Piknik na skraju drogi

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Piknik na skraju drogi
Piknik na skraju drogi
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 84,90  67,92 
Piknik na skraju drogi
Piknik na skraju drogi
Audiobook
Czyta Marcin Popczyński
24,90  18,18 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 5

– A czy pan właściwie wierzy w duchy? – zapytał prelegenta jeden ze słuchaczy.

– Oczywiście, że nie – odparł prelegent i powoli rozpłynął się w powietrzu.

autentyczna historia

Aż do wieczora starałem się być bardzo ostrożny. Prosto z komisariatu poszedłem na Łukomorze i tam od razu wpakowałem się pod samochód. Było strasznie gorąco, z zachodu powoli nadciągała groźna czarna chmura. Gdy leżałem pod samochodem i oblewałem się olejem, Naina Kijewna, nagle bardzo serdeczna i miła, dwa razy nagabywała mnie, żebym ją zawiózł na Łysą Górę.

– Powiadają, dobrodzieju, że samochód nie powinien tak stać i stać – gruchała skrzypiącym głosem, zaglądając pod przedni zderzak. – Powiadają, że powinien jeździć. Ja bym ci zapłaciła, już ty się nie bój…

Nie chciałem jechać na Łysą Górę. Po pierwsze, w każdej chwili mogli tu dotrzeć moi przyjaciele. Po drugie, w tej gruchającej wersji nie lubiłem staruchy jeszcze bardziej niż w wersji swarliwej. Poza tym, jak się okazało, do Łysej Góry było dziewięćdziesiąt wiorst w jedną stronę, a na pytanie, jak wygląda droga, stara radośnie oznajmiła, żebym się tym nie martwił, droga równa jak stół, a w razie czego babka sama wyciągnie samochód („Dobrodzieju, nie patrz na to, żem stara, jestem jeszcze krzepka!”). Po pierwszym nieudanym ataku podała tyły i weszła do chatki. Wtedy pod samochód zajrzał kot Wasyl. Przez chwilę obserwował uważnie moje ręce, a potem powiedział cicho, ale wyraźnie: „Nie radzę, obywatelu… mrauu… nie radzę. Zjedzą żywcem”, i od razu odszedł, poruszając ogonem. Bardzo chciałem być ostrożny, dlatego gdy babka ponownie przypuściła atak, to ja, żeby z tym skończyć, zażądałem od niej pięćdziesięciu rubli z góry. Babka od razu się wycofała, spoglądając na mnie z szacunkiem.

Wykonałem CK i OT i z ogromną ostrożnością pojechałem zatankować na stację benzynową, zjadłem obiad w stołówce nr 11 i zostałem ponownie wylegitymowany przez czujnego Kowalowa. Żeby uspokoić sumienie, zapytałem, jak wygląda droga do Łysej Góry. Młody sierżant popatrzył na mnie z niedowierzaniem.

– Droga? Co też pan mówi, obywatelu? Jaka tam może być droga? Tam w ogóle nie ma żadnej drogi!

Do domu wracałem już w ulewnym deszczu.

Staruchy nie było. Kot zniknął. W studni ktoś śpiewał na dwa głosy, smętnie i niesamowicie. Wkrótce ulewa przeszła w kapuśniaczek i zrobiło się ciemno.

Wszedłem do swojego pokoju z zamiarem poeksperymentowania z książką kameleonem, ale książkę jakby zablokowało. Może robiłem coś nie tak, a może tak działała na nią pogoda, w każdym razie przez cały czas były to Ćwiczenia praktyczne z zakresu składni i interpunkcji F.F. Kuźmina, chociaż starałem się, jak mogłem. Nie sposób czytać takiej książki, więc spróbowałem szczęścia z lustrem, ale lustro odbijało wszystko jak leci i milczało. Wtedy położyłem się na kanapie.

Z nudów i od jednostajnego szumu deszczu zacząłem drzemać, gdy nagle zadzwonił telefon. Wyszedłem do przedpokoju i podniosłem słuchawkę.

– Halo?

W słuchawce słychać było tylko trzaski.

– Halo? – powtórzyłem i podmuchałem w słuchawkę. – Proszę nacisnąć widełki!

Odpowiedzi nie było.

– Proszę postukać w aparat – poradziłem, lecz słuchawka nadal milczała. Podmuchałem, poruszyłem sznurem i powiedziałem: – Proszę zadzwonić z innego aparatu.

Wtedy w słuchawce ktoś ostro zapytał:

– Aleksander?

– Tak – odparłem zdumiony.

– Dlaczego nie odpowiadasz?

– Odpowiadam. Kto mówi?

– Mówi Piotrowski. Idź no do solarni i powiedz majstrowi, żeby do mnie zadzwonił.

– Jakiemu majstrowi?

– A kto tam dzisiaj u ciebie?

– Nie wiem.

– Jak to – nie wiesz? Aleksander?

– Niech pan posłucha, obywatelu – powiedziałem. – Pod jaki numer pan dzwoni?

– Pod siedemdziesiąt dwa. To siedemdziesiąt dwa?

Nie wiedziałem.

– Zdaje się, że nie – odparłem mimo wszystko.

– No to czemu pan mówi, że Aleksander?

– Bo tak mam na imię!

– Tfu! To kombinat?

– Nie. To muzeum.

– A… W takim razie przepraszam. Znaczy się, majstra nie może pan zawołać…

Odłożyłem słuchawkę i przez jakiś czas stałem, oglądając przedpokój. Wychodziło z niego pięcioro drzwi: do mojego pokoju, na podwórze, do pokoju babki, do toalety i jeszcze jedne, obite żelazem, z wielką kłódką. Nudno, pomyślałem. I smutno… I żarówka taka słaba, zakurzona… Powłócząc nogami, wróciłem do swojego pokoju i stanąłem jak wryty na progu.

Kanapy nie było.

Cała reszta wyglądała dokładnie tak samo jak przedtem: i stół, i piec, i lustro, i wieszak, i taboret. I książka leżała dokładnie w tym miejscu, w którym ją zostawiłem. Ale na podłodze, tam gdzie przedtem stała kanapa, został tylko brudny, zaśmiecony prostokąt. Pościel dostrzegłem po chwili, starannie złożoną pod wieszakiem.

– Jeszcze przed chwilą stała tutaj kanapa – powiedziałem na głos. – A ja na niej leżałem.

W domu nastąpiła jakaś zmiana. Pokój wypełnił się gwarem, ktoś rozmawiał, słychać było muzykę, ktoś się śmiał, kasłał, szurał nogami… Jakiś cień na chwilę zasłonił światło żarówki, głośno zaskrzypiały deski. Potem nagle zapachniało apteką i w twarz buchnęło chłodem. Cofnąłem się i w tym momencie ktoś mocno zastukał do drzwi chatki. Hałasy natychmiast ucichły. Spoglądając na miejsce po kanapie, wyszedłem do przedpokoju i otworzyłem drzwi.

Przede mną na drobnym deszczu stał niewysoki elegancki mężczyzna w krótkim, nieskazitelnie czystym kremowym płaszczu z podniesionym kołnierzem. Zdjął kapelusz i powiedział z godnością:

– Przepraszam bardzo, Aleksandrze Iwanowiczu, czy zechciałby pan poświęcić mi kilka minut? Chciałbym porozmawiać…

– Oczywiście – odparłem stropiony. – Proszę, niech pan wejdzie.

Widziałem tego człowieka po raz pierwszy w życiu i przez głowę przemknęła mi myśl, że może jest jakoś powiązany z tutejszą milicją. Od razu skierował się do mojego pokoju, ale zastąpiłem mu drogę. Nie wiem, dlaczego to zrobiłem – pewnie wolałem uniknąć pytań o kurz i śmieci na podłodze.

– Przepraszam – wyjąkałem. – Może tutaj? Tam jest bałagan i nie ma na czym usiąść…

Nieznajomy gwałtownym ruchem podniósł głowę.

– Jak to nie ma na czym? – spytał półgłosem. – A kanapa?

Przez dłuższą chwilę patrzyliśmy sobie w oczy.

– Co kanapa? – zapytałem, nie wiadomo dlaczego szeptem.

Nieznajomy przymknął powieki.

– Ach tak… – rzekł powoli. – Rozumiem. Szkoda. Cóż, w takim razie przepraszam.

Skinął uprzejmie głową, nałożył kapelusz i zdecydowanie skierował się do drzwi toalety.

– Dokąd pan idzie?! – zawołałem. – To nie tam!

– To bez znaczenia… – wymamrotał, nie odwracając się, i zniknął za drzwiami. Odruchowo zapaliłem mu światło, postałem chwilę, nasłuchując, a potem gwałtownie otworzyłem drzwi. W toalecie było pusto. Ostrożnie wyjąłem papierosa z paczki i zapaliłem. Kanapa, pomyślałem. Co ma do rzeczy kanapa? Nigdy nie słyszałem żadnych bajek o kanapach. Był latający dywan, była serweta „stoliczku, nakryj się”, czapka niewidka, siedmiomilowe buty i gęśle samograje, było czarodziejskie zwierciadło, ale ani słowa o jakiejś czarodziejskiej kanapie! Na kanapach się siedzi albo leży, kanapa to coś stałego, banalnego… Czyją wyobraźnię mogłaby natchnąć kanapa?

Wróciłem do pokoju i od razu zobaczyłem Małego Człowieczka. Siedział skulony na piecu pod sufitem, w bardzo niewygodnej pozycji. Miał pomarszczoną nieogoloną twarz i szare włochate uszy.

– Dzień dobry – powiedziałem ze znużeniem.

Mały Człowieczek cierpiętniczo wykrzywił wąskie wargi.

– Dobry wieczór – odparł. – Bardzo przepraszam, nie mam pojęcia, jak mnie tu zaniosło… ja w sprawie kanapy.

– W sprawie kanapy się pan spóźnił – poinformowałem go, siadając przy stole.

– Właśnie widzę – odparł Mały Człowieczek. Poruszył się, posypało się wapno.

Paliłem papierosa, w zadumie przyglądając się gościowi. Mały Człowieczek niepewnie spoglądał w dół.

– Pomóc panu? – zapytałem, robiąc ruch w jego kierunku.

– Nie, dziękuję – odrzekł Człowieczek smętnie. – To już lepiej ja sam…

Brudząc się wapnem, przesunął się do brzegu pieca, odepchnął się niezgrabnie i skoczył głową w dół. Coś we mnie jęknęło, ale on zawisł w powietrzu i zaczął powoli opadać, rozpaczliwie rozczapierzając ręce i nogi. Nie wyglądało to może zbyt estetycznie, za to na pewno zabawnie. Wylądował na czworakach, wstał i otarł rękawem mokrą twarz.

– Ech, starzeję się – oznajmił ochryple. – Sto lat temu, za czasów Gonzasty za takie lądowanie odebraliby mi dyplom, może mi pan wierzyć, Aleksandrze Iwanowiczu.

– A co pan ukończył? – spytałem, zapalając drugiego papierosa.

Nie usłyszał. Przysiadł na stołku naprzeciwko i mówił z bólem:

– Kiedyś lewitowałem jak Zeks. A teraz, za przeproszeniem, nie mogę nawet usunąć sierści z uszu. To takie niechlujne… ale jeśli nie ma się talentu? Tyle pokus dookoła, różne stopnie, tytuły, nagrody literackie – a talentu brak! Wielu z nas porasta na starość… Koryfeuszy to oczywiście nie dotyczy. Gan Giacomo, Cristobal Junta, Giuseppe Balsamo czy dajmy na to towarzysz Fiodor Simeonowicz Kiwrin… Żadnych śladów owłosienia! – Obrzucił mnie triumfalnym spojrzeniem. – Najmniejszych! Gładka twarz, elegancja, szyk…

– Przepraszam bardzo – wtrąciłem się. – Powiedział pan: Giuseppe Balsamo… To przecież inaczej hrabia Cagliostro! A według Tołstoja hrabia był gruby i raczej nieprzyjemny z wyglądu.

Mały Człowieczek popatrzył na mnie współczująco i uśmiechnął się pobłażliwie.

– Po prostu nie jest pan zorientowany, Aleksandrze Iwanowiczu. Hrabia Cagliostro wcale nie był tym samym co wielki Balsamo. To… jak by to panu wyjaśnić… to nie do końca udana kopia. Balsamo w młodości zdjął z siebie matrycę. Był niezwykle, niewiarygodnie utalentowany, ale wie pan, jak to jest w młodości, robi się różne rzeczy na łapu-capu, byle szybciej, byle zbyć. Tak… Niech pan nigdy nie mówi, że Balsamo i Cagliostro to jedna i ta sama osoba. Mógłby się pan znaleźć w kłopotliwej sytuacji.

 

Poczułem zażenowanie.

– Tak – powiedziałem. – Oczywiście, nie jestem specjalistą… Przepraszam, że pytam wprost, ale co ma z tym wszystkim wspólnego kanapa? Komu ona potrzebna?

Wzdrygnął się.

– Niewybaczalne zarozumialstwo – powiedział głośno i wstał. – Popełniłem błąd i wyznaję to szczerze. Gdy takie giganty… a tu jeszcze bezczelne chłopaczki… – Zaczął się kłaniać, przyciskając do serca blade rączki. – Proszę mi wybaczyć, Aleksandrze Iwanowiczu, to najście… Jeszcze raz bardzo przepraszam i natychmiast pana opuszczam. – Podszedł do pieca, spojrzał bojaźliwie na górę. – Stary już jestem, Aleksandrze Iwanowiczu, oj, stary… – Westchnął ciężko.

– A może wolałby pan… przez… eee… tu przed panem był jeden towarzysz, korzystał…

– O, dobrodzieju, przecież to był Cristobal Junta! Co to dla niego przesączyć się przez kanalizację na dziesięć lieue5… – Mały Człowieczek z goryczą machnął ręką. – My prościej… Kanapę wziął ze sobą czy transgresował?

– N-nie wiem… – odparłem. – Zdaje się, że on również się spóźnił.

Mały Człowieczek osłupiał, macając sierść na prawym uchu.

– Spóźnił? On? Nieprawdopodobne… Zresztą czy pan i ja możemy to osądzać? Do widzenia, Aleksandrze Iwanowiczu, i niech mi pan wielkodusznie wybaczy.

Z widocznym wysiłkiem przeszedł przez ścianę i zniknął. Rzuciłem niedopałek między śmieci na podłodze. Co za kanapa! To nie jakiś tam gadający kot… to coś poważniejszego, cały dramat… Może nawet dramat ideałów? A przecież zapewne przyjdą jeszcze inni spóźnieni! Na pewno przyjdą. Spojrzałem na śmieci. Widziałem tu gdzieś miotłę…

Miotła stała obok stągwi pod telefonem. Zacząłem zmiatać kurz i śmieci. Nagle miotła o coś zaczepiła i to coś wyturlało się na środek pokoju. Przyjrzałem się – był to błyszczący podłużny wałeczek wielkości palca wskazującego. Trąciłem go miotłą, zakołysał się, rozległ się trzask i w pokoju zapachniało ozonem. Rzuciłem miotłę i podniosłem wałeczek. Był gładki, jakby wypolerowany i ciepły w dotyku. Podrapałem go paznokciem (znowu rozległ się trzask), przekręciłem, żeby obejrzeć z innej strony, i w tej samej chwili poczułem, że podłoga ucieka mi spod nóg. Pokój obrócił mi się w oczach, mocno, boleśnie uderzyłem w coś piętami, potem ramieniem i głową, upuściłem wałeczek i upadłem. Oszołomiony, nie od razu zrozumiałem, że leżę w wąskiej szczelinie między piecem a ścianą. Żarówka kołysała się pod sufitem. Spojrzałem w górę i ze zdumieniem odkryłem, że na suficie są ślady moich podeszew. Ze stęknięciem wydostałem się ze szczeliny i obejrzałem podeszwy – było na nich wapno.

– No nie! – pomyślałem na głos. – Żebym tylko nie przesączył się przez kanalizację!

Odnalazłem wzrokiem tajemniczy wałeczek. Stał, dotykając podłogi tylko krawędzią, w pozycji wykluczającej jakąkolwiek możliwość równowagi. Podszedłem ostrożnie i przykucnąłem obok niego. Wałeczek kołysał się i wydawał ciche trzaski. Przyglądałem mu się długo, wyciągając szyję, a potem na niego dmuchnąłem. Zakołysał się mocniej, przechylił. Za moimi plecami rozległ się ochrypły klekot i zapachniało wiatrem. Obejrzałem się i z wrażenia usiadłem na podłodze. Na piecu, starannie składając skrzydła, siedział gigantyczny sęp z nagą szyją i złowieszczo zagiętym dziobem.

– Dzień dobry – powiedziałem. Byłem przekonany, że sęp umie mówić.

Przechylił głowę, popatrzył na mnie jednym okiem – teraz przypominał kurę. Pomachałem mu ręką na powitanie, on otworzył dziób, ale nic nie powiedział. Podniósł skrzydło i zaczął się iskać, szczękając dziobem. Wałeczek nadal kołysał się i trzeszczał. Sęp przestał się iskać, wciągnął głowę między skrzydła i przymknął oczy. Usiłując nie odwracać się do niego plecami, skończyłem porządki i wyrzuciłem śmieci w mokrą ciemność za drzwi. Potem wróciłem do pokoju.

Sęp spał, w powietrzu pachniało ozonem. Spojrzałem na zegarek – było dwadzieścia po dwunastej. Postałem chwilę nad wałeczkiem, rozmyślając nad prawem zachowania energii i masy. Nie sądzę, żeby sępy kondensowały się z niczego. Jeśli dany sęp zjawił się tutaj, w Sołowcu, to znaczy, że jakiś sęp (niekoniecznie dany) zniknął z Kaukazu, czy gdzie one tam występują. Oceniłem energię przeniesienia i zerknąłem trwożnie na wałeczek. Lepiej go nie ruszać, pomyślałem. Czymś go przykryję i niech sobie stoi. Przyniosłem z przedpokoju czerpak, starannie wycelowałem i wstrzymując oddech, nakryłem nim cylinderek. A potem usiadłem na stołku, zapaliłem papierosa i zacząłem czekać. Sęp sapał głośno. Ogromne szpony wbił w wapno. W świetle żarówki jego pióra mieniły się miedzią, płynął od niego delikatny zapach zgnilizny.

– Niepotrzebnie pan to zrobił, Aleksandrze Iwanowiczu – usłyszałem miły męski głos.

– Co właściwie? – spytałem, oglądając się na lustro.

– Mam na myśli umklajder…

Okazało się, że to nie lustro przemawia, lecz ktoś inny.

– Nie rozumiem, o co chodzi – odparłem. W pokoju nikogo nie było, drażniło mnie to.

– Mówię o umklajderze. Niepotrzebnie nakrył go pan tym metalowym czerpakiem. Umklajder, czy też czarodziejska różdżka, jak wy go nazywacie, wymaga nadzwyczaj ostrożnego traktowania.

– Dlatego właśnie go przykryłem… Niech pan wejdzie, bo jakoś tak niezręcznie rozmawiać.

– Dziękuję panu – rzekł głos.

Przede mną niespiesznie skondensował się blady mężczyzna w idealnie skrojonym szarym garniturze. Przechylając głowę na bok, zapytał z wyszukaną grzecznością:

– Ośmielam się mieć nadzieję, że nie sprawiam panu zbyt wielkiego kłopotu?

– Bynajmniej – powiedziałem, wstając. – Proszę, niech pan siada, niech się pan rozgości. Może herbaty?

– Bardzo pan łaskaw. – Nieznajomy siadł naprzeciwko mnie, eleganckim gestem podciągając delikatnie spodnie na kolanach. – Jeśli chodzi o herbatę, to dziękuję, Aleksandrze Iwanowiczu, ale jestem już po kolacji.

Przez jakiś czas patrzył mi w oczy, uśmiechając się światowo. Ja również się uśmiechnąłem.

– Pan, jak przypuszczam, w sprawie kanapy? – odezwałem się. – Niestety, już jej tu nie ma. Bardzo im przykro i doprawdy nie wiem…

Klasnął w ręce.

– Co za głupstwa! Tyle hałasu z powodu jakiejś, za przeproszeniem, bzdury, w którą nikt tak naprawdę nie wierzy… No niechże pan sam pomyśli, Aleksandrze Iwanowiczu… Żeby urządzać kłótnie, szalone pościgi rodem z filmów, niepokoić ludzi z powodu mitycznej – nie waham się użyć tego słowa – mitycznej Białej Tezy… Każdy trzeźwo myślący człowiek wie, że kanapa to uniwersalny translator, nieco przyduży, ale całkiem porządny i stabilny w działaniu. Doprawdy, śmieszni są ci starzy ignoranci rozprawiający o Białej Tezie… Nie, nie chcę nawet rozmawiać o kanapie.

– Stanie się wedle pańskiego życzenia – powiedziałem, skupiając w tym zdaniu całą salonowość, na jaką było mnie stać. – Porozmawiajmy o czymś innym.

– Zabobony, przesądy – mówił z roztargnieniem nieznajomy. – Leniwy umysł i zawiść, porośnięta włosami zawiść… – przerwał sam sobie. – Przepraszam, Aleksandrze Iwanowiczu, ale mimo wszystko ośmielę się poprosić pana o usunięcie tego czerpaka. Niestety, żelazo jest niemal nieprzezroczyste dla hiperpola, a wzrost napięcia hiperpola na małej powierzchni…

Uniosłem ręce.

– Ależ proszę bardzo, niech pan zrobi, co pan uważa za stosowne! Proszę wziąć czerpak… Może pan również wziąć ten… un… um… tę czarodziejską różdżkę… – urwałem, spostrzegając ze zdumieniem, że czerpaka już nie ma. Wałeczek stał w kałuży cieczy przypominającej kolorową rtęć. Ciecz parowała szybko.

– Tak będzie lepiej, zapewniam pana – rzekł nieznajomy. – Co się zaś tyczy pańskiej wielkodusznej propozycji zabrania umklajdera, niestety, nie mogę z niej skorzystać. To już kwestia etyki i moralności, kwestia honoru, jeśli pan woli… Uwarunkowania są tak potężne! Pozwolę sobie udzielić panu rady: niech pan umklajdera nie dotyka. Widzę, że się pan uderzył, no i ten sęp… Myślę, że pan też czuje… eee… pewne aromaty…

– Tak – powiedziałem z uczuciem. – Śmierdzi straszliwie. Jak w małpiarni.

Popatrzyliśmy na ptaka. Drzemał nastroszony.

– Sztuka posługiwania się umklajderem – mówił nieznajomy dalej – to kwestia złożona i delikatna. W żadnym razie nie powinien się pan martwić ani czynić sobie wyrzutów. Kurs posługiwania się umklajderem trwa osiem semestrów i wymaga bardzo dobrej znajomości alchemii kwantowej. Jako programista zapewne bez większego wysiłku opanowałby pan umklajder elektroniczny, tak zwany UEU-17… Ale umklajder kwantowy… hiperpola… transgresyjne ucieleśnienia… uogólnione prawo Łomonosowa-Lavoisiera… – Rozłożył ręce przepraszającym gestem.

– Ależ nie ma o czym mówić! – stwierdziłem pospiesznie. – Ja wcale nie miałem zamiaru… to oczywiste, że jestem zupełnie nieprzygotowany…

W tym momencie zreflektowałem się i zaproponowałem mu papierosa.

– Dziękuję panu – rzekł nieznajomy. – Nie palę, ku mojemu ogromnemu żalowi.

Wówczas zainteresowałem się – nie zapytałem, lecz właśnie zainteresowałem:

– Czy mógłbym się dowiedzieć, czemu zawdzięczam to przemiłe spotkanie?

Opuścił oczy.

– Nie chciałbym się wydać nieskromny, ale niestety, muszę wyznać, że przebywam tu już od dość dawna. Wolałbym nie podawać nazwisk, lecz myślę, że nawet pan, Aleksandrze Iwanowiczu, choć jest pan tak daleki od tego wszystkiego, nawet pan już zrozumiał, że wokół tej kanapy wywołano jakieś niezdrowe zamieszanie. Dojrzewa skandal, atmosfera staje się naelektryzowana, napięcie rośnie… W takiej sytuacji nieuniknione są pomyłki i szalenie niepożądane wypadki… Nie sięgając daleko… Ktoś – powtarzam, nie chciałbym podawać nazwisk, zwłaszcza że jest to pracownik godzien najwyższego szacunku, na który zasługuje, jeśli już nie ze względu na maniery, to na wielki talent i ofiarność – a więc pewien osobnik, spiesząc się i denerwując, gubi z tegoż pośpiechu i zdenerwowania umklajder i tenże umklajder staje się ośrodkiem wydarzeń, w które zostaje wciągnięty człowiek niemający z nimi nic wspólnego. – Skłonił się w moją stronę. – W takich wypadkach absolutnie konieczne jest oddziaływanie neutralizujące niejako wpływ negatywny… – Popatrzył znacząco na odcisk butów na suficie, a potem uśmiechnął się do mnie. – Jednak nie chciałbym wydać się abstrakcyjnym altruistą. Rzecz jasna, wszystkie te wydarzenia interesują mnie jako specjalistę i administratora… Cóż, nie będę panu dłużej zajmował czasu. Skoro zapewnił mnie pan, że nie ma pan najmniejszego zamiaru eksperymentować z umklajderem, pozwoli pan, że się oddalę.

Wstał.

– Jak to! – zawołałem. – Niech pan nie odchodzi! Tak sympatycznie się z panem rozmawia! Mam do pana milion pytań!…

– Doceniam pańską nadzwyczajną delikatność, Aleksandrze Iwanowiczu, ale jest pan zmęczony i koniecznie musi pan odpocząć…

– Ależ skąd! – zaprotestowałem gorąco. – Wręcz przeciwnie!

– Aleksandrze Iwanowiczu… – Nieznajomy uśmiechał się łagodnie i patrzył mi prosto w oczy. – Naprawdę jest pan zmęczony… Naprawdę pragnie pan odpocząć…

Wtedy poczułem, że rzeczywiście jestem śpiący. Oczy same mi się zamykały, nie miałem już ochoty na rozmowę. W ogóle nie miałem na nic ochoty. Straszliwie chciało mi się spać.

– Było mi bardzo miło poznać pana – powiedział nieznajomy półgłosem.

Widziałem, jak zaczął blednąć, jak bladł coraz bardziej i powoli rozpływał się w powietrzu, zostawiając po sobie dyskretny zapach wody kolońskiej. Ostatkiem sił rozłożyłem materac na podłodze, wtuliłem twarz w poduszkę i momentalnie zasnąłem.

Obudził mnie trzepot skrzydeł i nieprzyjemny klekot. W pokoju panował dziwny niebieskawy półmrok. Sęp na piecu wrzeszczał i uderzał skrzydłami w sufit. Usiadłem i rozejrzałem się. Na środku pokoju wisiał w powietrzu potężny drab w spodniach od dresu i hawajskiej koszuli. Wisiał nad wałeczkiem, nie dotykając go, wykonując jednostajne ruchy wielkimi łapami.

– O co chodzi? – spytałem.

Popatrzył na mnie spode łba i odwrócił się.

– Nie słyszę odpowiedzi – powiedziałem ze złością. Strasznie chciało mi się spać.

– Cicho, śmiertelniku – rzekł ochryple. Przerwał swoje ruchy i wziął cylinderek z podłogi. Jego głos wydał mi się znajomy.

– Hej, przyjacielu! – rzuciłem groźnie. – Odłóż to na miejsce i opuść pomieszczenie.

 

Popatrzył na mnie, wysuwając szczękę. Odrzuciłem kołdrę i wstałem.

– Odłóż umklajder na miejsce! – powiedziałem głośno.

Drab opadł na podłogę, stanął twardo na nogach i przyjął pozycję bojową. W pokoju zrobiło się znacznie widniej, chociaż żarówka była zgaszona.

– Dzieciaku – odezwał się drab. – Noc jest do spania. Lepiej będzie, jak położysz się sam.

Zdaje się, że nie miał nic przeciwko bijatyce. Ja również.

– To może wyjdziemy na dwór? – zaproponowałem, podciągając slipki.

W tym momencie ktoś zadeklamował z uczuciem:

– Kierując swe myśli ku wyższemu ja, wolny od pożądania i samolubstwa, wyleczony z gorączki duchowej, stań do walki, Ardźuno!

Drgnąłem. Drab drgnął również.

– Bhagawadgita! – oznajmił głos. – Pieśń trzecia, wiersz trzydziesty.

– To lustro – wyjaśniłem odruchowo.

– Wiem o tym – warknął drab.

– Odłóż umklajder!

– Czego się drzesz jak chory słoń? Twój umklajder czy co?

– A co, może twój?

– A tak, mój!

I wtedy mnie olśniło.

– Czyli to ty zabrałeś kanapę?!

– Nie wtrącaj się w nie swoje sprawy – poradził mi drab.

– Oddaj kanapę! Wystawiono na nią pokwitowanie.

– Idź do diabła! – odparł, rozglądając się.

W tym momencie w pokoju pojawiło się dwóch typów, chudy i gruby, obaj w pasiastych piżamach upodabniających ich do więźniów z Sing Sing.

– Korniejew! – zawołał gruby. – A więc to pan kradnie kanapę?! Co za skandal!

– A idźcie wszyscy… – odparł drab.

– Jest pan grubianinem! – zawołał gruby. – Należałoby pana zwolnić! Ja złożę na pana raport!

– No i niech pan sobie składa – powiedział Korniejew ponuro. – Niech się pan zajmie tym, co lubi pan najbardziej.

– Jak pan śmie rozmawiać ze mną tym tonem! Zachowuje się pan jak chłopiec! Jest pan bezczelny! Zostawił pan tutaj umklajder! Młody człowiek mógł ucierpieć!

– Już ucierpiałem! – wtrąciłem się. – Kanapy nie ma, śpię jak pies na podłodze, co noc jakieś rozmowy… i jeszcze ten śmierdzący sęp…

Gruby natychmiast odwrócił się do mnie.

– Niesłychane złamanie dyscypliny – oznajmił. – Powinien pan złożyć skargę! A pan się powinien wstydzić! – znowu zwrócił się do Korniejewa.

Korniejew z ponurą miną chował umklajder w policzku, a chudy zapytał nagle, cicho i groźnie:

– Wyjął pan tezę, Korniejew?

Drab uśmiechnął się mrocznie.

– Nie ma tam żadnej tezy – odparł. – Co wy wszyscy pleciecie? Nie chcecie, żebyśmy brali kanapę, dajcie nam inny translator…

– Czytał pan zarządzenie o nienaruszalności przedmiotów z magazynu? – zapytał groźnie chudy.

Korniejew wsadził ręce do kieszeni i zaczął patrzeć w sufit.

– Zna pan postanowienie Rady Naukowej? – drążył chudy.

– Ja, towarzyszu Domin, wiem tyle, że poniedziałek zaczyna się w sobotę – odrzekł Korniejew ponuro.

– Niech pan tu nie zaczyna z demagogią! – warknął chudy. – Proszę natychmiast oddać kanapę i więcej się tu nie zjawiać!

– Nie oddam teraz kanapy – powiedział Korniejew. – Oddamy, jak skończymy eksperyment.

Gruby urządził scenę.

– Samowola! – wrzeszczał. – Chuligańskie wybryki!

Sęp znowu zaskrzeczał.

Korniejew, nie wyjmując rąk z kieszeni, odwrócił się plecami i ruszył w stronę ściany.

– O nie! Niech pan odda kanapę! – krzyknął gruby i skoczył za nim, a chudy zaczął mi tłumaczyć:

– To nieporozumienie. Podejmiemy kroki, żeby się to więcej nie powtórzyło.

Skinął mi głową i również poszedł do ściany.

– Chwileczkę! – zawołałem. – Zabierzcie ptaka! Razem z zapachem!

Chudy, już do połowy w ścianie, odwrócił się i skinął palcem. Sęp posłusznie wystartował z pieca, chudy znikł. Niebieskawe światło gasło powoli, zrobiło się ciemno, w okna znowu zabębnił deszcz. Zapaliłem żarówkę i obejrzałem pokój. Wszystko było tak jak poprzednio, tylko na piecu ziały głębokie bruzdy po szponach, a na suficie ciemniały ślady po moich butach.

– Przezroczysty olej znajdujący się w krowie – odezwało się lustro z idiotycznym skupieniem – nie sprzyja jej odżywianiu, ale po odpowiednim przetworzeniu staje się najbardziej wartościowym pożywieniem.

Zgasiłem światło i położyłem się. Na podłodze było twardo, ciągnęło chłodem. Dostanie mi się jutro od starej, pomyślałem jeszcze.

5 Lieue (fr.) – mila.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?