Piknik na skraju drogi

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Piknik na skraju drogi
Piknik na skraju drogi
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 84,90  67,92 
Piknik na skraju drogi
Piknik na skraju drogi
Audiobook
Czyta Marcin Popczyński
24,90  18,18 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Boże mój – westchnął Red. – A cóż to, nie postaramy się we dwójkę, żeby jej było dobrze?

Guta pokręciła głową.

– Kiedy ona uwielbia dzieci. A one ją. Przecież nie są winne, że…

– Tak – przerwał jej. – Oczywiście nie są winne.

– Nie ma o czym gadać – ucięła Guta. – Ktoś do ciebie dzwonił, nie przedstawił się. Powiedziałam, że jesteś na rybach.

Redrick odstawił filiżankę, wstał.

– Dobrze. Pójdę się jednak umyć. Mam jeszcze mnóstwo spraw.

Zamknął się w łazience, brudne ubranie wcisnął do pojemnika, a kastet, pozostałe nakrętki, papierosy i inne drobiazgi odłożył na półkę. Długo stał pod gorącym prysznicem, parskając, rozcierając ciało rękawicą z twardej gąbki, aż skóra zrobiła się bordowa. Zakręcił wodę, usiadł na brzegu wanny i zapalił. W rurach wodociągowych grało, Guta w kuchni podzwaniała naczyniami, zapachniało smażoną rybą, wreszcie żona zapukała i podała mu czystą bieliznę.

– Pośpiesz się – przykazała. – Ryby stygną.

Całkiem już doszła do siebie i znów zaczęła komenderować. Redrick ubrał się, to znaczy włożył podkoszulek i majtki, i tak udał się na śniadanie.

– Teraz można zjeść – oznajmił, siadając.

– Łachy włożyłeś do pojemnika? – spytała Guta.

– Jasne – odpowiedział z pełnymi ustami. – Dobra rybka!

– Wodą je zalałeś?

– Nie… Upraszam o wybaczenie, madame, więcej się to nie powtórzy, madame… Zostaw, zdążysz! Posiedź ze mną.

Złapał ją za rękę, próbował posadzić sobie na kolanach, ale wykręciła się i usiadła naprzeciwko niego, po drugiej stronie stołu.

– Lekceważysz sobie męża – powiedział oskarżycielsko, znów pakując jedzenie do ust. – Brzydzisz się mężem…

– A co z ciebie teraz za mąż – prychnęła. – Pusty worek, nie mąż. Najpierw trzeba by cię napełnić.

– A może jednak? – Uśmiechnął się. – Zdarzają się na świecie takie cuda.

– W twoim przypadku na taki cud bym nie liczyła. Napijesz się czegoś?

Redrick bawił się widelcem z niepewnym wyrazem twarzy.

– Nie, dzięki. – Spojrzał na zegarek i wstał. – Muszę teraz lecieć. Przygotuj mi wyjściowy garnitur. Klasy A. Jakąś tam koszulę, krawat…

Kłapiąc z przyjemnością bosymi stopami po chłodnej podłodze, poszedł do spiżarki, zamknął drzwi na zasuwkę. Potem włożył gumowy fartuch oraz gumowe rękawice do łokci i zaczął wyjmować na stół zawartość worka. Dwa „pustaki”, pudełko „szpilek”, dziewięć „bateryjek”, trzy „bransolety”. I jakaś obręcz, podobna do „bransolety”, ale z białego metalu, lżejsza i większa o jakieś trzydzieści milimetrów. Dalej: szesnaście sztuk „czarnych bryzg” w plastikowej torbie, dwie „gąbki” wielkości pięści, w znakomitym stanie, trzy „świerzby”, słoik „musującej gliny”. W worku został jeszcze ciężki ceramiczny kontener, troskliwie zapakowany w watę szklaną, ale Redrick nie zamierzał go ruszać. Wyjął papierosa i zapalił.

Otworzył szufladę, wyjął kartkę, ogryzek ołówka i kalkulator. Trzymając papierosa w kąciku ust i mrużąc oczy od dymu, pisał cyfrę za cyfrą w trzech słupkach, a następnie pierwsze dwa podsumowywał. Sumy robiły wrażenie. Zdusił niedopałek w popielniczce, ostrożnie otworzył pudełeczko i wysypał „szpilki” na kartkę. W elektrycznym świetle lśniły błękitnawo i z rzadka tylko pryskały czystymi barwami – żółcią, czerwienią, zielenią. Red wziął jedną „szpilkę” i ostrożnie, żeby się nie ukłuć, ścisnął ją między kciukiem a palcem wskazującym. Potem wyłączył światło i odczekał chwilę, przyzwyczajając się do ciemności. „Szpilka” milczała. Odłożył ją na bok, namacał drugą i znów ścisnął. Bez efektu. Nacisnął mocniej, ryzykując ukłucie, i „szpilka” zagadała: przebiegły po niej słabe czerwonawe impulsy, po czym zastąpiły je rzadsze zielone. Przez kilka sekund Redrick cieszył się tą dziwną grą iskierek, która – jak twierdzono w „Raportach” – powinna coś oznaczać, może coś bardzo ważnego, niesłychanie znaczącego, a potem odłożył „szpilkę” oddzielnie i wziął kolejną…

Wszystkich „szpilek” było siedemdziesiąt trzy, działało dwanaście, pozostałe milczały. Tak naprawdę one też powinny rozbłyskiwać, ale do tego mało było siły palców, trzeba by użyć specjalnego urządzenia wielkości stołu. Redrick włączył światło i do zapisanych liczb dodał jeszcze dwie. Dopiero po tym się zdecydował.

Włożył obie ręce do worka, wstrzymał oddech i wyjął na stół miękkie zawiniątko. Przez jakiś czas patrzył na nie, w zadumie gładząc podbródek wierzchnią stroną dłoni. Wreszcie wziął ołówek, powiercił nim niezgrabnie w niewygodnych rękawicach i znów odłożył. Wyjął jeszcze jednego papierosa i wypalił całego, nie odrywając oczu od zawiniątka.

– Co za licho! – powiedział głośno, ujął pakunek zdecydowanym ruchem i schował z powrotem do worka. – Wszystko. Wystarczy.

Pośpiesznie zsypał „szpilki” z powrotem do pudełka, wstał. Powinien już iść. Może i mógłby pospać chociaż z pół godziny, żeby rozjaśnić nieco umysł, ale lepiej przyjść na miejsce spotkania wcześniej, rozejrzeć się dokładnie. Zdjął rękawice, odwiesił fartuch i wyszedł ze spiżarki, nie wyłączając światła.

Garnitur już leżał na łóżku, więc Redrick zaczął się ubierać. Zawiązywał właśnie krawat przed lustrem, kiedy za plecami cichutko zaskrzypiały deski podłogi i usłyszał głośne sapanie. Przybrał chmurny wyraz twarzy, żeby się nie roześmiać.

– A! – rozległ się cieniutki głosik, małe rączki chwyciły go za nogę.

– Ojej! – krzyknął Redrick, padając na łóżko jak zemdlony.

Małpeczka, chichocząc i popiskując, wdrapała się na niego natychmiast. Deptała po nim, targała za włosy i zalewała potokami najróżniejszych wiadomości oraz pytań. Will z sąsiedztwa oderwał lalce nogę. Na drugim piętrze pojawił się kociak, całkiem biały z czerwonymi oczami. Pewnie nie słuchał mamy i chodził do Strefy. Na kolację była kaszka z marmoladą. Wujek Szuwaks znów się urżnął i był chory, płakał nawet. Dlaczego ryby nie toną, chociaż są w wodzie? Dlaczego mama nie spała całą noc? Dlaczego palców jest dziesięć, ale dwie ręce i jeden nos?…

Redrick delikatnie obejmował pełzające po nim ciepłe ciałko, wpatrywał się w wielkie, całkiem ciemne, pozbawione białek oczy, przytulał policzkiem do pulchnego, porośniętego jedwabistym puchem policzka i powtarzał:

– Małpeczka… Moja Małpeczka… Taka śliczna Małpeczka…

Nagle nad uchem ostro zadzwonił telefon. Red wyciągnął rękę, odebrał.

– Słucham.

Nie doczekał się odpowiedzi.

– Słucham! – powtórzył. – Halo!

Nikt się nie odzywał. W słuchawce szczęknęło, rozległ się przerywany sygnał. Redrick usiadł, postawił córeczkę na podłodze i nie zwracając już uwagi na jej paplaninę, włożył spodnie i marynarkę. Małpeczka nadawała bez wytchnienia, ale on uśmiechał się tylko z roztargnieniem połową ust, aż wreszcie dowiedział się, że chyba tatuś połknął język, a na deser zjadł zęby.

Wrócił do spiżarki, włożył do teczki zapiski i drobiazgi leżące na stole, poszedł do łazienki po kastet, znów udał się do spiżarki, wziął teczkę w jedną rękę, koszyk w drugą, wyszedł do sieni, zamknął dokładnie drzwi spiżarki i zawołał do Guty:

– Wychodzę!

– Kiedy wrócisz? – spytała, stając w drzwiach kuchni. Uczesała się już i umalowała, miała na sobie nie podomkę, ale domową sukienkę, jego ulubioną, jasnoniebieską z dużym wycięciem.

– Zadzwonię – odparł, patrząc na nią z zadowoleniem, podszedł i pocałował ją w dekolt.

– Idź już – powiedziała cicho.

– A ja? A mnie? – upomniała się Małpeczka, wciskając się między nich. Red musiał się pochylić jeszcze niżej. Guta patrzyła na niego nieruchomym wzrokiem.

– To nic poważnego, taka bzdurka – starał się ją uspokoić. – Nie musisz się obawiać. Zadzwonię.

Na podeście piętro niżej zobaczył tęgiego mężczyznę w pasiastej piżamie, który mocował się z zamkiem w otwartych drzwiach. Z ciemnych czeluści mieszkania ciągnęło kwaśnym ciepłem. Redrick zatrzymał się.

– Dzień dobry.

Tęgi mężczyzna popatrzył na niego z obawą przez tłuste ramię i coś odburknął.

– Pańska żona była u nas w nocy – powiedział Red. – Niby że coś piłowaliśmy. To jakieś nieporozumienie.

– Nic mi do tego – mruknął piżamowiec.

– Żona wczoraj wieczorem robiła pranie – mówił dalej Redrick. – Jeśli zakłóciliśmy państwu spokój, bardzo przepraszam.

– Ja nic nie mówię. Nie ma za co przepraszać.

– To bardzo się cieszę.

Red zszedł na dół, do garażu, postawił kosz z workiem w kącie, położył na nim stare siedzenie, wszystko obejrzał i zerknął na ulicę.

Nie musiał daleko iść – parę skrzyżowań, potem przez park i jeszcze kawałek do Głównej Alei.

Przed Metropolem jak zwykle lakierem i niklem błyszczały ekskluzywne auta, boje hotelowi w malinowych mundurkach taszczyli do wejścia walizki, jacyś poważni goście, ewidentnie z zagranicy, na marmurowych schodach rozmawiali w dwu-, trzyosobowych grupkach, paląc cygara. Redrick postanowił na razie nie wchodzić. Zajął miejsce pod tentem małej kawiarni po drugiej stronie ulicy, zamówił kawę i zapalił. Dwa kroki od niego przy stoliku siedziało trzech funkcjonariuszy międzynarodowej policji w cywilu. W milczeniu, pośpiesznie napychali się smażonymi kiełbaskami po harmoncku i pili ciemne piwo z wysokich pokali. Po drugiej stronie lokalu, o dziesięć kroków, jakiś sierżant z ponurą miną konsumował pieczone ziemniaki, ściskając mocno widelec całą pięścią. Błękitny kask leżał na posadzce obok jego krzesła, pas z kaburą wisiał na oparciu. Więcej nikogo nie było w kafejce. Kelnerka, nieznana Schuhartowi starsza kobieta, stała z boku. Od czasu do czasu ziewała dyskretnie, przykrywając dłonią pomalowane jaskrawo usta.

Była za dwadzieścia dziewiąta.

Redrick zobaczył, jak z hotelu wychodzi Richard Nounan, wkładając po drodze miękki kapelusz. Zbiegł po schodach – malutki, tłuściutki, różowy, jak zwykle zadowolony i życzliwy, świeżutko wymyty, pewien na sto procent, że ten dzień będzie udany. Pomachał komuś, przerzucił zwinięty płaszcz przez prawe ramię i podszedł do swojego peugeota. Ten samochód także był okrągły, niewielki, czyściutki i też jakby pewien, że nie grożą mu żadne nieprzyjemności.

 

Redrick wsparł policzek na dłoni, żeby się zasłonić, i patrzył, jak Nounan mości się na siedzeniu za kierownicą, coś tam przekłada z fotela pasażera na tylną kanapę, po coś się schyla, a potem poprawia lusterko wsteczne. Auto cicho furknęło błękitnawym dymkiem, rozległ się krótki klakson na jakiegoś Afrykanina w burnusie, a potem wóz wyjechał na ulicę. Sądząc z kierunku jazdy, Nounan zmierzał do instytutu, a to znaczy, że powinien okrążyć fontannę i przejechać obok kawiarenki. Za późno było, żeby wychodzić, dlatego Redrick osłonił twarz ręką, udając zamyślenie, i pochylił się nad filiżanką. Jednak to nic nie dało. Peugeot zatrąbił tuż obok, pisnęły hamulce i rozległ się rześki głos Nounana:

– Hej! Schuhart! Red!

Redrick zaklął w duchu i podniósł głowę. Nounan już do niego szedł z wyciągniętą ręką. Cały promieniował życzliwością.

– A co ty tutaj robisz o poranku? – zapytał, kiedy się zbliżył. – Dzięki, mamuśka – rzucił kelnerce – nic nie potrzeba… – Znów zwrócił się do Redricka: – Sto lat cię nie widziałem. Gdzie się podziewasz? Czym się zajmujesz?

– A różnie – odparł niechętnie Redrick. – Różnymi takimi tam pierdółkami.

Nounan ze swoją zwyczajną starannością i zaaferowaniem zasiadł na krześle naprzeciwko, pulchną rączką odsunął stojaczek z serwetkami w jedną stronę, talerzyk po kanapce w drugą i przyjaźnie paplał.

– Jakoś kiepsko wyglądasz, niedospany jesteś, czy co? Ja, widzisz, w ostatnim czasie też się zaplątałem z tą nową automatyką, ale co do spania, bracie, nie ma mowy. Sen jest dla mnie najważniejszy, niech się idzie gonić ta cała automatyka… – Obejrzał się nagle. – Pardon, może na kogoś czekasz? Nie przeszkodziłem?

– Ależ nie… – powiedział Redrick powoli. – Miałem trochę czasu, więc pomyślałem, że wypiję sobie jakąś kawkę.

– Nie będę ci długo głowy zawracał. – Richard spojrzał na zegarek. – Słuchaj, Red, rzuć te swoje pierdółki i wracaj do instytutu. Wiesz, że przyjmą cię z otwartymi ramionami. Chcesz znów pracować z jakimś Rosjaninem? Jeden niedawno przyjechał.

Redrick pokręcił głową.

– Nie. Jeszcze się drugi Kirył nie narodził… A poza tym nie mam czego szukać w waszym instytucie. Teraz tam wszystko zautomatyzowane, roboty wysyłają do Strefy, więc premie też pewnie te roboty dostają… A w laboratorium zarabia się grosze, nawet na tytoń nie starczy.

– Rzuć, mówię, wszystko da się jakoś załatwić – namawiał Nounan.

– Nie lubię, kiedy się specjalnie dla mnie coś załatwia, Dick. Jakoś tak mam od dziecka, że sam sobie radziłem, i zamierzam nadal sam sobie radzić.

– Pycha cię rozsadza, jak widzę – stwierdził Nounan z potępieniem.

– Na pewno nie pycha. Po prostu nie lubię liczyć każdego grosza i tyle.

– Pewnie masz rację – powiedział Dick z roztargnieniem. Spojrzał obojętnie na teczkę Redricka leżącą na stole, potarł palcem srebrną płytkę z napisem wygrawerowanym cyrylicą. – Wszystko się zgadza. Człowiek potrzebuje forsy po to, żeby o niej nie myśleć… To prezent od Kiryła? – spytał, wskazując teczkę.

– Dostałem w spadku – wyjaśnił Red. – Coś ostatnio nie bywasz w Bordgish.

– Uściślijmy, że raczej ty nie bywasz – zaprotestował Nounan. – Praktycznie codziennie chodzę tam na obiad, bo w Metropolu zdzierają tak, że szkoda gadać… Słuchaj – powiedział nagle. – Jak teraz stoisz z kasą?

– A co, chcesz pożyczyć?

– Wręcz przeciwnie.

– Rozumiem, chcesz mi pożyczyć?

– Daj spokój. Jest robota.

– Boże na niebiesiech! – Redrick potrząsnął głową. – Ty też?

– A kto jeszcze? – natychmiast chciał wiedzieć Nounan.

– Sporo was się narobiło takich… pracodawców.

Nounan roześmiał się, jakby dopiero teraz do niego dotarło.

– Ależ nie, to nie dotyczy twojego głównego zajęcia.

– A jakiego?

Richard znów spojrzał na zegarek.

– Mam propozycję – powiedział, wstając. – Przyjdź dzisiaj do Bordgish na obiad, tak koło czternastej. Pogadamy.

– Na czternastą mogę nie zdążyć.

– W takim razie wieczorem, mniej więcej o osiemnastej może być?

– Zobaczymy. – Redrick też spojrzał na zegarek. Za pięć dziewiąta.

Nounan skinął mu rączką i poturlał się do swojego autka. Schuhart odprowadził go spojrzeniem, zawołał kelnerkę, poprosił o paczkę papierosów, rozliczył się i poszedł w stronę hotelu. Słońce już nieźle przypiekało, zaczynało być duszno. Czuł pieczenie pod powiekami. Zmrużył oczy, żałując, że nie wystarczyło czasu na przespanie się przed załatwieniem ważnej sprawy.

Wtedy go to dopadło.

Czegoś podobnego jeszcze nie odczuwał poza Strefą, a i w niej zdarzyło się coś takiego ledwie dwa albo trzy razy. Zupełnie jakby nagle obudził się w innym świecie. Spadły na niego miliony zapachów – ostrych, słodkich, metalicznych, łagodnych, groźnych, przerażających, wielkich jak domy i ulotnych niczym pyłki kurzu, ordynarnych jak kostki bruku i delikatnych niby trybiki zegara. Powietrze stało się twarde, pojawiły się w nim krawędzie, powierzchnie, kąty, zupełnie jakby przestrzeń wypełniła się wielkimi szorstkimi kulami, śliskimi piramidami, gigantycznymi kłującymi kryształami. Musiał się przez to wszystko przeciskać, zupełnie jak w kramie ze starzyzną zawalonym paskudnymi wiekowymi meblami… Trwało to mgnienie oka. Red otworzył oczy i wszystko zniknęło. To nie był inny świat – to bardzo dobrze znana rzeczywistość odwróciła się do niego drugą, nieznaną stroną, odkryła się na moment i znów zamknęła na głucho, zanim zdążył cokolwiek ważnego zobaczyć…

Rozległ się niecierpliwy klakson, Red przyśpieszył, potem podbiegł, zatrzymując się dopiero pod murem Metropolu. Serce mu waliło jak oszalałe, położył teczkę na asfalcie, wyjął papierosy i zapalił. Zaciągał się głęboko, odpoczywając zupełnie jak po bójce. Patrolujący okolicę policjant zatrzymał się przy nim i spytał z troską:

– Potrzebuje pan pomocy?

– N-nie – wykrztusił Redrick i zakaszlał. – Duszno jest.

– Może gdzieś pana odprowadzić?

Redrick schylił się, wziął teczkę.

– Nie trzeba. Wszystko w porządku, panie władzo. Dziękuję.

Skierował się w stronę wejścia, wszedł po schodkach i zniknął w środku. W westybulu było chłodno, przestronnie, panował półmrok. Powinien teraz posiedzieć w jednym z tych dużych skórzanych foteli, dojść do siebie, odetchnąć, ale i bez tego był już spóźniony. Dopalił tylko papierosa, przyglądając się spod na wpół opuszczonych powiek otaczającym go ludziom. Szkielet już tu był, z rozdrażnieniem przerzucał czasopisma przy stoliku z gazetami. Redrick wrzucił niedopałek do popielnicy, wszedł do windy.

Drzwi nie zdążyły się zamknąć, a w środku znaleźli się jakiś wielki tłuścioch oddychający astmatycznie, mocno wyperfumowana damulka z ponurym chłopcem żującym czekoladę oraz gruba stara kobieta o zapadniętym w tłuszcz podbródku. Wcisnęli Redricka w kąt. Zamknął oczy, żeby nie widzieć chłopaczka, któremu po brodzie ciekła brązowa ślina, nie widzieć jego mamusi, na której marny biust spływał naszyjnik wykonany z „czarnych bryzg” oprawionych w srebro… Żeby nie widzieć wyłupiastych, sklerotycznych białek grubasa ani obrzydliwych brodawek na wielkiej mordzie staruchy.

Tłuścioch próbował zapalić, lecz stara zabroniła i opieprzała go aż do czwartego piętra, kiedy wreszcie wysiadła z windy. Gdy tylko znikła, facet zapalił z takim wyrazem pyska, jakby bronił swoich podstawowych praw obywatelskich, ale zaraz zaczął kaszleć i dyszeć, sapać i chrypieć, wydymając wargi i trącając Reda w bok łokciem…

Na ósmym piętrze Redrick wysiadł i żeby się chociaż odrobinę rozładować, głośno i wyraźnie powiedział:

– Kij ci w ryj, kindybale z cuchnącym kaszlem, i tobie, cholero paskudna razem z tym gnojem upieprzonym oflegmioną czekoladą.

A potem ruszył po miękkim dywanie w głąb korytarza rozjaśnionego łagodnym światłem ukrytych lamp. Pachniało tu drogim tytoniem, paryskimi perfumami, naturalną błyszczącą skórą wypchanych portfeli, drogimi damulkami po pięćset dolców za noc, solidnymi złotymi papierośnicami – całym tym blichtrem, który wypasł się na Strefie, pił z niej soki, żarł ją, tuczył się nią. I ci wypasieni goście mieli gdzieś, co będzie potem, kiedy już się nasycą, nachapią władzy, a wszystko, co było w Strefie, znajdzie się na zewnątrz, zawędruje do świata.

Redrick bezszelestnie otworzył drzwi do pokoju osiemset siedemdziesiąt cztery.

Chrypak siedział na krześle pod oknem, odprawiał czary nad cygarem. Był jeszcze w piżamie, rzadkie włosy miał mokre, starannie zaczesane, niezdrowa, opuchnięta twarz została gładko wygolona.

– Aha – powiedział, nie podnosząc oczu. – Punktualność jest grzecznością królów. Witaj, mój chłopcze.

Skończył obcinanie końcówki cygara, ujął je w obie dłonie i powąchał.

– A gdzie nasz stary dobry Barbridge? – spytał, obrzucając Reda spojrzeniem. Oczy miał przejrzyste i błękitne. Anielskie.

Redrick postawił teczkę na kanapie, usiadł, wyjął papierosy.

– Barbridge nie przyjdzie – oznajmił.

– Nasz stary dobry Barbridge. – Chrypak ujął teraz cygaro w dwa palce, ostrożnie zbliżył je do ust. – Staremu Barbridge’owi wysiadły nerwy…

Patrzył na Redricka czystymi błękitnymi oczami, nie mrugał. Nigdy nie mrugał. Drzwi uchyliły się, do pokoju wszedł Szkielet.

– Kim był człowiek, z którym pan rozmawiał? – zapytał od progu.

– A, dzień dobry – powitał go uprzejmie Red, strząsając popiół na podłogę.

Szkielet włożył rękę do kieszeni, zbliżył się, stawiając szeroko ogromne, wykrzywione do wewnątrz stopy, i zatrzymał się przed Schuhartem.

– Sto razy powtarzaliśmy – powiedział z wyrzutem – żeby nie było żadnych kontaktów przed spotkaniem. A pan co robi?

– Witam się – odpowiedział Redrick. – A pan?

Chrypak się roześmiał, a Szkielet powiedział z rozdrażnieniem:

– Dzień dobry, dzień dobry… – Przestał wwiercać się w Redricka oskarżycielskim spojrzeniem, usiadł ciężko obok niego na kanapie. – Tak nie wolno – rzekł spokojnie. – Rozumie pan? Nie wolno!

– W takim razie trzeba wyznaczać spotkania tam, gdzie nie mam znajomych. – Red wzruszył lekko ramionami.

– Chłopczyk ma rację – wtrącił się Chrypak. – Nasz błąd… Ale proszę powiedzieć, kim był ten facet?

– Richard Nounan. Jest przedstawicielem handlowym jakichś firm dostarczających wyposażenie dla instytutu. Mieszka w tym hotelu.

– No i widzisz, jakie proste wytłumaczenie! – powiedział Chrypak do Szkieleta. Wziął ze stołu ogromną zapalniczkę w kształcie Statui Wolności, popatrzył na nią krytycznie i odstawił z powrotem.

– Gdzie jest Barbridge? – spytał Szkielet, całkiem już udobruchany.

– Naciął się zdrowo – odpowiedział Red.

Mężczyźni wymienili się spojrzeniami.

– Niech mu ziemia lekką będzie – powiedział Chrypak uroczyście. – A może chodzi o to, że został aresztowany?

Redrick milczał przez dłuższą chwilę, dopalając papierosa. Rzucił niedopałek na podłogę i dopiero się odezwał:

– Nie obawiajcie się, nie ma zagrożenia dla waszych spraw. W szpitalu wylądował.

– Ładne mi „nie ma zagrożenia”! – Szkielet nerwowo zerwał się i podszedł do okna. – W jakim jest szpitalu?

– Nie obawiajcie się – powtórzył Redrick. – W jakim trzeba. Przejdźmy do interesów, muszę się wreszcie położyć do łóżka.

– W jakim, pytam, szpitalu? – Szkieleta ogarniała złość.

– Powiedziałem, że w jakim trzeba, wystarczy – uciął Redrick. Wziął teczkę. – Pogadamy dzisiaj o interesach czy nie?

– Pogadamy, pogadamy, mój chłopcze – powiedział energicznie Chrypak. Z nieoczekiwaną lekkością wstał, podsunął szybko Schuhartowi stolik na gazety, jednym ruchem zrzucił na dywan stos czasopism, usiadł naprzeciw gościa, opierając na kolanach różowe włochate ręce. Cygaro, wciąż zaciśnięte między palcami prawej dłoni, sterczało w górę. – Niech pan pokaże, co tam chowa.

Redrick otworzył teczkę, wyjął spis z cenami, położył na stoliku. Chrypak spojrzał i końcem palca odsunął spis na bok. Szkielet, który stanął za jego plecami, zagapił się na listę i ceny.

– To spis – powiedział Redrick.

– Widzę – odparł Chrypak. – Chcę zobaczyć towar. No niechże pan już pokaże!

– Najpierw pieniądze – zażądał Red.

 

– Co to za „kółko”? – spytał podejrzliwie Szkielet, stukając palcem w kartkę, pochylony nad ramieniem Chrypaka.

Redrick milczał. Trzymał otwartą teczkę na kolanach i patrzył prosto w anielskie oczka kontrahenta, który uśmiechnął się słodko.

– I za co tak pana polubiłem, mój chłopcze? – zagruchał. – A powiadają, że nie istnieje miłość od pierwszego wejrzenia! – Westchnął teatralnie. – Phil, przyjacielu, jak to się u nich mówi na pieniądze? Wypłać mu sałatę, odlicz zielonych… I daj mi wreszcie jakąś zapałkę! Widzisz przecież… – Potrząsnął cygarem.

Szkielet warknął coś niezrozumiale, rzucił kompanowi pudełko, a sam wyszedł do drugiego pokoju przez drzwi zasłonięte kotarą. Słychać było, że z kimś tam rozmawia z rozdrażnieniem. Do uszu Redricka doleciały jego przytłumione słowa o kupowaniu kota w worku. Chrypak, który wreszcie zdołał zapalić cygaro, uparcie wpatrywał się w Schuharta z uśmieszkiem zastygłym na wąskich bladych wargach, ale ogólnie wyraz twarzy miał taki, jakby myślał o czymś innym. Redrick wsparł brodę na teczce i także patrzył tamtemu w twarz, starając się w ogóle nie mrugać, chociaż powieki piekły żywym ogniem, a do oczu napływały mu łzy.

Wreszcie Szkielet wrócił, rzucił na stolik dwie banderolowane paczki banknotów i nadęty usiadł obok Redricka. Stalker leniwym ruchem sięgnął po pieniądze, ale Chrypak powstrzymał go gestem, zerwał banderole i schował do kieszeni.

– Teraz proszę.

Redrick wziął pieniądze i nie licząc, wepchnął paczki do wewnętrznych kieszeni marynarki. Zaczął wykładać towar. Robił to powoli, dając mężczyznom możliwość obejrzenia każdego przedmiotu i porównania ze spisem. W pomieszczeniu było cicho, tylko Chrypak dyszał ciężko, a zza kotary dochodziło cichutkie pobrzękiwanie, jakby łyżeczki o szklankę.

Kiedy Redrick wreszcie zamknął teczkę i zatrzasnął zamki, Chrypak podniósł na niego wzrok i spytał:

– A co pan powie o głównym daniu?

– Nic – odparł Redrick. Po chwili dodał: – Na razie.

– Podoba mi się to „na razie” – rzekł łagodnie Chrypak. – A tobie, Phil?

– Coś nam pan tutaj ściemnia, panie Schuhart – powiedział burkliwie Szkielet. – I po co?

– Taki mam fach: ciemne sprawki. – Red się skrzywił. – Trudny mamy ten fach, i wy, i ja.

– No dobrze – powiedział Chrypak. – A gdzie aparat fotograficzny?

– Niech to diabli – zaklął Redrick. Potarł palcami policzek, czując, jak rumieniec występuje mu na twarz. – Moja wina. Po prostu, zwyczajnie zapomniałem.

– Tam? – spytał Chrypak, wykonując nieokreślony ruch cygarem.

– Nie pamiętam… Ale pewnie tam… – Redrick przymknął oczy, odchylił się na oparcie kanapy. – Nie wiem, naprawdę. Nie pamiętam i już.

– Szkoda – rzekł z żalem Chrypak. – Ale chyba widział pan ten egzemplarz?

– No właśnie, że nie – odparł Schuhart z irytacją. – W tym cały problem. Nie doszliśmy do nagrzewnic. Barbridge władował się we „flegmę” i musiałem zasuwać z powrotem… Ale możecie być pewni, panowie, że gdybym to zobaczył, na pewno bym nie zapomniał…

– Hej, Hugh, zerknij na to! – odezwał się nagle Szkielet przestraszonym szeptem. – Co to jest?

Siedział z wyciągniętym daleko przed siebie palcem wskazującym. Wokół palca wirował metalowy pierścień, a Szkielet patrzył na niego z wytrzeszczonymi oczami…

– Nie chce się zatrzymać! – powiedział bardzo głośno, przenosząc wzrok z pierścienia na Chrypaka i z powrotem.

– Co znaczy nie chce się zatrzymać? – spytał ostrożnie Chrypak, odsuwając się nieco.

– Założyłem to na palec i raz zakręciłem, tak zwyczajnie… A on już całą minutę się kręci!

Szkielet skoczył nagle na równe nogi i pognał z wyciągniętym palcem za kotarę.

– Co pan nam przyniósł? – spytał Chrypak.

– Cholera wie – odparł Redrick. – Nie mam pojęcia. Gdybym wiedział, zażądałbym więcej.

Chrypak przez chwilę patrzył na niego, a potem wstał i także zniknął za kotarą. Zadudniły męskie głosy. Redrick wyjął kolejnego papierosa, zapalił, wziął jakąś gazetę z podłogi i zaczął ją przeglądać z roztargnieniem. W żurnalu pełno było wielkodupnych piękności, ale patrzenie na nie z jakiegoś powodu nie dawało mu zadowolenia. Odrzucił czasopismo i powiódł wzrokiem po pokoju, szukając czegoś do picia. Wyjął z kieszeni jeden pakiet banknotów i przeliczył. Wszystko się zgadzało. Żeby nie zasnąć, przeliczył i drugi. Kiedy schował pieniądze z powrotem, wrócił Chrypak.

– Ma pan szczęście, mój chłopcze – oznajmił, znów siadając naprzeciwko gościa. – Wie pan, co to takiego perpetuum mobile?

– Nie – odpowiedział Red. – Jakoś nas tego nie uczono.

– I dobrze. – Chrypak wzruszył ramionami.

Wyjął jeszcze jedną paczkę banknotów.

– To za pierwszy egzemplarz – powiedział, odrywając banderolę. – Za każdy następny otrzyma pan dwie takie paczuszki. Zapamiętał pan, mój chłopcze? Dwie! Ale pod warunkiem, że nikt poza nami i panem się o tych obręczach nigdy nie dowie. Może być?

Redrick w milczeniu schował pieniądze i wstał.

– Pójdę już. Gdzie się widzimy następnym razem?

Chrypak też wstał.

– Damy znać telefonicznie. Proszę czekać na wiadomość co piątek między dziewiątą a dziewiątą trzydzieści rano. Dostanie pan pozdrowienia od Phila i Hugha, a potem informację o miejscu i czasie.

Redrick skinął głową, poszedł do drzwi. Chrypak mu towarzyszył, przed samym wyjściem położył Redowi rękę na ramieniu.

– Chciałbym, aby było jasne – powiedział. – Wszystko pięknie i tak dalej, a „obręcz” to po prostu cudeńko, lecz głównie interesują nas dwie rzeczy: fotografie i pełny kontener. Proszę zwrócić nam nasz aparat, ale ze zdjęciami, i nasz kontenerek z zawartością, a może nigdy więcej nie będzie pan musiał chodzić do Strefy…

Redrick podrzucił ramieniem, zrzucając miękką rękę, i wyszedł. Nie oglądając się, szedł po miękkim chodniku, cały czas czując na sobie błękitny anielski wzrok. Nie czekał na windę, zszedł do westybulu schodami.

Po wyjściu z hotelu wziął taksówkę i pojechał na drugi koniec miasta. Trafił mu się nieznajomy kierowca, nowicjusz, nosaty, pryszczaty kurdupel, z tych, którzy zwalali się do Harmont przez ostatnie lata w poszukiwaniu przygód, niezmierzonych bogactw, ogólnoświatowej sławy, jakiejś niesamowitej religii. Przyjeżdżali masowo i zostawali taksówkarzami, kelnerami, robotnikami budowlanymi, wykidajłami w burdelach. Byli chciwi, głupi, niewiedzący tak naprawdę, czego chcą, ze wszystkiego niezadowoleni i przekonani, że tutaj także ich haniebnie oszukano. Połowa z nich po miesiącu lub dwóch wracała do domów, złorzecząc, zanosząc swoje rozczarowanie we wszystkie zakątki świata, bardzo nieliczni zostawali stalkerami i szybko ginęli, zanim zdążyli poczuć to straszne rozczarowanie. Po śmierci robiono z nich legendarnych bohaterów. Niektórym udawało się dostać do instytutu, tym najzdolniejszym i wykształconym, godnym zająć stanowisko przynajmniej preparatora, a pozostali zakładali partie polityczne, sekty religijne, jakieś tam kółka wzajemnej adoracji, wieczory spędzali w knajpach, awanturowali się o różnice światopoglądowe, o dziewczyny i zupełnie bez powodu. Od czasu do czasu urządzali pochody, wnosili jakieś petycje, organizowali demonstracje w ramach protestu, jakieś strajki siedzące, stojące i nawet leżące. Doprowadzali do białej gorączki policję miejską, komendanturę i mieszkańców, ale potem uspokajali się i coraz mniej ich interesowało dociekanie, po co właściwie tu się zjawili.

Od pryszczatego szofera na kilometr jechało przetrawioną wódką, gość miał oczy czerwone jak królik, był bardzo podniecony i od razu zaczął opowiadać, jak to dzisiejszego ranka na ulicy pojawił się nieboszczyk z cmentarza. Przyszedł do swojego domu, od wielu lat już porzuconego i zamkniętego, wszyscy wyjechali – i wdowa po nim, i córka z mężem, i wnuki. On sam, jak opowiadali sąsiedzi, zmarł trzydzieści lat temu, jeszcze przed Wizytą, a teraz – proszę bardzo – przytargał swoje szanowne zwłoki. Pochodził wokół domu, poskrobał w drzwi i ściany, a potem usiadł pod płotem i tak siedzi. Ludzi się zbiegło sporo, z całej dzielnicy, patrzą na niego, ale boją się, rzecz jasna, podejść. Potem ktoś poszedł po rozum do głowy, wyłamał drzwi w tym domu. I co pan myśli? Nieboszczyk wstał, wszedł, zamknął za sobą. Musiałem lecieć do roboty, nie wiem, co się stało dalej, tyle że ludzie zbierali się dzwonić do instytutu, żeby go sobie zabrali do wszystkich diabłów. Wie pan, co mówią? Mówią, że komendantura przygotowuje polecenie, żeby tych nieboszczyków, jeśli ich krewni wyjechali, wysyłać do nich na nowe miejsce zameldowania. Ależ im sprawią radość! A śmierdzi od takiego… i nic dziwnego, w końcu to trup…