Atlantyda pod Krakowem

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Skręcił w polną dróżkę w stronę kolejnej odsłony dawnych Łąk Nowohuckich. Chciał jeszcze chwilę odetchnąć rześkim porankiem. Ten widok Zalewu Mogilskiego zapierał dech w piersi. Stąd wyglądał jeszcze lepiej. Za młodu jeździł tu na sankach. Nie raz kończyło się to gipsem na ręce lub nodze albo mocnym potłuczeniem kości ogonowej. Teraz jeździ się tu na łyżwach, jeśli lód mocno skuje zalew. Cisowski stanął teraz przy lekko podrdzewiałej balustradzie, a jej chłód przyjemnie go ożywił. Wiatr wiał tutaj silniej. Zrobiło się nieco cieplej, a spod mgieł wyłoniła się tafla wody. Wiedział, że jest już spóźniony do pracy, ale nie mógł sobie odmówić spojrzenia przez jedną z trzech lunet na krawędzi skarpy. Oślepił go blask białego, skąpanego już w słońcu amfiteatru. Dodatkowego efektu nieziemskiego widoku dodawała skrząca się na osi słońca woda. Zawsze po pracy, gdy nie było zbyt późno, a wieczór przynosił przyjemny chłód znad wody, Daniel schodził schodkami w dół i siadał na widowni amfiteatru, w pierwszym rzędzie, zaraz przy mostku prowadzącym do muszli koncertowej. Tam czytał w spokoju swoje książki. Teraz zdarzało się to dosyć rzadko, gdyż projekt mieszkaniówki zabierał wszystkim z biura dużo prywatnego czasu. Końcówki są zawsze najbardziej wymagające. Nadgodziny wykańczały zespół projektantów, ale wakacje i zaplanowane urlopy mobilizowały. Projekt budowlany był bardzo szczegółowy i nie było w nim miejsca na poprawki. Daniel nagle odskoczył jak poparzony od lunety i krzyknął:

– Cholera jasna! Konferencja o dziewiątej trzydzieści!

Resztę trasy przebiegł co tchu. Kijki do nordic walkingu plątały mu się pod pachą. Biuro ARC-u mieściło się zaraz za Centrum E, naprzeciwko szpitala Żeromskiego. Daniel wpadł na drzwi obrotowe i pchnął szklaną taflę z impetem do przodu. Nie miał za dobrej kondycji. Pot dopiero teraz wystąpił mu na czoło. Jego policzki oblały rumieńce, w klatce piersiowej poczuł ból.

„Nigdy więcej!” – pomyślał i wszedł do sali konferencyjnej, starając się wyglądać na opanowanego. Na szczęście wszyscy pracownicy dopiero zaczęli zajmować swoje miejsca. Daniel wiedział, że przemawia jako pierwszy. Od dużego wysiłku miał chaos w głowie, jednak gdy tylko wyciągnął swoje plany i szkice, słowa same popłynęły, serce zwolniło rytm, a oddech się uspokoił. Po paru minutach Daniel czuł się już idealnie w swojej roli – kochał to. Zasłuchane i zastygłe w bezruchu twarze dodawały mu odwagi. Na koniec wyznaczył nowe zadania, wypytał każdego, co już zrobił oraz co ma w planach, i czekał na pytania.

Kolejny był Oskar. Jako szef od spraw technicznych rozmawiał bardziej z branżystami od instalacji wodno-kanalizacyjnych i z elektrykiem, którego serdecznie nie znosił. Gość był dobry, ale za wysoko się cenił. Jeden „specialist of sanitary system”, bo tak kazali na siebie mówić młodzi „wodkaniarze”, był bardzo dociekliwy, co po dłuższym czasie irytowało każdego. Najbardziej Oskara. Daniel oczami wyobraźni widział wspólnika jako klauna, który z gigantycznym czerwonym nosem wywija nerwowo rękami, jakby to miało pomóc młodemu branżyście w zrozumieniu problemu.

Po dwugodzinnej konferencji Daniel uśmiechnął się znacząco do Oskara i powiedział z uśmiechem:

– Wpadnę do ciebie za pół godziny. Mam sprawę do obgadania.

– Chodź, załatwimy to od razu, też chcę z tobą dogadać parę rzeczy.

– Jeszcze tylko coś sprawdzę. Zaraz będę.

Daniel poszedł do łazienki opłukać twarz zimną wodą. Takie spotkania z pracownikami bardzo go męczyły. Zrobił sobie kawę w swoim biurze i patrzył na filiżankę – języki pary były takie majestatyczne i rozpływały się w powietrzu jak niewypowiedziana myśl. Sama kofeina już na niego nie działała. Pił zdecydowanie za dużo kawy, ale była dla niego kolejnym sposobem na wytchnienie od natłoku myśli. Szukał w jej zapachu inspiracji i weny. Do tego kostka czarnej czekolady, która dodawała mu energii. Połączył się z internetem i wpisał w wyszukiwarce nazwisko Dunbar. Wyświetliło mu się kilka stron w języku angielskim.

– Bitwa pod Dunbar? Nie, to raczej nie to. Dunbar Golf Club? O, mam! To może chodzić o Dunbar’s number. Jeśli coś ma otworzyć puszkę Pandory ze wschodu, to najprawdopodobniej będą to jakieś liczby. Hmm… sto pięćdziesiąt jako graniczna liczba relacji społecznych, które może utrzymywać człowiek – czy to jako społeczność małej wsi, czy jako liczba znajomych na Facebooku. Chyba chodzi o to, że wśród tych stu pięćdziesięciu osób znajduje się jądro, około pięciu najbliższych człowiekowi ludzi. Potem każdego człowieka otacza nieco większa grupa, około piętnastu osób, czasem zwana też grupą współczucia. Aha… chodzi o to, że ich śmierć może zachwiać dotychczasowym życiem danej osoby. Z nimi widujemy się średnio raz na miesiąc. Następnie mamy kontakt z pięćdziesięcioma kolejnymi osobami o coraz luźniejszych powiązaniach. I na końcu ta graniczna, największa grupa stu pięćdziesięciu osób. Z nimi widujemy się średnio raz na rok. O! To jest chyba sedno sprawy. Kręgi tych osób powiększają się za każdym razem mniej więcej trzykrotnie: 5 – 15 – 50 – 150. To pewnie jakiś kod dostępu albo szyfr. Może do jakiegoś sejfu?

Daniel sięgnął do kieszeni kurtki, by na odpowiedniej kartce dopisać kombinację liczb. W środku nic nie znalazł. Zrobiło mu się gorąco. Przeszukał drugą kieszeń. Też była pusta. Zajrzał do obydwóch w nadziei, że może karteczki przykleiły się do materiału. Nic. Złapał kurtkę za kołnierz i włożył szybko rękę do wewnętrznej kieszeni. Była tam tylko ostatnia informacja o oczku i sowie. Nieco głębiej był też rulon z mapą.

– Ożeż…! Jest! – Odetchnął z ulgą, ale i strachem. Informacje z kartek mniej więcej pamiętał. Najważniejsza była mapa. A raczej jej część. – Co się stało z tamtymi listami? Wypadły mi? Niemożliwe. Kieszenie są za głębokie. – W tym momencie jego świadomość podsunęła mu obraz mężczyzny z biblioteki, na którego wpadł, gdy żegnał się z panią bibliotekarką. – Cholera! Ktoś faktycznie depcze mi po piętach. To jakaś poważniejsza sprawa.

Daniel spisał kombinację liczb Dunbara na żółtej samoprzylepnej karteczce i zaczął przeszukiwać internet, wpisując słowo „sowa” i „oczko”. Nie znalazł nic konkretnego. Zrezygnowany ruszył do biura wspólnika, które mieściło się za ścianą. Nie chciał, by Oskar czekał na niego zbyt długo. Postanowił nie mówić mu o swoich tajemniczych poszukiwaniach. Wszedł bez pukania. Zrobiło mu się głupio, bo Oskar, choć jego monitor był niewidoczny, zmieszał się najwyraźniej i zaczął nerwowo zamykać coś w komputerze.

– O, przepraszam, Oskar, przyjść za chwilę?

– Mmm… mmm… poczekaj… nie, nie, już w porządku, wystraszyłeś mnie, coś tylko skończę i już cię słucham – odburknął, nerwowo klikając myszką.

– Oskarze, masz coś na sumieniu, że cię tak wystraszyłem? – zażartował.

Oskar odwzajemnił z niechęcią uśmiech, jakby faktycznie coś skrywał i czuł się niezręcznie. Danielowi przyszło do głowy, że może jego wspólnik ogląda strony pornograficzne i stąd to całe jego zmieszanie. Prawda była zgoła inna.

Rozdział 4. Przekręt

Oskar i Daniel wychowali się na tym samym osiedlu. Rudnicki był o cztery lata starszy od Daniela. Błyskotliwy, inteligentny, charyzmatyczny i przystojny. Wychowany w ostatnich latach komunizmu, nauczył się, jak radzić sobie w życiu. Po wspólnym podwórkowym dzieciństwie ich losy połączyły się ponownie, gdy Cisowski rozpoczął studia na Politechnice Krakowskiej. Serce pchało Daniela na Akademię Sztuk Pięknych, ale Oskar namówił go na Wydział Architektury i Urbanistyki. Przetłumaczył mu, że połączy tam wiedzę budowlaną z jego ukochaną sztuką. Studia poszły gładko, o dziwo, szczególnie przedmioty ścisłe. Uzdolniony artystycznie i polonistycznie, najbardziej się ich obawiał. Pomagał mu w nich Oskar, który obronił się cztery lata wcześniej w Zakładzie Architektury Przemysłowej. Gdy Daniel ukończył studia, w krótkim czasie zdobył doświadczenia w kilku najlepszych biurach architektonicznych. Ostatecznie postanowili, że otworzą własne biuro. Wiedzieli, że w dzisiejszych czasach „duży może więcej”. Rynek budowlany rządził się swoimi prawami. Nie wystarczyło mieć biały kask architekta i ołówek w ręce. Potrzebna była jeszcze siła przebicia, w której pomagały albo „plecy” w urzędach, albo znane nazwisko. Obaj wiedzieli, że jako architekci są zdani tylko na siebie. Zysk, który mieli ze zrealizowanych projektów, często inwestowali w początkową pracę przy kolejnych zleceniach. Piękna i twórcza strona pracy architekta kończyła się po paru dniach fazy koncepcyjnej. Potem zaczynało się mozolne uszczegóławianie fazy budowlanej, poganianie branżystów, bieganie po urzędach i wysłuchiwanie biurokrążców z oczywiście najlepszymi produktami budowlanymi ich firmy. Do tego dochodziła duża rotacja pracowników, najczęściej studentów, którzy nie mogli doczekać się na swoje pensje. Za nadgodziny często słyszeli tylko szczere „dziękuję”. Nie jest to łatwy zawód. Legenda, która wokół niego wyrosła, niewiele miała wspólnego z prawdą. Owszem, na budowie pojawiał się od czasu do czasu pan architekt – najczęściej Daniel – mówił, co przesunąć, a co zrobić od nowa, ale to był tylko mały fragment całości ich pracy. Trzeba było mieć przede wszystkim łokcie. Tak przynajmniej uważał Oskar. Daniel zaś pozostał w świecie fantazji i projektów. Ich pasje po paru latach nieco się rozminęły. Daniel jako typowy artysta tworzył koncepcje i projekty konkursowe, do których często trzeba było dokładać. Oskar z kolei skupiał się przede wszystkim na mało ambitnych artystycznie zleceniach, które jednakże przynosiły jakikolwiek dochód. Taki podział ról, przynajmniej w teorii, nieźle się sprawdzał. Cisowski dobrze wiedział o tym, że bez wspólnika sobie nie poradzi. Nie interesował się metodami, jakimi Oskar zdobywa kolejne kontakty i wygrywa przetargi. Liczyło się to, że jego projekty są wdrażane niemal od ręki. Ufał mu. Tworzyli zgraną parę wspólników, którzy przede wszystkim dobrze się uzupełniali. I tak od 2007 roku działali jako DEO Studio. W 2016 roku zaś przeprowadzili reorganizację firmy i rozpoczęli działalność pod nazwą ARC Architektonika Rudnicki i Cisowski sp. z o.o. Oskar jednak od pewnego czasu pracował na swoje konto. Czuł się wykorzystywany. Co prawda robił to, co lubił, i był z tego powodu bardzo zadowolony, ale Daniel zbierał wszystkie gratulacje i zdobywał uznanie wśród śmietanki architektów. Wiedział, że jego wspólnik ma wybujałą wyobraźnię i potrafi stworzyć designerskie projekty z najwyższej półki. On sam jednak miał już dość odwalania czarnej roboty. Też chciał coś z tego mieć i pojawiła się ku temu okazja. Wczoraj napisał do niego inwestor mieszkaniówki, którą właśnie kończyli. Poprosił o spotkanie. Oskar, nie zastanawiając się wiele, umówił się i wieczorem był już na miejscu. Lokal zapowiadał charakter rozmowy. U góry Muzeum PRL-u, a w podziemiach dawnego kina Światowid – pub. Tonący w dymie i półmroku nie wyglądał przyjaźnie. Tylko jedna postać siedziała w loży na końcu sali. Oskar domyślił się, że to inwestor, i ruszył w jego stronę. Gdy dotarł do stolika, mężczyzna ubrany w czarny garnitur ucinał właśnie końcówkę cygara.

 

„Zachowaj zimną krew. Nie będzie mi przecież przy wszystkich grozić. Mamy tylko lekki poślizg czasowy z mieszkaniówką. O co mu chodzi?” – Nerwowo szukał powodów, z jakich mógł go tu ściągnąć inwestor. Ten zaś uśmiechnął się i wskazał miejsce, gdzie Oskar powinien usiąść. Odchrząknął i nie podnosząc głowy, próbował odpalić cygaro. Po chwili zza kłębów dymu wyłonił się przenikliwy wzrok. Po kolejnej minucie, która wydawała się wiecznością, zaczął mówić spokojnym głosem:

– Witam pana. Spokojnie, nie chodzi mi o terminy. Widzę strach w pana oczach. To przyjemne spotkanie o charakterze nieco prywatnym.

– Tak, jasne.

– Przepraszam, że nie zaprosiłem pańskiego wspólnika, ale pan wydaje mi się odpowiedniejszy do rozmowy, którą mam zamiar przeprowadzić.

– Chodzi o mieszkaniówkę? – wtrącił z niepokojem Rudnicki.

Kulturalny ton inwestora nie wróżył niczego dobrego. Czuł się, jakby siedział przed „ojcem chrzestnym”. Inwestor przerwał wciąganie dymu z cygara, co sprawiło, że żar na jego końcu przygasł. Popatrzył z dezaprobatą na Rudnickiego, który śmiał mu przerwać, i kontynuował:

– Jak już zacząłem mówić, ta rozmowa nie jest związana z mieszkaniówką. Chodzi mi o następne zlecenie. Jak pan się zapewne domyśla, jest to propozycja nie do odrzucenia. Moi informatorzy powiadomili mnie, że ma pan znajomości w Urzędzie Miasta Krakowa u bardzo wysoko postawionej osoby, mylą się?

– To zależy, o co pan pyta. W czym rzecz…

Oskarowi spociły się ręce, ale starał się zachować pozory spokoju i dyplomacji. Przecież nie raz prowadził już takie rozmowy. Wiedział, że chodzi o jakiś poważny przekręt.

– Powiem krótko. Chodzi o duże zlecenie projektu na Centrum Konferencyjne w okolicach Przylasku Rusieckiego wraz z zagospodarowaniem tamtych terenów. Jak pan się pewnie domyśla, nie są to tereny budowlane, a tylko jedna osoba może zmienić przeznaczenie gruntów. Wiem, że braliście udział w projektowaniu Parku Technologicznego Central Business District, który jest niedaleko. Znacie ten obszar. – Inwestor obserwował znad chmury gęstego dymu każdą reakcję Rudnickiego.

– Nie rozumiem. – Grał na zwłokę, nie wiedząc, co powiedzieć.

W głowie szybko układał plan. Czuł, że to może być pułapka, ale też okazja do szybkiego wzbogacenia się. W razie czego wkopie w to Daniela. Teraz byłoby mu to bardzo na rękę. Miał ku temu dwa powody: chęć zemsty za lata, które spędził w cieniu Daniela, i sprawa ukrytych dokumentów, do których chciał dotrzeć pierwszy. Podczas gdy Daniel dostawał liściki od starszego pana, Oskar dostał do pomocy rosyjskiego „tajniaka” Lebiediewa, który miał mu pomóc w przejęciu poszukiwanych danych. Rudnicki wiedział, że w tej sprawie nie może odmówić. Rosyjski rząd wyraził się jasno co do powagi sprawy. Chcieli mieć dostęp do Daniela i siedzieć mu na ogonie. W ostatnim momencie, gdyby udało mu się odnaleźć to, co ich interesuje, Oskar miał to przejąć. Nie wiedział, o co dokładnie chodzi, ale znał swoje wynagrodzenie. Sprawa rangi międzynarodowej była ryzykowna, ale i dochodowa. Oskar był w swoim żywiole. Do tego jeszcze sprawa projektu na dużą skalę. Czuł się coraz bardziej podniecony. Wiedział, że w krótkim czasie może się nieźle obłowić. Nie chciał jednak popełnić błędu przez zbyt szybko podjęte decyzje. Chciał wszystko dobrze zaplanować. W głowie zaczął mu świtać pewien pomysł. Z rozmyślań wyrwał go inwestor, który odłożył cygaro, by samo wypaliło się do końca.

– Nic nie szkodzi. Spotkamy się tu o tej samej godzinie za dwa dni. Do tego czasu ma pan możliwość, żeby wszystko lepiej zrozumieć i przemyśleć. Dodam tylko parę szczegółów dla rozjaśnienia sytuacji. Płacę panu z góry sto tysięcy, za to, żeby lepiej rozmawiało się z pańskim przyjacielem z urzędu, dwieście tysięcy na dodatkowe wydatki, kolejne sto tysięcy od firmy, która wygra w przetargu dzięki panu. Wy wygrywacie oczywiście w moim przetargu na projekt koncepcyjny i budowlany. A na pokrycie kosztów waszej pracy dostajecie z góry połowę, czyli według mojej wstępnej wyceny dwa i pół miliona. Mam nadzieję, że sytuacja nieco się rozjaśniła? – Inwestor uśmiechnął się triumfalnie.

– Tak, nieco się rozjaśniła. Przyznam, że nie tego spodziewałem się po tej rozmowie.

– Wiem, ale wierzę, że się dogadamy.

– Skontaktuję się jeszcze z panem.

– To ja skontaktuję się tobą. Żegnam.

Oskar wstał nerwowo od stolika i niemal wybiegł. Miał mętlik w głowie. Stąpał po cienkim lodzie, rozważając przyjęcie tak niebezpiecznej propozycji. Sam oczywiście oszukiwał, ale na znacznie mniejszą skalę. Słyszał już wiele o takich przekrętach. Tak duże sprawy mogły dać ogromny zysk, ale też skończyć się bankructwem lub więzieniem. Przez chwilę pomyślał, że być może inwestor już nagrał całą rozmowę i chce go pogrążyć. Szybko jednak zaczął myśleć racjonalnie – nie miałby wtedy żadnego interesu w tej sprawie.

To było wczoraj, a dziś siedział i wpatrywał się w monitor z otwartą stroną banku i przelaną kwotą stu tysięcy na jego koncie. Tytuł przelewu brzmiał: „Zaliczka”. W tym momencie do biura wszedł Daniel. „Cholera jasna! Czy on oduczy się kiedyś wchodzenia razem z drzwiami?!” – przeklął w myślach. Próbując zachować spokój, kliknął w kwadracik minimalizujący stronę banku. „Cholera, nie zdążyłem sprawdzić, pod jaką nazwą widnieje inwestor. Mam nadzieję, że Daniel nie ma jakiejś dłuższej sprawy do mnie. Może zdąży w dziesięć minut, zanim bank mnie automatycznie wyloguje. Nie cierpię wklepywać na nowo pinu i hasła”.

– Nie przestraszyłeś mnie. I nie mam nic na sumieniu – odpowiedział z irytacją w głosie Danielowi. – Siadaj i opowiadaj. – Starał się być uprzejmy.

Na swoim biurku zauważył zdjęcie Daniela i profesora Borkowskiego, jak na siebie wpadają. Dziś rano zrobił je jego człowiek. „Cholera jasna! Może jeszcze tego nie zauważył”. – Oskar poczerwieniał i z impetem rzucił stertę skoroszytów z projektami na zdjęcie. Na jego czoło wystąpiła pionowa bruzda, jakby się czymś poważnie zestresował.

– Co się dzieje? Wyglądasz okropnie – nieogolony, niewyspany…

– Bo nie spałem.

– Skąd te nerwy?

– Z braku snu właśnie. – Próbował uratować sytuację. Zadzwonił telefon. – Halo, słucham? – Oskar odebrał. – Da, Lebiedew? U tiebia jest informacji?[1] – Spojrzał na Daniela. – Ot eto haraszowo, nie ostan ich. Nie wsie? Dobro. Trudno. Prici s nimi sjewodnia na rabotu we wtoroj połodwinie lia[2]. – Oskar rozłączył się z rozmówcą bez pożegnania.

Cisowski patrzył w okno niezainteresowany rozmową.

– To jak, pogadamy chwilkę, Oskar? Mam dla ciebie dwa nowe pomysły do akceptacji. Czerwcowa aura zalewa mnie inspiracjami i nie nadążam z ich spisywaniem – mówił szybko, machając rękami.

– Nie chcę ci przerywać, ale czy możesz przejść do sedna? – Zdenerwowany Oskar miał poczucie, że zaraz krew go zaleje, a nie aura inspiracji.

– O… przepraszam, nie masz czasu? Chodzisz ostatnio jakiś nieswój, coś się stało? – Daniel zaczął się poważnie martwić o Rudnickiego.

– Nie, mam po prostu dużo spraw na głowie. – Przełożył nogę na nogę.

– Firma ma problemy finansowe?

– Nie, skąd. Powiedziałbym ci o tym. Powiedzmy, że rozważam kolejne inwestycje. Powiem ci o tym za chwilę. Teraz mów ty.

– Dobra. Słuchaj. Gdy szedłem do biura, minąłem flipery. Pamiętasz, jak grywaliśmy tam po zakończeniu roku szkolnego? – Daniel spojrzał na Oskara, ale ten był zamyślony i patrzył w jakiś punkt tuż nad głową Daniela. – Słuchasz mnie?

– Tak! Flipery – powtórzył.

Daniel nie lubił, jak Oskar słuchał go bez zrozumienia. Mimo to kontynuował:

– Możemy je przerobić na coś większego i bardziej dochodowego niż ta speluna zarośnięta krzakami. Jest tyle nowych technologii. Moglibyśmy zacząć od…

– Daniel, może innym razem to obgadamy, coś ważnego mi wyskoczyło przed chwilą – przerwał mu niemiło.

– No dobra, ale nie słyszałeś jeszcze tego. – Daniel chciał za wszelką cenę opowiedzieć o wszystkich swoich pomysłach, żeby racjonalnie myślący Oskar przespał się z problemami. Zawsze któryś z pomysłów był w końcu akceptowany.

– No dawaj. Tylko treściwie i na temat. Błagam.

– W Central Business District nadal drzemie niesamowity potencjał. Na terenie Pleszowa i Branic nie wszystko adaptowaliśmy pod logistykę i technologię. Teraz jest dobry czas na to. To coraz atrakcyjniejszy teren. Zostało tam parę zamkniętych miejsc po starej hucie, które można zamienić na sale koncertowe. Przykładowo w budynku Walcowni Zgniatacz. Możemy też wyznaczyć trasę wycieczek po wielkich piecach i halach razem z firmą, która obwozi turystów trabantami po Nowej Hucie. Rozumiesz: metal, łańcuchy, zapach oleju, a wszystko to naszpikowane elektroniką i nowościami ze świata wirtualnego. Ludzie chcą czegoś nowego, chcą dotknąć tego, co niewielu mogło zobaczyć. Nasza młodsza siostra Krakowa nie musi być tylko inkubatorem najnowszych badań technologicznych CERN-u. Postawmy teraz na turystykę i wyeksponujmy też zabytki pachnące historią sprzed czasów tej dzielnicy.

W tym momencie bank wylogował Oskara i emocje mu opadły. Nie dał po sobie poznać rozdrażnienia. Wziął głęboki oddech, co wyglądało, jakby się zastanawiał nad tym, co przed chwilą usłyszał od Daniela. Zwrócił się do niego nieco milszym tonem:

– Te wszystkie pomysły coś w sobie mają. Prócz wirtualnego salonu gier nie są one łatwe do zrealizowania, ale nie niemożliwe. Najgorzej będzie zdobyć pozwolenia od huty na przeróbki lub wykupienie starych hal i magazynów. Przeanalizuję to na spokojnie i powiem ci jutro, co o tym myślę, dobra?

– A tak z ciekawości, słyszałeś coś o podziemnej części Nowej Huty?

– A czemu pytasz?

– Przytrafiło mi się dzisiaj coś dziwnego. Szedłem jak zwykle pieszo do pracy i… a mniejsza z tym. W każdym razie doszły mnie słuchy, że jest pod nami spora sieć tuneli.

– Coś tam słyszałem. – Oskar otworzył szerzej oczy i poprawił się na krześle. – To jakieś stare schrony przeciwatomowe. Podobno ciągną się od Zalewu Mogilskiego aż do Teatru Ludowego. Ale pewnie są niedrożne. Włazy pozamykane na amen. A co, masz coś w tym temacie? – Oskar próbował podejść Daniela.

– Nie, nie. – Daniel był ostrożny. Dziwne zbiegi okoliczności sprawiły, że postanowił być bardziej czujny, tak jak radził mu starszy pan. Nie chciał się tym jeszcze dzielić z Oskarem. – Tak tylko przyszło mi do głowy, że można by się kiedyś zająć tym tematem. Może odkopać te tunele i wykorzystać na kawiarnie, puby pod ziemią. Tak jak w centrum Krakowa. Albo na galerie sztuki czy butiki. Możliwości jest wiele. – Daniel żałował, że w ogóle poruszył ten temat. Musi bardziej się pilnować.

– Ciekawy pomysł, ale też trudny do zrealizowania.

– Gdyby nie było trudno, nie byłoby wyzwań. Wiesz o tym. – Uśmiechnął się.

– Tak, ale to byłoby wyjątkowo trudne. Trzeba by było zdobyć bardzo dużo pozwoleń, bo każda część korytarza czy piwnicy do kogoś należy. Poza tym wzmocnienie konstrukcji pod ziemią. Robota na parę lat. Wszystko mogłoby się ciągnąć w nieskończoność. Sam widzisz. Przede wszystkim trzeba byłoby znaleźć mapę tych tuneli. – Oskar bacznie obserwował mimikę twarzy wspólnika, próbując wyczuć, czy jest w jej posiadaniu.

– No właśnie. Nie masz jakichś znajomości z kimś od map? – Daniel grał na zwłokę.

– Nie. Niestety. Znam paru geodetów, ale z aktualnymi mapami. Takich starych trzeba szukać w jakimś archiwum w Biurze Planowania Przestrzennego.

 

– To nic. Trudno. Może kiedyś wrócimy jeszcze do tego pomysłu. – Daniel nie chciał powiedzieć za dużo.

– Taaa… To może być strzał w dziesiątkę, ale nie dziś. Drzemie w tym duży potencjał –zakończył z ironią Rudnicki.

Kurtuazja, którą obaj zachowywali, spowodowała, że atmosfera zrobiła się napięta. Cisowski postanowił zmienić temat.

– Rozważ, proszę, te wcześniejsze pomysły. Ty też coś ode mnie chciałeś, prawda?

– Pogadać o mieszkaniówce, ale to mało ważne. Odezwał się do mnie inwestor i planuje kolejne zlecenie na Centrum Konferencyjne w okolicach Przylasku Rusieckiego.

– No to się dzieje. Dobrze, że mamy tyle propozycji i pomysłów.

– Taaa… jeszcze bym się tak nie cieszył. Wiesz, jak jest. Póki nie zobaczę pieniędzy i podpisów, nic nie jest pewne – skłamał, wiedząc, że liczba zer na koncie firmy i jego szwajcarskim znacznie wzrosła. – Póki co badam teren pod inwestycję. Nie wiem, czy warto w to wchodzić. To jest w okolicach naszego Parku Technologiczno-Przemysłowego w Branicach. Mamy tam już funkcje naukowo-badawcze i usługowe, ale przydałoby się zaplecze noclegowe dla turystów. I tę funkcję może przejąć planowana inwestycja w Przylasku Rusieckim. Są tam sztuczne jeziora. Można je wykorzystać jako element widokowy i rekreacyjny. Mam w związku z tym do ciebie małą prośbę.

– Jaką?

– Dasz radę na jutro, do południa, zrobić szkic koncepcyjny dla inwestora? Spieszy mu się, a chciałby już coś zobaczyć.

– I to jest ta mała prośba, tak? – Uśmiechnął się z litością.

– Wiem, że dasz radę. Jesteś w tym najlepszy.

– No dobra. Spróbuję coś wyczarować. Ale na kalkach, OK?

– Jasne.

– Masz podkłady?

– Tak. Proszę. To wszystko, co mi gość przekazał.

– Powinno wystarczyć. – Zerknął szybko na rozwinięte plany i zrolował je.

– To chyba tyle na teraz. Jeśli będę wiedział coś więcej, dam ci znać. – Oskar chciał już zakończyć tę rozmowę.

Daniel wyczuł to i podniósł rękę w geście pożegnania, jakby chciał powiedzieć: „dobra, dobra, już mnie nie ma”, i wyszedł w ciemny korytarz bez słowa. Chwilę później bujał się w wielkim skórzanym fotelu w swoim biurze. Zastanawiał się, co teraz zrobić. Wyciągnął ze swojej kurtki tubę z fragmentem mapy i rozłożył go na stole. Był pod wrażeniem szczegółowości. Połowa mapy nie była w najlepszym stanie, ale wszystko dało się odczytać. „Oskar miał rację. Tunele ciągną się od zalewu. Niestety górny fragment jest oderwany. Czy ciągną się aż po teatr? Koniecznie muszę znaleźć drugą część. Ale… w sumie… skąd Oskar wiedział o tunelach? To dziwne. Nie mówił mi o tym. To dość ciekawa informacja dla architekta. Chciał zachować to dla siebie? A może nie widział w tym potencjału? Albo… nie… skąd mógłby wiedzieć o tajemnicy” – rozmyślał.

Uruchomił komputer, a zanim ten się włączył, Daniel przeczytał jeszcze raz informację na ostatniej kartce. „Sowa i aleje? Może to jakiś symbol?” – zastanawiał się. Spojrzał na skrzynkę e-mailową. Miał tylko jedną wiadomość od Darii: „Może weekend w domku góralskim? Daj znać”. Poniżej był jeszcze link do owego domku.

Wyłączył komputer i wyszedł z biura. „Może ktoś w Łaźni Nowej będzie w stanie powiedzieć mi coś więcej o mapie w całości. Przy okazji się przewietrzę. Trzeba to wszystko złożyć w jakąś sensowną całość” – rozmyślał po drodze.

[1] – Tak, Lebiediew? Masz te… informacje? (tłum. aut.).

[2] – To dobrze, nie zgub ich. Nie wszystkie? Dobra. Trudno. Przyjdź z nimi dziś do biura po południu (tłum. aut.).