WiedźmaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wiedźma
Wiedźma
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,94  47,95 
Wiedźma
Audio
Wiedźma
Audiobook
Czyta Ilona Chojnowska
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Świeć! Tańcz! Zafaluj choćby! Faluj, słyszysz? Faluj! – zawołała ze złością do jeziora, a gdy to nie usłuchało, cisnęła w nie kamieniem, lecz nawet plusk zdał się mdły i daleki, a wzniecone jego upadkiem kręgi płaskie i ledwie widoczne.

Jasna opuściła głowę i wtuliła twarz w kolana. Myśli jej krążyły chaotycznie, jak bijące skrzydłami w powietrzu spłoszone chmary ptaków.

– Nigdy… nigdy… – zaklinała z przejęciem na głos, tą mantrą próbując przełamać zły czar. I niejako w odpowiedzi na jej ciche wołanie zza napęczniałych chmur wychylił się księżyc, chudy, groteskowy, tak jak ona odarty z większości swej siły i bliski zgaśnięcia. Po ścieżce jego wątłych promieni zstąpiła ku Jasnej ćma o białych, półprzezroczystych skrzydłach i żółtawym odwłoku, której ogromne czarne oczy nigdy nie mrugały, a złote, pierzaste czułki otaczały owadzią głowę niczym święta korona. Niewiele mogło dla Jasnej uczynić nocne bóstwo, a nade wszystko nie mogło uwolnić jej od własnej klątwy. Jasna powtarzała swe żałośliwe zaklęcie, a szarość jej włosów i stalowy błękit oczu rozlały się po całym jej ciele i okrywającej ją tkaninie, matowiejąc i nadając jej topornej chropowatości. I zamilkło szeptane „nigdy”, i zatarły się ludzkie kształty, tracąc ostrość życia. Ciało Jasnej przycichło, zwolniło, zapadło w sen, schroniło się w nowiu. Podobna do ogromnego kryształu adularu, księżycowego kamienia, jak wyrzeźbiona ręką prymitywnego artysty i w pozie bliźniaczej do rozpaczliwie zwiniętego, kryjącego się przed zagrożeniem jeża, Jasna zamarła w bezdechu, czekając.

PROLOG CZĘŚĆ 2

Przeznaczenie

nie jest przyjacielem


Rok 2016, styczeń – maj

Nina… pieniądze na wyjazd… Zniknęły! – wyszeptała zrozpaczona Karolina, a stres wypełnił jej policzki gorącą krwią.

– Jak to zniknęły? – syknęła w odpowiedzi przyjaciółka, odruchowo zakładając za ucho niedawno obcięte włosy. Rude kosmyki sięgały teraz jej brody i uciekały z objęć szalika w kratę, którym właśnie szczelnie się owinęła.

– Włożyłam je rano do szafki, jak już zebrałam wpłaty od wszystkich, ale teraz ich nie ma – powtórzyła drżącym głosem Karolina.

Stały na końcu korytarza, z dala od szatni, choć i tak nikt nie mógł ich usłyszeć – był już wieczór i wszyscy dawno rozeszli się do domów po zajęciach. Nina dopiero co wróciła z pobliskiej czytelni – musiała przebiec kilkaset metrów między budynkami przez śnieg w samych jeansach i swetrze, a wszystko po to, żeby skorzystać z mniej obleganej, czytelnianej szatni. Karolina zaś chwilę temu skończyła zebranie samorządu studenckiego – jego pozostali uczestnicy już wyszli, a ona czekała na spóźniającą się przyjaciółkę.

– Ile tego było? – dopytywała Nina, ściągając brwi.

Karolina spuściła głowę i wbiła wzrok w bezradnie trzymany w ręce płaszcz i szalik.

– Prawie pięć tysięcy – wymamrotała.

– O kur… cze – niemal zaklęła Nina, ale ugryzła się w język, wiedząc, że Karolina nie lubi takiego języka. – To masz prze… prze… przerąbane – dodała, z pewnym trudem dobierając cenzuralne słowa.

– Nie wiem, co ja teraz zrobię – jęknęła Karolina. – Wyrzucą mnie z samorządu. Ze studiów mnie wyrzucą.

– Może na policję zadzwonić, co? – podpowiedziała trzeźwo Nina, nie dając się uwieść dramatyzmowi przyjaciółki. – Pewnie ktoś ten hajs zawinął. Gdzie wy to trzymacie?

– W szafce na kluczyk.

– No widzisz! Przecież będzie widać, że ktoś się włamał, na pewno są jakieś ślady, przecież musiał dłubać czymś w zamku albo nie wiem co…

– Nic nie ma – przerwała jej Karolina z ciężkim westchnieniem.

– Jak to nie ma? – obruszyła się Nina.

– Nie ma – powtórzyła Karolina uparcie. – Już sprawdzałam.

– Czyli ktoś musiał mieć klucz?! – Nina irytowała się, że przyjaciółka cedzi informacje, zamiast żwawiej analizować wersję wydarzeń.

– No, może… ale klucz miałam tylko ja, jako skarbnik, i Dawid, bo jest starostą roku. Nikt poza tym, starości innych lat mają inne szafki.

– Czyli jednak włam. Albo ten Dawid – mruknęła Nina ponuro.

– To na pewno nie on.

– Skąd wiesz? – spytała Nina, coraz bardziej tracąc wojowniczy zapał. – Macie tam jakieś kamerki przy szafkach?

– Nie mamy – odparła z rezygnacją Karolina.

Nina trawiła zgromadzone fakty, a w tym czasie Karolina powoli, jakby uleciały z niej wszelkie siły, naciągnęła na siebie płaszcz i niedbale przewiesiła przez szyję szalik. Gdy przeczesywała wnętrze torebki w poszukiwaniu czapki i rękawiczek, Nina, w zamyśleniu marszcząc czoło, wbiła w nią badawczy, skupiony wzrok.

– Powiedz mi… – zaczęła, powoli przeciągając litery. – Zamknęłaś tę szafkę?

Karolina, choć odnalazła rękawiczki i czapkę, zamiast je założyć, nieruchomo wpatrywała się w zawartość torebki.

– Skup się i przypomnij sobie – powiedziała Nina z naciskiem. – Zamknęłaś ją?

Karolina zagryzła dolną wargę.

– Nie wiem – ledwie wymamrotała. – Nie pamiętam. Chyba nie. Nie… Nie wiem… Spieszyłam się.

Nina zamknęła oczy i przełknęła przekleństwo.

– Nie możesz im tego powiedzieć – oznajmiła, teraz rozumiejąc, jak poważny jest kłopot. – Wyjdzie, że to twoja wina.

– To co mam zrobić? – Karolina była coraz bliższa płaczu.

– Chodź się napić. Pomyślimy – zdecydowała pewnie Nina i wyjąwszy Karolinie czapkę z dłoni, naciągnęła ją na jej głowę. – No, dawaj, Karol, idziemy – ponagliła i biorąc dziewczynę pod rękę, pociągnęła ją za sobą ku wyjściu.

Na zewnątrz było już ciemno, a padający śnieg mienił się na żółto w świetle latarni. Był piątek, na ulicach kręciło się mnóstwo osób, w większości głośno rozmawiających i śmiejących się studentów. Gdy Nina i Karolina, idąc pod rękę, przemierzały marudnym krokiem jedną z wypełniających się nocnym życiem ulic, Nina – jak zawsze rozglądająca się bystro dookoła – wypatrzyła pośród wędrujących grupek znajome twarze.

– Patrz! – szepnęła pospiesznie do ucha przyjaciółki. – Dawid tam jest.

– No i co? – mruknęła Karolina bezsilnie.

– Jajco – skrzywiła się Nina i niczego nie tłumacząc, pociągnęła przyjaciółkę za sobą. Wprost ku Dawidowi i jego przyjaciołom. – O! Nasz starosta! – zakrzyknęła przyjaźnie, jak gdyby nigdy nic. – A wy jesteście z trzeciej grupy, c’nie? – Uśmiechnęła się lisio do pozostałych osób.

– Cześć, Karol. – Dawid przywitał Karolinę swobodnie. Był typem wzorowego ucznia, spokojnego, sumiennego i utrzymującego ze wszystkimi poprawne kontakty. Niezbyt wylewny, nie przekraczał granic i nie pakował się w kłopoty. Wiele od siebie wymagał, ale zarazem nie krytykował innych i nie oczekiwał, by byli ideałami; przeciwnie, tolerował nawet najmniej godne pochwały wybryki. Być może dlatego ludzie przy nim uśmiechali się, lecz obgadywali go za jego plecami. Nazywali go nieszczerym świętoszkiem, podejrzewając, że w myślach gardzi nimi i tylko dla zachowania dobrego wizerunku udaje anioła. Nina, zawsze będąc w centrum wydarzeń i znając każdą plotkę krążącą po uczelni i akademikach, nie była pewna, co o nim myśleć. Jej zaintrygowanie z czasem urosło do większych niż przeciętne rozmiarów i przekształciło się w jednostronne zauroczenie. Dbając o własną reputację wyluzowanej równiary, nigdy nie śmiała podchodzić zbyt blisko Dawida, aby nie skalać się jego aurą, ale gdy tylko jej radar wyczuwał jego obecność, niemal obsesyjnie go obserwowała.

– Karol? – powtórzył jeden z trzech kolegów Dawida, śmiejąc się przy tym bez zażenowania.

– Od Karolajn – wytłumaczyła Nina. – Ka–ro–li–na jakoś nie brzmi. Za długie.

– My się chyba nie znamy – zauważył inny chłopak. – Tomek jestem – przedstawił się, po czym wymienili uściski.

– Dokąd idziecie? – zapytała Nina. Karolina cały czas milczała, skupiając się na swej markotnej minie.

– Do klubu, tylko jeszcze nie zdecydowaliśmy którego – odpowiedziała jedna z dwóch towarzyszących im dziewczyn, pocierając przy tym dłońmi ukrytymi w puszystych rękawiczkach bez palców. Było coraz zimniej i cała ósemka zaczęła instynktownie podrygiwać w miejscu.

– Właśnie planowałyśmy coś sobie chlapnąć. – Nina z zawadiackim uśmiechem wykonała gest przechylanego kielonka, klikając przy tym językiem, aż nawet Karolina uśmiechnęła się blado. Reszta parsknęła wesoło i w dobrych nastrojach ruszyli na poszukiwanie odpowiedniego miejsca.

Noc mijała szybko, a pod wpływem alkoholu nawet Karolina zapomniała o swoich troskach i szczebiotała wesoło z jednym z kolegów Dawida. Siedzieli przy wspólnym stole, ciasno stłoczeni, zamawiając kolejne dzbanki z wybuchową zawartością. Nina z niezadowoleniem dostrzegła, że Dawid bardzo oszczędnie dawkuje sobie procenty, wymyślała więc kolejne preteksty do wznoszenia toastów, podkręcała konkurencję w szybkości picia, wygłaszała komentarze, że „tu chyba wodę leją”, bo nie może się upić, i bezwstydnie stukała się kieliszkiem z Dawidem, używając sprawdzonego szantażu emocjonalno-społecznego w postaci „no dajesz, ze mną się nie napijesz?”. Jednocześnie chytrze obejmowała swój kieliszek, ukrywając fakt, że nie opróżnia go w całości. Ze dwa razy niby przypadkiem go wywróciła, by pozbyć się kolejnej porcji zdradzieckiego płynu, a raz, gdy wszyscy patrzyli na kłócącą się głośno, stojącą kawałek dalej parę, przelała zawartość swego kieliszka do stojącego na środku stołu dzbana. Wreszcie jej wysiłek się opłacił. Karolina i jej dwóch nowych kolegów poszli szaleć na parkiecie w rytmach disco polo, trzeci znajomy Dawida i jedna z koleżanek oddalili się do baru, by po chwili zniknąć gdzieś bez śladu, a druga dziewczyna chwilę wcześniej wyszła na zewnątrz zapalić fajkę albo dwie. Dawid i Nina zostali przy stole sami, a że z racji odmiennych temperamentów nie czuli się w swojej obecności zbyt komfortowo, chłopak pierwszy złamał się i oznajmił, że zaraz wróci, po czym skierował swe kroki ku ubikacji.

 

Nina czekała na ten moment cały wieczór. W półmroku, przysłonięta falującymi jak Hatifnatowie ludźmi, bez wahania sięgnęła po torbę Dawida i zaczęła dokładnie przeczesywać jej zawartość. Po chwili, balansując na krawędzi własnych nerwów, odnalazła – zagrzebany w najdalszej kieszeni, w dodatkowym etui – klucz do szafki.

– To chyba ten – mruknęła pod nosem, obracając go szybko w palcach. Był to zwykły, prosty kluczyk z dopiętym plastikowym breloczkiem opisanym jako „107”.

Nina wcisnęła etui z powrotem do torby, a kluczyk schowała do kieszeni jeansów; zamknęła klapę teczki i podniosła wzrok – natrafiając na oczy Dawida, stojącego nieruchomo pośród tłumu, wpatrzonego prosto w nią. Zaklęła szpetnie, instynktownie chwyciła swoją kurtkę i plecak i nawet ich nie zakładając, zerwała się z miejsca i wybiegła z klubu, nie oglądając się za siebie.

Biegła najszybciej, jak potrafiła, omal nie gubiąc własnych nóg. Z impetem wpadła do nocnego autobusu, czym ściągnęła na siebie mętny wzrok podpitych i kiwających się na granicy snu współpasażerów. Los był po jej stronie – po Dawidzie nie było śladu. Nina sprawdziła, czy klucz nie wypadł jej z kieszeni, i z ulgą wyczuwając jego obecność, wreszcie założyła kurtkę i zarzuciła plecak na ramię. Wysiadła kilka przystanków dalej, w pobliżu rzeki.

– Widział mnie – powiedziała na głos, jakby chciała zbadać ciężar tych słów. – Widział mnie. No i co z tego? Jego słowo przeciw mojemu. Nie ma żadnych dowodów. Chyba… – zmarszczyła czoło, powoli analizując w myślach listę ewentualnych pułapek.

Mimo swych wybiegów wypiła dość sporo, ale miała mocną głowę i całkiem nieźle szło jej utrzymywanie kontroli nad własnym umysłem.

– Nie ma! – zawyrokowała ostatecznie. Wyciągnęła kluczyk i utkwiła w nim zafrasowane spojrzenie. – Ach, Karol… – westchnęła z niezadowolonym grymasem. Zaciskając palce na kluczyku, cofnęła rękę za głowę. Wydała z siebie jeszcze jeden, nieartykułowany dźwięk głębokiej frustracji, po czym cisnęła klucz daleko przed siebie, posyłając go wprost w brudne i zimne objęcia rzeki. Mimo zakończonej powodzeniem misji, a przynajmniej kluczowego jej etapu, daleka była od zadowolenia. Nie pozwoliła sobie nawet na drobną przyjemność rzucenia przekleństwa i bez słowa zawróciła do akademika.

Kilka dni później wydało się, że pieniądze zniknęły. Nina, rzecz jasna, odpowiednio przygotowała przyjaciółkę, zdradzając jej, co zrobiła z kluczem. Gdy Karolinie przyszło wraz z Dawidem tłumaczyć się z zaginięcia kilku tysięcy złotych, dziewczyna, odgoniwszy wyrzuty sumienia, skłamała, że zamknęła szafkę, a klucz miała cały czas dobrze schowany. Na dowód pokazała swój kluczyk, cały i zdrowy, lśniący niewinnie na jej dłoni. Dawid nie mógł się w ten sposób wytłumaczyć.

– Mój klucz zniknął – przyznał przed profesorem, zachowując zimną krew.

– Zniknął? – powtórzył profesor, wyraźnie na granicy pomiędzy drwiną a złością.

– Ktoś go musiał ukraść – dodał Dawid, spoglądając przelotnie na Karolinę. Dziewczyna podchwyciła jego wzrok i zadrżała, ale uparcie trwała w swoim kłamstwie.

Profesor potarł twarz obiema dłońmi, po czym złożył je jak do modlitwy i przytknął do ust. Przez chwilę w milczeniu wpatrywał się w Dawida.

– Nie chcę mieszać w to policji – stwierdził profesor. – Pieniędzy i tak nie znajdą, a zrobi się tylko niepotrzebny skandal. Jedno jest pewne, Dawidzie, pieniądze zniknęły przez twoje zaniedbanie.

– Wiem – przerwał mu chłopak ze zdecydowaniem. – Pokryję tę stratę z własnej kieszeni.

Karolina, słysząc to, nie mogła powstrzymać malującej się na jej twarzy przykrości, ale zabrnęła już zbyt daleko, by cokolwiek teraz powiedzieć. Miałaby wydać Ninę?

– Tak będzie najlepiej – mruknął ponuro profesor. – Idźcie już. – Ponaglił ich niedbałym ruchem ręki.

– Do widzenia – odparł Dawid z godnością, a Karolina zawtórowała mu słabym, zawstydzonym głosem. Zamknąwszy drzwi, chłopak nawet na nią nie spojrzał; minął ją i szybkim krokiem poszedł w swoją stronę.


Tydzień albo i dwa później w najmniej oczekiwanym momencie, gdy Nina wracała z pobliskiego sklepu do akademika, niosąc w reklamówce kilka piw i parę paczek chipsów, zza zakrętu wprost na nią wyszedł Dawid. Stanęła jak wryta, jakby zobaczyła ducha. Od tamtej imprezy wiele razy zastanawiała się, co zrobi, gdy go spotka, ale nie potrafiła wymyślić dla siebie żadnego wytłumaczenia.

– To ty – powiedział oschle na jej widok.

– Ja?… – odpowiedziała bezmyślnie.

– Nie udawaj głupiej. – W jego oczach widać było wzgardę.

Nina wzięła głęboki oddech i pogodziła się ze swoją hańbą. Spojrzała mu prosto w twarz, wzruszając obojętnie ramionami.

– Czego ode mnie chcesz? Mam ci zapłacić? – wypaliła.

Chłopak, w swoistym podziwie dla jej buty, parsknął gorzkim śmiechem.

– Myślisz, że to wystarczy?

– A czego byś chciał? Może mam klęknąć i bić czołem o ziemię? – odpyskowała twardo Nina, ale w środku serce jej pękało, tak ze wstydu, jak i żalu, że musiało trafić właśnie na niego.

– Widzę, że jesteś z siebie dumna.

– A co miałam zrobić? Musiałam jakoś pomóc Karolinie – wyrzuciła z siebie.

– Nie wiem, co ona zrobiła, i nie chcę wiedzieć – odpowiedział z niechęcią. – Ale gdybyście miały chociażby krztynę wstydu, mogłybyście udawać, że to jej ukradziono klucz, albo wymyślić inną historyjkę.

– Gdyby wyszło, że to jej wina, byłaby skończona – broniła się Nina, z coraz większym trudem ukrywając swoje rozgoryczenie. – Nie każdy jest taką gwiazdą jak ty. Poza tym nie stać jej na to, żeby oddać te pieniądze.

– Nie mam ochoty słuchać twoich tłumaczeń – odparował Dawid, być może z obawy, że po kilku kolejnych zdaniach mógłby jej wybaczyć. – Nie chcę mieć z wami więcej do czynienia, ani z tobą, ani z twoją koleżanką. Rozumiesz? – zakończył gniewnie.

– Spokojna głowa, my też nic od ciebie nie chcemy – warknęła Nina. – W ogóle mało kto ma ochotę się z tobą zadawać. Wiesz o tym? – rozpędziła się. – Wszyscy szczerzą do ciebie zęby, ale jak tylko pokażesz im plecy, zaczynają plotkować. Mówią, że jesteś cwanym draniem i lizusem, który przejmuje się tylko karierą. Myślisz, że co? Że wszystko kręci się wokół ciebie? Niby dlaczego miałabym zdradzić Karol? Znam ją od dziecka! Jeśli miałoby to jej pomóc, wrobiłabym cię jeszcze trzy razy i nawet by mi powieka nie drgnęła. Zejdź mi z drogi.

Nina zacisnęła pięści i nie czekając na reakcję Dawida, wyminęła go i pospiesznie odeszła. Oniemiały chłopak ani myślał za nią biec.

Zamiast do akademika Nina powlokła się aż na nadrzeczne bulwary, które studenci oblegali w weekendy, a które teraz świeciły pustkami. Siadła na jednym z szerokich schodów i sięgnęła do zakupów. Zajadając chipsy i popijając je piwem z puszki, patrzyła w dal nieobecnym wzrokiem. Miała na sobie ciepłą, puchową kurtkę i choć robiło się coraz zimniej i ciemniej, nie zamierzała prędko wracać. Zapaliły się uliczne latarnie, dołączając do zimnych świateł w oknach biurowców i jaśniejącego na horyzoncie stadionu.

Gdy rozdzwonił się jej telefon, a na ekranie wyświetliło się „Karol”, Nina wyciszyła sygnał i schowała komórkę z powrotem do kieszeni kurtki.

– Daj spokój – wypowiedziała swoje myśli na głos. – Nie ma o czym gadać.

Dopiła piwo, zapakowała śmieci do torby i powoli ruszyła w kierunku samotnego kosza, poszczącego przed zbliżającym się piątkiem. W przypływie niezwykłego natchnienia nakarmiła go samymi tylko opakowaniami po chipsach, a foliówkę z opróżnionymi puszkami związała i zawiesiła na podtrzymującym kubeł słupku, z myślą o zbieraczach aluminium. Przyglądając się swojemu dziełu, jakby było instalacją godną miana sztuki nowoczesnej, doznała refleksji, że musiałaby uzbierać i oddać biednym kilka ton puszek, jeśli miałaby w ten sposób zrównoważyć swoje złe uczynki z ostatniego miesiąca. Zrezygnowana zaklęła pod nosem i – niczym najprawdziwsze zaklęcie – dodało jej to animuszu. Wymamrotała głośniej jeszcze kilka przekleństw i z nową odwagą sięgnęła po komórkę.

Doskonale znała profil Dawida w mediach społecznościowych. Nie wrzucał do internetu zbyt wielu zdjęć czy informacji o sobie, a jeśli już to robił, dotyczyły konferencji, wolontariatów albo rozmaitych akcji, w których brał udział. Pojawiał się czasem na zdjęciach innych osób, uśmiechniętych i pełnych ambicji, tak jak on sam. Na tym etapie życia jeszcze się lubili, wierząc, że poznali ludzi nadających na tych samych falach, ale coraz śmielej w ich sercach odzywała się zazdrość i wzajemnie napędzana rywalizacja.

Nina kliknęła przycisk otwierający okno wiadomości i płynąc na fali wewnętrznego impulsu, napisała:

Ej, ja ci odam te hajsy, postram sie szybko, nie chcialam zeby to tak wyszlo chbeznadzijnie, i to co mowilam to ja tak wcale nie mysle, bylam zla i wgle. Wiem ze glupio zrobilam ale bylam pijana a Karol znam cale zycie i jej nie jest latwo i nie chcialam zeby się u niej wszystko posypalo bo i tak ma trudno. Prosze cie zrozum i jak nie chcesz to mi nie wybaczaj, ale zrozum i daj mi jakas kare zebym mogla zaplacic za swoj blad i zeby ci pomoc w tym co ci zepsulam i proszę nie bądź zly na Karol, to nie jej wina.

Nie czytając drugi raz, nacisnęła „wyślij” i z wzrokiem wlepionym w ekran powoli ruszyła przed siebie. Przeszła tak ze dwie ulice, nim status wiadomości zmienił się na „odczytany”. Z nerwów aż zakłuło ją serce. Bojąc się odpowiedzi, opuściła rękę z telefonem i przyspieszyła kroku, w nadziei, że intensywny spacer otrzeźwi ją i popędzi bieg czasu. Gdy minęło kilkanaście minut, a ściskające ją napięcie rozluźniło swój kłujący uścisk, odważyła się znów spojrzeć na ekran. Odblokowała komórkę i włączyła aplikację. Ale coś było nie tak. Imię Dawida w oknie rozmowy stało się szare, a linki do jego konta nieaktywne.

– Zablokował mnie – powiedziała na głos w zdumieniu, nie wierząc własnym oczom. Nerwowo dotykała telefonu, ale nic się nie zmieniało. – Zablokował mnie – powtórzyła ponuro.

Pierwsze uczucie przygnębienia niemal natychmiast zalał wrzątek wzburzenia i niezgody. Nina nie traciła czasu na myślenie – od razu przechodziła do działania, wierząc swojej intuicji, szczęściu i umiejętności wyłgania się z niemal każdego rodzaju tarapatów. Zacisnęła dłonie w pięści – w jednej trzymała zdjętą rękawiczkę, w drugiej telefon – i puściła się pędem w stronę akademika. Chciała odnaleźć Dawida i mu powiedzieć… Co – tego dokładnie jeszcze nie wiedziała, ale nie to było ważne. Musiała jakoś to załatwić. Musiała coś zrobić. Wierzyła, że uda jej się coś wykombinować, zaczarować rzeczywistość tak, żeby wszystko jakoś się ułożyło.

Czy to jej myśli biegły zbyt szybko, by mogło za nimi nadążyć ciało, czy to z opóźnieniem zadziałał alkohol wzmocniony pulsem gorącej krwi, dość, że Ninie zakręciło się w głowie. Albo może to świat wywinął orła, w każdym razie niebo i ulica zamieniły się miejscami i zaraz po tym zgasły wszystkie światła.

Nina ocknęła się na środku jezdni. Nad nią, klęcząc na jednym kolanie, pochylał się młody mężczyzna ze znużoną miną i podkrążonymi oczami. Jego skóra była tak jasna, jakby pokrywał ją szron. Bił od niego swoisty blask mimo cienia rzucanego przez czarny kapelusz tkwiący na czubku jego głowy.

– Proszę pani, czy pani mnie słyszy? – powtórzył formułkę podniesionym, lecz beznamiętnym głosem, jednocześnie bez większego zaangażowania potrząsając ramieniem Niny. Dziewczyna wprawdzie odczuwała, że jej ręka się porusza, ale doznanie to zdawało się dochodzić z jej wnętrza, a nie z zewnątrz. Co gorsza, przez całe jej ciało przebiegało mrowienie połączone z irytującym łaskotaniem. Gdy, chcąc usiąść, oparła się rękami o asfalt, nie poczuła ani jego chropowatej struktury, ani bijącego od ulicy zimna.

– Dziwnie się czuję – powiedziała z trudem, przyciskając ręce do skroni.

– To minie – odparł mężczyzna i wyprostował się, prezentując wysoką, szczupłą sylwetkę, podkreśloną dopasowanym czarnym płaszczem sięgającym za kolana. Ninie przeszło przez myśl, że może jest księdzem, ale zaraz dostrzegła wojskowe oficerki i brak koloratki. Wzrokiem powędrowała ku jego długim, białym jak kości palcom, którymi sięgnął właśnie do wewnętrznej kieszeni na piersi, by wyjąć z niej mały tablet obsługiwany rysikiem. Aktywował urządzenie, odblokowując je odciskiem palca, i nie pytając o zgodę, zrobił siedzącej bezradnie na ulicy Ninie zdjęcie sytuacyjne. Dziewczyna, słysząc dźwięk imitujący migawkę i nie rozumiejąc, co nieznajomy wyprawia, przezwyciężyła dziwne odrętwienie i niezgrabnie dźwignęła się na nogi.

 

– Co to miało być? – warknęła na niego. – Kim pan jest w ogóle? Gadaj albo dzwonię na policję!

W poszukiwaniu komórki zaczęła obmacywać kieszenie kurtki, gdy przypomniała sobie, że przecież miała ją w ręce. Rozglądając się dookoła po ulicy, odwróciła się i spojrzała za siebie.

– Czas zgonu: pierwsza osiemnaście w nocy, dwudziesty drugi stycznia roku dwa tysiące szesnastego. – Mężczyzna w czerni na głos odczytywał to, co zapisywał właśnie na tablecie.

Niną wstrząsnął gwałtowny, zimny dreszcz, po którym uczucie mrowienia i łaskotania zaczęło gwałtownie słabnąć, pozostawiając po sobie nienaturalną pustkę, osobliwą iluzję stanu nieważkości. Kilkanaście metrów dalej, na przejściu dla pieszych leżała Nina. Oblewało ją światło reflektorów samochodu, a obok niej krążył kierowca, wydeptując nerwowe kółka w oczekiwaniu na przyjazd pogotowia i policji.

– Przyczyna śmierci: wypadek drogowy. Dane osobowe… – Mężczyzna tym razem sięgnął do zewnętrznej kieszeni płaszcza i wyciągnął z niej złożoną na czworo karteczkę. – Przepraszam, mogłaby pani mi pomóc? – zwrócił się do Niny tonem rzeczowym i pozbawionym emocji. – Mieliśmy awarię systemu i muszę zweryfikować dane.

Nina odwróciła się do niego, gapiąc się oczami otwartymi tak szeroko jak nigdy za całego swojego życia.

– Data urodzenia: dwudziesty sierpnia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąt trzy. PESEL… Niestety nie mamy. Mogłaby pani podać? Bez tego nie wypełnię…

Nina gwałtownie wyrwała mu kartkę z rąk, zgniotła ją i cisnęła do najbliższej studzienki burzowej. Mężczyzna zniósł to ze stoickim spokojem, ale na wszelki wypadek schował tablet z powrotem do kieszeni płaszcza, nie chcąc narażać urządzenia na temperament dziewczyny.

– Skąd znasz moje dane? – wybuchła Nina, doskakując z powrotem do niego. – Kim jesteś? I… w ogóle… – Język plątał się jej i potykał o własne myśli. – Jaki zgon? Jaki zgon?! Co ja tam… co ja… przecież…

– Proszę się uspokoić. Jestem aniołem śmierci – wyjaśnił sucho. W tej samej chwili dobiegł ich sygnał zbliżającej się karetki, mknącej przez opustoszałe, nocne ulice. – Proszę, to moja legitymacja. – Mężczyzna znów sięgnął do wewnętrznej kieszeni i wyjął z niej oprawioną w plastikowe etui plakietkę. Podał ją Ninie, przezornie jednak nie wypuszczając z rąk czarnej smyczy, która była do niej przymocowana. Na legitymacji z ciemnego plastiku znajdowało się jego zdjęcie oraz wypisane srebrnym kolorem: jakiś numer, dziwaczny hologram i obco brzmiące imię, którego Nina nie zapamiętała, a także słowa: „Anioł śmierci – legitymacja/Grim reaper – ID card”. Nina, odczytawszy to, wybuchnęła histerycznym śmiechem i cisnęła legitymacją przed siebie. Ta odwinęła się na smyczy i zatrzymała na piersi swojego właściciela. Mężczyzna schował ją, wciąż nie zdradzając najmniejszego śladu zniecierpliwienia, i z pełnym profesjonalizmem udzielił Ninie dalszych odpowiedzi.

– Przed chwilą uległa pani wypadkowi na przejściu dla pieszych. To, co tam widać, to pani ciało. Po śmierci pani substancja duchowa oddzieliła się od niego, przeniknęła do sąsiadującego wymiaru i skrystalizowała w bliźniaczej formie. Po ocknięciu się przez jakiś czas może pani odczuwać nieprzyjemne mrowienie, związane ze stabilizacją cząsteczek i adaptacją do nowej atmosfery energetycznej, ale szybko się pani przyzwyczai.

Nina nic nie rozumiała z tego, co do niej mówił, ale monotonny głos i abstrakcyjna treść wbrew pozorom wcale jej nie uspokoiły. Jej uwaga przeniosła się na karetkę pogotowia, która właśnie wjechała na ulicę i zatrzymała się tuż obok pechowego przejścia dla pieszych. Nie zastanawiając się, Nina machnęła na anioła śmierci ręką i pobiegła w stronę miejsca wypadku. Nadal nie czuła ciężaru swojego ciała, ale tak jak zapewnił anioł, nie utrudniało jej to poruszania się.

Dziwnie było widzieć samą siebie. Nina zatrzymała się kilka kroków przed swoim ciałem, jak zahipnotyzowana. Zaraz jednak między nią a nią stanęli ratownicy medyczni, a Nina, oderwawszy od siebie wzrok, spojrzała w inną stronę i dostrzegła leżący obok krawężnika swój telefon komórkowy. Podeszła do niego i schyliła się, by go podnieść. Udało jej się go złapać, choć wciąż nie czuła dotykanej powierzchni, ale gdy spróbowała zadziałać na niego siłą, jej palce ześliznęły się. Z natury uparta, nie poddała się od razu. Podjęła jeszcze kilka prób, mimo braku czucia starała się chwytać telefon delikatniej lub mocniej, samymi palcami lub obiema dłońmi, ale między jej nowym ciałem a materialnym światem przebiegała niewidzialna, oleista ściana. Gdy w narastającej złości Nina z rozmachem kopnęła telefon, jej stopa, zamiast wpaść w poślizg, przepłynęła przez niego jakby utkana z mgły.

– To na nic – powiedział anioł śmierci, który poruszając się cicho jak kot, stanął tuż za nią.

Nina aż podskoczyła, przestraszona, po czym posłała mu wściekłe spojrzenie.

– Przecież to niemożliwe! – fuknęła.

– Możliwe, jak najbardziej możliwe. Jak już wspomniałem, jest pani teraz w nowym stanie skupienia, w innym wymiarze. Tutejsza fizyka jest odmienna od tej, którą pani zna. Jesteśmy zbudowani z innych pierwiastków, wiązanych inną energią. Można rzec, że tamten świat to woda, a nasz – olej. To oczywiście niedoskonałe porównanie, ale przemawia do wyobraźni. Mijamy się, rozumie pani? – tłumaczył cierpliwie anioł śmierci, przyglądając się jej dużymi, zmęczonymi oczami. Było w nich coś na kształt zatroskania.

– Nic nie rozumiem – burknęła Nina, ale wyraźnie straciła rezon. Poszurała butem po jezdni, ale nie towarzyszyły temu ani dźwięk, ani czucie, ani tarcie.

– Więc jak ja chodzę? – zapytała. – Bez tarcia?

– Pani zasadniczo funkcjonuje myślami jeszcze w tamtej rzeczywistości, gdzie miała pani choćby swoją wagę. Tutaj jest inaczej. Nie mam dość czasu, żeby pani teraz wszystko wytłumaczyć, na to może się znaleźć inna okazja, ale pokrótce można to ująć tak, że przecież nie unosimy się tu w pustce. Ten wymiar – nazywamy go Międzyświatem albo Przejściem, choć w pewnych kulturach nazywa się go chociażby czyśćcem – otóż ten wymiar, widzi pani, nie jest przecież pusty. Tu normalnie jest powietrze, swoista atmosfera, powiedzmy, a co za tym idzie – pewnego rodzaju ciśnienie, tarcie i tak dalej. Przedmioty z tamtego świata, świata żywych, materialnego czy cielesnego, zwał jak zwał, mają cząstkowe ilości pierwiastków i energii z Międzyświata. Ilość ta jest bardzo nieznaczna i nie wpływa na tamtą rzeczywistość, ale jest wystarczająca, by oddziaływać na naszą. Rozumie pani – tamtejsza masa i energia są zbyt duże, byśmy mogli je ruszyć. Ale te drobne ślady właściwej dla nas atmosfery, które się tam znajdują, sprawiają, że my tutaj możemy ich dotknąć, chodzić po nich. Ale że są niestabilne i rzadkie, możemy przez nie przenikać. Krótko mówiąc…

– Czyli jak wbiegnę w ścianę…

– Jeśli będzie gruba, to znaczy dość gęsta, to odbije się pani od niej. Jeśli będzie cienka, przeleci pani na drugą stronę – wyjaśnił anioł śmierci z niezmienną, anielską cierpliwością.

– Czy to boli?

– Nie.

– A jeśli rzucę się z wieżowca?

– To pani spadnie.

Nina nerwowo nabrała powietrza, ale widząc, że anioł śmierci sobie z niej nie kpi (chyba), powstrzymała gniew.

– Nie o to mi chodzi – wycedziła. – Co, jak spadnę? Odbiję się jak od trampoliny?

– To zależy. Jeśli pod ulicą będzie kanał, zapadnie się pani pod ziemię – odparł anioł śmierci, a Nina była pewna, że przez ułamek sekundy dostrzegła na jego twarzy rozbawiony uśmieszek.

– A jak nie będzie? – dopytywała, teraz już bardziej dla przekory niż z ciekawości.

– Wyląduje pani na powierzchni. Nie będzie bolało. Najwyżej wpadnie pani w poślizg. Nic spektakularnego. Pani nie ma teraz kości i nie porusza się za pomocą mięśni. Nie ma już nerwów, którymi płyną informacje do komórek ciała – są same cząsteczki, a pani, że tak powiem, myśli i dusza, są jakby w chmurze. Rozumie pani? Pani istota jest falą, jest informacją zapisaną w tym zbiorze cząsteczek, którym chce się pani rzucić z wieżowca. Ich integralność jest zapewniona dzięki sile pani woli. Myśli pani, więc pani jest, dlatego pani, że tak powiem, sytuacja psychiczna jest w tym wymiarze – i w ogóle w wymiarach innych niż tamten, materialny świat – kluczowa dla pani istnienia.

– Wow. Nic nie rozumiem – powiedziała Nina, choć mimo wszystko wydawało jej się, że przynajmniej w części dotarł do niej sens jego słów.