W niemieckim domuTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Część 1

Część 2

Część 3

Część 4

Uwagi końcowe

Przypisy

Tytuł oryginału: DEUTSCHES HAUS

Opieka redakcyjna: KATARZYNA KRZYŻAN-PEREK

Redakcja: ANETA TKACZYK

Konsultacja historyczna: ANDRZEJ BRZEZIECKI

Korekta: ANNA RUDNICKA, URSZULA SROKOSZ-MARTIUK, BARBARA TURNAU

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Zdjęcia na okładce

© Ildiko Neer/Arcangel Images

© Lee Avison/Trevillion Images

© Szymon Kaczmarczyk

Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ

Copyright © by Ullstein Buchverlage GmbH, Berlin

Published in 2018 by Ullstein Verlag

All rights reserved

© Copyright for the Polish translation by Barbara Niedźwiecka

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2019

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-07109-0

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

CZĘŚĆ 1

.

W nocy znowu się paliło. Wyszła z domu bez płaszcza na lekko ośnieżoną ulicę i natychmiast poczuła swąd spalenizny. Tym razem pożar musiał wybuchnąć gdzieś niedaleko. Wokół panowała cisza, jak zwykle w niedzielę o tej porze. W wilgotnym zimowym powietrzu czuć było wyraźnie zapach spalonej gumy, tkaniny, metalu, ale też skóry i włosów. Niektóre matki chroniły swe nowo narodzone dzieci przed zimnem, okrywając je owczą skórą. Kto to robi? – nie po raz pierwszy zastanawiała się Ewa. Od pewnego czasu nieznany sprawca zakradał się nocami od tyłu do wnętrza domów czynszowych i podpalał pozostawione na korytarzach wózki dziecięce. „Jakiś wariat albo chuligani!” – mówili ludzie. Na szczęście ogień nie zajął, jak do tej pory, żadnego z domów. Nikt jeszcze nie ucierpiał. Nie licząc oczywiście szkód materialnych. U Hertiego[1] nowy wózek dziecięcy kosztuje sto dwadzieścia marek. Niemały wydatek dla młodych małżeństw.

„Młode małżeństwa” – te słowa kołatały jej się w głowie, gdy w zdenerwowaniu chodziła w tę i we w tę po chodniku. Było przeraźliwie zimno, ale Ewa nie czuła chłodu, chociaż miała na sobie tylko nową jasnoniebieską sukienkę z jedwabiu. Z ekscytacji aż się spociła. Czekała bowiem na „oblubieńca”, jak go ironicznie nazywała jej siostra. Ewa chciała dzisiaj, w trzecią niedzielę adwentu, przedstawić rodzicom swego przyszłego małżonka. Zaprosili go na obiad. Ewa spojrzała na zegarek. Trzy minuty po trzynastej. Jürgen się spóźniał.

Co pewien czas ulicą przejeżdżał powoli jakiś samochód. Niedzielni kierowcy. Padała „śnieżawka”. Słowo to wymyślił ojciec Ewy dla takiego właśnie zjawiska atmosferycznego: z chmur opadały maleńkie zmrożone drobinki, jakby ktoś oskrobywał olbrzymi blok lodu. Ten ktoś, kto o wszystkim decyduje. Ewa spojrzała w górę, na szare niebo ponad białymi dachami. I dopiero wtedy się zorientowała, że ktoś ją obserwuje. W oknie na pierwszym piętrze, nad napisem „Deutsches Haus” (Niemiecki Dom), a konkretnie nad literami „au”, stała bez ruchu jasnobrązowa postać i spoglądała na Ewę, jakby się z nią żegnała. Matka. Ewa szybko odwróciła się do niej plecami. Przełknęła ślinę. Tego tylko brakowało, żeby się teraz rozpłakała.

Drzwi restauracji się otworzyły i ze środka ciężkim krokiem wyszedł ojciec. W bluzie kucharza wyglądał na porządnego i solidnego człowieka. Ignorując córkę, otworzył gablotkę na prawo od drzwi, żeby umieścić w niej nowy jadłospis. Był to oczywisty pretekst, Ewa doskonale wiedziała, że jadłospis zostanie zmieniony dopiero w ostatki. Tak naprawdę ojciec się martwił. Był do niej bardzo przywiązany i jego oczekiwanie na przybycie tego nieznanego mężczyzny było podszyte nutą zazdrości. Ewa usłyszała, jak ojciec podśpiewuje; chciał zapewne w ten sposób podkreślić, że wykonuje całkowicie rutynową czynność. Niezrażony tym, że niemiłosiernie fałszuje, z werwą mruczał ludową przyśpiewkę. Ku swemu szczeremu ubolewaniu Ludwik Bruhns nie miał za grosz słuchu.

– Przed bramą stoimy, wesoło nucimy, pod drzewem liiiipowym.

W oknie obok matki pojawiła się druga kobieta, młodsza, z natapirowanymi jasnoblond włosami. Pomachała Ewie z przesadnym entuzjazmem, ale nawet z tej odległości można było dojrzeć jej przygnębienie.

Ewa nie miała jednak sobie nic do zarzucenia. Czekała dość długo na to, by jej starsza siostra pierwsza wyszła za mąż. Ale Annegret skończyła już dwadzieścia osiem lat. I na dodatek robiła się coraz grubsza. Dlatego Ewa – po cichej naradzie z rodzicami – postanowiła postąpić wbrew niepisanym zasadom. Dopóki nie było za późno. Jeszcze trochę i sama zostałaby starą panną. Nigdy nie miała zbyt wielu adoratorów, co wprawiało jej rodzinę w zdumienie. Ewa była przecież bardzo atrakcyjna: miała pełne usta, wąski nos i długie blond włosy, które sama sobie podcinała, czesała i układała w misterny kok. Ale w jej oczach często malował się niepokój, jakby się spodziewała nadejścia jakiejś katastrofy. Ewa podejrzewała, że właśnie to odstrasza od niej mężczyzn.

Pięć po trzynastej. A Jürgena nie ma. Za to otworzyły się drzwi na lewo od restauracji. Wyszedł z nich młodszy brat Ewy – Stefan. Nie założył kurtki, na co matka w oknie na górze zareagowała nerwowym pukaniem w szybę i gwałtowną gestykulacją. Ale Stefan patrzył przekornie przed siebie. Dobrze, że chociaż założył pomarańczową wełnianą czapkę i rękawiczki w tym samym kolorze. Ciągnął za sobą sanki. Obskakiwał go Purcel, czarny jamnik, złośliwy, lecz kochany przez wszystkich członków rodziny.

– Ale smród! – powiedział Stefan.

Ewa westchnęła.

– Jeszcze was tu brakowało! Utrapienie z taką rodziną!

Stefan zaczął chodzić po chodniku w tę i z powrotem, ciągnąc za sobą sanki po cienkiej warstwie śniegu. Purcel obwąchał latarnię, kilka razy okręcił się w miejscu, a potem zrobił kupę, nad którą pojawił się obłoczek pary. Płozy sanek skrzypiały po asfalcie. Do tego doszło szuranie szuflą. To ojciec zaczął odgarniać śnieg przed drzwiami wejściowymi. Ewa dostrzegła, jak złapał się za plecy i zmrużył oczy. Znów go boli, ale się do tego nie przyzna. Już od dawna, jak to określał, „potwornie łupało” go w krzyżu. Któregoś ranka w październiku miał taki atak, że nie mógł wstać. Ewa wezwała pogotowie, w szpitalu zrobili mu prześwietlenie i zdiagnozowali dyskopatię. Poddano go operacji, a lekarz nakazał mu zrezygnować z dalszego prowadzenia restauracji. Wtedy Ludwik Bruhns oświadczył, że ma rodzinę na utrzymaniu. Z małej emerytury nie zdołałby jej wyżywić. Starali się go przekonać, żeby nie pracował tyle w kuchni i zatrudnił kucharza. Ale nie chciał wpuścić nikogo obcego do swego królestwa. W końcu poszedł na kompromis i zrezygnował z wydawania obiadów. Od jesieni otwierali dopiero wieczorem. Obroty od tamtego czasu spadły prawie o połowę, ale plecy Ludwika miały się lepiej. Ewa wiedziała, że na wiosnę ojciec bardzo by chciał znowu otwierać lokal w porze obiadowej. Kochał swoją pracę. Uwielbiał, gdy goście biesiadowali w jego restauracji, gdy im smakowało i wychodzili do domu zadowoleni, syci i wstawieni. „Moje jedzenie krzepi ciało i ducha” – zwykł mawiać. A mama Ewy wtedy żartowała: „Kucharzem zostaje, komu rozumu nie staje”. Ale bez choćby cienia złośliwości.

Ewa w końcu poczuła, że jest jej zimno. Skuliła się i zadygotała. Miała nadzieję, że Jürgen potraktuje jej rodziców z należnym szacunkiem. Widziała bowiem kilka razy, z jakim lekceważeniem odnosił się do kelnerów i osób o niższej pozycji.

– Policja! – zawołał Stefan.

Nadjechał czarno-biały samochód z kogutem na dachu. W środku siedzieli dwaj mężczyźni w granatowych mundurach. Stefan zastygł w bezruchu ze strachu. Ewa pomyślała, że policjanci jadą zapewne do spalonego dziecięcego wózka, żeby zabezpieczyć ślady i przesłuchać mieszkańców domu, czy w nocy nie zauważyli czegoś podejrzanego. Radiowóz przejechał obok nich prawie niesłyszalnie. Obaj funkcjonariusze najpierw skinęli głową Ludwikowi, potem Ewie. Wszyscy się znali w tej dzielnicy. Potem pojazd skręcił w Königstraße. Tak, na pewno paliło się na naszym osiedlu. W tym nowym, różowym bloku. Tam mieszka kilka rodzin. Młodzi rodzice.

Dwanaście po trzynastej. Nie przyjedzie. Zmienił zdanie. Jutro do mnie zadzwoni i powie, że nie pasujemy do siebie: Ewo, przykro mi, ale przepaść społeczna, jaka dzieli nasze rodziny, jest nie do pokonania.

 

Pac!!! Stefan rzucił śnieżką. Trafił ją dokładnie w mostek. Śnieg spłynął jej za dekolt. Ewa chwyciła brata za sweter i przyciągnęła do siebie.

– Zwariowałeś? To nowa sukienka!

Chłopak uśmiechnął się głupkowato. Zawsze tak wyglądał, gdy napsocił. Ewa chciała mu jeszcze nagadać do słuchu, ale w tym samym momencie na końcu ulicy pojawił się żółty samochód Jürgena. Serce zaczęło jej walić jak oszalałe. Przeklęła swoje słabe nerwy, przez które była już nawet u lekarza. Próbowała spokojnie oddychać. Bez skutku. Patrząc, jak auto Jürgena podjeżdża pod ich dom, nagle sobie uświadomiła, iż nie zdoła przekonać rodziców, że będzie z nim szczęśliwa. Nie pomogą nawet pieniądze. Za szybą samochodu widziała już twarz mężczyzny. Wyglądał na zmęczonego, miał poważną minę. I nawet na nią nie spojrzał. Przez moment miała wrażenie, że doda gazu i pojedzie dalej. Ale zaczął hamować.

– On ma czarne włosy! Jak Cygan! – zawołał na jego widok Stefan.

Jürgen podjechał trochę za blisko chodnika. Opona zapiszczała, gdy obtarł nią o krawężnik. Stefan wziął Ewę za rękę. Czuła, jak śnieg topnieje jej w dekolcie. Jürgen wyłączył silnik i przez chwilę siedział jeszcze w samochodzie, przyglądając się otoczeniu. Zapewne nigdy nie zapomni tej sceny: oto dwie kobiety stoją w oknie na górze, nad słowem „Haus”, jedna gruba, a druga niska, obie przekonane, że ich nie widać; chłopiec z sankami przygląda mu się z ciekawością; krępy ojciec sterczy w drzwiach restauracji, w rękach trzyma szuflę do odgarniania śniegu, a jego mina świadczy o tym, że jest gotowy na wszystko. Cała czwórka patrzy na niego jak na złoczyńcę, który wchodzi po raz pierwszy na salę sądową i zajmuje miejsce na ławie oskarżonych. Tylko spojrzenie Ewy pełne jest lękliwej miłości.

Jürgen przełknął ślinę, założył kapelusz, z siedzenia pasażera wziął bukiet kwiatów zawinięty w bibułkę. Wysiadł i podszedł do Ewy. Chciał się uśmiechnąć, ale coś go nagle uszczypnęło w tył łydki. Jamnik.

– Purcel! Idź sobie! – zawołała Ewa. – Stefan, zabierz go do domu! Do sypialni!

Stefan mruknął niechętnie, ale złapał psa i zaniósł wyrywające się zwierzę do domu.

Ewa i Jürgen, zakłopotani, wymienili ze sobą spojrzenia. Nie wiedzieli, jak się mają przywitać na oczach rodziny. Podali sobie dłonie i zaczęli mówić jednocześnie:

– Przykro mi, ale oni są tacy ciekawi.

– Cóż za komitet powitalny! Czym sobie zasłużyłem?

Gdy Jürgen puścił dłoń Ewy, ojciec, matka i siostra zniknęli ze swoich punktów obserwacyjnych – pochowali się jak zające w norze. Ewa i Jürgen pozostali sami. Lodowaty wiatr owiewał ulicę.

– Masz ochotę na gęś? – zapytała Ewa.

– Od wielu dni o niczym innym nie marzę.

– Gdy tylko znajdziesz wspólny język z moim bratem, wszyscy będą po twojej stronie.

Oboje się zaśmiali, chociaż sami właściwie nie wiedzieli, co ich tak rozbawiło. Jürgen ruszył ku restauracji, ale Ewa skierowała go w lewo, do drzwi prowadzących do domu. Nie chciała z nim przechodzić przez ciemną salę jadalną przesiąkniętą zapachem piwa i papierosów. Do mieszkania nad restauracją weszli wypastowanymi schodami z czarną poręczą. Dwupiętrowy dom został prawie całkowicie zniszczony w czasie wojny, podczas nalotu. Rankiem, gdy zapanował spokój, okazało się, że przetrwał jedynie długi bar. Stał pod gołym niebem, bez żadnej ochrony przed kaprysami pogody. Po wojnie dom odbudowano.

Na górze, w drzwiach mieszkania, czekała matka Ewy. Usta ułożyła w uśmiech zarezerwowany zazwyczaj dla stałych gości restauracji. Stefan nazywał to „słodką miną”. Edith Bruhns założyła naszyjnik z dwóch sznurów granatów, pozłacane kolczyki typu wkręty z wiszącymi perełkami i broszkę z czystego złota w kształcie listka koniczyny. Ewa była zaskoczona widokiem tych wszystkich świecidełek. Przypomniała jej się bajka, którą czytała Stefanowi, ta o choince, którą po Bożym Narodzeniu wyniesiono na strych, a na wiosnę spalono na podwórku. W jej zasuszonych gałązkach wciąż jeszcze wisiały zapomniane resztki Wigilii.

Przynajmniej mama wystroiła się stosownie do trzeciej niedzieli adwentu – pomyślała Ewa.

– Panie Schorrmann, cóż za pogodę przywiózł pan ze sobą? A co to? Róże w grudniu!? Gdzie je pan zdobył, panie Schorrmann?

– Jego nazwisko brzmi Schoormann, mamo, przez dwa „o”.

– Niech pan poda mi swój kapelusz, panie Schooormann.

Przeszli do pokoju dziennego, wykorzystywanego w niedziele także jako jadalnia. Naprzeciw Jürgenowi wyszedł Ludwik Bruhns. Ręce miał zajęte, w jednej trzymał szpikulec, w drugiej nożyce do drobiu. Na powitanie podał więc Jürgenowi prawy nadgarstek. Jürgen przeprosił za spóźnienie. To przez ten śnieg.

– Niech się pan nie przejmuje, nic się nie stało. To duża gęś, ponad siedem kilo. Potrzebuje czasu, żeby dojść.

Z głębi mieszkania wyłoniła się Annegret. Podeszła do Jürgena. Oczy miała pomalowane czarną kredką – nieco zbyt mocno, a usta szminką – nieco zbyt pomarańczową. Podała Jürgenowi rękę i uśmiechnęła się konspiracyjnie.

– Moje gratulacje. Czeka na pana naprawdę niezła sztuka.

Jürgen nie wiedział, czy Annegret miała na myśli gęś, czy Ewę.

Niedługo potem wszyscy siedzieli przy stole jadalnym i wpatrywali się w parującego ptaka. Obok w kryształowym wazonie stały przyniesione przez Jürgena żółte róże; wyglądały jak dekoracja grobu. Radio grało cicho i niewyraźnie świąteczną muzykę. Na kredensie obracała się piramida bożonarodzeniowa, którą wprawiały w ruch trzy płonące świece. Czwarta świeczka była nowa, jeszcze nieużywana. W środku piramidy stali przed stajenką Maryja i Józef, oboje nieruchomi, między nimi żłóbek z nowo narodzonym Dzieciątkiem. Wokół Świętej Rodziny krążyli niezmordowani pastuszkowie z owieczkami i trzej królowie z wielbłądami. Nigdy nie zatrzymają się przed Świętą Rodziną, nigdy nie złożą Dzieciątku Jezus swoich prezentów. Ewa jako dziecko bardzo się tym przejmowała. Nawet wyrwała z rąk murzyńskiego króla podarek i położyła go przy żłóbku. Podczas następnego Bożego Narodzenia okazało się, że mała czerwona paczuszka z drewna gdzieś się zawieruszyła i od tego czasu murzyński król krążył wokół stajenki z pustymi rękoma. Jego podarunek nigdy się już nie odnalazł. Mama Ewy opowiadała tę historię co roku w okresie przedświątecznym, po zniesieniu piramidy ze strychu. Ewa miała pięć lat, gdy to zrobiła, ale w ogóle nie mogła sobie tego zdarzenia przypomnieć.

Tata Ewy zaczął ciąć gęś wzdłuż, nożycami, przez pierś.

– Czy ona kiedyś żyła? – Stefan zapytał ojca.

– Nie, to sztuczna gęś. Tylko do jedzenia.

– To ja chcę mięso z piersi – Stefan podsunął swój talerz.

– Króliczku, najpierw gość. – Mama Ewy wzięła talerz Jürgena, wykonany w drezdeńskiej manufakturze i ozdobiony fantazyjnymi zielonymi ornamentami. Przytrzymała go, żeby mąż mógł nałożyć porcję.

Ewa dostrzegła, że Jürgen rozejrzał się dyskretnie po mieszkaniu. Przejechał wzrokiem po sfatygowanej sofie przykrytej narzutą w żółtą kratę, którą matka przesłoniła wytarte miejsce; lewy podłokietnik zamaskowała własnoręcznie zrobioną na szydełku małą serwetą. Właśnie tam zwykle siadywał ojciec, gdy wracał po północy z kuchni. Kładł wtedy stopy na niskim wyściełanym stołeczku, jak zalecił mu lekarz. Na ławie leżał tygodnik „Przyjaciel Domu” – otwarty na rozwiązanej już w jednej czwartej krzyżówce. Kolejna szydełkowa serweta okrywała cenny telewizor. Jürgen wciągnął nosem zapach jedzenia i podziękował uprzejmie za pełen talerz, który postawiła przed nim pani domu. Obróciła go tak, żeby posiłek wyglądał jak najbardziej apetycznie. Zakołysały się jej kolczyki. Ojciec zdjął białą bluzę kucharską, włożył niedzielną marynarkę i usiadł obok Ewy. Miał na policzku małą zieloną drobinkę, prawdopodobnie natkę pietruszki. Ewa starła mu ją szybko z pucołowatej twarzy. Ojciec przytrzymał jej rękę i ścisnął krótko, nie patrząc na córkę. Ewa przełknęła ślinę. Złościła się na Jürgena i jego pogardliwe spojrzenie. Owszem, był przyzwyczajony do czegoś innego, ale przecież musiał dostrzec, że rodzice się starają; to porządni ludzie i bardzo mili.

Wszyscy początkowo jedli w milczeniu. Annegret, jak zawsze w towarzystwie, zachowywała umiar, dłubała w daniu pozornie bez apetytu. Później w kuchni pochłonie resztki z talerzy, a nocą dobierze się w spiżarce do zimnej gęsiny.

– Może pieprzu, panie Schooormann? Albo soli? – Annegret podała Jürgenowi zestaw pojemników na przyprawy i mrugnęła do niego.

Jürgen podziękował. Ojciec Ewy to dostrzegł.

– Jeszcze się nie zdarzyło, żeby ktoś musiał doprawiać moje jedzenie – powiedział bez podnoszenia głowy.

– Ewa mówiła, że jest pani pielęgniarką. Pracuje pani w szpitalu miejskim? – Jürgen zwrócił się do Annegret, która była dla niego zagadką.

Ta wzruszyła tylko ramionami, jakby uważała, że nie warto o tym mówić.

– Na jakim oddziale pani pracuje?

– Noworodkowym.

Zapanowała cisza, w której nagle wszyscy usłyszeli głos spikera w radiu: „Z okazji trzeciej niedzieli adwentu babcia Hildegarda pozdrawia z Gery rodzinę w Wiesbaden, a szczególnie ośmioletniego ciotecznego wnuka Heinera”. Zaczęła grać muzyka.

Edith uśmiechnęła się do Jürgena.

– Czym zajmuje się pan zawodowo, panie Schooormann?

– Studiowałem teologię. A teraz pracuję w firmie ojca. W zarządzie.

– Sprzedaż wysyłkowa? Prawda? Pańska rodzina prowadzi sprzedaż wysyłkową? – zapytał tym razem ojciec.

Ewa dała mu kuksańca.

– Tato! Nie udawajcie wszyscy głupszych, niż jesteście!

Chwila ciszy, a potem wszyscy się roześmieli, nawet Stefan, chociaż nie rozumiał, o co chodzi. Ewa poczuła, że opada z niej napięcie. Wymieniła z Jürgenem spojrzenia: Wszystko pójdzie gładko!

– Oczywiście my też mamy katalog Schoormanna – powiedziała matka Ewy.

Stefan falsetem zaśpiewał hasło reklamowe:

– Co Schoormann ma, to Schoormann sprzeda. Ding-Dong! Dong-Ding!

Jürgen zapytał z udawaną surowością:

– Czy już coś u nas zamawialiście? To kluczowe pytanie.

Edith odpowiedziała gorliwie:

– Oczywiście. Suszarkę do włosów i kurtkę przeciwdeszczową. Byliśmy bardzo zadowoleni z zakupu. Ale powinniście też mieć w sprzedaży pralki automatyczne. Po tak duży zakup nie mam ochoty iść do Hertiego, bo tam zawsze wcisną mi jakieś byle co. A jak człowiek ma katalog, może się spokojnie zastanowić w domu.

Jürgen skinął przyjaźnie głową.

– Ma pani rację, pani Bruhns. Planuję właśnie wprowadzić w firmie kilka zmian.

Ewa spojrzała na niego zachęcająco, odchrząknął więc i mówił dalej:

– Ojciec jest chory, niedługo może się okazać, że nie da już rady zarządzać firmą.

– Przykro nam to słyszeć – powiedziała matka.

– Cóż takiego mu dolega? – Ojciec podał Jürgenowi sosjerkę.

Jürgen nie miał ochoty wchodzić w szczegóły. Polał sosem mięso na swoim talerzu.

– Smakuje wspaniale – powiedział.

– Cieszę się.

Ewa wiedziała, że stary Schoormann cierpi na coraz bardziej pogłębiającą się demencję. Jürgen tylko raz opowiedział jej o chorobie ojca. Staruszek miewał lepsze i gorsze dni, ale należało się spodziewać, że miażdżyca będzie siała coraz większe spustoszenie. Ewa jeszcze nie poznała ojca Jürgena ani jego drugiej żony. W pierwszej kolejności to narzeczony powinien odwiedzić rodziców swojej wybranki. Ewa posprzeczała się z Jürgenem. Chciała, żeby już podczas tej wizyty poprosił rodziców o jej rękę. On jednak był temu przeciwny. Gdyby z miejsca wyskoczył z tego rodzaju prośbą, rodzice Ewy mogliby go uznać za człowieka niepoważnego. Albo, co gorsza, pomyśleliby, że zdążył już coś zmajstrować. Ich dyskusja stanęła na niczym. Ewa próbowała wyczytać z twarzy Jürgena, czy zamierza dzisiaj poprosić ojca o jej rękę. Ale jego spojrzenie niczego nie zdradzało. Popatrzyła na dłonie narzeczonego, które trzymały sztućce bardziej kurczowo niż zwykle. Ewa jeszcze nie miała z Jürgenem „fizycznego zbliżenia”, jak tę czynność nazywał doktor Gorf. Niemniej jednak była na to gotowa, zwłaszcza że straciła dziewictwo już dwa lata temu. Ale Jürgen miał jasno sprecyzowane oczekiwania: przed zawarciem ślubu nie będą ze sobą sypiać. Był osobą konserwatywną. Żona miała się podporządkować mężowi. Już podczas ich pierwszego spotkania patrzył na Ewę tak, jakby czytał w jej myślach, jakby lepiej od niej wiedział, co jest dla niej dobre. A Ewa, która aż nazbyt często nie wiedziała, czego właściwie chce, nie sprzeciwiała się temu, żeby ją prowadził. I w tańcu, i w życiu. Poza tym dla niej, córki restauratora z Bornheim, małżeństwo z szanowanym przedsiębiorcą miało być awansem społecznym. Ewie zakręciło się w głowie na tę myśl. Ale był to radosny zawrót głowy.

 

Po obiedzie Ewa i jej matka szykowały w przestronnej kuchni kawę. Annegret się pożegnała. Musiała iść do pracy na nocną zmianę, żeby pielęgnować w szpitalu te swoje noworodki. Ale słodyczami i tak nie zamierzała się objadać – frankfurcki wieniec z kremem maślanym w ogóle jej nie „interesował”. Ewa pokroiła ciasto na grube plastry. Matka zajęła się mieleniem ziaren kawy w małym elektrycznym młynku. Podczas tej czynności przyglądała się bacznie warczącemu urządzeniu. Gdy umilkło, powiedziała:

– Ewuniu, on przecież w ogóle nie jest w twoim typie. To znaczy, gdy porównuję go z Peterem Krausem... Zawsze miałaś słabość do Petera...

– Mówisz tak, bo Jürgen nie jest blondynem?

Ewa się przestraszyła. Jak na dłoni widać było, że matka nie polubiła Jürgena. A Ewa ceniła jej przenikliwość i znajomość natury ludzkiej. Edith Bruhns – jako żona restauratora – spotykała w swym życiu rozmaitych ludzi. Niemal od razu potrafiła odróżnić osobę przyzwoitą od nieprzyzwoitej.

– Te czarne oczy...

– Mamo, jego oczy są ciemnozielone! Musisz się tylko dobrze przyjrzeć.

– Skoro tak twierdzisz. Jego rodzinie też nie można nic zarzucić. Ale chcę być wobec ciebie szczera, nie potrafię inaczej, moje dziecko. On nie da ci szczęścia.

– Może byś go najpierw lepiej poznała.

Matka zaczęła przelewać wrzątek przez sitko napełnione kawą drogiej marki Hochland. Po kuchni rozszedł się wspaniały aromat.

– Jest zbyt skryty. Czuję się przy nim nieswojo.

– Dużo rozmyśla. W końcu chciał zostać księdzem...

– Boże uchowaj.

– Przez osiem semestrów studiował teologię. Potem jednak poznał mnie i uświadomił sobie, że nie chce żyć w celibacie.

Ewa roześmiała się, ale jej matka pozostała poważna.

– Na pewno przerwał studia z powodu choroby ojca, prawda? Bo musi przejąć firmę.

– Tak – westchnęła Ewa.

Matka nie miała nastroju do żartów. Obie patrzyły na kawę, która bulgocząc, przepływała przez filtr.

W pokoju Jürgen i ojciec Ewy siedzieli i popijali koniak. Radio grało niezmordowanie. Jürgen palił papierosa. Przyglądał się przy tym masywnemu obrazowi olejnemu nad kredensem. Na płótnie ukazane było rozlewisko skąpane w czerwieni słońca zachodzącego za groblą. Kilka krów pasło się na soczystej trawie. Obok chaty kobieta w białej sukni wieszała pranie. Koło niej, przy prawej krawędzi obrazu, stała jeszcze jedna postać. Została namalowana nieostro, jakby ją ktoś później doszkicował. Nie można było rozpoznać, czy to pastuch, mąż czy ktoś obcy.

Stefan klęczał na dywanie i ustawiał armię plastikowych żołnierzyków w szyku bojowym. Psu pozwolono wreszcie wyjść z sypialni. Leżał na brzuchu obok chłopca i zmrużonymi oczami obserwował szeregi małej armii, którą Stefan komenderował tuż przed jego nosem. Był tam też nakręcany metalowy czołg. Pojazd wciąż jeszcze leżał w pudełku i czekał na swoją kolej.

Tymczasem ojciec Ewy z grubsza nakreślił swojemu przyszłemu zięciowi historię rodziny:

– Pochodzę z północy, z Juist. Zresztą jeszcze nawet mówię z tamtejszym akcentem. Moi rodzice zajmowali się handlem. Zaopatrywaliśmy całą wyspę w kawę, cukier, szkło okienne. Można było u nas kupić właściwie wszystko, podobnie jak u pana, panie Schoormann. Moja matka zmarła młodo, miałem wtedy trzynaście lat. Ojciec nigdy się z tym nie pogodził. Od piętnastu lat też już nie żyje. Edith, moją żonę, poznałem w szkole hotelowej w Hamburgu w tysiąc dziewięćset trzydziestym czwartym roku, kiedy jeszcze byliśmy dzieciakami! Moja żona, choć trudno w to uwierzyć, pochodzi z rodziny artystów. Jej rodzice byli muzykami, w filharmonii. On grał pierwsze skrzypce, ona drugie. W życiu prywatnym było dokładnie odwrotnie. Matka mojej żony nadal żyje, mieszka w Hamburgu. Edith też miała grać na skrzypcach, ale natura obdarzyła ją krótkimi palcami. Marzyła, żeby zostać aktorką, ale surowo jej tego zabroniono. No to chciała przynajmniej zobaczyć świat, więc wysłali ją do szkoły hotelarskiej.

– Jak to się stało, że los przywiódł was tutaj? – zapytał Jürgen z uprzejmym zainteresowaniem.

Pieczona gęś bardzo mu smakowała. Polubił Ludwika Bruhnsa, który z takim zaangażowaniem przedstawiał mu dzieje swojej rodziny. Ewa odziedziczyła zmysłowe usta po ojcu.

– Niemiecki Dom należał do kuzyna mojej żony. Chciał go sprzedać, a my skorzystaliśmy z okazji i w czterdziestym dziewiątym roku otworzyliśmy tu restaurację. Nigdy tego nie żałowaliśmy.

– Tak, przy Berger Straße opłaca się...

– Chcę zauważyć, że to porządna dzielnica, panie Schoormann.

Jürgen uśmiechnął się, a Bruhns mówił dalej:

– No cóż, gdy zaczęły się moje problemy z plecami, lekarz sugerował, żebym zamknął restaurację! Powiedziałem mu, jaką mam emeryturę. Teraz otwieramy dopiero o piątej. Ale od wiosny koniec z tym próżniaczym życiem!

Milczeli. Jürgen zauważył, że Ludwikowi coś jeszcze leży na sercu. Czekał. Ludwik chrząknął i spojrzał na Jürgena.

– Z tymi plecami zaczęło się jeszcze w czasie wojny.

– Był pan ranny? – zapytał grzecznie Jürgen.

– Służyłem w kuchni polowej. Na froncie zachodnim. Tak dla pana wiadomości.

Ojciec Ewy dopił koniak. Jürgen trochę się zdziwił, ale nie zorientował się, że Ludwik Bruhns właśnie go okłamał.

– Paf! Paf! Paf! – Stefan ruszył do walki czołgiem. Pojazd toczył się ciężko po dywanie, jakby brnął przez grzęzawisko. Okropnie przy tym terkotał. Raz za razem przejeżdżał po małych figurkach żołnierzy.

– Chłopcze! Może byś poszedł pobawić się na korytarzu? – powiedział Jürgen.

Stefan spojrzał na niego. W tym momencie Jürgen, który co prawda obawiał się bezpośredniości dzieci, przypomniał sobie słowa Ewy, że ma podbić serce Stefana.

– Pokażesz mi swój czołg? – zapytał.

Chłopiec wstał i podał mu blaszaną zabawkę.

– Jest prawie dwa razy tak duży jak czołg Thomasa Preisgaua – oznajmił.

– Thomas to jego najlepszy kolega – wyjaśnił Ludwik i nalał koniaku.

Jürgen zaczął się z przesadnym entuzjazmem zachwycać czołgiem. Stefan podniósł z podłogi żołnierzyka.

– Zobacz, pomalowałem go na czarno. To Amerykanin! Murzyn!

Jürgen popatrzył na małą plastikową figurkę z zaczernioną twarzą, którą brat Ewy trzymał w wyciągniętej ręce. Była krwistoczerwona. Jürgen zamknął oczy, ale obraz nie zniknął od razu.

– A pod choinkę dostanę wiatrówkę.

– Wiatrówkę – powtórzył głucho Jürgen.

Oddał Stefanowi czołg i wypił spory łyk koniaku. To wspomnienie zaraz przejdzie – pomyślał.

Ludwik przyciągnął do siebie Stefana.

– Skąd możesz o tym wiedzieć, mój mały?

– Zawsze dostaję to, o czym marzę.

Ludwik spojrzał na Jürgena przepraszającym wzrokiem.

– To niestety prawda. Chłopiec jest kompletnie rozpuszczony. Razem z żoną nie spodziewaliśmy się już, że po dwóch córkach przytrafi nam się jeszcze jedno dziecko.

W tym momencie w korytarzu zadzwonił telefon. Stefan pierwszy dobiegł do aparatu.

– Tu dom rodziny Bruhnsów. Stefan Bruhns przy aparacie. Kto dzwoni? – wyterkotał. Przez chwilę nasłuchiwał, potem zawołał: – Ewa, pan Körting! Do ciebie!

Ewa wyszła z kuchni, wytarła dłonie o fartuszek i wzięła od niego słuchawkę.

– Pan Körting? Kiedy? Natychmiast? Ale my właśnie...

Przerwano jej. Słuchała, spoglądając przez otwarte drzwi na obu mężczyzn siedzących przy stole. Uznała, że wyglądają na dość zżytych. Potem powiedziała do aparatu:

– Tak, dobrze, przyjadę. – Odłożyła słuchawkę. – Jürgen, tak mi przykro. Dzwonił mój szef. Muszę jechać do pracy!

Matka wyszła z kuchni, niosąc tacę z ciastem.

– W niedzielę adwentową?

– To widocznie bardzo pilna sprawa. W przyszłym tygodniu mają wyznaczony termin w sądzie.

– No cóż, mus to mus, a sznaps to sznaps, jak zawsze powtarzam. – Ludwik wstał. – Ale pan niech jeszcze zostanie! Spróbuje pan ciasta – powiedział do Jürgena, który też się podniósł.

– Jest z prawdziwym masłem. Całe pół kilo – uzupełniła Edith.

– I jeszcze nawet nie widziałeś mojego pokoju! – dodał Stefan.

Przebrała się. Miała teraz na sobie granatową garsonkę. Jürgen wyszedł z nią na korytarz, pomógł jej założyć płaszcz i powiedział przy tym zabawnie zrozpaczonym głosem:

– Specjalnie to zaaranżowałaś. Taki test, prawda? Chcesz mnie zostawić sam na sam ze swoją rodziną, żeby sprawdzić, jak sobie poradzę?

– Nie zjedzą cię.

– Twój ojciec ma przekrwione oczy.

– To od tabletek przeciwbólowych. Za godzinę wrócę. Na pewno chodzi o odszkodowanie. Podobno trafiły do nas dostawy spleśniałego zboża.

– Mam cię podwieźć?

– Ktoś po mnie przyjedzie.

– Pojadę z tobą. Nie wypada, żebyś jechała z jakimś mężczyzną. To zaszkodzi twojej reputacji.

Ewa naciągnęła na dłonie rękawiczki z jeleniej skóry, prezent mikołajkowy od Jürgena.

– Jedynym klientem, który usiłował zaszkodzić mojej reputacji, byłeś ty.