Tydzień w pałacu szejkaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Annie West
Tydzień w pałacu szejka

Tłumaczenie:

Zbigniew Mach

ROZDZIAŁ PIERWSZY

O północy trzech mężczyzn równym krokiem przemierzało lśniące białym kararyjskim marmurem korytarze pałacu emira. Przeszli salę posiedzeń Wielkiej Rady ze ścianami obwieszonymi bogato zdobionymi lancami, mieczami i starymi muszkietami. Obok nich zawieszono mieniące się jaskrawymi kolorami bojowe proporce – niemal gotowe na kolejne wezwanie do broni.

Minęli kilka okazałych sal bankietowych i salę przyjęć. Potem – ocienione rzeźbionymi kolumnami dziedzińce, gdzie oprócz odgłosu ich kroków słychać było tylko delikatny plusk ogrodowych fontann.

Mężczyźni przeszli przez wysadzane ćwiekami średniowieczne wrota prowadzące do pomieszczeń haremu, które od miesięcy stały puste. Jeszcze tylko kręta droga wiodąca przez skalne korytarze cytadeli do skarbca i lochów.

W końcu dotarli do korytarza prowadzącego do prywatnych komnat emira.

Zdali meldunki. Szejk Sajid Badawi patrzył na nich w milczeniu.

– Na razie to wszystko, panowie. Możecie odejść – odezwał się po chwili.

– Najjaśniejszy panie, ale nasze rozkazy…

– Zmieniły się dziś wieczorem. Halark nie jest już na krawędzi wojny. – Emir obrócił się na pięcie.

Prawie nie wierzył własnym słowom. Przez większość jego życia emirat nieustannie znajdował się w cieniu wojny. Przede wszystkim – choć nie tylko – z sąsiednim królestwem Dżejrut. Dlatego właśnie każdego mężczyznę w Halark już od młodości szkolono w obronie kraju. Posiadali broń i byli gotowi umrzeć za ojczyznę.

Myślał o latach wypełnionych nieustannym napięciem. Niekończących się konfliktach granicznych i ofiarach starć. O straconych szansach na inwestycje w podniesienie poziomu życia mieszkańców, bo całą energię i fundusze kierowano na zbrojenia.

Zacisnął usta. Jeśli nawet nie osiągnął niczego innego, to on, nowy emir Halark, doprowadził państwo do pokoju. Będzie cieszył się później, gdy sytuacja się ustabilizuje. Ale teraz marzył tylko o jednym – po raz pierwszy od trzech dni przyłożyć głowę do poduszki. I zasnąć. Zapomnieć o wszystkim.

– Najjaśniejszy panie, naszym obowiązkiem jest cię chronić. Całą noc spędziliśmy na straży – jeden z mężczyzn wskazał głową na długi zwieńczony łukami korytarz.

– Pałacu strzegą rozmieszczeni wokół wasi podwładni i najbardziej nowoczesna technologia bezpieczeństwa – odparł Sajid.

Jego wuj, zmarły niedawno emir, nie szczędził wydatków na ochronę i wygodne życie, a także na wojsko.

Szkoda, że nie był tak rozrzutny, gdy chodzi o zwykłych mieszkańców.

Trzej wojskowi stali jednak w miejscu. Sajid poczuł wzbierającą w nim złość.

– To mój rozkaz – warknął i zmrużył oczy. Mężczyźni zbledli.

Szybko się jednak opanował. Straż wypełniała jedynie swój obowiązek. Jeszcze całkiem niedawno odmowa wykonania rozkazów spotkałaby się z okrutną karą.

– Widzę i doceniam waszą postawę, ale wymogi dotyczące naszego bezpieczeństwa ulegają zmianom. Główny dowódca wkrótce was o nich poinformuje. Na razie jednak proszę, byście wrócili do swojej kwatery. – Odwrócił się, nie czekając na odpowiedź. – To wszystko – rzucił jeszcze, oddalając się korytarzem wyłożonym misterną mozaiką. Mężczyźni odmaszerowali.

Wreszcie. Cisza i spokój. Wciągnął w płuca chłodne i orzeźwiające nocne powietrze płynące z pobliskiego dziedzińca. Po raz pierwszy od kilku dni był sam. Mógł się rozluźnić.

Jeszcze wieczorem świętował z przywódcami wszystkich klanów, gubernatorami regionów, dowódcami wojskowymi i ich podwładnymi. Uroczyste i gwarne obchody osiągnięcia porozumienia miały monumentalny charakter. Na równinie za murami miasta zgromadziły nie niezliczone tłumy. Powietrze przenikał zapach tradycyjnych potraw. Rozlegające się raz po raz serie karabinowych wystrzałów wskazywały, że radosne świętowanie trwa bez przerwy. Skończy się zapewne o świcie.

Po śmierci wuja nie miał ani chwili czasu dla siebie. Nieustannie przeglądał dokumenty i spotykał się z dyplomatami uzgadniając ostatnie szczegóły. Historyczny układ pokojowy musiał być zapięty na ostatni guzik. Chodziło o gwarancje graniczne, swobodny przepływ obywateli, a nawet – w przyszłości – kwestie handlu i wspólnego rozwoju Halark oraz Dżejrutu.

Zwolnił kroku i uśmiechnął się do siebie. Dopiero teraz poczuł, jak opuszcza go ogromne napięcie.

Cieszył się, że mieszkańcy świętują. Robiłby teraz to samo, gdyby nie czuł się wyczerpany długimi negocjacjami z władcą Dżejrutu, szejkiem Husajnem i powstrzymywaniem zapędów co bardziej wojowniczych własnych generałów. Ich zachowanie mogło prowadzić do prowokacji lub wybuchu fali przemocy. Niektórzy sądzili, że mimo jego reputacji człowieka czynu łatwo uda się im przekonać go do planów wojny opracowanych jeszcze przez zmarłego emira. Jednak dla Sajida liczyli się przede wszystkim krajanie, a nie starzy wojskowi pozerzy, dla których życie ludzkie nie miało żadnej wartości.

Doszedł do swoich prywatnych komnat i z ulgą zamknął za sobą wysokie zdobione drzwi.

Przeszedł przez gabinet, salę medialną, ogromny, wspaniale urządzony salon i równie okazale zaprojektowany pokój jadalny. Jeszcze krok i znalazł się w sypialni. Jego wzrok od razu padł na wielkie wabiące jedwabnym posłaniem łoże. Zdobiona srebrno-błękitnymi państwowymi barwami narzuta była do połowy odwinięta. Zamknął oczy i wyobraził sobie, że już na nim zasypia. Górny żyrandol był wyłączony, ale lekko przyciemnione umieszczone w ścianach ozdobne lampki swoim miękkim światłem jeszcze bardziej kusiły go do snu.

Podszedł do łoża i przystanął. Przez chwilę miał zamiar położyć się na nim, tak jak stał. Zasnąłby w mgnieniu oka.

Ruszył jednak do łazienki. Najpierw prysznic.

Idąc, rozbierał się. Wraz z każdą zrzucaną ręcznie szytą częścią garderoby ustępowało napięcie. Zdjął przez głowę koszulę z najlepszej egipskiej bawełny. Unosząc do góry ręce, poczuł rześkie nocne powietrze owiewające tors. Ulga!

Miał właśnie zdjąć pierwszy półbut wykonany na zamówienie przez znaną londyńską pracownię, gdy coś przykuło jego uwagę. Znieruchomiał z nogą uniesioną w górze. Co się dzieje?

Przez całe życie szkolił się na wojownika. Wyuczona czujność kazała mu teraz mieć się na baczności.

Coś jest nie tak. Był tego pewien, zanim jeszcze zdążył pomyśleć.

Miałby za swoje, gdyby – po zwolnieniu straży – nagle znalazł się w niebezpieczeństwie we własnych komnatach. Dobre epitafium: „…tak zginął najmłodszy i najkrócej żyjący emir w historii Halark, szejk…”.

Szybko rozluźnił całe ciało. Zdjętą koszulą kilka razy owinął dokoła lewą rękę. Warstwy ochronne nie zatrzymają kuli, ale choć trochę utrudnią atak sztyletem. Nawet nie spojrzał na długą bliznę ciągnącą się od nadgarstka daleko za łokieć – dowód, że sztylet użyty przez wyszkolonego zamachowca może być groźną bronią.

Wolno wciągnął nosem powietrze – chciał wyczuć najmniejszy obcy zapach. Przymrużonymi oczyma wpatrywał się w zaciemnioną dalszą część sypialni.

Żadnego ruchu. Może coś mu się przywidziało ze zmęczenia.

Odwrócił się w stronę łoża.

Zesztywniał. Ręka machinalnie sięgnęła po umieszczony w pochwie u boku ceremonialny, ostry jak brzytwa sztylet.

– Ktoś ty? Co tu robisz? – wycedził przez zaciśnięte zęby.

Z cienia za łożem wyłoniła się drobna postać. Jej zarys jeszcze dodatkowo pomniejszał ogromny szal owinięty wokół ramion i głowy.

Postać natychmiast pokłoniła się w milczącym geście posłuszeństwa.

Wszystkie jego zmysły krzyczały: bądź czujny! Co by się stało, gdyby nie zauważył przybysza? Zamachowiec poczekałby, aż emir odwróci się plecami pod prysznicem i wtedy zadał śmiertelne pchnięcie nożem?

Może jednak nie powinien rezygnować z systemów bezpieczeństwa wprowadzonych przez zmarłego emira.

Wuj był wprawdzie człowiekiem obsesyjnie podejrzliwym, ale i przebiegłym. Paranoicy najczęściej bywają inteligentni.

– Podejdź! – rozkazał.

W jednej chwili postać lekkim krokiem podeszła ku niemu. Zdziwiła go płynność jej ruchów.

– Najjaśniejszy panie… – usłyszał miękki i łagodny szept, który niemal pieścił jego skórę jak szept kochanki.

Postać wyprostowała się i zdjęła okrywający ją szal.

Patrzył z niedowierzaniem.

Jego prywatność naruszyła… zwykła tancerka? Potrząsnął głową. Musi być bardzo zmęczony…

Kobiety w tym kraju nie ubierają się w ten sposób. Noszą skromne stroje. Niektóre zasłaniają włosy, a wszystkie – swoje ciała.

Inaczej niż ta, która teraz stała przed nim.

Luźno zwisająca spódnica fałdami opadała z idealnie krągłych bioder. Przez przeźroczystą tkaninę wyraźnie widział jej długie smukłe nogi. Przesunął wzrokiem i przez swobodne rozcięcie w spódnicy dostrzegł udo w kolorze miodowego brązu.

Spojrzał na odsłonięty brzuch wspaniale wpływający w rzeźbę bioder. Jego oczy skierowały się ku górze bez rękawów uszytej z lśniącego cienkiego jak papier materiału. Przylegał do niej tak ściśle, jakby stanowił drugą skórę. Delikatny dekolt odkrywał górną część kuszących wzrok niedużych jędrnych piersi falujących wraz z przyśpieszonym oddechem.

Poczuł suchość w gardle. Wyprostował ręce, a po chwili zacisnął dłonie w pięści.

Targały nim sprzeczne uczucia.

Kazać jej się natychmiast okryć – nie taka była jego pierwsza reakcja! – czy dotknąć tego kusząco zmysłowego ciała?

Przyciągnąć ją i przylgnąć do niej, by zanurzyć się w rozkoszy, jaką to aksamitne i ciepłe ciało zdawało się obiecywać mężczyźnie zmęczonemu tygodniami pracy nad osiąganiem tego, co wielu uznawało za niemożliwe. Najpierw – odciąganiu wuja od myśli o najeździe na Dżejrut. Później – po jego śmierci – szukaniu sposobów zapewnienia pokoju między tradycyjnie wrogimi państwami.

 

Nie spuszczał z niej wzroku. Patrzył na twarz emanującą niezwykłym powabem, wdziękiem i urokiem. Ciemne rozpuszczone włosy opadały falami na ramiona. Znów spojrzał na piersi sterczące wysoko i radośnie pod misterną tkaniną bluzki.

W myśli porównał jej skórę do miękkiego chińskiego jedwabiu, który, gdy go dotykasz opuszkami placów, wyzwala niemal zmysłową przyjemność.

Jak stary emir Sajid był człowiekiem silnych i gorących namiętności. Nie szczędził sobie przyjemności, ale inaczej niż on odczuwał dumę, że potrafi panować nad zmysłami i pożądaniem. Widział, jak niepohamowane zaspokajanie własnych popędów może zniszczyć mężczyznę. Nie miał ochoty iść śladem wuja. Brał przykład z ojca, księcia i wojownika, który kierował się niewzruszonym kodeksem moralnym. Człowieka, który potrafił przekształcić typowo męski apetyt na zaspokajanie własnych potrzeb w potężną motywację do ochrony i służby własnym obywatelom.

– Spójrz na mnie! – Jego głos zabrzmiał rozkazująco, ale całym ciałem czuł, że jest teraz wystawiony na ciężką próbę.

Stojąca przed nim kobieta była nie tylko wyjątkowo piękna, ale i młoda – zbyt młoda, by przebywać w jego sypialni…

– Kim jesteś?

– Lina Rahman, najjaśniejszy panie. – Dziewczyna znowu skłoniła się głęboko. Tym razem jednak zdążył jeszcze na nią spojrzeć. Jej piersi omal nie wyskoczyły z lśniącej bluzki. Mimo zmęczenia poczuł dreszcz podniecenia.

– Nie rób tego!

Zmieszana zaczerwieniła się i zamrugała powiekami.

– Czego, najjaśniejszy panie?

– Pokłonów.

Uniosła brwi ze zdziwieniem.

– Jesteś emirem, najjaśniejszy panie. To byłby brak szacunku…

– Sam decyduję, co wypada. – Uuniósł rękę do karku i zaczął rozcierać napięte mięśnie.

– Tak, najjaśniejszy panie.

– Nie nazywaj mnie też w ten sposób – rzucił szorstkim tonem.

Wuja cieszyły takie tytuły, bo nieustannie przypominały mu, że jest panem i władcą. Jednak Sajid zbyt często słyszał te słowa wypowiadane przez tłum potakiwaczy różnej maści czy dworskich pochlebców. I zawsze go one drażniły.

Dałby wszystko, by móc zwyczajnie po ludzku porozmawiać z kimś od serca. Bez wiecznych pokłonów i pochlebstw.

Przypomniał sobie ciężkie negocjacje z Husajnem nazywanym przez mieszkańców Dżejrutu Żelazną Pięścią, który nikomu się nie kłaniał i nie schlebiał. Nigdy nie spotkał tak twardego negocjatora i równie świetnego żołnierza. Jednak mimo ciążącej na nich obu odpowiedzialności podczas pracy nad ostatecznym kształtem porozumienia Sajida wyraźnie motywowała postawa jego adwersarza.

Pod rządami zmarłego emira mieszkańcy Halark bali się głośno wyrażać własne zdanie. Pałac był pełen doradców, którzy zamiast doradzać bez strachu i chęci uzyskania przychylności, myśleli tylko o tym, jak potakiwać władcy.

Również i to zamierzał zmienić.

– Według twojego życzenia… panie.

„Pan” brzmiało nieco lepiej niż „Najjaśniejszy Pan”. W końcu – do diabła z tym… Czuł się za bardzo zmęczony…

– Kim jesteś i co tu robisz?

– Mam ci służyć, panie, i spełniać każde życzenie.

Przez chwilę pomyślał, że chciałby pieścić to pachnące snem i różami ciało. Pokusa była tak silna, że aż zrobił krok do tyłu. Lina zesztywniała ze strachu, co uświadomiło mu napięcie, jakie dotąd starała się ukrywać.

– Kto cię przysłał?

– Brat mojego ojca. W geście dobrej woli dla starego emira.

Gest dobrej woli! Takim narodem rządził jego wuj! Kobiety traktowano jak towar. Wróciły stare wspomnienia. Czekało go mnóstwo pracy, by wprowadzić kraj w dwudziesty pierwszy wiek.

– On nie żyje.

Gdy wuj zachorował na raka prostaty i stał się impotentem, nałożnice z haremu jego poprzednika wysłano z powrotem do domów. Co więc robi tu ta dziewczyna?

– Wiem, naj… panie. Zmarł wkrótce po moim przyjeździe. Nigdy go nie widziałam. Proszę przyjąć moje kondolencje.

– Dziękuję.

Nie odczuwał ani smutku, ani straty z powodu śmierci wuja. Starzec źle rządził krajem. Ponadto był typem brutalnego, małostkowego i rozwiązłego sybaryty.

– Teraz jednak jesteś wolna. Możesz robić, co chcesz. Nie jesteś tu na nic potrzebna.

Ich spojrzenia się spotkały. Dostrzegł strach w jej fiołkowych oczach?

– O, nie. Źle mnie zrozumiałeś, panie. To znaczy… oczywiście nie źle… tylko…

Potrząsnęła głową. Pukiel włosów miękko opadł jej na ramię, a poprzez piersi aż do samej talii. Nie mógł oderwać wzroku.

– Nie mogę opuścić pałacu, panie. Wszystko zostało ustalone. Po śmierci emira należę do ciebie.

ROZDZIAŁ DRUGI

Jeśli sądziła, że już przedtem miał wyjątkowo srogą minę, teraz się przekonywała, że ma do czynienia z wulkanem emocji. Zmarszczył brwi w geście dezaprobaty i zacisnął wydatne wargi, jakby powstrzymując cisnące się na nie przekleństwa. Jednak groźny błysk jego ciemnych oczu wskazywał na coś więcej niż zwykła wściekłość.

Budził się w nim mężczyzna.

Coś już o tym wiedziała. Pamiętała, jak odwiedzający ich dom mężczyźni reagowali na urodę jej matki. A także i na nią samą, gdy wkroczyła w okres dojrzewania.

Niektórych kuzynów wprost swędziały ręce, by jej dotknąć.

Jednak Sajid, inaczej niż oni, trzymał je przy sobie.

Tak jak ją uczono, skromnie spuściła wzrok. Teraz, nie rozpraszając się patrzeniem w jego hipnotyzujące oczy, mogła przyjrzeć się całej postaci.

Był wysoki. Smukłe ciało w idealnej symetrii zwężające się od ramion poprzez oliwkowy idealnie umięśniony tors aż do wąskich bioder, które wciąż osłaniały spodnie z jasnego materiału. Nie mogła nie zauważyć umięśnionych ud. Ud wielkiego miłośnika jazdy konnej. Tylko blizna na lewej ręce zakłócała harmonię tego posągowego ciała.

Nie wiedziała, czy winę za szok, jaki przeżywa, przypisać temu, że stoi sama przed kimś, kto miał być jej panem, czy temu, że po raz pierwszy w życiu widzi półnagiego mężczyznę. Albo… może jego niezwykłej urodzie i sile przyciągania. Poczuła zawrót głowy i zaczęła szybciej oddychać. Nie mogła zebrać myśli.

Przyjeżdżała do pałacu, oczekując, że ma być osobą na każde zawołanie znacznie starszego od siebie mężczyzny znanego z gwałtownego charakteru, pamiętliwości i mściwości. Znalazła się natomiast w obliczu człowieka dwudziestokilkuletniego, którego wygląd wskazywał, że bez wątpienia jest obiektem westchnień wszystkich kobiet. Wspaniale zbudowany i przystojny. Przede wszystkim jednak emanowała z niego jakaś wewnętrzna siła i charakter, których nie umiała nazwać. Były widoczne w jego dumnej twarzy z oczyma o ciężkich powiekach, silnej linii nosa i mocno zarysowanej, wydatnej szczęce.

Krew zaczęła szybciej krążyć w jej żyłach. Jest chora? Ma gorączkę? Nigdy przedtem tak się nie czuła.

– Lina? – usłyszała głos emira.

Ukradkiem spojrzała na jego twarz. Czy ma tak samo wybuchowy i nieobliczalny charakter jak stary emir? Ciotka opowiadała jej mrożące krew w żyłach historie, co może ją czekać, jeśli nie będzie wykonywać jego poleceń. Nawet tych najdziwniejszych i najbardziej niezrozumiałych.

– Mówiłem, że nic tu po tobie. Możesz wrócić do domu.

Z przerażeniem patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami. Słyszała różne opowieści na temat tego, czego będzie się od niej wymagać. Bała się, że może im nie sprostać nawet czysto fizycznie. Ale opuścić pałac! Ta perspektywa przerażała ją jeszcze bardziej.

– Panie… proszę… Nie mogę wrócić.

Trochę poniewczasie spuściła wzrok, przypominając sobie, że jest tu, aby słuchać, a nie dyskutować. Wuj i ciotka powtarzali jej w kółko, że ma się uczyć pokory i milczenia. Postawili sobie za cel, by zmienić ją w cichą i posłuszną kobietę.

– Możesz, jeśli ja tak mówię. – Ton głosu emira wskazywał, że nie uznaje sprzeciwu.

Zupełna wyjątkowość sytuacji sprawiła, że oniemiała. Ofiarowywana jej – nakazywana! – wolność stanowiła zwykłą ułudę.

Była sama jak palec. Nie miała na świecie miejsca, które mogłaby nazwać domem. Żadnych praw. Dlaczego emir miałby jej współczuć? Dla niego – i dla wszystkich innych – była nikim.

Uczono ją tylko przytakiwania, słuchania i trzymania się w cieniu.

Widziała, że niecierpliwi go jej zachowanie.

Wiedziała jednak, że gdy raz opuści pałac, nikt już nie pozwoli jej wrócić. Znajdzie się dosłownie na ulicy. Bez środków do życia, przyjaciół, a nawet przyzwoitego ubrania.

Złożyła ręce na piersiach i wzięła głęboki, służący zapewne obronie, oddech.

– Panie… – Wysunęła do przodu podbródek. Sajid już się odwrócił i zamierzał odejść, co znaczyło, że i ona powinna jak najszybciej się wynosić.

Ale nie mogła.

– Tak? – Wyraz twarzy emira wskazywał, że jego cierpliwość jest na wyczerpaniu. W oczach pojawiły się groźne ogniki.

Uniosła wyżej głowę i spojrzała w jego zwężone jak szparki oczy.

– Nie mam już domu, panie. Ani żadnej rodziny. – Przygryzła wargi, by nie mógł zobaczyć, że drżą.

– Mogę zostać w pałacu? Nie boję się ciężkiej pracy. Przydam się do wszystkiego. W kuchni, w pralni… – Przerwała na chwilę, zastanawiając się, co przez cały dzień robi pałacowa służba. – Mogę też szyć i haftować…

– Musisz mieć dom. Skąd przybyłaś?

Na jego surowej, ale i pięknie wyrzeźbionej męskiej twarzy nie dostrzegła żadnej gotowości do ustępstw, ale przynajmniej jej słuchał.

– Z domu brata mojego ojca. Jednak tam drzwi są już dla mnie zamknięte. – Przez chwilę poczuła się słabo, bo wróciły do niej bolesne wspomnienia, że we własnym domu traktowano ją niemal jak niewolnicę.

Sajid westchnął i w zamyśleniu palcami przeczesał krótkie włosy. Uniesienie ręki natychmiast uwydatniło mięśnie torsu. Nigdy nie widziała, by jeden prosty gest wywołał tak urzekający efekt.

Ale nigdy też nie widziała nikogo takiego jak Sajid. Nagiego czy ubranego.

Odwrócił się. Poczuła lęk i rozpacz zmieszane z lekko tylko maskowanym sprzeciwem. Szybko odzyskała jasność myśli – odchodzi i zostawia ją własnemu losowi, którego i tak miała dosyć. Bo zawsze przybierał on postać mężczyzn decydujących o przyszłości Liny i kompletnie ignorujących jej zdanie.

Jednak zamiast odejść, udał się do garderoby i wyjął własną koszulę.

– Proszę, załóż ją i usiądź.

Zacisnęła palce na białej bawełnie tak delikatnie utkanej, że niemal przezroczystej. Przywódca kraju nosi ubrania z najlepszych tkanin.

Szybko założyła koszulę przez głowę. Sięgała jej niemal do kolan. Musiała podwinąć rękawy.

Wyglądała jak dziecko bawiące się w przebieranki. Czuła się teraz pewniej, ale zastanawiała się, dlaczego kazał jej założyć koszulę. Nie podobało mu się jej nieco odsłonięte ciało? Nie interesują go kobiety?

Niemożliwe! Co to byłaby za strata! Poza tym nie uszło jej uwagi, jak przedtem na nią patrzył…

Z ciekawością spojrzała na człowieka, który miał zdecydować o jej przyszłości. Nie patrzył na nią. Miał przymknięte powieki, dzięki czemu mogła przyjrzeć mu się dłużej. Dopiero wtedy spostrzegła wokół oczu i ust oznaki wyczerpania.

Był śmiertelnie zmęczony.

Otworzył oczy i zobaczył Linę idącą do łazienki. Co, do diabła, robi?

Już miał za nią pójść, gdy wróciła z miską wody. Przyklęknęła przed nim na podłodze tak płynnie i lekko, że uznał, że rzeczywiście może jest tancerką, co sugerował jej skąpy strój.

Bezwzględnie zignorował wyraźne drżenie ciała. Nie może zapominać, że nauczył się panować nad impulsywną i zmysłową częścią swojej natury.

Jednak ku jego rozczarowaniu koszula w niczym nie zdołała ukryć jej kuszącej figury. Świadomie kazał jej ją założyć, by nie kusiła go ciemna i delikatna jak jedwab karnacja jej skóry. Lekko odsłonięte piersi, kibić i biodra.

Nie spodziewał się, że w koszuli będzie równie sexy, jak bez niej. Jeśli nie bardziej! Dlatego, że to jego koszula? Że jej założenie zdawało się tworzyć poczucie intymności – jak gdyby Lina już była kochanką, która dzieli się z nim swoim ciałem.

– Co robisz? – Jego głos zabrzmiał tak szorstko, że podskoczyła, ale nie wstała z kolan.

– Chcę ci pomóc zdjąć buty, panie. – Odsunęła miskę z wodą na bok i wyciągnęła ręce w stronę jego stóp.

– Spójrz na mnie. – Niestrudzenie walczył ze starym zwyczajem zabraniającym podwładnym patrzenia emirowi prosto w twarz.

 

Jej fiołkowe oczy spotkały się z jego ciemnymi oczyma. Miał wrażenie, że mógłby się w nie zapaść. Szerokie, piękne i lekko skośne, co nadawało im kształt migdałów. To kobieta, która ma swoje tajemnice, ale natura stworzyła jej twarz do uśmiechu.

– Ile masz lat?

– Siedemnaście, panie.

Po prostu nastolatka! Poczuł niejasny wyrzut sumienia. Siedemnaście lat i przerażenie w oczach, choć widział, że robiła wszystko, by go nie okazać. Sam miał dwadzieścia pięć, ale teraz czuł się znacznie starszy.

Mimo zmęczenia odczuwał pewne rozczarowanie sytuacją. Nie chciał jej nic nakazywać, ale musiał coś zrobić. Jej pełne i zmysłowe usta. Towarzysząca jej, mimo przeżywanego napięcia, otoczka spokoju. I to zmysłowo kuszące ciało. Czuł, że krew szybciej krąży mu w żyłach. Był przecież potomkiem wędrownych wojowników, Beduinów, nawykłych do tego, że zawsze brali to, co chcieli. Także kobiety.

– Mogę ci pomóc zdjąć buty, panie?

Nie zaprzeczył, bo uznał, że dzięki temu sama poczuje się bardziej potrzebna. Jeśli zastygnie w milczeniu, więcej się nie odezwie.

Zdjęła mu buty i skarpety. Przysunęła miskę z ciepłą wodą i pomogła Sajidowi zanurzyć w niej stopy.

Z ulgą poczuł, jak jego mięsnie się rozluźniają.

– Dziękuję. Teraz opowiedz mi o sobie.

– Mój ojciec był dowódcą wojskowym w Nardżifie…

Kiwnął głową. Znał to położone z dala od stolicy miasto. Odwiedził je w ubiegłym roku podczas objazdu prowincji. Spotkał też wtedy starego Rahmana, człowieka poważnego i oddanego tradycji. Teraz jednak nie mógł zrozumieć, dlaczego ten wysłał córkę w darze dla starego emira – kobieciarza i gwałtownika.

– Masz rodzeństwo?

– Niestety nie. Rodzice nie mieli synów. Tylko mnie.

– To ojciec wysłał cię do mojego wuja?

– Nie, ojciec nie żyje. Wysłał mnie jego brat i żona.

– A matka?

– Umarła dawano temu. Gdyby żyła, nie pozwoliłaby mnie nigdzie wysłać. – Jej głos nagle przybrał na sile. Zabrzmiało w nim echo oburzenia.

Zdjęła z ramienia niewielki ręcznik i położyła go na kolanach. Podniosła prawą stopę emira. W pewny i zręczny sposób oparła ją na ręczniku.

Patrzył, jak wyciera mu stopę. Po chwili mocnymi naciśnięciami kciuka zaczęła masować jej podeszwę. Sprawnie odnajdowała punkty pozwalające uwalniać napięcie. Poczuł, jak nie tylko stopę, ale i ciało zalewa mu fala ciepła. W jego zmęczonych oczach pojawił się błysk ożywienia.

– Robiłaś to już przedtem?

– Tak, ojcu. – Jej twarz na chwilę złagodniała i pojaśniała.

– A wujowi?

– Nie, byłoby to nie na miejscu. Ciotka kategorycznie zabroniła mi choćby tylko dotykania którekolwiek z członków rodziny.

– Jest ich więcej?

– Mają trzech synów. Ale i tak za nic w świecie żadnego z nich bym nie dotknęła. Wolałabym dotknąć zapchlonego psa. Są obleśni, grubi i brzydcy.

Uśmiechnął się do siebie. Ten „skromny” dar dla wuja wcale nie jest taki skromny.

– Rozumiem. A oni chcieli cię dotykać?

Kiwnęła głową, prychając nosem z niesmakiem. Jej piersi uniosły się pod koszulą.

– Oskarżali mnie, że ich mamię, kuszę i uwodzę, a nigdy nawet na żadnego z nich nie spojrzałam. Unikałam ich jak ognia. Ale to nie wystarczyło. Mówili, że używam specjalnych perfum, by ich uwieść. – W swoim oburzeniu zapomniała nawet o własnym strachu i przez chwilę… także o masażu.

W myślach potępiał zachowanie braci, ale jako mężczyzna rozumiał ich pożądanie. Zdenerwowana i przerażona, Lina była najsłodszą istotą na świecie. Gdy się ożywiała, stawała się jeszcze bardziej cudowna i wspaniała.

Sam zresztą odczuwał niebezpieczną siłę przyciągania tej dziewczyny.

Była młodziutka i bezbronna. W dodatku pod jego opieką. Inaczej niż wuj, uważał, że ludzi nie można ofiarowywać jako prezenty czy traktować jak zbędny towar jednorazowego użytku.

Nie dziw, że rodzina wysłała ją do stolicy. Pewnie dlatego, by jej męscy członkowie nie ulegali pokusom. Domyślał się, że między nią a ciotką i wujem trudno byłoby szukać więzi miłości.

– Nie masz innych krewnych, którzy mogliby cię przyjąć?

Spuściła wzrok. Skupiła się na wytarciu, a później masowaniu lewej stopy emira. Jego ciało znowu przeszyło cudowne poczucie rozluźnienia napiętych mięśni. Nigdy nie masowano mu stóp. Pomyślał, że to nawet dobrze, bo z pewnością uzależniłby się od takiego masażu.

– Wuj przeniósł swoją rodzinę do domu mojego ojca. Nie mam innych krewnych. Matka byłą tancerką. Znacznie młodszą od ojca. Miejscowi nie akceptowali jej. Gdy ojciec zmarł, nikt nie zaoferował mi domu.

Patrzył na jej piękną twarz. Miała spuszczony wzrok. Zaciśnięte usta i wyraz nachmurzenia nadawały jej jeszcze więcej uroku. Nic nie było w stanie przesłonić tego sięgającego w sam głąb duszy piękna.

Miał jednak na głowie proces wdrażania porozumienia pokojowego i reorganizacji rządu. Nie miał czasu na ratowanie zagubionych dziewcząt.

Ale nie mógł też kazać jej po prostu odejść. Zmusić sierotę bez rodziny do powrotu do mieściny, która nienawidziła jej matki i gdzie kobiety traktowano jak towar? Nie! Zbyt często słyszał i widział podobne historie za rządów jego wuja. Zmianę takich nastawień uznawał za jeden z głównych celów własnych rządów.

Lina nie miała jednak wyboru. Ani domu.

Kto może wziąć za nią odpowiedzialność, jak nie emir?

Swoje obowiązki zawsze traktował poważnie.

– Dziękuję za masaż, Lino. – Usiłował zignorować dziwne podniecenie, którym sam czuł się zaskoczony.

Wstał.

– Możesz odjeść – powiedział oschłym tonem, jakby świadomie chcąc zapomnieć o delikatnie zmysłowych ruchach i takim samym spojrzeniu wciąż klęczącej przed nim dziewczyny. – Zobaczymy się jutro. Mój sekretarz powie ci, kiedy.

Uniosła brwi ze zdziwienia. Jej twarz nagle rozświetlił szczery i promienny uśmiech. Inny niż dotychczasowe.

– Dziękuję ci, panie. Nie będziesz tego żałować. – Wstała i z radości jak tancerka podniosła się na czubkach palców.

Patrzył na nią z fascynacją zmieszaną z pożądaniem.

Siedemnaście lat. Tylko siedemnaście!

Nie tylko oszałamiającą urodą, ale i niemal wszystkim innym różniła się od kobiet, jakie dotąd wybierał.

Były doświadczone i niezależne. Namiętne na tyle, by spełnić jego wymagania i apetyt seksualny, ale i na tyle inteligentne, by zbytnio nie przedłużać pobytu w pałacu. Pozwalał sobie tylko na tydzień zaspokajania potrzeb cielesnych i wracał do uciążliwych obowiązków, a one doskonale to rozumiały. Tak funkcjonował jego rygorystyczny, osobisty system kontroli. Raz na jakiś czas tydzień wolnego na zaspokojenie popędu seksualnego, a potem powrót do pracy.

Większość kochanek była cudzoziemkami, które chętnie pisały się na przygodę i przeżycie egzotycznego seksu z następcą tronu. I blondynkami. Nie przepadał za wychowanymi na prowincji brunetkami.

Do teraz.

Musi coś dla niej wymyślić. Znaleźć jej miejsce do życia. Lina nie może bez końca mieszkać w pałacu. Jego powściągliwość też ma swoje granice. Nic więcej nie może dla niej zrobić.