Piknik na skraju drogi

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Piknik na skraju drogi
Piknik na skraju drogi
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 84,90  67,92 
Piknik na skraju drogi
Piknik na skraju drogi
Audiobook
Czyta Marcin Popczyński
24,90  18,18 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wsiedliśmy do „kalosza”, Kirył stanął przy sterach i mówi:

– No, Red, rozkazuj.

Bez pośpiechu rozsunąłem zamek na piersi, wyjąłem piersiówkę, odpiłem jak należy i schowałem z powrotem. Bez tego nie potrafię. Który to już raz idę do Strefy, a bez wódy ani rusz. A ci dwaj tylko patrzą i czekają.

– Nie proponuję wam – mówię – bo idziemy razem pierwszy raz i nie wiem, jak na was działa alkohol. Ustalamy sposób działania. Wszystko, co powiem, macie wykonywać natychmiast i bez dyskusji. Jeśli któryś zacznie się ociągać albo zadawać durne pytania, będę lał czym popadnie, uprzedzam lojalnie. Jeśli panu, panie Tender, rozkażę na przykład, żebyś szedł na rękach, w tej chwili masz pan poderwać swoje tłuste dupsko i wykonać polecenie. A jeśli tego nie zrobisz, nie zobaczysz więcej swojej chorej córeczki. Jasne? Ale bez obaw, postaram się, żebyś ją zobaczył.

– Red, najważniejsze, żebyś nie zapomniał rozkazać – syczy Tender. Już jest czerwony, spocony, wargi mu drżą. – Na rzęsach pójdę, jeśli będzie trzeba. Nie jestem żółtodziobem.

– Dla mnie obaj jesteście żółtodzioby. A rozkazywać nie zapomnę, spokojna twoja rozczochrana. A tak w ogóle, umiesz sterować „kaloszem”?

– Umie – odpowiada Kirył za niego. – Doskonale umie.

– To świetnie. W takim razie z Bogiem. Zamknąć przyłbice! Mała naprzód wzdłuż tyczek, wysokość trzy metry. Przy dwudziestej siódmej przystanek.

Kirył podniósł „kalosz” na zadaną wysokość i rozpoczął powolny lot, a ja nieznacznie odwróciłem głowę i splunąłem samym powietrzem przez lewe ramię. Patrzę, a gwardziści ratownicy wsiedli do śmigłowca, strażacy wstali, żeby okazać szacunek, natomiast idiota porucznik postanowił na pożegnanie salutować. Nad nimi wszystkimi wielki baner, nieco już wyblakły: „Serdecznie witamy, drodzy Przybysze!”. Tender już się zbierał, żeby pomachać rączką, ale dostał taką sójkę w bok, że mu z miejsca te uprzejmości wywietrzały ze łba. Już ja ci pokażę takie gesty! Żegnać mi się tutaj będziesz, mordo zapowietrzona!

Polecieliśmy.

Po prawej mieliśmy instytut, po lewej Dzielnicę Zadżumionych, podążaliśmy od tyczki do tyczki samym środkiem ulicy. Od jakże już dawna nikt po tej ulicy nie chodził i nie jeździł! Asfalt całkiem popękał, szczeliny zarosły trawą, ale tutaj przynajmniej jeszcze rosła nasza dobra, znajoma trawa. Na chodniku po lewej stronie już zagościła czarna kolczatka, pokazując wyraźnie, jak Strefa odcina się od zwyczajnego świata: czarne rośliny tuż przy krawężniku wyglądały, jakby je ktoś równiutko przyciął. Nie można powiedzieć – przybysze jednakowoż okazali się przyzwoitymi chłopakami. Napaskudzili zdrowo, to jasne, ale wytyczyli temu swojemu gnojownikowi wyraźne granice. Nawet „palący kurz” nie przelatuje na naszą stronę, choćby nie wiadomo jak wiało.

W Dzielnicy Zadżumionych domy są podniszczone, martwe, jednak prawie wszędzie pozostały szyby w oknach, choć tak brudne, że wyglądają na nieprzejrzyste. Lecz w nocy, gdy się tędy przemykać, widać doskonale, że w środku coś się świeci niebieskimi językami, zupełnie jakby ktoś podpalał spirytus. To sprawka „upiornej flegmy” zalegającej w piwnicach. Ale tak w ogóle – dzielnica jak dzielnica, budynki jak budynki. Remont, oczywiście, by się przydał, ale nic w nich szczególnego, tylko ludzi brak. W tym domu z cegły mieszkał między innymi nasz nauczyciel matematyki, nazywany Przecinek. Nudziarz był z niego i nieudacznik, druga żona porzuciła go przed samą Wizytą, córka miała bielmo na oku, a my dokuczaliśmy jej tak, że ryczała. Kiedy zaczęła się panika, Przecinek wraz z pozostałymi zasuwał w samej bieliźnie aż do mostu, całe sześć kilometrów bez zatrzymywania się. Potem długo chorował, skóra z niego oblazła, odpadły paznokcie. Prawie wszyscy z tej dzielnicy na to zapadli, dlatego tak a nie inaczej ją nazwano. Niektórzy umarli, ale głównie starcy, a i to nie wszyscy. Mnie się w ogóle wydaje, że nie zabiła ich choroba, tylko strach.

A w tych trzech kwartałach ludzie ślepli. I teraz tak je nazwano: Pierwszy Ślepców, Drugi Ślepców… Ale niezupełnie tracili wzrok, głównie kończyło się kurzą ślepotą. Mówi się, że wcale nie zaszkodził im jakiś tam błysk wybuchu, chociaż eksplozje się zdarzały, ale przyczyną był mocny hałas. Zagrzmiało ponoć z taką siłą, że od razu rzuciło się ludziom na oczy. Doktorzy im mówią, że to niemożliwe, przypomnijcie sobie, dobrzy ludzie, a oni upierają się przy swoim: grzmot ich oślepił. Przy czym nikt, ale to nikt oprócz nich tego grzmotu nie słyszał…

No właśnie – tak wygląda, jakby się tutaj nic nie zdarzyło. Tam stoi nieuszkodzony przeszklony kiosk. W drzwiach wózek dziecięcy, zdaje się, że kołderka w nim zupełnie czysta… Anteny tylko ucierpiały, obrosły jakimś paskudztwem przypominającym łyko. Jajogłowi od dawna ostrzą sobie zęby na te anteny. Ciekawi ich niezmiernie, cóż to za łyko, bo nigdzie indziej nic podobnego nie ma, tylko w Dzielnicy Zadżumionych i tylko na tych antenach. A najbardziej ich dręczy to, że to coś znajduje się tuż pod samym nosem, pod ich oknami. W zeszłym roku spróbowali spuścić z helikoptera kotwiczkę na stalowej linie, zaczepili łyko w jednym miejscu. Ale jak tylko pociągnęli, nagle rozległ się szum! Patrzymy, a z anteny wali dym, z kotwicy też, a zaraz potem zaczęła się dymić nawet linka i zaraz buchnęła jadowitym płomieniem. Na szczęście pilot okazał się przytomny, zorientował się, że jest źle, linkę odrzucił, a sam dał dęba… Teraz ta linka wisi do samej ziemi, też obrośnięta już łykiem.

Powolutku, po cichutku dobrnęliśmy do końca ulicy, do zakrętu. Kirył spojrzał na mnie pytająco, a ja machnąłem ręką: leć jak najwolniej! „Kalosz” skręcił i pokonał ostatnie metry bezpiecznej ziemi. Coraz bliżej i bliżej do chodnika, cień pojazdu już padł na kolczatkę… Strefa! Od razu poczułem dreszcze. Za każdym razem tak mnie łapie i nie wiem, czy to Strefa tak mnie wita, czy też nerwy dają znać o sobie. I za każdym razem postanawiam, że spytam innych stalkerów, czy też tak mają, i zawsze zapominam.

No dobrze, wleczemy się nad dawnymi ogródkami działkowymi, silnik pod nogami pracuje równo, spokojnie. Jemu przecież wszystko jedno, jego to wszystko zupełnie nie rusza. Nagle Tender nie wytrzymał. Nie zdążyliśmy nawet dotrzeć do pierwszej tyczki, jak dopadł go słowotok. Żółtodzioby tak właśnie gadają w Strefie: zęby takiemu dzwonią, serce wali jak młotem, facet traci nad sobą kontrolę i chociaż mu wstyd, nie umie się powstrzymać. To coś podobnego do kataru – nic nie zależy od człowieka, a z nosa się leje i leje. A czego ci nowicjusze nie wygadują! To się taki jeden z drugim pejzażem zachwyca, to zaczyna wyłuszczać swoje światłe teorie na temat przybyszów, to gada coś zupełnie od rzeczy, jak teraz Tender, który zaczął bredzić o swoim nowym garniturze i nie może przestać. Opowiada, ile zapłacił, jaki materiał delikatny, jak mu krawiec guzik przeszywał…

– Zamknij się – mówię.

On patrzy na mnie smutno, przez chwilę porusza niemo ustami, a potem znowu: ile jedwabiu poszło na podszewkę. Działki już się kończą, pod nami już gliniasta pustynia, gdzie kiedyś znajdowało się miejskie śmietnisko. Ciągnie tutaj jakiś podmuch. Tylko że nie ma wiatru, lecz potoczyły się pyłkowe diabliki i zdaje mi się, że coś słyszę.

– Zamknij pysk, kretynie! – mówię.

Ale on nie potrafi się powstrzymać. Teraz zaczął bredzić o włosiance. No cóż, wybacz.

– Zatrzymaj się – mówię do Kiryła.

Natychmiast hamuje. Świetna reakcja. Ujmuję Tendera za ramię, odwracam do siebie i walę z rozmachu w hełm. Uderzył nieszczęśnik nosem w szkło, zamknął oczy i zamilkł. A jak się tylko zrobiło cicho, od razu usłyszałem terkotanie: tr-r-r… tr-r-r… tr-r-r… Kirył patrzy na mnie, zacisnął zęby, wyszczerzył się. Pokazuję mu gestem, żeby stał, żeby się absolutnie nie ruszał. Ale przecież on też to słyszy i jak każdy żółtodziób chciałby coś zaradzić, coś zrobić.

– Dać do tyłu? – szepcze.

Kręcę głową, pięścią mu wygrażam przed samym wizjerem – stój! Matko jedyna! Z tymi nowicjuszami tak zawsze, nie wiadomo, czy patrzeć na nich, czy obserwować okolicę. W tej chwili o wszystkim zapomniałem. Nad kupą starego śmiecia, nad potłuczonym szkłem i różnymi szmatami popełzło takie drżenie, takie falowanie jak nad gorącym dachem w upalne południe, przewaliło się przez wzniesienie i poszło, poszło, poszło na przełaj, przy samej tyczce, nad drogą, zatrzymało się, postało z pół sekundy – a może tylko mi się zdawało, że stanęło? – i poleciało w pole, za krzaki, za spróchniałe płoty, w stronę cmentarzyska starych maszyn.

Niech ich szlag, jajogłowych! Też sobie wymyślili – wytyczyć trasę nad wykopem! Ja zresztą też jestem dobry – gdzie miałem oczy, kiedy zachwycałem się tą ich mapą?

– Daj małą naprzód – mówię.

– A to co było? – pyta Kirył.

– Cholera wie! Było i nie ma, chwała Bogu. I zamknij się, proszę. Nie jesteś teraz człowiekiem, rozumiesz? Teraz jesteś maszyną, moją dźwignią i kołem zębatym…

I nagle złapałem się na tym, że mnie samego dopada słowotok.

– Ani słowa więcej – uciąłem.

Teraz by sobie łyknąć! Wyjąć ukochaną piersióweczkę, nieśpiesznie zdjąć nakrętkę, położyć szyjkę na dolnej wardze i odchylić głowę, żeby wódeczka sama popłynęła wprost do gardła, przepaliła je, aż łzy polecą… A potem pokołysać naczyniem i jeszcze raz pociągnąć… Do niczego te wszystkie skafandry, ot co! Tyle lat bez nich przeżyłem, a bez dobrego łyka w takiej chwili…

No, już dobrze!

Wiaterek ucichł zupełnie i nic nie słychać poza spokojnym, sennym mruczeniem motoru. Świat skąpany w słońcu, upalnie się zrobiło… Nad garażem łuna drżącego powietrza… Niby wszystko zwyczajnie, tyczki przepływają jedna za drugą. Tender milczy, Kirył milczy – wyrabiają się żółtodzioby. Nic, chłopaki, w Strefie można sobie poradzić przy odrobinie wprawy…

A oto dwudziesta siódma tyczka – żelazny pręt z czerwoną tarczką i wypisanym numerem. Kirył popatrzył na mnie, skinąłem mu i „kalosz” się zatrzymał.

 

Jak to mówią, mapa się skończyła, zaczęło się kartoflisko… Teraz najważniejsze to zachować spokój. Nie warto się śpieszyć, nie ma wiatru, widoczność dobra, wszystko jak na dłoni. Tam biegnie kanał, w którym zginął Ślimak. Widać coś pstrego, może to nawet jego szmaty. Parszywiec był z niego, Panie świeć nad jego duszą, chciwy, głupi i brudny. Tylko tacy sprzymierzają się ze Ścierwojadem, takich właśnie Ścierwojad Barbridge wywącha na milę i ściągnie do siebie… A tak w ogóle Strefa nie pyta, kto jaki jest, zły czy dobry. I należałoby Ślimakowi podziękować, bo chociaż głupek był, a jego prawdziwego imienia nikt nie pamięta, ale mądrym ludziom pokazał, którędy chodzić nie należy…

Tak. Oczywiście najlepiej byłoby nam teraz dotrzeć do asfaltu. Jest równy, wszystko na nim lepiej widać i jest ta znajoma szczelina. Tylko coś mi się nie podobają te pagóreczki. Jeśli iść prosto do jezdni, trzeba przejść między nimi. Niby tak sobie stoją, jakby z uśmiechem, czekają. Nie, między wami nie pójdę. Drugie przykazanie stalkera: albo z prawa, albo z lewa należy mieć teren czysty na sto kroków. Ale przez lewy pagórek można by się przeprawić… Tylko że nie wiadomo, co za nim. Na mapie niby niczego nie widziałem, ale jak wierzyć tutaj mapom?…

– Słuchaj, Red – szepcze Kirył. – Skoczymy, co? Dwadzieścia metrów w górę, potem od razu w dół i jesteśmy przy garażu.

– Milcz, durniu – warczę. – Nie przeszkadzaj.

Do góry by chciał. Jak go coś rąbnie na tych dwudziestu metrach, nie będzie co zbierać. A jeśli się gdzieś wpieprzy w „krwawe pole”, nie tylko kości, ale nawet mokrej plamy nie znajdziesz. Jak to się niecierpliwi, skubaniec: skoczymy… Trzeba tak – dotrzeć do wzgórka, a potem się zobaczy. Włożyłem rękę do kieszeni, wyjąłem garść muterek. Pokazałem je Kiryłowi i mówię:

– Bajkę o Tomciu Paluchu pamiętasz? Przerabiałeś w szkole? No to teraz będzie na odwrót. Patrz! – Rzuciłem pierwszą nakrętkę. Niedaleko rzuciłem, tak jak trzeba, z dziesięć metrów. Metalowa bryłka poleciała normalnie. – Widziałeś?

– No i co?

– Nie „no i co”, tylko czy widziałeś, pytam.

– Widziałem.

– Teraz powolutku podleć do tej muterki, ale zatrzymaj się dwa metry przed nią. Rozumiesz?

– Pewnie, że rozumiem. Szukasz stref grawikoncentracji?

– Czego szukam, to szukam. Poczekaj, rzucę jeszcze jedną. Patrz, gdzie upadnie, i potem nie spuszczaj z niej oka.

Rzuciłem. Też poszła normalnie i upadła obok pierwszej.

– Jedź – mówię.

„Kalosz” ruszył. Twarz Kiryła zrobiła się całkiem spokojna i stało się jasne, że wszystko zrozumiał. Oni wszyscy są tacy sami, ci jajogłowi. Najważniejsze to wymyślić nazwę. Dopóki taki nie wymyśli odpowiedniego określenia, żal na niego patrzeć, wygląda jak jakiś idiota. Ale skoro wymyślił te strefy grawikoncentracji, zaraz wszystko pojął i od razu mu łatwiej żyć.

Minęliśmy pierwszą nakrętkę, potem następną i następną. Tender wzdycha, przestępuje z nogi na nogę, ziewa z nerwów, z takim psim popiskiwaniem – zmordował się, biedaczek. Nic mu nie będzie. Zrzuci dzisiaj z pięć kilo, taka wycieczka jest lepsza od dowolnej diety… Rzuciłem czwartą nakrętkę. Jakoś nie tak poleciała. Nie potrafię powiedzieć, o co chodzi, ale czuję, że nie tak, i od razu chwytam Kiryła za rękę.

– Stój, ani się rusz.

Biorę nakrętkę i rzucam dalej, wyższym łukiem. Jest! „Krwawe pole”! Mutra w górę poleciała normalnie, ale w połowie drogi zupełnie jakby ktoś ją odbił w bok tak mocno, że wbiła się w glinę i znikła.

– Widziałeś? – pytam szeptem.

– Jak do tej pory tylko w kinie – odpowiada Kirył i pochyla się do przodu tak daleko, że tylko patrzeć, a wyleci z „kalosza”. – Rzuć jeszcze jedną.

Śmiać się czy płakać? Jedną! Tutaj się na jeszcze jednej nie skończy. Ech, ta nauka! Rzuciłem jeszcze osiem nakrętek, zanim określiłem rozmiary „pola”. Wprawdzie wystarczyłoby i siedem, ale jedną cisnąłem specjalnie dla Kiryła, w sam środek, żeby nacieszył się swoją grawikoncentracją. Klepnęła w glinę, zupełnie jakby to nie była zwykła nakrętka, ale stukilowy ciężar. Huknęła i została tylko dziurka w glinie. Kirył chrząknął z zadowolenia.

– No dobrze – mówię. – Pobalowaliśmy i wystarczy. Tam patrz. Rzucam przejściową, obserwuj ją cały czas.

Ominęliśmy „krwawe pole” i wjechaliśmy na wzgórek. Mały był, jakby kot narobił, w ogóle go aż do dzisiaj nie zauważyłem. Zawiśliśmy nad pagórkiem, do asfaltu mamy ledwie ze dwadzieścia metrów. Miejsce czyściutkie, widać każde źdźbło trawy, każdą szczelinkę. Zdawałoby się, że wystarczy rzucić nakrętkę i – z Bogiem.

Ale nie mogę rzucić.

Nie mam pojęcia, co się ze mną dzieje, ale nie mogę się zdecydować.

– Tobie co? – pyta Kirył. – Dlaczego stoimy?

– Poczekaj. Nie odzywaj się teraz, człowieku!

Myślę sobie, że teraz rzucę muterkę, spokojnie przejdziemy, jak po maśle, nawet się trawka nie zachwieje – asfalt o pół minuty… I nagle jak mnie dopadło! Aż mi pot oczy zalał i wiem już, że nakrętki tam nie rzucę. W lewo – proszę bardzo, choćby i dwie. I droga tamtędy dłuższa, i kamyczki jakieś widzę niezbyt przyjemne, ale tam rzucić mogę, a prosto za żadne skarby. Rzuciłem więc nakrętkę w lewo. Kirył nic nie powiedział, skręcił „kaloszem”, podleciał do nakrętki i dopiero na mnie spojrzał. Musiałem wyglądać bardzo nieszczególnie, bo natychmiast odwrócił wzrok.

– Nic się nie dzieje – mówię. – Tak będzie bliżej.

I rzuciłem ostatnią nakrętkę na asfalt.

Dalej poszło już łatwiej. Znalazłem moją szczelinę, okazała się na szczęście czysta, nie zarosła żadnym draństwem, nie zmieniła koloru. Patrzyłem na nią i radowałem się w duchu. Poprowadziła nas pod same drzwi garażu lepiej od wszystkich tyczek.

Kazałem Kiryłowi zniżyć się na półtora metra, położyłem się na podłodze pojazdu i zacząłem obserwować otwarte skrzydła. Z początku nic nie mogłem dostrzec przez rażące słońce – czarno zupełnie. Potem oczy przywykły i widzę, że w środku nic się od ostatniego razu nie zmieniło. Wywrotka jak stała na kanale, tak stoi, caluteńka, bez uszkodzeń, bez plam, a na posadzce dookoła wszystko jak przedtem, pewnie dlatego, że w kanale zebrało się niewiele „upiornej flegmy”, więc nie wykipiała ani razu. Jedno mi się tylko nie spodobało: w głębi garażu, gdzie stoją kanistry, coś się srebrzyło. Przedtem tego nie było. Na pewno! No cóż, srebrzy się, to się srebrzy, przecież się przez to nie wycofamy! I nie srebrzy się jakoś szczególnie, ale odrobinę, ledwie-ledwie i tak spokojnie, nawet jakby łagodnie… Wstałem, otrzepałem się i rozejrzałem dookoła. Na placyku ciężarówki, rzeczywiście jak nowe, a od czasu, kiedy byłem tu ostatnio, zdają się jakby jeszcze nowsze. Z kolei cysterna całkowicie przerdzewiała, niedługo się rozsypie. A tutaj leży opona, ta sama co na mapie…

Nie spodobała mi się ta opona. Cień rzucała jakiś dziwny. Słońce mamy w plecy, a tutaj cień pada w drugą stronę. Ale to nic, daleko stąd do niej. Tak w ogóle, można spokojnie zacząć pracę. Tylko co tam się tak srebrzy? Nie daje spokoju… A może to tylko mi się przywidziało? Dobrze by było teraz zapalić, przysiąść spokojnie i pomyśleć – dlaczego nad kanistrami tak się srebrzy, a dalej już nie, dlaczego opona rzuca taki dziwny cień? Ścierwojad Barbridge opowiadał coś o cieniach, coś dziwacznego, ale nie wiązało się to z niebezpieczeństwem. Z cieniami tak tu bywa. Ale co tam się tak srebrzy? Zupełnie jak pajęczyna w lesie rozpięta między drzewami. Jaki też pajączek ją uplótł? Nigdy jeszcze nie spotkałem w Strefie żuczków ani pajączków. A najgorsze, że mój „pustak” leży właśnie tam, o dwa kroki od kanistrów. Trzeba było wtedy go zgarnąć, nie miałbym teraz problemu. Ale to cholerstwo strasznie ciężkie, podnieść bym i podniósł, ale żeby taszczyć na własnych plecach, w dodatku nocą na czworakach… Kto nigdy nie nosił „pustaków”, niech sobie spróbuje: to tak jakby całą wannę wody targać… Iść czy nie iść? Trzeba by pójść. Teraz by sobie golnąć… Odwróciłem się i mówię do Tendera:

– Pójdziemy z Kiryłem do garażu. Zostaniesz tutaj jako kierowca. Nic nie rób bez mojego rozkazu, choćby się paliło i waliło. Jeśli zawiedziesz, znajdę cię nawet na tamtym świecie.

Pokiwał poważnie głową, jakby chciał powiedzieć: nie zawiodę. Nos mu się zrobił jak gruszka, zdrowo go rąbnąłem… Spuściłem awaryjne liny z blokami, popatrzyłem jeszcze raz na to srebrzenie, machnąłem Kiryłowi i zacząłem schodzić. Stanąłem na asfalcie i czekam, aż Kirył zejdzie.

– Nie śpiesz się – mówię. – Spokojnie. Bez nerwów.

Stoimy więc na asfalcie, „kalosz” kołysze się obok, liny wiją się pod nogami. Tender wystawił łeb przez poręcz i patrzy na nas, a w oczach ma przerażenie. Trzeba ruszać.

– Idź za mną dokładnie po moich śladach – mówię. – Dwa kroki z tyłu, patrz na moje plecy i bądź czujny.

Poszedłem. Zatrzymałem się w progu, rozejrzałem uważnie. Jednakowoż to zupełnie co innego pracować w dzień, a nie w nocy! Pamiętam, jak leżałem na tym samym progu. Ciemno jak w tyłku u Murzyna, „upiorna flegma” wystawia języki z kanału, ale co najgorsze, niczego cholera nie oświetla, przez te niebieskie spirytusowe języki ciemności są jeszcze głębsze. A teraz – proszę. Oczy przywykły do półmroku, wszystko widać jak na dłoni, nawet w najdalszych kątach. I rzeczywiście, srebrzy się tam coś, jakieś nitki ciągną się od kanistrów ku sufitowi, na podobieństwo pajęczyny. Może to i zwykła pajęczyna, ale lepiej trzymać się z daleka.

I wtedy wszystko spieprzyłem. Powinienem poczekać, aż oczy Kiryła także przyzwyczają się do półmroku, a potem pokazać mu pajęczynę. Ale przywykłem pracować sam, więc nawet o tym nie pomyślałem.

Wszedłem do środka i skierowałem się prosto do kanistrów. Przykucnąłem nad „pustakiem”, do niego pajęczyna się nie przyczepiła. Ująłem jeden koniec i mówię do Kiryła:

– Bierz, tylko nie upuść, bo ciężki.

Podnoszę wzrok i ściska mnie w gardle tak, że słowa nie mogę wydobyć. Chcę zawołać: „Stój, nie rusz się!” – ale nie mogę. I tak bym nie zdążył, zbyt szybko się stało. Kirył przeszedł nad „pustakiem”, odwrócił się tyłem do kanistrów i wpakował się w to srebrzenie. A ja tylko oczy zamknąłem w odrętwieniu. I słyszę, jak ta pajęczyna się rozdziera z takim cichym trzaskiem, zupełnie jak prawdziwa, ale głośniej. Siedzę z zamkniętymi oczami, rąk i nóg nie czuję, a Kirył mówi:

– Co jest? Bierzemy?

– Jasne…

Podnieśliśmy „pustak” i skierowaliśmy się do wyjścia, idąc bokiem. Ciężkie cholerstwo, nawet we dwóch trudno nieść. Wyszliśmy na słoneczko, stanęliśmy przy „kaloszu”, a Tender łapy już wyciąga.

– No – mówi Kirył – raz, dwa…

– Nie – oponuję. – Poczekaj, najpierw to połóżmy.

Wykonał polecenie.

– Odwróć się – mówię.

Stanął do mnie plecami. Patrzę uważnie, ale niczego na kombinezonie nie widzę. Ze wszystkich stron go obejrzałem – nic. Odwracam się więc i patrzę na kanistry. A tam już pusto.

– Słuchaj – mówię do Kiryła, nie spuszczając wzroku z garażu. – Widziałeś pajęczynę?

– Jaką pajęczynę? Gdzie?

– Dobra. – Macham ręką. – Dzięki Bogu. – A myślę: Zobaczymy, co z tego będzie. – W takim razie bierz.

Wtargaliśmy „pustak” do „kalosza” i postawiliśmy na sztorc, żeby się nie turlał. Stoi sobie, gołąbeczek, nowiuśki, czyściutki, słońce odbija się w miedzi, a niebieski ładunek między dyskami przelewa się niby strużki mgły. I widać teraz, że to nie „pustak”, lecz coś w rodzaju naczynia, jakby szklana bańka z niebieskim syropem. Popatrzyliśmy sobie na to, wdrapaliśmy się do „kalosza” i bez zbędnych słów ruszyliśmy z powrotem.

Labę mają ci uczeni. Po pierwsze, w dzień sobie pracują, a po drugie, tylko w jedną stronę muszą się męczyć podczas wypraw do Strefy, w drugą „kalosz” sam ich wiezie. Ma zamontowane takie urządzenie, kursograf, które prowadzi go dokładnie po tej samej drodze. Płyniemy sobie, powtarzając wszystkie manewry, zatrzymujemy się, powisimy trochę i dalej. Nad nakrętkami przechodzimy dokładnie, że tylko je zbierać.

Moje żółtodzioby od razu odetchnęły z ulgą. Głowami kręcą, strach ich prawie całkiem odszedł, zostały tylko ciekawość i radość, że wszystko się dobrze skończyło. Zaczynają gadać. Tender macha łapami i pitoli, jak to zaraz po obiedzie wraca do Strefy, by oznaczać drogę do garażu, a Kirył zaczął mi tłumaczyć, co to jest ta grawikoncentracja, czyli „krwawe pole”. Nie zgasiłem ich z miejsca i brutalnie. Spokojniutko opowiedziałem tylko, ilu durniów życie kosztowała taka radość podczas powrotu.

– Milczcie – mówię – i rozglądajcie się uważnie, bo inaczej zdarzy się wam to samo co Lyndonowi Pokurczowi. W Strefie można sto razy przejść tą samą drogą, a za sto pierwszym kopnąć w kalendarz.

 

Płyniemy więc w ciszy. Rozmyślam, jak będę odkręcał piersiówkę. Tak i owak wyobrażam sobie ten pierwszy łyk, ale przed oczami wciąż mam tę przeklętą pajęczynę.

Gdy tylko opuściliśmy „Strefę”, od razu nas zagnali do „odwszalni”, czyli mówiąc naukowo, do hangaru sanitarnego. Myli nas tam w trzech kwasach, w trzech zasadach, napromieniowywali jakimś syfem, czymś obsypali i znów myli, wreszcie wypuścili ze słowami „Chłopaki, jesteście wolni”. Tender z Kiryłem powlekli „pustak”. Tylu ludzi zbiegło się popatrzeć, że przejść się nie dało. I, co charakterystyczne, wszyscy patrzą i witają, ale żeby kto pomógł, to już nie.

Dobrze. Mnie już to wszystko nie obchodzi. W tej chwili już nic mnie nie obchodzi…

Zdjąłem skafander, rzuciłem na podłogę – niech sierżanci nieroby sprzątną. Poszedłem pod prysznic, żeby zmyć pot. Zamknąłem się w kabinie, wyciągnąłem piersiówkę i przyssałem się do niej jak kleszcz. Siedzę na ławeczce, w kolanach miękko, w głowie pusto, w duszy pusto, piję tę gołdę jak wodę. Przeżyłem, Strefa mnie wypuściła. Wypuściła, małpa jedna. Wiedźma kochana. Cholera podła. Przeżyłem. Żółtodzioby za diabła tego nie zrozumieją. Nikt nie zrozumie oprócz stalkera. Łzy ciekną mi po policzkach – albo od mocy gorzały, albo sam już nie wiem od czego. Wyssałem zawartość do końca. Ja wciąż mokry, a flaszeczka sucha. Zabrakło tego jednego, ostatniego łyka. To nic, to się naprawi. Teraz wszystko się naprawi. Przeżyłem.

Zapaliłem papierosa, siedzę. Zaczynam się uspokajać. Przypomniałem sobie o premii. W naszym instytucie świetnie to zorganizowano. Choćby zaraz mogę iść po kopertę. A może sami przyniosą mi prosto do łazienki?

Powoli się rozbieram. Zdjąłem zegarek i dopiero spojrzałem na godzinę. Boże mój! Pięć godzin z minutami byliśmy w Strefie! Pięć godzin! Aż mną potrząsnęło. W Strefie nie istnieje czas. Pięć godzin… Ale, z drugiej strony, cóż to dla stalkera pięć godzin? Tyle co splunąć. A nie łaska dwanaście? A może dwie doby? Jeśli się nocą nie zdąży, cały dzień trzeba w Strefie leżeć z mordą przy ziemi i już się człowiek nawet nie modli, tylko zaczyna bredzić, i nie wie sam, czy żyje jeszcze, czy też może umarł… Następnej nocy wykona się robotę, wraca z ładunkiem, a tam patrole. Te psy nienawidzą stalkera, wcale nie chcą go aresztować, boją się, że może być zarażony. Chcą ofiarę rozwalić i mają po temu wszelkie atuty. Kto im potem udowodni, że kropnęli człowieka bez powodu, wbrew prawu? I znowu trzeba leżeć z mordą w ziemi, modlić się aż do świtu, a potem do zmierzchu. Ładunek spoczywa obok i nie wiadomo, czy nie ma w nim czegoś, co powoli zabija. Albo można się wpieprzyć jak Guzowaty Icchak – świt go zastał na otwartym terenie, Icchak zgubił drogę i utkwił między dwoma kanałami. Ani w prawo, ani w lewo się ruszyć. Dwie godziny do niego strzelali, nie zdołali dopaść. Dwie godziny udawał martwego. Na szczęście wreszcie im się znudziło, uznali, że faktycznie nie żyje, i odjechali. Widziałem go potem i nie poznałem – jakby człowieka nie było, złamali go…

Otarłem łzy i puściłem wodę. Myłem się długo. W gorącej wodzie, w zimnej, znów w gorącej. Zużyłem całą kostkę mydła. Wreszcie miałem dość. Zakręciłem kurek i słyszę – ktoś bębni w drzwi. A potem głos Kiryła:

– Ej, stalker, wyłaź! Zielonymi tutaj pachnie!

Jak zielonymi, to dobrze. Otworzyłem. Stoi Kirył w samych majtkach, wesolutki, bez śladu niedawnego przygnębienia i wręcza mi kopertę.

– Trzymaj. Od wdzięcznej ludzkości.

– Sram na twoją ludzkość! Ile tu jest?

– W drodze wyjątku, za bohaterską postawę w niebezpiecznych okolicznościach, dwie pensje!

No, tak można żyć. Gdyby mi za każdy „pustak” tyle dawali, dawno bym posłał Ernesta do diabła.

– Zadowolony? – pyta Kirył, a sam aż promieniuje blaskiem, gębę ma od ucha do ucha.

– Niczego sobie. A ty?

Nie odpowiedział. Chwycił mnie za szyję, przycisnął moją głowę do spoconej piersi, odepchnął i zniknął w swojej kabinie.

– Hej! – krzyczę jeszcze za nim. – A co z Tenderem? Gaci mu nie trzeba wyprać?

– Coś ty! Tendera dopadli dziennikarze, musiałbyś go teraz zobaczyć, jaki ważny… I jak im wszystko kompetentnie i koherentnie objaśnia…

– Jak niby objaśnia?

– Kompetentnie i koherentnie.

– Dobrze, sir – mówię. – Następnym razem koniecznie zaopatrzę się w słownik. – I w tej chwili coś mnie tknęło. – Poczekaj, Kirył. Wyjdź no na moment.

– Już gatki zdjąłem.

– Wyłaź, nie zmacam cię przecież!

Wyszedł. Ująłem go za ramiona, odwróciłem tyłem do siebie. Nie, zdawało mi się. Skóra czyściutka, to tylko zaschnięte strużki potu.

– Co ci się tak spodobały moje plecy? – pyta.

Wypłaciłem mu kopniaka w goły tyłek, zanurkowałem do swojej kabiny i zamknąłem się. Nerwy, niech to cholera weźmie. Tam miałem zwidy, tutaj mam zwidy… Do diabła z tym! Skuję się dzisiaj do nieprzytomności. Dobrze by było obedrzeć z forsy Richarda… Ale gdzie tam, skubany za dobrze gra… W ogóle go podejść nie idzie. Próbowałem oszukiwać, karty znaczyłem pod stołem i nic…

– Kirył! – krzyczę. – Przyjdziesz dzisiaj do Bordgish?

– Nie do Bordgish, tylko do Barszczu, ile razy mam ci tłumaczyć…

– Weź nie dziwacz! Napisane jest Bordgish. Ty nam ze swoimi porządkami językowymi nie wyjeżdżaj! Przyjdziesz czy nie? Trzeba by dołożyć w karty Richardowi.

– Sam nie wiem, Red. Ty poczciwy człowiek jesteś, nie masz pojęcia, jaką sztukę dzisiaj przytaszczyliśmy…

– A ty masz?

– Też na pewno nie do końca. Ale teraz przynajmniej wiadomo, do czego służyły „pustaki”, a jeśli moja maleńka idea okaże się słuszna… Napiszę artykuł i zadedykuję tobie, Redrickowi Schuhartowi, znakomitemu stalkerowi, z szacunkiem i wdzięcznością.

– To mnie wtedy zapudłują minimum na dwa latka – mówię.

– Za to wejdziesz do historii nauki. I tak będą ten przedmiot nazywać „puszka Schuharta”. Ładnie brzmi?

Podczas tej paplaniny ubrałem się, schowałem pustą piersiówkę do kieszeni i przeliczyłem banknoty.

– Trzymaj się, ty skomplikowana duszo…

Nie odpowiedział, pewnie nie usłyszał przez szum wody.

Wyszedłem z łazienek, patrzę, a w korytarzu szanowny pan Tender we własnej osobie, poczerwieniały i nadęty jak indor. Wkoło niego tłumek – i pracownicy, i dziennikarze, i jacyś sierżanci (pewnie prosto z obiadu, bo w zębach jeszcze dłubią). Niezłomny bohater zaś głosi wiekopomne słowa: „Technika, którą dysponujemy, daje nam stuprocentową pewność sukcesu i bezpieczeństwa”…

Kiedy mnie zobaczył, z miejsca nieco oklapł, uśmiechnął się z przymusem, przywołał gestem. No, myślę, trzeba spieprzać. Wziąłem nogi za pas, ale nie zdążyłem, usłyszałem za sobą tupot.

– Panie Schuhart! Panie Schuhart! Prosimy o dwa słowa na temat garażu!

– Bez komentarzy – odpowiadam i zaczynam biec. Ale sam diabeł by się od nich nie odgonił: jeden z mikrofonem z prawej, drugi z kamerą z lewej.

– Widział pan w garażu coś niezwykłego? Dosłownie dwa słowa poprosimy!

– Nie udzielam komentarzy! – Staram się trzymać tyłem do obiektywu. – Garaż jak garaż…

– Dziękujemy. A jakie jest pana zdanie o turboplatformach?

– Są przewspaniałe. – Kieruję się prościutko do kibelka.

– A co pan myśli o powodach Wizyty?

– Proszę pytać naukowców – odpowiadam i wpadam za drzwi.

Słyszę, że się czają na zewnątrz, więc wołam:

– Naprawdę bym radził popytać pana Tendera, dlaczego ma taki spuchnięty nos. On milczy, bo jest skromny, a to była nasza najbardziej ekscytująca przygoda.

Jak podrałowali korytarzem! Niby jakieś narwane źrebaki. Poczekałem chwilę, nasłuchując. Cisza. Wyjrzałem. Pusto. Ruszyłem dalej, pogwizdując. Zszedłem do wartowni, pokazałem drągalowi przepustkę, a ten mi salutuje. Bohaterem dnia się stałem.