Parker Rain

Tekst
Autor:Anna Wolf
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Parker Rain
Parker Rain
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 71,80  57,44 
Parker Rain
Parker Rain
Audiobook
Czyta Wojciech Stagenalski
39,90  28,73 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: Beata Kostrzewska

Redaktor prowadzący: Grażyna Muszyńska

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Aleksandra Zok-Smoła (Lingventa)

Zdjęcie na okładce

© FXQuadro/iStock

© by Anna Wolf

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2021

ISBN 978-83-287-1932-3

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2021

Spis treści

Prolog

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

Prolog

Parker

Podchodzę dość powoli do drzwi i je otwieram. Ku mojemu zaskoczeniu na werandzie domu należącego do rodziców wita mnie mundurowy. Jego obecność lekko zbija mnie z tropu. Tak samo jak radiowóz i jeszcze jeden policjant, który właśnie zmierza w naszym kierunku.

– Parker Rain? – pyta ten, któremu otworzyłem.

– Tak – odpowiadam, czując ukłucie bezpodstawnego strachu. – O co chodzi?

– Jest pan aresztowany za pobicie Kita Jeffersona. Wszystko, co pan powie, może zostać użyte przeciwko panu – recytuje ten drugi.

– Nie rozumiem.

– Ręce do tyłu! – Słyszę, ale nawet nie reaguję. – Proszę ułożyć dłonie z tyłu i powoli odwrócić się do nas plecami.

Wykonuję polecenie, nie do końca rozumiejąc, o co chodzi, po czym zostaję szarpnięty, a po chwili czuję zimny metal okalający moje nadgarstki. Kurwa, założyli mi kajdanki? Nie wierzę, po prostu nie wierzę.

– Idziemy – instruuje mnie jeden z mężczyzn, kiedy staję z nimi twarzą w twarz.

– To jakaś pomyłka – próbuję wytłumaczyć, ale nie dają mi szansy, tylko zostaję popchnięty do przodu.

Schodzę ze schodów, czując zimny metal i ciężar własnej głupoty. Owszem, pobiłem Kita, ale go nie zabiłem. Dostał tylko to, co sam zrobił Su.

– Dokąd go panowie zabierają?! – Wokół roznosi się krzyk mojej mamy.

Przystaję, odwracam głowę i spoglądam na nią.

– Lepiej będzie, jeśli zadzwonisz po adwokata – sugeruję.

– Ale dlaczego cię zabierają, synu? – Dopada do mnie, na co policjanci krzywo patrzą. Skurwiele.

– Zostałem aresztowany w sprawie Kita. – Niemal wypluwam to imię.

– Boże – szepcze mama i raptem robi się blada. – A jednak to zrobiła…

– Co zrobiła? O kim ty mówisz?

– Su, ona… Muszę zadzwonić. Nie martw się, wszystko będzie dobrze.

– Wierzę, że tak.

Ale nie było. Wspominam tamten dzień jako jeden z najgorszych w moim życiu, ale tak naprawdę najgorsze miało dopiero nadejść, o czym jeszcze wtedy nie wiedziałem. Może i lepiej. Miejsce, w którym się znalazłem, nie było kurortem wypoczynkowym. O nie. Jednak nauczyło mnie wiele – pokory i uważania na to, komu się pomaga i co się mówi. Dzisiaj sprawę załatwiłbym inaczej. Ale przeszłości nie da się zmienić. Chociażby nie wiem, jak bardzo się chciało. Rzeczy minione zostają tylko wspomnieniem. A wspomnienia bywają dobre albo złe. Ja z tamtego okresu akurat mam koszmarne.

– Znowu odpłynąłeś.

– Tak. Czasem dopadają mnie przebłyski tamtego dnia.

– Nie myśl o tym. Jesteś teraz przykładnym obywatelem, Parker. – W głosie brata słyszę trochę kpiny.

– Zawsze nim, kurwa, byłem, Charlie. Za kogo ty mnie masz? Gdyby nie Su, nigdy by nie doszło do tego gówna.

– Rozumiem, że wciąż ze sobą nie gadacie – stwierdza, a nie pyta.

– Prędzej piekło zamarznie, niż to zrobię – cedzę i upijam łyk piwa, które łagodnie spływa po moim gardle i je chłodzi.

– Czyli rodzinie też nie pomagasz?

Rzucam bratu uważne spojrzenie. Mam świadomość, czego chce, ale nie dostanie tego.

– Skończyłem z tym. Dobrze o tym wiesz.

– Od kiedy? Jeszcze niedawno były zakłady.

– Były, ale już nie będzie. Dali się ponieść emocjom i jeden skończył w szpitalu. Nie zaryzykuję więcej. To miała być dla nich rozrywka, ale pieprzę te pieniądze, i ich także. A zwłaszcza ciebie, Charlie.

– Hola, hola. Pomogłem ci.

– I zapewne będziesz mi to wypominał do końca życia. – Odstawiam pustą butelkę i odwracam się do niego przodem. – Pomogłeś, super. Jesteś moim bratem, a logiczne jest, że rodzinie się pomaga.

– Ale ty mi jakoś nie chcesz.

– Bo to nie jest, kurwa, pomoc. Ty chcesz zarobić na mnie kupę forsy. Chcesz, żebym brał udział w czymś, na co nie mam ochoty. Zapomnij i nigdy więcej mnie o to nie pytaj, Charlie. Jeśli między nami ma być dobrze, to zwyczajnie odpuść – rzucam i ruszam na zaplecze, gdzie mam swoje biuro.

– Przyjdzie taki dzień, że jednak zmienisz zdanie, bracie!

– Po moim trupie!

Corina

Jak ostatnia idiotka stoję z wiązanką ślubną wciąż w tym samym miejscu i patrzę na opuszczających kościół gości. Wiadomo już, że Harry nie przyjdzie i ślubu nie będzie, a ja zostałam porzuconą panną młodą.

Czekałam na narzeczonego przed ołtarzem, ale nie pojawił się o wyznaczonej godzinie. Nikt raptem nie wiedział, co się z nim stało. Drużba tylko nerwowo poprawiał krawat i rzucał dziwne spojrzenia, a ja stałam bity kwadrans. A skończyło się tak, że mój przyjaciel Cole dostał wiadomość właśnie od mojego narzeczonego z informacją, żebym nie czekała, bo się nie pojawi. W pierwszej chwili, kiedy to usłyszałam, pomyślałam, że to kiepski żart, ale niestety tak nie było. Cole, żeby nie być gołosłownym, pokazał mi SMS-a, z którego jasno wynikało, że mężczyzna, z którym byłam kilka lat, wystawił mnie w dniu naszego ślubu do wiatru.

Może w tym momencie powinnam zalewać się łzami, ale wcale tak nie jest. Nie jestem zrozpaczona, za to dosłownie kipię z wściekłości. Byliśmy ze sobą tyle lat, a on tak po prostu wypisał się z tego związku jak gdyby nigdy nic, bez podania przyczyny. Może jakaś istnieje, ale fakt jest jeden – został ślubnym dezerterem. Owszem, ostatnio nie do końca się między nami układało, ale przecież każda para ma swoje wzloty i upadki. Ale on zrobił jedną z najgorszych rzeczy – zostawił mnie przed cholernym ołtarzem z gośćmi, którzy po usłyszeniu, że ślubu nie będzie, nie bardzo wiedzieli, co ze sobą zrobić. Drużba pana młodego ulotnił się w trybie natychmiastowym, zresztą druhny, ku mojemu zaskoczeniu, zrobiły dokładnie to samo. A Harry… Harry nie zachował się jak mężczyzna, bo gdyby nim był, postawiłby na szczerość i powiedział, że ślubu nie będzie, jeszcze zanim zjawiłam się w kościele i na oczach wszystkich zmieniłam w porzuconą pannę młodą. Wystarczyło kilka słów, jedno zdanie, że nie chce się ze mną żenić. Chociaż znając mnie, nie poszłoby mu to tak łatwo, więc podejrzewam, że dlatego niczego mi nie wytłumaczył. Tchórz i tyle. Czuję się upokorzona. Ale jestem również zła na samą siebie, że niczego wcześniej nie zauważyłam. Nie dostrzegałam żadnych symptomów, a może w sumie nie chciałam? Zapewne jakieś były, tylko dla własnej wygody winę zwaliłam na coś innego? Tak, tak mogło być w rzeczywistości, co nie zmienia faktu, że nie już jestem narzeczoną ani żoną. Do tego nie wierzę, że Harry zmienił zdanie akurat dzisiaj. Nie on. Znam go i wiem, że nie podejmuje pochopnych decyzji. Prawdopodobnie planował ten krok od dawna, tylko jakoś zapomniał mnie poinformować.

Mocniej zaciskam dłoń na bukiecie ślubnym, który swoją drogą jest śliczny, i patrzę na ostatniego weselnego gościa wychodzącego z pięknie przystrojonego białymi różami kościoła. Nie było tłumu. Ale nie o to chodzi. Poza Colem i Dużym Johnem nie mam nikogo bliskiego. Nie licząc dwóch druhen, które są moimi koleżankami z czasów studiów, i wspólnika ojca. I to byłoby tyle z mojej strony. Większość zaproszonych osób była od Harry’ego.

Spoglądam na puste ławki i wciąż zachodzę w głowę, dlaczego mnie zostawił. Ta myśl krąży w mojej głowie niczym upierdliwa mucha, nie dając spokoju. I jakikolwiek były narzeczony miał powód, nie zmienia to faktu, że zachował się jak skurwiel. Upokorzył mnie przed innymi, więc nawet jeśliby się zjawił i prosił, abym mu wybaczyła, nie zrobiłabym tego. Czasem nie bywam miłosierna, a teraz mam ochotę krzyknąć, rozpłakać się i rzucić czymś w tego drania. Zamykam na chwilę oczy i biorę uspokajający oddech, żeby czasem nie pokazać nazbyt wiele emocji, chociaż zapewne i tak wszystkie mam wymalowane na twarzy… Ale w kościele praktycznie nikogo nie ma, więc…

 

– Niech cię jasny szlag trafi, Harry – mamroczę pod nosem.

– Wszystko dobrze, moje dziecko? – dopytuje pastor, który wrócił i chyba chciałby mnie pocieszyć. Mam nadzieję, że nie słyszał, co powiedziałam.

– Skoro jeszcze się nie popłakałam… – odpowiadam ze wzrokiem utkwionym w moim przyjacielu.

– Możesz tutaj zostać, jak długo chcesz. Może to ukoi twoje nerwy.

Nie odpowiadam. Chyba nie muszę, bo pastor odchodzi. Kiedy w końcu znika mi z oczu, nie wytrzymuję. Coś we mnie pęka i wyładowuję się na Bogu ducha winnych kwiatach, bo nagle postanawiam poddać je destrukcji. Rzucam bukietem o podłogę, po czym depczę z taką siłą, jakbym chciała posłać go do piekła. Gdy prawie nic z niego nie zostaje, chwytam suknię w dłonie i ruszam do wyjścia. Moje obcasy stukają o kamienną posadzkę, a po kościele rozchodzi się echo. W połowie drogi zatrzymuję się i spoglądam na jeszcze jednego mężczyznę, który wciąż siedzi w kościelnej ławie. Trochę zaskoczył mnie swoją obecnością. Wcześniej mówił, że się nie zjawi, ale widać zmienił zdanie. W sumie… jestem jego córką chrzestną. Jednak nasza relacja przedstawia się naprawdę zabawnie przez wzgląd na to, kim jest on, a kim jestem ja. Wręcz można by rzec, że komicznie.

– Patrzysz na mój upadek? – kpię.

– Nie nazwałbym tego upadkiem, kochanie. – Wstaje. – Wierz mi lub nie, ale wyświadczył ci przysługę. Ogromną przysługę. Pewnego dnia zrozumiesz, co miałem na myśli.

Przez sekundę mam ochotę odrobinę się z nim sprzeczać, tak dla zasady, bo jestem zła, ale może i ma rację, więc zwyczajnie odpuszczam.

– Skoro tak mówisz.

– Posłuchaj mnie. – Duży John wysuwa się z ławki. – Z każdego upadku można się podnieść. Jesteś silną kobietą, dasz sobie radę. Jednak obiecałem coś twoim rodzicom i zamierzam słowa dotrzymać.

– Sprzątniesz tego gada i utopisz na dnie rzeki? – pytam żartem, ale oboje wiemy, że byłby do tego zdolny.

– Powiedz tylko słowo. – Uśmiecha się. – Wiesz, co jestem w stanie zrobić.

– Boże, narzeczony zostawił mnie w dniu ślubu, a my rozmawiamy o tym, że możesz się go pozbyć. – Śmieję się gorzko.

– Cóż… – Wzrusza ramionami. – Nikt, kto wie, kim jestem i ma trochę oleju w głowie, nie zadzierałby ze mną, a już na pewno nie z moją chrześnicą.

– Tylko nikt nie wie, że nią jestem – przypominam mu.

– Dla twojego dobra, mała.

– Wiem.

– Nie płaczesz, a to dobrze. Szkoda łez na takich skurwieli jak on.

– Wszyscy sobie poszli – odzywa się podchodzący do nas Cole.

– Dziękuję – mówię do przyjaciela, kiedy przystaje tuż obok.

– Wiesz, gdzie mnie szukać. – John mnie przytula. – Naprawdę powiedz tylko…

– Nie kuś! – Ojciec chrzestny śmieje się, słysząc moje słowa.

– Pilnuj jej, Cole.

– Tak zrobię, wujku.

– Trzymajcie się, dzieciaki. – Rusza do wyjścia, ale zatrzymuje się jeszcze na chwilę i odwraca. – Catering i tak jest zamówiony, a Luisa kazała przekazać, abyś się nie przejmowała i żebyście przyjechali. Powiedziała, że opijecie twoją wolność i że to, co zaszło, jest najlepsze, co ci się mogło przytrafić.

Cholera, czy coś mi uciekło, skoro już druga osoba tak mówi?

– W takim razie przyjedziemy – odzywa się za mnie Cole.

Patrzę, jak mężczyzna odchodzi. Duży John to nie jest byle kto, ma władzę, znajomości, wzbudza respekt, ludzie się go boją. I wiem, że jego propozycja była poważna. Pozbyłby się Harry’ego. Jedno moje słowo, a Harry Grison przestałby istnieć.

– Idziemy?

– Tak, idziemy – odpowiadam.

Wzdycham i w towarzystwie przyjaciela opuszczam świątynię. Gdy tylko staję na kościelnych schodach, uderza we mnie ciepłe popołudniowe powietrze, które pachnie słońcem, trawą i latem. Unoszę lekko głowę i patrzę na błękit nieba, po czym sięgam ręką do upiętych na czubku głowy włosów. Zwinnym ruchem odpinam welon, który swobodnie spływa na ziemię. Biorę głęboki oddech. W oddali dostrzegam jeszcze Dużego Johna w asyście jego ludzi. Właśnie wsiada do swojej limuzyny, a po chwili odjeżdża.

– Może jednak skorzystasz z jego propozycji? – sugeruje Cole.

– Prawnik zlecający morderstwo? Wiesz, takie rzeczy to tylko w filmach.

– Tak? A jednak twoim ojcem chrzestnym jest sam boss mafii, a zarazem mój wujek. Więc takie rzeczy się zdarzają, kochanie.

– Ciszej – upominam go.

– Daj spokój. Chyba każdy wie, czym się zajmuje.

– Ale już nie każdy ma świadomość, że jesteśmy powiązani ze sobą na stopie prywatnej. Oficjalnie jest tylko naszym klientem. Nawet Harry nie wiedział.

– Czyli nie zdradziłaś mu, że to moja rodzina?

– Nie musiał być o wszystkim informowany. Tak jest bezpieczniej, Cole.

– Mała bestyjka. To co teraz robimy? Jedziemy tam?

– Luisa czeka, więc tak. To, że nie było ślubu ani wesela, wcale nie oznacza, że nie możemy się zabawić i zalać w trupa.

– Wiesz, że cię kocham?

– Wiem. – Puszczam do niego oko, ale wciąż czuję się nieswojo.

– Ale na pewno nie chcesz, żeby ludzie Dużego Johna się nim zajęli? Jakieś betonowe buciki? Koleś zniknąłby bez śladu i nikt nigdy by się nie dowiedział, co się stało z tą podłą gnidą.

– Kusząca propozycja, nawet bardzo, ale zostanę przy upiciu się. Nie chcę o nim słyszeć ani więcej oglądać go na oczy. Chociaż z tym ostatnim może być trudno, zważywszy, że pracuje w naszej firmie.

– A to da się załatwić. I tak działał mi na nerwy.

– Co sugerujesz? I czy przypadkiem czytasz mi w myślach?

– Nie, po prostu cię znam. A mówię tylko o tym, że pozbędziemy się go szybciej, niż sądzisz.

– Czyli? – dopytuję, gdy idziemy w kierunku samochodu.

– Chciał zostać partnerem, ale nie zostanie.

– Zapomniałam o tym… – wyznaję. – Nie zachowam się profesjonalnie, ale mam to gdzieś. Wyrzuć go z firmy. Czasem karma bywa suką – mamroczę.

– To będzie dla mnie czysta przyjemność. – Widzę uśmiech Cole’a. W sumie wcale mnie on nie dziwi.

Wiem, że mój przyjaciel nigdy nie przepadał za Harrym, a teraz będzie miał możliwość mu dopiec. Nawet nie chcę wyobrażać sobie miny mojego niedoszłego męża, kiedy dowie się, że z jego awansu na wspólnika nici. Chyba nie przewidział, że po tym wszystkim pewne rzeczy się zmienią. Trzeba ponosić konsekwencje własnych czynów. Zresztą ostatnio nie był za dobry w tym, co robił. Same przegrane sprawy. A to niezbyt dobrze o nim i o nas jako kancelarii świadczy. Nikt nie weźmie prawnika, który przegrywa. Chyba że zapłacono mu za to, aby to zrobił. W to też już jestem w stanie uwierzyć.

Parker

Pakuję zakupy do papierowej torby, a kasjerka patrzy na mnie, jakbym był jakimś robakiem. Nie żebym się tym przejmował, ale zaczyna być to nużące. Zrobiłem, co zrobiłem, niczego nie żałuję. Chociaż w tym momencie nie mam pojęcia, czy ponownie chociaż ruszyłbym palcem w tamtej sprawie. Czasem nie opłaca się być dobrym, nawet dla rodziny. Rodzina jest miła, jeśli ty taki dla niej jesteś. Kiedy nie widzą w tobie czarnej owcy, to chcą się z tobą wszędzie pokazywać. Ale ja nią zostałem, mimo że jak na ironię to Charliemu zawsze było nie po drodze z byciem uczciwym obywatelem i zarabianiem kasy w legalny sposób. Nawet nie dociekam, kim tak naprawdę teraz jest. Dla mnie pretenduje do miana lokalnego oprycha, i chyba nie tylko to, ale z naszej dwójki to ja jestem tym złym. Jakoś to przeżyję. Przeszedłem w życiu przez gorsze gówno i pieprzę to. Pieprzę to miasto. Gdyby nie fakt, że mam tutaj jakieś swoje miejsce, własny bar, zapewne dawno bym wyjechał, ale kocham dom, w którym mieszkam, i tę okolicę również. Chyba właśnie to trzyma mnie na powierzchni.

Wychodzę ze sklepu i podchodzę do samochodu.

– Proszę, a kogo tutaj przywiało… – Dobiega mnie znajomy głos. Głos, którego już nigdy nie chciałem słyszeć. – Nawet się nie odezwiesz?

Pakuję zakupy do auta i potem się odwracam. Nic się nie zmieniła przez te dwa lata. Tyle czasu minęło, odkąd ostatni raz z nią rozmawiałem. Od kiedy kopnęła mnie w dupę.

– Czego chcesz? Ponoć to wstyd ze mną gadać – kpię.

– Jesteś dla mnie nikim, Parker. Tylko tyle chciałam ci powiedzieć.

– Vice versa – rzucam, co chyba niezbyt się jej podoba, bo robi jedną z tych swoich sławetnych minek, które od zawsze mnie irytowały.

– Dupek.

Dla niej zawsze, jeśli tylko zrobiłem coś nie tak, byłem dupkiem. Nic nowego. Nie rusza mnie to, więc zwyczajnie nie reaguję na zaczepki. Nie jest warta mojego czasu, którego i tak za dużo na nią zmarnowałem.

Bez słowa wsiadam do samochodu i odjeżdżam, zostawiając dziewczynę na parkingu. Jeśli sądziła, że mnie sprowokuje, to naprawdę mocno się pomyliła. Nie jestem już skory do rozmów, zwłaszcza z kimś takim jak Kat. Zmieniłem się. Błędy zmieniają człowieka. Cierpliwości też się nauczyłem, bo więzienie uczy różnych rzeczy. Ale w tym wszystkim najważniejsze jest to, że przetrwałem i wyciągnąłem wnioski. A zdołałem to osiągnąć dzięki rzeczom, których nauczyłem się na studiach, żeby zarobić. To one pozwoliły mi przetrwać rok za więziennymi murami. Bicie innych chyba mam we krwi.

Od małego byłem niesfornym dzieckiem, aż w końcu wykorzystałem rozpierającą mnie energię w dobrym celu. Ale to zamierzchłe czasy i mam nadzieję, że nigdy więcej się o mnie nie upomną, zwłaszcza że braciszek co jakiś czas truje mi w tym temacie dupę. Ale na pewno nie zgodzę się sam brać w tym udziału. Co innego organizowanie, ale w to też się już nie bawię.

Kwadrans później parkuję przed domem, wysiadam i spoglądam na sąsiedni budynek, który od jakiegoś roku stoi pusty. W tej części ulicy znajdują się tylko dwa domy. Nie narzekam, bo mam święty spokój. Nie to, że stronię od ludzi, bo tak nie jest – to co poniektórzy stronią ode mnie. Skoro tak wolą, niech im będzie. Świata nie zmienię i nie zamierzam, tak samo jak i innych osób. Jest, jak jest.

Wchodzę do środka i od razu wita mnie mój kot. Wygląda jak pirat. Ucho uszczerbione, futro w kilku miejscach powyrywane, lewą powiekę też ma uszkodzoną. Zapewne znowu gdzieś łaził i się tłukł z innymi kocurami.

– Wiecznie ci mało – mówię do niego, podając mu plasterek wędliny.

Nie odzywa się, zajęty pochłanianiem przysmaku, za to w tylnej kieszeni jeansów odzywa się mój telefon. Wyciągam go i odbieram.

– Cześć, bracie.

– Cześć, Charlie. Dzwonisz do mnie, bo…?

– Jestem w Nowym Jorku, a dokładniej w Jersey City.

– A co ty tam robisz, hm? – pytam, ale po chwili żałuję, że to zrobiłem. – Nie mów, lepiej dla mnie.

– Interesy – odpowiada, a to jest dokładnie ta informacja, której wolałbym nie usłyszeć. – I jestem na dziwnym przyjęciu.

– Co rozumiesz przez „dziwne”? – Ciekawość jednak wygrywa.

– Miało być wesele, ale jest zupełnie coś innego. Niedoszła panna młoda tańczy właśnie na stole z bratankiem… – Urywa.

– Aha. Czy ja chcę wiedzieć z czyim?

– Raczej nie. Chodzi o gościa, z którym robię interesy.

– A ja powiedziałem, żebyś mi nie mówił.

– Ups.

– I nic się nie zmieniło, Charlie. Moja odpowiedź wciąż brzmi „nie”.

– Wiem, ale…

– Nie ma żadnego „ale” – cedzę powoli. – Zapomnij. – Rozłączam się.

Przez chwilę ściskam telefon w dłoni tak mocno, że aż bolą mnie palce. Nic się nie zmieniło. Ja ciągle mu odmawiam, a on stale tego nie rozumie. Dawny Parker Rain przestał istnieć. Mam nadzieję, że w końcu to do niego dotrze. A jeśli nie, to przestaniemy się lubić.

Corina

Lotnisko Newark Liberty to był mój wybór. Mogłam jechać na John F. Kennedy albo LaGuardia, ale to jest najbliżej. Czasem szkoda tracić czasu. Stąd też odlatują samoloty, więc siedzę na hali w towarzystwie Cola, oczekując na mój lot. Minął miesiąc, odkąd Harry postanowił nie być moim mężem. Nie rozpaczam. Przez ten czas zdałam sobie sprawę z kilku naprawdę ważnych rzeczy. Rzeczy, które sprawiły, że już wszystko widzę inaczej. I tak jakby czuję się tutaj z tym wszystkim jakoś dziwnie nie na miejscu. Raptem moje miasto zrobiło się dla mnie za ciasne. Zwłaszcza że ci nieliczni znajomi, których posiadam, patrzyli na mnie z politowaniem, kiedy na siebie wpadliśmy, lub gdy telefony moich druhen raptem dziwnie milkły, kiedy dzwoniłam. Zrobiło się niezdrowo. A to ja, do cholery, zostałam porzucona, a nie dupek Harry. Ale to wszystko sprawiło, że w końcu nadszedł czas, żeby włożyć majtki naprawdę dużej dziewczynki i zrobić porządek we własnym życiu. Niby mam karierę, wymarzoną pracę, mieszkanie, pieniądze, ale… To właśnie owo „ale” zdecydowało o tym, że postanowiłam na jakiś czas zrobić sobie urlop od wszystkiego, nawet od pracy, aby przemyśleć, do czego w rzeczywistości tak pędzę. Ostatnie dwa lata były dla mnie trudne, a po ostatnich rewelacjach mam zwyczajnie dosyć. Z czasem nawet rzeźba z kamienia zostanie dotknięta erozją i właśnie tak obecnie jest ze mną. Moje plany jeszcze nie są doprecyzowane. W tej chwili jednak opuszczam Jersey City i udaję się do Newport News.

 

To dla mnie jedyna droga, gdyż jeszcze chwila, a naprawdę się uduszę w tym mieście. Odkąd umarli rodzice, nie wzięłam ani jednego dnia wolnego, a bycie wspólnikiem w firmie prawniczej ma swoje liczne zalety i wady. Tylko że ja właśnie jestem na życiowym zakręcie. Pieniądze to nie wszystko. Wiem, że tak mówią tylko ci, którzy je mają. Coś w tym jest, bo bez nich jest naprawdę ciężko, ale… Znowu dochodzimy do jakiegoś „ale”. Ono zawsze jest i będzie. Może to wszystko na tym polega, aby czasem kwestionować własne wybory? Ja kwestionuję mój sposób życia i rozumiem, że po prostu się pogubiłam. Jedno natomiast wiem: swoją pracę kocham, a z moim fachem w ręku mogę pracować gdziekolwiek, na przykład otworzyć coś nowego. Świadomość tego sprawia, że widzę przed sobą inne możliwości. Ale w tej chwili te rozmyślania należy odłożyć na bok, bo nadeszła pora, by naładować baterie, które są na wyczerpaniu. Przy okazji postanawiam już nigdy więcej nie oglądać parszywej gęby Harry’ego.

– Na pewno tego chcesz? – Kolejny raz dopytuje blondas, który odwiózł mnie na lotnisko, jak na przyjaciela przystało.

– Wiesz, że muszę. Inaczej zwariuję. Mimo że praca jest dla mnie ważna, nie dam rady dłużej udawać, Cole.

– Tak, rozumiem. Ale pamiętasz, że mój wujek wciąż może zrobić z nim porządek? Zresztą kazał cię zapytać, czy może czasem nie zmieniłaś zdania. – Mówiąc to, zabawnie porusza brwiami.

– Boże, jesteście niemożliwi, obaj. – Śmieję się. – Mój tato zapewne też by brał to pod uwagę. Za to brat, gdyby żył, spuściłby mu lanie.

– Śmiem podejrzewać, że na jedno by wyszło, gdyby trafił w ręce twojego brata albo mojego wujka. Sam bym mu dał wpierdol, ale zapewne podałby mnie do sądu.

– Wybroniłabym cię.

– To jest akurat oczywiste. – Przytula mnie do siebie. – Ale tak z ciekawości, dlaczego jedziesz do tej dziury?

– To wcale nie jest dziura – zaprzeczam. – To wyjątkowo urocza miejscowość.

– Proszę cię – kpi. – Sto tysięcy coś ludzi to jednak dziura.

– W porównaniu z Nowym Jorkiem większość miast to dziury. – Teraz to ja kpię. – Ale mnie się podoba. Widziałam zdjęcia domu, który chcę wynająć. Spokojna okolica, blisko do oceanu. Dla mnie to jest wystarczające, Cole. Nie mam zbytnich wymagań. Chcę po prostu odpocząć. Na chwilę zająć się czymś innym.

– Wiem, ale jak na bogatą dziewczynę przystało, powinnaś wybrać jakieś szokująco drogie miejsce. – Drażni się ze mną.

– Bogata dziewczyna ma w dupie takie miejsce. Nie to co ty. – Cmokam, bo dobrze go znam. Wybrałby jakiś luksusowy hotel i pławił się w jego blasku.

– Ależ oczywiście. Po co nam pieniądze, skoro ich nie wydajemy? – Uśmiecha się.

– To będą moje wakacje, Cole. – Wciąż mu przypominam.

– Jeszcze się okaże, że tam zostaniesz i dopiero się narobi.

– Wiesz, nigdy nic nie wiadomo. – Szczerzę się. – Może poznam tam miłość swojego życia? – żartuję.

– Akurat z tego doskonale zdaję sobie sprawę. Los potrafi czasem spłatać nam figla, więc uważaj, czego sobie życzysz, bo jeszcze się spełni.

– Wątpię i nie uprzedzajmy zdarzeń.

– Tak tylko mówię.

– A ja tylko ci przypominam, że jadę tam odpocząć, naładować akumulatorki i nie szukam chłopaka.

– Ależ ja nic nie sugeruję, jednak mogłabyś sobie kogoś znaleźć, chociażby na bzykanko. Wiesz, seks sprawia, że człowiek czuje się lepiej.

Cole po raz ostatni mnie przytula i chociaż tak bardzo nie chcę go zostawiać, to jednak muszę. Pierwszy raz powinnam zrobić coś tylko dla siebie. Ostatnimi czasy miałam prawdziwą jazdę bez trzymanki, ale przyszła pora, żeby na chwilę odpuścić. W tym całym bałaganie zdałam sobie sprawę z czegoś jeszcze: że dobrze się stało, że nie wyszłam za mąż. Świadomość tego nie oznacza, że wybaczę Harry’emu, ale teraz wiem, że moje małżeństwo byłoby kolosalnym błędem. Powinnam rozpaczać, mieć jakieś oznaki załamania, cokolwiek, a czuję jedynie spokój oraz ulgę. To świadczy tylko o tym, że nie kochałam Harry’ego. Z biegiem lat uczucie chyba się wypaliło, a my prawdopodobnie byliśmy ze sobą już tylko z przyzwyczajenia. Jednak zrobienie ze mnie idiotki na własnym ślubie to wyjątkowo złe posunięcie. Właśnie takich rzeczy nie zapominam. Wybaczyć nie oznacza zapomnieć, ale ja nie mam zamiaru zrobić ani jednej, ani drugiej rzeczy.

– Cześć, Cole. – Gdy słyszę, jak wywołują mój lot, całuję przyjaciela w policzek. – Uważaj na siebie.

– Ty też, mała.

Macham mu na do widzenia i ruszam przed siebie, słuchając, jak na pokład zapraszani są pasażerowie lotu numer siedemset dziewięćdziesiąt.

Chwilę później jestem już w samolocie i przechodzę do pierwszej klasy, po czym szukam swojego miejsca i szybko je zajmuję. Spoglądam przez niewielkie okienko i odcinam się od otoczenia, gdyż nie chcę z nikim rozmawiać. Pragnę po prostu stać się niewidzialna dla innych, chociażby na chwilę. Ale nim to nastąpi, wyciągam telefon, który zapomniałam wyłączyć. Ktoś postanowił do mnie napisać. Mam nadzieję, że to Cole wysłał coś głupiego, coś w jego stylu, żeby mnie rozśmieszyć. Ale jakież jest moje zdziwienie, kiedy zamiast wiadomości od przyjaciela pokazuje się zdjęcie. Ze złości zaciskam szczękę, a palce wbijam w telefon. Mam ochotę nim rzucić i wykrzyczeć, że Harry Grison to podła gnida.

Nie wierzę w to, co widzę. Ten drań bierze ślub z kimś innym! Akurat tego się po nim nie spodziewałam. Owszem, do żadnej wyjaśniającej rozmowy dotychczas nie doszło. Po prostu wziął sobie wolne i postanowił nie odbierać ode mnie połączeń. A skoro w ten sposób chciał załatwić temat naszego rozstania, to ja nie miałam zamiaru się przed nim płaszczyć. Tak, jestem niezależna, ale to wcale nie oznacza, że nie potrzebuję niczego, bo jak każdy człowiek też chcę czuć się kochana. Ale w tej chwili ujrzenie Harry’ego z inną kobietą, która kiedyś była moją koleżanką, sprawia, że cała staję w płomieniach. Dosłownie płonę ze złości. Sądziłam, że nie wziął ze mną ślubu, bo po prostu nie chciał się żenić i w końcu to do niego dotarło. Mężczyźni czasem tak mają, zresztą kobiety chyba też. Ale to, co widzę, sprawia, że teraz czuję się jak jeszcze większa idiotka.

– Pieprzcie się – mamroczę pod nosem, po czym wyłączam telefon, opieram się wygodnie o oparcie fotela i zapinam pas.

Późnym popołudniem lądujemy w końcu w Newport News, wedle Cole’a dziurze zabitej dechami, ale nie jest to prawda. Dla innych, w tym dla niego, to po prostu niewielka miejscowość. Chociaż „niewielka” jest akurat pojęciem względnym, zwłaszcza biorąc pod uwagę moje miejsce zamieszkania. Każde miasto zawsze będzie mniejsze od Nowego Jorku i być może Jersey City, ale jakoś niespecjalnie mi to przeszkadza.

Z dwiema walizkami przemieszczam się dość szybko po lokalnym porcie lotniczym. Urocze miejsce, które być może trąci trochę starością, ale mnie się podoba. Ma swój klimat. Wychodzę na zewnątrz, gdzie od razu, jakby ze zdwojoną siłą, uderza we mnie gorące lipcowe powietrze. I właśnie w tym momencie cieszę się, że mój wynajęty samochód ma klimatyzację. Auto już na mnie czeka, więc tylko podpisuję papiery, płacę, odbieram kluczyki, po czym pakuję swoje bagaże i ruszam na miejsce spotkania, gdzie powinna już być agentka nieruchomości.

Droga prowadzi między polami. Mimo że lotnisko ponoć jest usytuowane na obrzeżach miasta, to jakichkolwiek budynków w oddali jeszcze nie dostrzegam, ale za to kołyszące się na wietrze łany zboża oraz rozpalone i wirujące nad rozgrzanym asfaltem powietrze już tak. Poprawiam okulary przeciwsłoneczne, delektuję się jazdą i cieszę znikomym ruchem na drodze.

Po niespełna godzinie jestem prawie na miejscu. Wedle nawigacji skręcam właśnie w West Lane, ulicę, która pnie się lekko w górę. Witają mnie tu średniej wielkości domy. Pokonuję niewielki zakręt w prawo i ku mojemu zaskoczeniu z uliczki wyłaniają się tylko dwa stojące obok siebie budynki. Zwalniam i podjeżdżam pod drugi, przy którym na trawniku wbita jest tabliczka. Parkuję wzdłuż ulicy, wysiadam i rozglądam się, zastanawiając, czy aby na pewno dobrze trafiłam. Umieszczona przy płocie stara, zardzewiała skrzynka pocztowa oraz widniejący na niej numer jedenaście informują, że owszem. Okolica wydaje się małym odludziem, ale właśnie czegoś takiego szukałam. Nie potrzebuję nikogo do szczęścia, chociaż zapewne będę miała sąsiada, sądząc po bliskości drugiego domu. Otwieram furtkę, która niemiłosiernie skrzypi, i podchodzę bliżej, skanując budynek. Z zewnątrz jest całkiem zadbany. Trawnik jest równo ostrzyżony i mimo upalnego lata, które właśnie daje mi się we znaki, wciąż zielony. Ale dostrzegam coś jeszcze. Ten dom tak naprawdę jest na sprzedaż, o czym informuje kolejna tabliczka. Interesujące.

Chowam się w cieniu werandy. Lejący się z nieba żar sprawia, że jest zbyt gorąco, aby przebywać w pełnym słońcu, do tego sukienka przykleiła mi się do pleców. Cicho wzdycham, siadam w niewielkim fotelu i czekam na kobietę.

Inne książki tego autora