.

– Nie, to nie ja. Dziwne. Powinnaś chyba wiedzieć, jak wygląda osoba, której poświęciłaś kolumnę.

– Dziwne, ale to prawda – westchnęła. – Dostałam jedynie anonim, że taki a taki gość ma jutro przylecieć do Stanów w celu odszukania obrazów pochodzących prawdopodobnie z zaginionej kolekcji polskiego hrabiego. Kupiłam temat, bo jest fantastyczny jak dla młodej, obiecującej dziennikarki! Bez wahania zajęłam się tą sprawą, tym bardziej, że anonim obiecał dostarczyć kolejne informacje. Niestety, news poszedł, ale informator nie odezwał się. Z samego rana zadzwoniłam do Polskiego Instytutu Naukowego, aby popytać o Pana Samochodzika, ale nie chciano udzielić mi żadnych informacji. Już miałam postawić krzyżyk na tej sprawie, myśląc, że to żart i dostanie mi się od naczelnego, ale zjawiłeś się ty. Jesteś moim ratunkiem! Wiem też, że informator nie kłamał. Poza tym, mam błogosławieństwo naczelnego i mogę zacząć działać. A teraz mów, kim jesteś i co wiesz o całej sprawie?

Czy warto było przed nią ukrywać powód mojej wizyty w Ameryce? Jenny wiedziała już, że znam samego Pana Samochodzika, owego słynnego polskiego detektywa, o którym napisała notatkę, nie wiedząc, kim jest. Poza tym, dziewczyna mogła mi pomóc. Była nie tylko dziennikarką z pasją. Przede wszystkim znała ten kraj. I to wielkie miasto.

Pijąc kawę, opowiedziałem jej pokrótce o kulisach mojego pobytu w Stanach Zjednoczonych. Z wrażenia wygięła brwi ku górze, aż te nieomal zetknęły się ze sobą w duży łuk.

– Detektywi z Polski? – zaświeciły się jej oczy. – Obrazy z kolekcji Korwin–Milewskiego... kawalera maltańskiego obieżyświata, awanturnika. Hm, to interesujące. To pasjonujące.

W pewnym momencie odwróciłem głowę w bok. Nie byłem pewny, ale zdawało mi się, że nabrzeżem wzdłuż East River szedł w kierunku mostu mężczyzna w tunice. Ten sam, który nie tak dawno śledził Agatę Wielowieyską. W tej chwili był dla mnie niewidoczny, bo widok na to miejsce zasłaniał mi wysunięty taras kafejki.

Zerwałem się od stolika, aż przewróciły się filiżanki. Wybiegłem czym prędzej z kafejki. Będąc na tarasie widokowym, dostrzegłem plecy człowieka w tunice. Zauważywszy mnie, uciekał na południe do serca Brooklynu. Ruszyłem za nim. Zatrzymałem się dopiero w cieniu wysokiej neogotyckiej wieży10 po drugiej stronie mostu, na tyłach jasnożółtego budynku straży pożarnej przy Old Fulton Street. Uciekający znikł mi z oczu. Jeszcze kilka sekund temu widziałem go i wystarczyła dosłownie chwila nieuwagi, a ten gdzieś przepadł. Rozpłynął się. Podobnie jak na lotnisku.

 

Zawiedziony wróciłem nad rzekę.

Naprzeciw mnie – po drewnianym, gigantycznym pomoście przyległym do przystani Fulton Ferry – szła Jenny.

– Co się stało?! – zawołała, widząc mnie. – Zauważyłeś kogoś?

Opowiedziałem jej o dziwnym osobniku śledzącym wcześniej panią Agatę Wielowieyską, a teraz mnie.

– Może ci się przywidziało?

– Nie sądzę. Nie tak dawno przeszedłem rutynowe badania u psychologa i psychiatrey. W raporcie nie było wzmianki o żadnych zwidach.

– No już dobrze, dobrze – klepnęła mnie w ramię dla złagodzenia napięcia. – Ale kto to może być? Ten facet w tunice.

– Nic mi nie przychodzi do głowy – odpowiedziałem. – Wczoraj śledził mnie jakiś smętny typ w wymiętym garniturze, jeżdżący chyba buickiem, a teraz pojawił się ten opalony w tunice.

Potem Jenny zawiozła mnie na Manhattan. Długo, aż do zachodu słońca spacerowaliśmy po Central Parku, rozmyślając o sprawie zaginionych obrazów hrabiego Korwin–Milewskiego. Prześcigaliśmy się w domysłach na temat domniemanych losów jego kolekcji na amerykańskiej ziemi. Ale wątpliwości było więcej niż pewników. Nie wiedzieliśmy: kto był zainteresowany odzyskaniem obrazów i dlaczego śledzono mnie i pana Tomasza? Kto wie, może podczas łażenia po parku także byłem obserwowany?

Pożegnaliśmy się na 5. alei przed Metropolitan Museum of Art.

Przed pójściem do hotelu wstąpiłem do “Burger King” na późną i tanią kolację. Po posiłku wsiadłem do autobusu pospiesznego jadącego na południe Manhattanu. Wysiadłem z niego w pobliżu 32. ulicy, gdy odezwał się pager. Dzwoniono z innego stanu. Była jedenasta z minutami. Znalazłem jakąś budkę i zadzwoniłem pod wskazany numer.

– Cześć, Pawle – przywitał mnie szef. – Właśnie porwano Katarzynę.

– Że co? – krzyknąłem do słuchawki. – Kto miałby ją porwać?

– Bezwzględny Indianin z jednym mniejszym okiem. Okropność.

– To jakieś żarty? – parsknąłem ze śmiechu. – Indianin z jednym okiem?

– To nie żarty – przerwał mi brutalnie pan Tomasz. – Słuchaj, uważnie, bo szkoda czasu. Przede wszystkim, nie rozpowiadaj o tym nikomu w instytucie. Jutro z miejscowym policjantem sierżantem Kalinovskym wyruszymy na poszukiwania dziewczyny. Póki co, nie róbmy z tego sensacji.

– U mnie też zaczyna być gorąco, szefie.

Opowiedziałem mu o wizytach w antykwariacie na Broadwayu, na lotnisku i w redakcji gazety New York Secrets”, gdzie udało mi się ustalić tożsamość dziennikarza. Wspomniałem też o osobniku w tunice.

Pan Tomasz słuchał uważnie, a następnie ciężko westchnął:

– Sprawa nabiera rumieńców. A to znaczy, że nie na darmo tutaj jesteśmy.

Po minucie rozłączyliśmy się. Do hotelu “Stanford” dotarłem na piechotę. W recepcji odebrałem klucze i schodami ruszyłem na swoje piętro.

Wszedłem do pokoju skąpanego w bladym świetle neonów ulicy. O dziwo, nie mogłem włączyć światła, tak jakby przepaliła się żarówka. Podszedłem do nocnej lampki stojącej na stoliku przy łóżku. Nie działała.

I wtedy poczułem unoszący się w pokoju delikatny zapach obcego. Kiedy zrozumiałem, że mam gościa, było już za późno. Silne ramię objęło mnie za szyję i pociągnęło do tyłu. Znalazłem się w objęciach imadła. Napastnik wzmocnił chwyt i szepnął mi do ucha:

– Kim jesteś?

Mówił po angielsku, ale z akcentem zdradzającym cudzoziemca. Tylko co miałem mu odpowiedzieć? Na wszelki wypadek wybrałem milczenie.

Intruz mocniej mnie przydusił. Zacisnąłem zęby, nie dając po sobie poznać, że ledwo zipię.

– To ty pojechałeś za panią Wielowieyska na lotnisko ̨? – próbowałem grać na zwłokę. – A potem mnie śledziłeś. Powiedz, kim jesteś, a wtedy ja ci powiem.

Przez chwilę w pokoju panowała cisza zakłócana jedynie szumem aut na Manhattanie i ich klaksonami. Nagle, osobnik wbił w bok mojej szyi swój palec. Momentalnie ostry ból przeszył mnie na wskroś. To nieprzyjemne kłucie czułem nawet w stopach. Mężczyzna nie należał do osobników gadatliwych i najwyraźniej nie żartował. Wiedział też, jak zadawać ból.

– Na imię mam Paweł – skapitulowałem. – Przyjechałem z Polski. Działam z ramienia warszawskiego Departamentu Ochrony Zabytków w sprawie zaginionej kolekcji obrazów hrabiego...

– Znasz Pana Samochodzika? – zapytał, zmniejszając ucisk palca.

Ale najdziwniejsze, że owo pytanie zostało zadane najczystszą polszczyzną.

– Odpowiadaj! – rozkazał.

– To mój szef. Zna go pan?

– Gdzie on teraz jest?

– Kwadrans temu dzwonił z jakiegoś schroniska młodzieżowego w Gatlinburgu w stanie Tennessee.

– A co on tam robi?

Opowiedziałem mu w wielkim skrócie o misji naszego departamentu w Ameryce, z uwzględnieniem najnowszych informacji, jak chociażby porwanie Katarzyny.

– Z kim mam przyjemność? – zapytałem wreszcie. – Wszystko już powiedziałem, teraz pańska kolej!

Zamiast odpowiedzi, popchnął mnie. Wylądowałem z wielkim hukiem za łóżkiem. A kiedy wstałem gotów dopaść intruza, nie było go już w pokoju. Ulotnił się, jak duch.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?