Jezioro Ciszy. Inni

Tekst
Z serii: INNI #6
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału: LAKE SILENCE

Copyright © 2018 by ANNE BISHOP

All rights reserved

www.annebishop.com


Copyright © for the Polish edition by WYDAWNICTWO INITIUM


Tłumaczenie z języka angielskiego: EMILIA SKOWROŃSKA

Redakcja: ANNA PŁASKOŃ-SOKOŁOWSKA

Korekta: NATALIA MUSIAŁ


Projekt okładki, skład i łamanie: PATRYk LUBAS


Współpraca organizacyjna: ANITA BRYLEWSKA, BARBARA JARZĄB


Fotografie użyte na okładce:

Horn Andrey / Shutterstock

Graphic Compressor / Shutterstock


WYDANIE I

ISBN 978-83-66328-03-7



Wydawnictwo INITIUM

www.initium.pl

e-mail: initium@initium.pl

facebook.com/wydawnictwo.initium


Konwersja: eLitera s.c.

Pamięci Mike’a Briggsa i Emmy Lee.

Tęsknimy za Wami.

Styczeń 2017 r.



JEZIORA
PALCZASTE/PIERZASTE


Uwaga: Autorka, która tworzyła tę mapkę, ma problemy z geografią. I chociaż dołożyła wszelkich starań, aby dopasować główne drogi do historii, nie obiecuje dokładności.

Namid – Świat

KONTYNENTY I TERYTORIA (jak dotąd)

Afrikah

Australis

Brytania/Dzika Brytania

Celtycko-Romańska Wspólnota Narodów/Cel-Romania

Felidae

Kościste Wyspy

Burzowe Wyspy

Thaisia

Tokhar-Chin

Zelande

JEZIORA W THAISII

Wielkie Jeziora – Największe, Tala, Honon, Etu i Tahki

Jeziora Pierzaste/Jeziora Palczaste (nie wszystkie z nich są wymienione w tej historii) – Jezioro Ciszy, Jezioro Kryształowe, Prong, Senneca

MIASTA I WIOSKI

Bristol – ludzkie miasto położone nad Jeziorem Kryształowym

Crystalton – intuickie miasto położone nad Jeziorem Kryształowym

Przystań Przewoźników – intuicka miejscowość położona na Wielkiej Wyspie

Dyspozytornia – kontrolowane przez człowieka miasto; znajduje się tam rząd Regionu Północno-Wschodniego

Lakeside – miasto kontrolowane przez człowieka na północno-wschodnim krańcu jeziora Etu

Putney – ludzkie miasto położone nad jeziorem Prong

Ravendell – ludzkie/intuickie miasteczko położone nad jeziorem Senneca

Sprężynowo – ludzkie miasto położone nad jeziorem Ciszy

Toland – kontrolowane przez ludzi miasto na Wschodnim Wybrzeżu

SPIS POSTACI
LUDZIE W TEJ OPOWIEŚCI

Mieszkańcy Sprężynowa:

Horace i Hector Adams – właściciele stajni

Sheridan Ames – właścicielka Domu Pogrzebowego Ames, który prowadzi wraz ze swoim bratem Samuelem

Jane Argyle – kierowniczka poczty

Pops Davies – właściciel sklepu wielobranżowego

Victoria „Vicki” DeVine – właścicielka/opiekunka Kłębowiska

Julian Farrow – właściciel Zaczyn Tanich

Fred i Larry – właściciele sklepu z przynętami

Helen Hearse – menedżerka baru Wchodź i Bierz

Gershwin Jones – właściciel Wdzięcznych Nut

Silas i Ethel Milford – plantatorzy owoców

Doktor Steven Wallace – młodszy partner w gabinecie lekarskim

Dominique Xavier

Ineke Xavier – prowadzi pensjonat z Paige i Dominique Xavier

Paige Xavier

Policja:

Oficer Wayne Grimshaw – patrol drogowy, komisariat w Bristolu

Kapitan Walter Hargreaves – kapitan patrolu, komisariat w Bristolu

Detektyw Samuel Kipp – dowódca Jednostki Wydziału Kryminalnego w Bristolu

Detektyw Marmaduke Swinn – starszy dochodzeniowiec w JWK na komisariacie w Putney

Zespół Swinna: detektyw Baker, detektyw Calhoun, detektyw Chesnik, oficer David Osgood, detektyw Reynolds

POZOSTALI LUDZIE:

Franklin Cartwright – pracował dla Yoricka Dane’a

Constance Dane (alias Constance Yates)

Honoria Dane – założycielka Kłębowiska

Yorick Dane (alias David Yates)

Współpracownicy Yoricka Dane’a: Darren i Pamella, Hershel i Heidi, Trina i Vaughn, Mark Hammorson i Tony Amorella

Steve Przewoźnik – burmistrz Przystani Przewoźników

Patrick Hannigan – gubernator Regionu Północno-Wschodniego w Thaisii

Greg O’Sullivan – agent w grupie zadaniowej w Biurze Śledczym

INNI:

Aiden – Żywioł Ognia

Conan Niedźwiedzia Straż – Czarny Niedźwiedź

Agatha Wronia Straż (aka Aggie Wrona)

Clara Wronia Straż

Eddie Wronia Straż

Jozi Wronia Straż

Starsi – starożytne, potężne formy; kły i pazury Namid

Pani Jeziora – Żywioł Wody

Robert „Puma” Pantera – Panterza Straż

Kucyki: Wir Wodny i Tornado

Boris Sanguinati – kierowca Ilyi

Ilya Sanguinati – adwokat

Natasha Sanguinati – księgowa

Vladimir Sanguinati – mieszka na Dziedzińcu Lakeside

Sprężyniaki

PODZIĘKOWANIA

Dziękuję Blairowi Boone za to, że nadal jest moim pierwszym czytelnikiem, oraz za wszystkie informacje, które przeniosłam i dopasowałam do świata Innych; Debrze Dixon za bycie drugą czytelniczką; Dorannie Durgin za prowadzenie mojej strony internetowej; Adrienne Roehrich za prowadzenie oficjalnego funpage’a na Facebooku; Nadine Fallacaro za informacje medyczne; Jennifer Crow za podnoszenie na duchu; Ineke Prochazka za pokazanie mi Jubly-Umph i kuoki; Paige i Dominique, wspaniałym Pasterkom Autorów podczas Supanova 2016, które zawsze wiedziały, kiedy puścić nas wolno na kilka minut, gdy mijałyśmy stoisko z błyskotkami; Anne Sowards i Jennifer Jackson za informację zwrotną, która pomaga mi napisać lepszą historię; i Pat Feidner za to, że zawsze mnie wspierała i zachęcała.

ROZDZIAŁ 1

VICKI
PONIEDZIAŁEK, 12 CZERWCA

Nie wiedziałabym o martwym człowieku, gdybym nie weszła do kuchni w chwili, gdy moja jedyna lokatorka właśnie zamierzała podgrzać gałkę oczną w kuchence mikrofalowej.

Aż do tego momentu nie miałam pojęcia, że pod wpływem mojego krzyku pękają szyby, nie zastanawiałam się, czy gałka oczna napęcznieje i wybuchnie w kuchence tak jak pianki w kształcie zwierzątek, nie wiedziałam też, że moja lokatorka Agatha „mów mi Aggie” Wrona jest taką Wroną.

Wydawała się normalna – jeśli nie brać pod uwagę tego, że co tydzień spóźniała się z czynszem i że trzy tygodnie wcześniej zajęła mieszkanie w Kłębowisku i zdawała się świetnie bawić.

– Nie możesz tego zjeść! – Starałam się brzmieć stanowczo, jak odpowiedzialny człowiek i bizneswoman. W rzeczywistości zabrzmiałam jak histeryczka i szczerze żałowałam, że nie weszłam do kuchni kilka minut później.

Ale ponieważ kuchnia była jednym ze wspólnych powierzchni w budynku głównym, równie dobrze mogłam do niej wejść, gdy Aggie byłaby w połowie lunchu, co byłoby bardziej niepokojące dla przynajmniej jednej z nas.

– Dlaczego nie mogę tego zjeść? – Spojrzała na gałkę oczną turlającą się w niewielkiej misce stojącej na blacie. – Nikt inny tego nie chce. Zaczyna robić się miękka. A nieżywy człowiek już jej nie potrzebuje.

Słowa te rozbudziły moją ciekawość i sprawiły, że przestałam się skupiać na gałce ocznej.

– Jaki nieżywy człowiek?

– Ten, który nie potrzebuje już oka. – Małe czarne pióra na jej głowie nagle stanęły dęba, co tylko potwierdziło naturę mojej lokatorki. Miałam zamiar przerobić umowę najmu tak, aby znalazło się w niej miejsce na nieistotne informacje, takie jak… powiedzmy… gatunki.

– Gdzie znalazłaś nieżywego człowieka? – zapytałam.

– Na drodze, która biegnie obok domu Marudnego Człowieka.

Powinnam zauważyć, że z reguły pan Milford nie jest marudny, po prostu denerwuje się, gdy ktoś nadgryza mu wszystkie dojrzałe truskawki albo zrywa owoce z jego drzew, ponieważ on i jego żona potrzebują pieniędzy ze sprzedaży świeżych owoców i przetworów. Ale teraz miałam inne priorytety.

– Pokaż mi. – Podniosłam dłoń. – Poczekaj. I nie jedz tego.

– Ale…

– Nie możesz tego zjeść. To może być dowód.

Ciemne oczy Aggie spojrzały na mnie z wyrzutem.

– Gdybym nie chciała tego podgrzać, to nie dowiedziałabyś się o nieżywym mężczyźnie i mogłabym zjeść gałkę oczną na lunch.

Nie mogłam obalić jej argumentu, wycofałam się więc do ściany, na której wisiał telefon, i wybrałam numer awaryjny komisariatu w Bristolu. Bristol był ludzkim miastem położonym na południowym krańcu Jeziora Kryształowego. Sprężynowo, jedyna ludzka wioska w pobliżu Jeziora Ciszy, nie posiadało obecnie własnych sił policyjnych, więc Bristol miał pecha i musiał odpowiadać na każde wezwanie.

– Komisariat w Bristolu – usłyszałam. – W czym możemy pomóc?

– Z tej strony Victoria DeVine z Kłębowiska w Sprężynowie. Jedna z moich lokatorek znalazła martwego człowieka. – No dobrze, Aggie była moją jedyną lokatorką, nie było jednak powodu, dla którego miałabym się tym chwalić. Prawda?

Zaczęłam liczyć i dotarłam do siedmiu, zanim dyspozytorka zapytała:

 

– Czy widziała pani ciało?

– Nie, ale moja lokatorka je widziała.

– Skąd pani wie, że ten człowiek nie żyje?

– Bo właśnie patrzę na gałkę oczną, która kiedyś zapewne była połączona z jego ciałem.

Tym razem doliczyłam do ośmiu.

– Przyślemy kogoś. – Słowa te padły bardzo powoli, ale padły. Moje zgłoszenie zostanie oficjalnie odnotowane.

Nie winiłam dyspozytorki o to, że się wahała, czy wysłać kogoś do Sprężynowa – ostatecznie policjant, którego mieliśmy przed zeszłorocznym Wielkim Drapieżnictwem, został pożarty, a kilku innych, którzy od tamtej pory odpowiedzieli na nasze wezwania, nigdy nie wróciło z dzikich terenów na swój komisariat – miałam jednak wrażenie, że kobieta obwinia mnie za to, co znajdzie policja. I byłam tym oburzona. Z drugiej strony, zatrzymałam dla siebie jedną małą informację.

Poczekajmy, aż funkcjonariusz uświadomi sobie, że musi przesłuchać jednego z terra indigena.

***

A teraz trochę użytecznych informacji.

Nazywam się Victoria „mów mi Vicki” DeVine. Kiedyś byłam panią Yorickową Dane, jednak jednym z warunków otrzymania przeze mnie cennego majątku – aka Kłębowiska – w ramach ugody rozwodowej była rezygnacja z nazwiska po mężu. Najwyraźniej drugiej oficjalnej pani Dane nie spodobał się fakt, że ktoś inny nazywał się tak przed nią. Na szczęście nie wydawała się tak zaborcza w kwestii Żywotnej Kończyny Yoricka. A przecież mogłam jej powiedzieć, że zanim ona wzięła ją w posiadanie, miało ją kilkanaście innych kobiet.

Mało prawdopodobne, by na dłuższą metę była jej jedyną posiadaczką – pozwólmy jej jednak przekonać się o tym w tak brutalny sposób, w jaki przekonałam się o tym ja. Oczywiście gdyby nie była jedną z tych pobłażliwych kobiet, znałaby już oznaki i umiała ukrócić wszystko w zarodku. Może to dlatego, zanim wyprowadziłam się z Dyspozytorni, widziałam ją w centrum ogrodniczym kupującą długi sekator – taki do ścinania gałęzi. A w zeszłym tygodniu usłyszałam, jak głośno ogłasza, że ogrodnictwo to hobby dla kobiet, które nie umieją nic innego, tak więc to nie dla niej.

W każdym razie byłam żoną Yoricka Dane’a, przedsiębiorcy kombinatora. Nigdy tak naprawdę nie wiedziałam, czym się zajmuje mój mąż. Mówił, że nie mam głowy do interesów. W końcu powiedziałam mu, że nie mam głowy do oszustw. I nagle, po dziesięciu latach małżeństwa, stwierdził, że nie miałam nic wspólnego z obietnicami kryjącymi się w moim imieniu, co w jego języku oznaczało, że nie byłam ani namiętna, ani w żadnym razie seksowna. Zaskakujący był fakt, że niemal dekadę zajęło mu zauważenie, iż mam metr sześćdziesiąt wzrostu i jestem pulchna, a w związku z tym nie mogę tańczyć na rurze, machając wielkimi cyckami, z nogami do samej ziemi. Odkąd dokonał tego odkrycia, postanowił, że potrzebuje kogoś, kto będzie go wspierał. I że z pewnością nie będę to ja.

W ten oto sposób zostałam właścicielką Kłębowiska. Według historii, którą przekazała mi rodzina Yoricka, gdy pewnego razu nie było co pić, cioteczna prababka Yoricka, Honoria Dane, kobieta w równym stopniu ekscentryczna co rozmarzona, wymyśliła i zbudowała Kłębowisko. Ona i jej bracia otrzymali równe udziały w majątku ojca, które zostały rozdane po dwudziestych piątych urodzinach każdego dziecka. Prababka (nigdy nie słyszałam, żeby ktoś mówił o niej po imieniu) wydała swoją część fortuny na budowę. Miała to być społeczność samowystarczalna. Kłębowisko zaczęło z gracją upadać niemal od chwili, w której prababka zakończyła prace przy nim.

Kompleks składał się z rozległego dwupiętrowego domu głównego, w którym znajdował się mały, ale w pełni wyposażony apartament dla właściciela oraz dwa apartamenty z prywatną łazienką dla gości. Miał też dużą wspólną kuchnię, jadalnię, bibliotekę, pokój socjalny, biuro właściciela, kilka pustych pokoi, których przeznaczenia nie byłam w stanie określić, oraz duży prysznic poza kuchnią, który mógł pomieścić do czterech osób jednocześnie, o ile nie były one nieśmiałe. Poza budynkiem głównym znajdowały się cztery zestawy domków – po trzy domki w każdym. Odległość od budynku głównego była niewielka i bez problemu można było dotrzeć do niego na piechotę. Każdy domek wyglądał w środku jak kawalerka bez ścian i drzwi, ale z łazienką. No dobrze, łazienki znajdowały się w trzech domkach, które były najbliżej budynku głównego. Pozostałych dziewięciu, tych bardziej prymitywnych, nie ukończono.

Były tam też akry ziemi, które mogły być wykorzystywane przez… mieszkające tam istoty – sporo miejsca na uprawę żywności lub hodowlę kozy czy dwóch (z powodów, dla których trzyma się kozy). Był nawet kurnik bez kur. Brakowało prawdopodobnie kilku innych rzeczy, ale skoro kury nie płaciły czynszu, mnie nie było stać na renowację ich kwater.

Ale Kłębowisko miało jedną rzecz, której nie miała wioska Sprężynowo – łatwy dostęp do Jeziora Ciszy, będącego w porównaniu z innymi Jeziorami Palczastymi przemyślanym zbiornikiem wodnym. Na południowym krańcu jeziora znajdowała się publiczna plaża, ja jednak uważałam, że prywatna plaża i dok w Kłębowisku są o wiele ładniejsze.

Ten, kto negocjował pierwotną umowę dzierżawy gruntu, znał każdą lukę prawną, którą dana osoba może próbować wykorzystać do ponownego zagospodarowania/zmiany przeznaczenia/zmiany czegoś tam na tym terenie. Ale sytuacja była brutalnie prosta: albo dzierżawi się Kłębowisko z jego licznymi budynkami o konkretnym rozmiarze i tyloma akrami ziemi uprawnej (stanowiącej skromny procent jego ogólnej powierzchni), albo nic. Dziedzictwem Dane’ów były budynki i ich zawartość. Grunty te mogły być wykorzystywane wyłącznie na warunkach określonych w umowie dzierżawy.

I ostatnia informacja: Sprężynowo to ludzka wioska o populacji mniejszej niż trzysta osób. Tak jak większość – jeśli nie wszystkie – wioski w rejonie Jezior Palczastych nie jest kontrolowana przez człowieka. Oczywiście mamy wybranego burmistrza i radę wsi, płacimy też podatki za odbiór śmieci, renowację dróg i podobne rzeczy. Główna różnica polega na tym, że na kontynencie Thaisii miasto kontrolowane przez człowieka to określony kawałek ziemi z konkretnymi granicami, w których ludzie mogą robić, co chcą, a wioski takie jak Sprężynowo nie mają granic. Nie mają takiej odległości od terra indigena. Od tubylców ziemi. Od Innych. Dominujących drapieżników, które kontrolują większość ziemi na świecie i całą wodę.

Kiedy dane miejsce nie ma granic, tak naprawdę nigdy nie wiesz, co cię obserwuje. Zaskakujące jest to, że od dziesięcioleci nie odnotowano interakcji z żadnym z Innych. Przynajmniej wokół Sprężynowa. Może Inni przyszli, kupili koszulki z napisami „POSPRĘŻYNUJ ZE MNĄ” albo „SPRĘŻYNOWO” i nikt się nie zorientował, ale mimo że wioska straciła jedną czwartą mieszkańców z powodu zeszłorocznego Wielkiego Drapieżnictwa, wszyscy chcieli wierzyć, że Inni są Gdzieś Tam i nie uważają nas za ciekawych – lub kłopotliwych – na tyle, aby na nas polować i traktować jak przekąski.

To skłoniło mnie do zastanowienia się, czy Inni przyjeżdżają do miasta sezonowo, jako turyści. A to z kolei sprawiło, że zaczęłam myśleć, czy nikt nie zauważał tego, co oczywiste, gdy w niektóre weekendy w sklepach brakowało dodatków do dań takich jak ketchup i sos chili – i że brak sosu chili i keczupu zbiegł się w czasie ze znikaniem ludzi.

Zapytam o to Aggie, gdy już załatwimy tę sprawę z gałką oczną.

ROZDZIAŁ 2

GRIMSHAW
PONIEDZIAŁEK, 12 CZERWCA

Funkcjonariusz Wayne Grimshaw jechał w kierunku wsi Sprężynowo. Migające światła radiowozu były ostrzeżeniem dla innych uczestników ruchu, że policjant odpowiada na wezwanie i pędzi w interesach. Syrena milczała, ponieważ jej dźwięk przyciągnąłby uwagę wszystkiego w promieniu kilku kilometrów – a kiedy człowiek przebywał na dzikich terenach, nawet na brukowanej drodze, lepiej było nie ostrzegać tubylców ziemi o swojej obecności.

Trup zgłoszony w Kłębowisku obok Sprężynowa.

Sprężynowo. Na śmiejących się bogów, co to w ogóle była za nazwa dla wioski? To brzmiało jak jakiś żart. Tyle że wiedział, że to nie jest żart. Widział tę wioskę na mapie na komisariacie w Bristolu i powiedziano mu, że wezwania od mieszkańców znad Jeziora Ciszy podlegają właśnie pod nich. Do tego dyspozytorka, która była dość rozsądną kobietą, niechętnie go tam wysłała, a wcześniej kumple z komisariatu ostrzegali go, że jeśli będzie musiał odpowiedzieć na wezwanie znad Jeziora Ciszy, ma jak najszybciej załatwić daną sprawę, bo to, co się dzieje wokół jeziora, jest trochę… podejrzane.

Wioska miała mały posterunek policji, ale jej ulic nie patrolował ani jeden funkcjonariusz. Mieszkańcy w razie potrzeby byli zależni od policji drogowej, która pracowała na komisariacie w Bristolu, a nawet wtedy…

W ciągu ostatnich kilku miesięcy nie wróciło dwóch policjantów, którzy odpowiedzieli na zgłoszenia ze Sprężynowa. Jeden z funkcjonariuszy został znaleziony w swoim radiowozie, zmiażdżony przez coś tak silnego, że rozpłaszczyło samochód pięściami, łapami czy innymi kończynami. A drugi… Znaleziono większość jego ciała, nie było jednak wiadomo, co spowodowało atak ani dlaczego był on tak brutalny. Oba zgony w przerażający sposób przypominały policjantom drogowym, że w ramach swoich obowiązków jeżdżą przez dzikie tereny, a gdy wysiadają z samochodu, nigdy nie wiedzą, co ich obserwuje.

Grimshaw patrolował drugorzędne drogi na południe od Bristolu – pętlę, która i tak zabrałaby go w pobliże Jeziora Ciszy – kiedy więc zauważył tabliczkę z nazwą jeziora, skręcił na piaszczystą drogę w nadziei, że zaprowadzi go ona do Kłębowiska. Powiedziano mu, że jest ono swego rodzaju ośrodkiem wypoczynkowym. Zamiast tego jednak znalazł się na parkingu przy publicznej plaży.

Z tego, co zrozumiał ze wskazówek podanych mu przez kapitana, zachodnia strona Jeziora Ciszy była własnością prywatną – a przynajmniej była prywatnie kontrolowana – tak samo jak większość strony wschodniej. Do północnego krańca jeziora nie można było dojechać samochodem, co oznaczało, że każdy, kto w upalny dzień chciał się wykąpać w chłodnej wodzie albo wypłynąć łodzią na ryby, miał do dyspozycji jedynie południowy brzeg.

Zmarszczył czoło na widok dwóch znaków przybitych do niskiego kamiennego muru oddzielającego parking od plaży.

Na pierwszym znaku napisano:

„PAKUJ SWOJE ŚMIECI I RESZTĘ”.

Na drugim zaś:

„MOŻNA PŁYWAĆ, ŁOWIĆ RYBY, ŻEGLOWAĆ, WIOSŁOWAĆ, PŁYWAĆ KAJAKIEM LUB PŁYWAĆ NA TRATWACH NA WŁASNE RYZYKO.

JEŚLI WŁOŻYSZ SILNIK DO WODY, ZGINIESZ”.

Oba przekazy były jednoznaczne.

Grimshaw zawrócił, wyjechał z powrotem na główną drogę i ruszył na północ. Na następnym rozgałęzieniu zobaczył drogowskaz z napisem „Kłębowisko”. Skręcił w żwirową drogę prowadzącą prosto do głównego budynku.

Wyłączył silnik i przycisnął do piersi dwa palce. Wyczuł okrągły złoty medal ku czci Mikhosa, ducha opiekującego się policjantami, strażakami i ratownikami medycznymi – nosił ten talizman codziennie pod mundurem, odkąd dekadę wcześniej skończył akademię policyjną.

– Mikhosie, strzeż mnie. – Była to modlitwa, którą szeptał za każdym razem, gdy dostał wezwanie.

Wtedy zobaczył przed sobą zaniepokojoną kobietę. Miała brązowe kręcone włosy, miłą twarz i budowę ciała, którą – gdyby była mężczyzną – opisałby jako krępą. Oficer Wayne Grimshaw nie mógł powiedzieć nic więcej z tej odległości, wysiadł więc z radiowozu i poszedł spytać panią Victorię DeVine o zwłoki.

ROZDZIAŁ 3

VICKI
PONIEDZIAŁEK, 12 CZERWCA

– Ale ja nie mogę! – zapłakała Aggie, wypuszczając jeszcze więcej piór, gdy powiedziałam jej, że będzie musiała porozmawiać z policją.

Dodatkowe czarne pióra we włosach były mniej niepokojące niż te, które nagle pojawiły się na jej twarzy i przedramionach.

– Musisz – odparłam, starając się zachować spokój. Miskę z gałką oczną przykryłam spodkiem. – Tylko ty wiesz, gdzie jest ciało. Gdy przyjadą funkcjonariusze, musisz im pokazać to miejsce.

– Ale będę miała kłopoty!

Zaparło mi dech w piersiach, a serce zaczęło szybciej walić. Aggie była mała i drobna, moja torebka prawdopodobnie ważyła więcej niż ona. Ale ponieważ była jedną z tych Wron, mogła być o wiele silniejsza, niż mogłoby się wydawać.

– Aggie, ty chyba nie… – Co bym zrobiła, gdyby przyznała, że zabiła tego mężczyznę, żeby zjeść jego gałkę oczną? Wyobraziłam sobie, że jestem silna i odważna – i że wykonuję kilka chwytów samoobrony, chociaż tak naprawdę nie miałam pojęcia, jak się je wykonuje. A potem wyobraziłam sobie, że uśmiecham się słabo i zwiewam.

Podobał mi się ten drugi pomysł. Był o wiele rozsądniejszy.

– Nie zabiłam go – odparła obrażona Aggie. – Gdy go znalazłam, już nie żył i miał tylko jedno oko.

 

– A co się stało z drugim?

– Nie wiem. Pewnie zostało zjedzone.

Lubiłam Aggie i naprawdę nie chciałam zadawać jej kolejnych pytań. Chwyciłam miskę z gałką oczną i wyszłam na zewnątrz, aby poczekać na policję. Aggie ruszyła za mną, ale na podwórku zaczęła się wycofywać w stronę drzew.

– Aggie… – zaczęłam, ale w tej samej chwili usłyszałam odgłos opon jadących po żwirze.

Odwróciłam się i zobaczyłam radiowóz. Zatrzymał się, blokując drogę dojazdową. Kiedy się odwróciłam, pod drzewem leżał już tylko stos ubrań. Aggie zniknęła. A więc zostałam sama z miską. Czekałam, aż policjant wysiądzie z samochodu.

Znacie bohaterów kreskówek z mocno zarysowanymi dolnymi szczękami, błyszczącymi zębami, szerokimi ramionami i wąskimi taliami? Człowiek, który wysiadł z wozu, mógł być modelem dla ich karykatury. Miał jednak proporcjonalną budowę ciała i wyglądał bardzo poważnie z tymi wszystkimi dinksami przy pasie. Nosił okulary przeciwsłoneczne, więc nie mogłam zobaczyć jego oczu – nie mogłam stwierdzić, czy patrzy na mnie ciepło, pragnąc mnie wesprzeć, czy chłodno, tak jakbym była problemem, którego chce się jak najszybciej pozbyć.

Gdyby się zatrzymał, żeby mi pomóc na ciemnej, opuszczonej drodze, ucieszyłabym się na jego widok. Teraz jednak czułam się niepewnie, bo nie wiedziałam, czy nagle nie stanę się czarnym charakterem.

– Czy to pani zgłaszała podejrzany przypadek śmierci? – spytał, podchodząc do mnie ostrożnie. Był wielkim mężczyzną i miał wielki głos. Nie żeby na mnie krzyczał, ale takim głosem można uderzyć człowieka – w połączeniu z groźnym tonem mógł wywołać atak paniki.

Zatrzymał się i przyjrzał śladom pazurów na drzewie. Były tak wysoko, że ich nie zauważyłam.

Powinnam pomyśleć o tym w gorącą, letnią noc, kiedy będę próbowała się przekonać, czy zostawienie otwartych okien, żeby do domu wpadało trochę powietrza, jest bezpieczne. Być może nie grożą mi złodzieje, bo nie mam nic, co można by ukraść. Ale czy nie grozi mi tajemniczy Szpon?

Czytałam gdzieś, że przeciętny niedźwiedź może wczepić pazury w drzwi samochodu i wyrwać je z zawiasów, aby dostać się do przekąsek, które ktoś bezmyślny pozostawił w środku.

Istniały spore szanse, że to, co grasowało w lasach wokół Kłębowiska, nie należało do grona przeciętnych istot, chociaż szczerze mówiąc, Aggie była jedyną terra indigena, jaką widziałam – przy czym „widziałam” to słowo klucz. Jeśli jedna z Wron kręcących się wokół Kłębowiska należała do Wroniej Straży, to ile jeszcze ich było?

– Moja lokatorka znalazła ciało w pobliżu drogi na farmę, stanowiącej granicę między moją własnością a sadami Milfordów – odparłam, próbując mówić rzeczowo. Wyciągnęłam przed siebie miskę. – Proszę, oto dowód.

Policjant wziął miskę, podniósł spodek i zaczął się wpatrywać w gałkę oczną. Tak przynajmniej założyłam. Ponieważ nosił lustrzane okulary przeciwsłoneczne, równie dobrze mógł patrzeć na mnie. I nagle przyszło mi do głowy, że jeśli będzie chciał zerknąć do mojej lodówki, sama nie wiem, co w niej znajdzie.

– Proszę zaczekać – powiedział.

Wrócił do samochodu i otworzył bagażnik. W ciągu minuty wrócił już bez gałki ocznej. Nie wyglądało na to, żeby miał zamiar zwrócić mi chociaż miskę i spodek.

– Muszę porozmawiać z pani lokatorką.

– Jest trochę nieśmiała, jeśli chodzi o rozmowy z policją.

Zdjął okulary. Spojrzenie jego szaroniebieskich oczu mówiło mi, że lepiej, żeby moja lokatorka błyskawicznie nabrała odwagi. A może wyobraziłam to sobie, pomna swoich wcześniejszych doświadczeń z mężczyznami? Z mężczyzną. Tym, który sprawiał, że czułam, iż coś jest moją winą, nawet jeśli nie mogłam kontrolować cudzych czynów, myśli czy opinii.

– Czy podała pani lokalizację? Może mi pani pokazać domniemane ciało?

Przecież dopiero co dałam mu oko. Jak może myśleć, że „domniemane ciało” nie istnieje?

– Ja…

– Kra.

Spojrzałam na wronę – lub Wronę – siedzącą na drzewie przy drodze, kilka metrów dalej.

– Tak, mogę. – Ruszyłam przed siebie z nadzieją, że idę za Aggie.

Gdy potknęłam się po raz drugi i upadłabym twarzą w ziemię, gdyby policjant nie złapał mnie za rękę i nie przytrzymał, mruknął:

– Mogłaby pani patrzeć pod nogi, a nie na drzewa.

Mądra rada. Chciałabym jej posłuchać, jednak nie miałam zamiaru wyjaśniać mu, że nasza przewodniczka znajduje się w drzewach, bo to wymagałoby wyjaśnienia jej natury.

– Proszę się zatrzymać – powiedział w pewnym momencie. Miałam wrażenie, że idziemy całą wieczność, a ponieważ przed wyjściem nie wróciłam do domu po mój zegarek, straciłam rachubę czasu. – Czy pani wie, dokąd idzie?

– Oczywiście, że wiem, oficerze… – Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że nie podał mi swojego nazwiska. Może to nie było wymagane?

– Grimshaw.

– Doprawdy? – Nie była to prawidłowa reakcja, zwłaszcza ze strony kogoś, kto nazywa się Vicki DeVine. – Milfordowie mieszkają między Kłębowiskiem a drogą prowadzącą do Sprężynowa. Ciało zostało znalezione obok drogi, między posiadłością Milfordów i moją.

– Czyli powinniśmy zmierzać na wschód?

Już miałam się zgodzić, ale słowa utknęły mi w gardle. Czy mieliśmy iść na wschód? Czy to było podchwytliwe pytanie? Nie mogliśmy iść na zachód. Na zachodzie od budynku głównego znajdowało się jezioro – które było widać już z tyłu domu. Ale to pozostawiało dwa inne kierunki bez odpowiedzi.

– Pani DeVine? – Oficer Grimshaw chyba nie lubił wędrówek.

– Eee…

– Kra.

Odetchnęłam z ulgą.

– Tędy.

Nagle na tej samej gałęzi pojawiły się trzy wrony, co przypomniało mi o grze polegającej na odgadnięciu, w której muszli schowano groszek.

Trzy czarne ptaki siedziały na drzewie. Który z nich to A–G–G–I–E?

– Kra.

Do lotu wzbił się tylko jeden, poszłam więc za nim w nadziei, że to Wrona. Oficer Grimshaw podążył za mną. I to był wielki błąd. Prawdopodobnie powinnam była się przyznać do swoich problemów z orientacją w terenie, zanim zaprowadziłam go do lasu.

– Kra!

Otwarta przestrzeń. Światło dzienne. Piaszczysta droga, czyli droga na farmę. I ciało.

– Eee. – Nie była to profesjonalna odpowiedź, ale ja nie byłam profesjonalistką i miałam szczerą nadzieję, że już nigdy nie spotkam tego mężczyzny. Żadnego mężczyzny.

– Proszę tu zostać – powiedział Grimshaw i podszedł do ciała.

Tak jakbym miała zamiar się do niego zbliżać. Przecież moje kolana już były jak z waty, a żołądek zaczął fikać koziołki.

– To ciało zostało poruszone.

– Ja też byłabym poruszona, gdybym nagle zginęła – odparłam.

Odwrócił się, by na mnie zerknąć, i chyba doszedł do wniosku, że nie próbuję się wymądrzać, po prostu nie do końca kontroluję to, co wychodzi z moich ust. Ponieważ przez dłuższy czas miałam do czynienia z gałką oczną, prawdopodobnie mój mózg zdecydował, że skoro już ktoś zdjął ze mnie ten problem, może przestać funkcjonować na wysokich obrotach i zacząć się cieszyć miniatakiem paniki.

– Niewiele drapieżnictwa – powiedział Grimshaw, przyglądając się ciału. – Chyba nie leży tu zbyt długo.

– Aggie powiedziała, że gałka oczna zaczęła się robić miękka. To dlatego chciała ją podgrzać. Oko robi się miękkie dopiero po jakimś czasie, prawda?

Patrzyłam, jak zakłada okulary. Po chwili ponownie odwrócił się w moją stronę.

– Aggie to pani lokatorka? – Lodowaty Głos.

Kiwnęłam głową, zadowolona z tego, że nie widzę jego oczu. Wszystko we mnie się trzęsło, gdy nastawiałam się na to, że Lodowaty Głos zamieni się w Walący Głos.

– Naprawdę muszę z nią porozmawiać – dodał.

Moje drżące wnętrzności przetłumaczyły jego Oficjalnie Grzeczny Głos jako bardziej zachęcający niż przerażający, wskazałam więc znajdującą się nade mną gałąź.

– Bardzo proszę.

Poruszył głową, dlatego założyłam, że patrzy w górę. A potem się odwrócił i usłyszałam, jak mówi:

– Cholera. – Słowo to było tak ciche, że przypominało tchnienie.

Aggie rozpostarła skrzydła w geście, który mógł być przepraszający, i zakrakała nieśmiało.

Grimshaw wyciągnął komórkę i wybrał jakiś numer. Kolejne minuty przypominały scenę z serialu telewizyjnego, w której policjant potrzebuje wsparcia i prosi o przysłanie karetki oraz transport zwłok.

Nie zdążył do końca wyjaśnić sytuacji, gdy w stronę ciała pofrunęło siedem ptaków. Wylądowały blisko niego, mimo że Grimshaw machał ręką, by je odpędzić.

– To twoi przyjaciele? – spytałam, patrząc w górę na Aggie.

– Kra.

– Panie policjancie…

– Słyszałem.

Jasne. Już zwykłe wrony byłyby dostatecznie dużym problemem, gdyby chciało się uniknąć utraty kolejnych fragmentów ciała. Ale Wronia Straż? Oznaczała potencjalne fiasko PR-owe dla wydziału policji – i każdej innej ludzkiej służby, na pracę której wpływ mogliby mieć terra indigena, których nie da się odpędzić od bufetu.

A może to nie ciało było tak intrygujące? Zobaczyłam jakiś złoty połysk. Zegarek na nadgarstku martwego człowieka. Wyglądał tak, jakby ktoś zamierzał go zdjąć, lecz nie zdążył. Czyżbyśmy komuś przeszkodzili?

– Muszę zostać z ciałem do czasu, aż przyjedzie tu jednostka z wydziału kryminalnego – powiedział Grimshaw. – Trafi pani do domu?

– Pewnie.

– Znajdzie pani drogę powrotną?

Czyżby nie ufał mojej orientacji w terenie?

– Kra.

Przynajmniej Aggie była pewna, że zaprowadzi nas z powrotem do budynku głównego.

Bardzo proszę, Oficerze Mądralo.

Cofnęłam się ścieżką, dość pewna, że uda mi się zniknąć z jego pola widzenia, zanim się zgubię.

– Pani DeVine?

Pod wpływem jego głosu zatrzymałam się, ale się nie odwróciłam.

– Tak?

– I tak będę musiał porozmawiać z panią i pani lokatorką. Proszę nigdzie nie wyjeżdżać.

Tak jakbym była w stanie gdzieś wyjechać – przecież zablokował mi tym swoim samochodem jedyną drogę z domu. A jakoś nie widziałam siebie uciekającej przed wymiarem sprawiedliwości na rowerze. Poza tym jedyne, co zrobiłam, to zgłosiłam znalezienie ciała. W jakie kłopoty mogłabym przez to wpaść?