Wiewiórka Julia i magiczny orzeszekTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wiewiórka Julia i magiczny orzeszek
Wiewiórka Julia i magiczny orzeszek
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 57,80  46,24 
Wiewiórka Julia i magiczny orzeszek
Wiewiórka Julia i magiczny orzeszek
E-book
27,90  19,53 
Szczegóły
Wiewiórka Julia i magiczny orzeszek
Wiewiórka Julia i magiczny orzeszek
Audiobook
Czyta Bartek Wesołowki
29,90  21,83 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

2. Mole książkowe


2. Mole książkowe

Poranek zaczął się bardzo leniwie. Była sobota, więc Zosia tego dnia nie szła do przedszkola. W weekendy jej mama nie pracowała. A tata też miał wrócić wcześniej niż zwykle.

Dziewczynkę odwiedził akurat Franio. Rozłożyli na stole puzzle i kątem oka obserwowali mamę, która zabierała się za poważne porządki. Zosia wiedziała, że kiedy mama tak mówi, to zaraz zacznie wyrzucać ubrania z szaf, segregować je i układać na nowo. Część trafi do dużego foliowego worka i zostanie oddana potrzebującym. Poważne porządki mama robiła dwa razy do roku i zawsze łapała się za głowę, że mają tyle niepotrzebnych ubrań. A przecież to nie była prawda, bo Zosia często słyszała, jak mama narzekała, że nie ma, co na siebie włożyć.

Dziewczynka skupiła się jednak na puzzlach, bo nie mogła znaleźć jednego elementu, który był jej niezbędny właśnie w tym momencie. A Franio kończył układać pień drzewa.

Nagle rozległo się klaskanie. Dzieci spojrzały w kierunku mamy. Ta stała przed szafą i biła brawo. Robiła to jednak bardzo dziwnie, trochę niemrawo, bo uderzała w dłonie od czasu do czasu na wysokości swojej twarzy.

– Co robisz? – spytała dziewczynka zaciekawiona takim nietypowym zachowaniem, bo mama na pewno nie biła brawa dla nich, nawet nie patrzyła w ich kierunku.

– Mole. Z szafy wyleciały dwie paskudy. Próbuję je zabić.

– Zabić? – wystraszyła się Zosia. – A nie można ich złapać i wypuścić przez okno?

– Raczej nie. Trzeba je zlikwidować, bo zjedzą nam ubrania i książki.

– Książki? – Zosia wystraszyła się nie na żarty. Lubiła swoje książeczki! Nie chciała, żeby je ktoś zjadał! Ale nie chciała też robić nikomu krzywdy.


– Musiały się gdzieś zalęgnąć – stwierdziła mama i znów kilka razy klasnęła.

– Czyli trzeba znaleźć ich gniazdo i poprosić, by się wyprowadziły z naszego domu – zauważyła Zosia i od razu zaczęła się zastanawiać, jak można wykryć takie mole pomiędzy książkami. Mama zajmowała się szafą z ubraniami, więc na pewno nie zajmie się tym zadaniem. Może więc to ona powinna ruszyć na poszukiwania? Spojrzała na Frania, który już poprawiał okulary. Zosia wiedziała, że jej kolega uwielbiał zagadki. Uśmiech na jego twarzy świadczył o tym, że był gotowy do działania. Trzeba było wezwać tylko wiewiórkę Julię, bo bez niej nie mogła się zdarzyć żadna przygoda.

– Tak – powiedział chłopiec. – Musimy znaleźć to gniazdo, bo jeszcze mole przeniosą się do mojego domu i zjedzą też moje książki. – A Franio, tak jak Zosia, bardzo lubił czytać i nie chciał stracić ani jednego egzemplarza. Tym bardziej że od razu przypomniał sobie, że słyszał kiedyś, jak ktoś mówił o molach książkowych. Powiedział szeptem o tym swojej przyjaciółce. Wystraszyli się, bo sprawa zaczynała wyglądać poważnie. Taki mól książkowy potrafił chyba zrobić wiele szkód w domowej biblioteczce.

– Mamuś – odezwała się Zosia, poprawiając rudy kucyk, z którego zsunęła się gumka. – To my idziemy do mojego pokoju poszukać ich pomiędzy książkami. Poproszę je, by się wyprowadziły.

– Bardzo dobry pomysł. Od razu poukładaj na półce wszystkie bajki.

Dzieci wrzuciły szybko puzzle do pudełka i pobiegły do pokoju Zosi. Franio zamknął za sobą dokładnie drzwi. A w tym czasie dziewczynka dała susa pod łóżko, spod którego wyjęła drewnianą skrzyneczkę. Odszukała w niej orzeszek i już pukała nim o parapet. Raz, dwa, trzy. I wtedy w drzewie rosnącym naprzeciwko okna coś poruszyło się w konarach. A zaraz pomiędzy liśćmi ukazał się rudy pyszczek Julii. Gryzoń nie skoczył jednak od razu na parapet okna. Najpierw uważnie się rozejrzał, czy w pobliżu nie czai się niebezpieczeństwo w postaci Daktyla i jego wąsatego pana.

– Co się dzieje? – spytała Julia, kiedy już znalazła się na łóżku Zosi i zrobiła kilka rundek wokół dzieci.

– Mamy problem – wyjaśniła Zosia, a Franio znów poprawił okulary, które uparcie zsuwały mu się z nosa. – Musimy wykryć gniazdo moli w książkach i poprosić je, żeby się wyprowadziły, bo jak mama je dorwie, to będzie ręka, noga, mózg na ścianie – dodała groźnie.

Julia znów obiegła łóżko wokoło. Wreszcie przysiadła obok dzieci i chwilę się zastanowiła. Mole były przecież malutkie, potrafiły się nieźle ukrywać.

– Mam pomysł – stwierdziła po chwili i kilka razy podskoczyła w miejscu. – Musimy się zmniejszyć i odnaleźć labirynty wydrążone przez te owady!

– Zmniejszyć? – zdziwiły się dzieci i zanim zastanowiły się, czy to w ogóle możliwe, Julka machnęła ogonkiem najpierw w nos Zosi, potem Frania, coś wymamrotała i kilka sekund później siedziało przed nią dwoje maleńkich ludzików.

– Co się dzieje? – pisnęła Zosia, widząc naprzeciwko siebie potężne włochate wzniesienie. Spojrzała w górę i dopiero wtedy zrozumiała, że Julia jest olbrzymem. Już chciała krzyknąć, że coś się wiewiórce pomyliło w czarowaniu, a tu nagle zwierzątko zaczęło się kurczyć, kurczyć i kurczyć, aż wreszcie stało się tak małe jak Zosia i Franio. Śmiesznie jest patrzeć na wiewiórkę swojego wzrostu, pomyślała Zosia i uśmiechnęła się szeroko do przyjaciółki. Zadziwiło ją też, że włos dywanu sięgał jej do pasa. Poczuła się jakby stała pośrodku łąki porośniętej wysoką trawą.

– Wow! – westchnął Franio. – Ale czary! Tylko jak my teraz wdrapiemy się na półkę z książkami? Toż to jak szczyt wielgachnej góry!

Zosia spojrzała w kierunku wskazanym przez chłopca. Faktycznie mieli do pokonania ogromną wysokość. To przypominało wspinanie się na najwyższą górę!

– Od czego macie mnie? – pisnęła Julka. – Zapomnieliście, że potrafię latać? Nie przepadam za tym, ale jak nie ma wyjścia, to nie ma. Na szczęście to nieduża odległość jak na lot. – Julka wyciągnęła łapki do dzieci. Złapała je bardzo mocno. Zosia poczuła na skórze jej pazurki, ale nie narzekała, wiedziała, że wiewiórka nie zrobi im krzywdy. Z nią na pewno byli bezpieczni.

Julka powoli uniosła się. Wyprężyła ogon, który pozwolił jej zachować równowagę. Lot z dziećmi po bokach nie był łatwy, ale wiedziała, że musi to zrobić, by dostali się na półkę z książkami. Inaczej nie znajdą kryjówki moli.

Dzieci spoglądały w dół. Zosia widziała oddalający się od nich dywan. Klocek leżący na podłodze wyglądał już jak okruszek.

Wiewiórka wylądowała na półce. Podróżnicy stanęli pomiędzy książkami, które wyglądały jak wysokie kolorowe ściany. Aż trudno było uwierzyć, że jeszcze wczoraj Zosia na dobranoc trzymała taką książkę w dłoni i z łatwością przewracała kartki. Dziś bajka przypominała ścianę wieżowca.

– I co teraz? – zastanowił się Franio i znów poprawił okulary. Podczas lotu mocno je trzymał, by nie spadły. – W którą stronę idziemy?

– Co to za książka? – zastanowiła się Zosia, a Julia przestępowała z nogi na nogę, bo takie siedzenie w miejscu i gadanie przychodziło jej z trudem. Musiała się ruszać. Cały czas!

– Na okładce jest dziewczynka w czerwonym ubranku! – krzyknęła Julia, podskakując, by dojrzeć dokładnie ilustrację. – A z drugiej strony koty! Tam, gdzie koty, nie idziemy!

Dzieci zachichotały. Wiedziały, że Julia nie przepada za kotami, kunami i jastrzębiami. Zdecydowały więc, że idą w kierunku książek stojących za baśniami. Może tam trafią na ślady moli.

Franio wyjął z kieszeni lupę. Nosił ją zawsze przy sobie jak prawdziwy detektyw. Zosia też miała swoją, więc teraz razem badali miejsce, w którym stali, a Julka biegała wokół nich, nie pozwalając się im skupić.

– Musimy przecisnąć się za książkami, bo jeżeli mole zrobiły sobie gdzieś tu labirynt, to wcześniej czy później na niego trafimy.

Julia ruszyła pierwsza, trzymając w dłoni koniec swojego ogona, by w razie niebezpieczeństwa go użyć. Dziewczynka i chłopiec skradali się za nią. Starali się zachowywać bardzo cicho, bo nie wiadomo było, kto mieszkał na półce. Żadne z nich nie wiedziało też, czy mole są groźne dla ludzi albo wiewiórek.

– Ciii… – szepnęła Julka. – Tu jest tunel. Musimy wejść do tej książki.

Dzieci schyliły się, bo wejście było dość niskie. Trzeba było uważać na głowę. Na szczęście po kilku krokach sufit w tunelu się podniósł i mogli swobodnie stanąć.

– Tam jest wyjście. – Zosia wskazała kierunek i wszyscy ruszyli tam, w stronę światła. Zdziwili się, kiedy zobaczyli wejście do lasu. – Znów jakiś portal?

Nikt jednak nie odpowiedział. W lesie pohukiwała sowa. Słychać też było kruki lub gawrony. Zosia poczuła, jak na rękach pojawia się jej gęsia skórka. Znów znajdowali się w lesie! Tak jak wtedy, gdy szukali złodzieja podwieczorku. I co dziwne, stali się nagle normalnego wzrostu, oczywiście w porównaniu z drzewami i krzewami. Tylko Julka wciąż była taka duża jak oni.

– Jest tu kto? – krzyknął Franio. – Halo?!

– Dlaczego krzyczysz?

– Może ktoś nam wskaże drogę do labiryntu moli?

– A jak one są groźne? – spytała Zosia.

Chłopiec się zastanowił. Widział kiedyś mola latającego w kuchni, ale nie przypominał sobie, żeby w jakikolwiek sposób mógł być groźny. Nie bał się wtedy na pewno. Tylko że teraz sam był wielkości okruszka.

– Ktoś tu idzie – szepnęła Julka i pociągnęła dzieci za sobą. Schowali się za rozłożysty krzew. – Słyszycie?

Zosia kiwnęła głową. Wyraźnie słyszała kroki. Ktoś szedł chyba dość beztrosko, bo nie starał się zachowywać cicho. Pod jego stopami łamały się suche gałązki.

– Śpiewa?

Po chwili faktycznie usłyszeli śpiew jakiejś dziewczynki. A zaraz za głosem wyłoniła się zza drzewa jej sylwetka. Było ją widać bardzo dokładnie, bo ubrana była w czerwoną pelerynkę. W dłoni trzymała wiklinowy koszyczek. Machała nim, idąc i śpiewając wesołą piosenkę.

 

Julka powoli wychyliła się zza krzewu i wyszła na ścieżkę. Dzieci ciągle były w kryjówce.

– Ła! – krzyknęła nieznajoma, zobaczywszy tak dużą wiewiórkę. Kiedy jednak Julka wyszczerzyła do niej swoje ząbki w pięknym uśmiechu, uspokoiła się, choć ciągle zachowywała bezpieczną odległość.

– Ja chyba wiem, kto to jest – szepnęła Zosia. Franio zaraz dodał, że on też i dzieci powoli wyłoniły się zza krzewu. – Idziesz do swojej babci z lekarstwami? – spytała Zosia i wyciągnęła dłoń do nieznajomej. Przedstawiła siebie i przyjaciół. A potem wyjaśniła, że szukają gniazda moli, które mogą zniszczyć jej książki.

– Mówią na mnie Czerwony Kapturek – odpowiedziała dziewczynka, dygając lekko.

W tym momencie coś zaszeleściło w zaroślach. Wszyscy spojrzeli w kierunku źródła odgłosu, jednak niczego tam nie dostrzegli. Zosia miała wrażenie, że coś w ich pobliżu musi się czaić. Może ktoś ich obserwował? Julka też nerwowo poruszyła ogonkiem i po chwili stwierdziła, że powinni ruszać w dalszą drogę.

– Co to? – spytał Franio.

– Zwierzęta pewnie – odparła dziewczynka w czerwonej pelerynce. – Chodźcie ze mną. Moja babcia wie wszystko, więc wskaże wam drogę do tego labiryntu, którego szukacie.

– Idziemy – zdecydowała Julka i obiegła wkoło dzieci.

Franio i Zosia przez całą drogę do domku babci rozglądali się z niepokojem. Doskonale wiedzieli, kim jest dziewczynka spotkana w lesie i co jej groziło. Też bali się wilków i na pewno nie mieli ochoty na spotkanie z takim osobnikiem. Julka za to zachowywała się bardzo beztrosko. Podskakiwała, wybiegała naprzód i ciągle hałasowała, jakby nie zdawała sobie sprawy z tego, że jakimś cudem znaleźli się w środku historii o Czerwonym Kapturku.

– Co zrobimy, jak dojdziemy do domu babci? – szepnął Franio. – Boję się wilków.

– A ja… – zawahała się nowa znajoma. – Spotkałam takiego miłego wilka, któremu opowiedziałam, dokąd idę…

– Musimy się spieszyć! – jęknęła Zosia.

– O czym wy tam rozmawiacie? – zainteresowała się Julka. – Znajdziemy te paskudne mole i rach-ciach je pokonamy. Żaden wilk nam nie przeszkodzi!

Dzieci zachichotały. Świetnie znały swoją przyjaciółkę. Wszystko musiała robić szybko, czasami zbyt długo się nie zastanawiając.


– Musimy tam dotrzeć przed wilkiem – zdecydowała Zosia, a potem opowiedziała o wszystkim wiewiórce. Jedynym sposobem, by dotrzeć do domku jak najszybciej, był lot. Julka stęknęła, że nie wie, czy da radę unieść troje dzieci, ale obiecała, że spróbuje.

Czerwony Kapturek wystraszył się, bo jeszcze nigdy nie leciał u boku wiewiórki. Zresztą nie leciał nawet samolotem!

Julka złapała za rękę Zosię, Zosia Frania, Franio Kapturka, a Kapturek mocniej chwycił koszyczek. Wiewiórka stęknęła kilka razy, nabrała dużo powietrza w płuca i po chwili zaczęła się unosić. Robiła to bardzo powoli. Nie lubiła przecież latać, a z takim obciążeniem było to szczególnie trudne. Pocieszające było jedynie to, że dom babci nie znajdował się daleko. Należało do niego dotrzeć jak najszybciej, by wilk nie zdążył zjeść babci!


Unieśli się nad konarami drzew. O mało nie zderzyli się w powietrzu z jakimś grubiutkim gołębiem, który na ich widok krzyknął w panice i zwiał gdzie pieprz rośnie.

– O! Już widać dom!

Mali wędrowcy zbliżyli się do niewielkiego budynku krytego czerwoną dachówką. Julka powoli wylądowała w cieniu drzew. Zosia doskonale znała to miejsce. Przecież to dom z jej książeczki z baśniami. Jakimś cudem przenieśli się do bajkowego świata. Przemierzali książkę w poszukiwaniu gniazda moli. Przez chwilę próbowała sobie przypomnieć, jaka historia będzie się kryła na następnych stronach, ale Franio pociągnął ją za rękaw, bo zauważył, że drzwi były lekko uchylone. Wystraszył się, że przybyli za późno.

– Poczekajcie, musimy się naradzić – szepnął Franio i złapał Julkę za łapkę, by się zatrzymała. Schowali się za róg budynku i wtedy chłopiec wyjaśnił Julce i spotkanej w lesie dziewczynce, kogo mogą zastać wewnątrz.

Czerwony Kapturek od razu się rozpłakał. Bo jeżeli to prawda i wilk pożarł już jej babcię, nie będzie wiedział, co zrobić. Przecież tak mocno kochała babcię! To dla niej szła przez ciemny las z lekarstwami.

Kapturek zapukał do drzwi, ale gdy nikt nie odpowiedział, pociągnął za klamkę. Jednak oczom dziewczynki ukazała się uśmiechnięta od ucha do ucha babcia. Czekała na wnusię i wcale nie wyglądała na chorą! Czerwony Kapturek rzucił się jej od razu na szyję i wyściskał. Nie miał wątpliwości, że to prawdziwa babcia! Nie miała ani za dużych oczu, ani za dużych zębów. Wszystko miała w sam raz, tak jak babcia powinna mieć.

Zosia szybko zamknęła drzwi na klucz. Julka oczywiście obiegła cały pokój. Była niezwykle podekscytowana, bo szykowała się prawdziwie niebezpieczna przygoda! Takie spotkanie z wilkiem nie zdarzało się często!

I nagle rozległo się pukanie do drzwi. Niby takie cichutkie i delikatne, ale było w nim coś natarczywego.

– Ciii – szepnął Franio. – Musimy zachować się bardzo cicho i pod żadnym pretekstem nie możemy otwierać drzwi.

– Kto tam? – spytała jednak babcia. Szybko złapała się za usta, ale było już za późno.

– To ja, babciu – pisnął ktoś. – Czerwony Kapturek.

Babcia zachichotała, bo nieznajomy naprawdę był bardzo zdolnym aktorem i zabrzmiał jak jej wnuczka, ale w trakcie silnego przeziębienia, kiedy dziewczynka chrypiała jak stare skrzypce.

Julka z Zosią zakradły się po cichu do okna, by spojrzeć na oszusta. I nagle wiewiórka naprężyła ogonek i znieruchomiała.

– Widzisz to? – szepnęła do Zosi. A zaraz przy oknie znalazł się Franio.

– To kuna! Jednooka kuna!

– Jakimś cudem weszła za nami do tej historii! Wie, że tu jesteśmy!

– A zobaczcie tam! – powiedziała Zosia, pokazując przed siebie palcem, bo tuż przy studni chowały się trzy inne kuny. Benka rozpoznały od razu, bo wystawał mu brzuszek.

– Trzeba dać im nauczkę! – stwierdziła Julka. – Bo będą szły za nami przez cały czas. Ta kuna nie spocznie, dopóki mnie nie dopadnie – westchnęła. – Nie może mi darować uszkodzonego oka.

– Słuchajcie – odezwała się wreszcie babcia. – Możecie uciekać drugim wyjściem, zanim kuny się połapią, będziecie daleko. A zaraz pewnie zjawi się tu wilk, po nim leśniczy, który i tak nas uratuje. Kun jest za dużo, by z nimi walczyć.

Dzieci przez chwilę naradzały się z wiewiórką. Wreszcie wszyscy zdecydowali, że to całkiem dobry pomysł. Babcia obiecała zatrzymać tu kuny. Powiedziała także, że chyba wie, gdzie może znajdować się wejście do labiryntu zrobionego przez mole. Słyszała o nich od Taty Muminka, który czasami wpadał do niej na herbatkę.

– Musicie kierować się na północ. Miniecie tam kilka opowieści, ale dobrze obserwujcie. Jeżeli zauważycie jednego mola, spróbujcie podążać za nim. Powinien was zaprowadzić do gniazda. A jeżeli nie, to wcześniej czy później natkniecie się na drogowskazy prowadzące do domku Pana Mola.

– Babciu, babciu! – Usłyszeli znów głos dochodzący zza drzwi. – Tu Czerwony Kapturek, otwórz! Szukam mojej przyjaciółki wiewiórki. Jest może u ciebie?

Julka drgnęła, kiedy usłyszała, że mowa jest o niej, ale nie obiegła pokoju. Starała się zachowywać bardzo cicho. Babcia dała jeszcze swoim gościom kawałek ciasta na drogę. Przytuliła ich i kazała na siebie uważać. Zapewniła, że one z Kapturkiem dadzą sobie radę.

Dzieci podziękowały za gościnę i cichutko na palcach wymknęły się tylnymi drzwiami z domu. Znów znalazły się w lesie. Julia kazała im chwycić się za łapki i wzniosła się w powietrze. Odleciała na bezpieczną odległość i wylądowała, bo należało się zorientować, czy podążają w dobrym kierunku.

– Gdzie jest północ? – spytała Julka, a Franio poprawił okulary na nosie i wyrecytował, że mech zawsze porasta drzewa i kamienie od północy. Udało się więc określić kierunek. W dalszą drogę dzieci z wiewiórką ruszyły pieszo. Musiały dokładnie rozglądać się za wejściem do labiryntu.

– Zobaczcie tam – szepnęła Zosia. Na jednym ze wzgórz siedział Włóczykij i patrzył przed siebie. Dziewczynka od razu przypomniała sobie, w jakiej kolejności stały książki na półce. Wiedziała, że za chwilę zobaczą dom Taty Muminka i nie pomyliła się.

Nagle jednak las się skończył. Krajobraz stał się dziwny. Przypominał wnętrze domu. Zosia go nie rozpoznała. Franio ciekawie się rozglądał, za to Julia biegała wokół każdego mebla, znajdującego się na ich drodze.

– Rany! – pisnęła nagle Zosia. – Ja wiem, co to za książka.

Dziewczynka złapała Frania za rękę.

– Mam nadzieję, że nie masz książek o wilkołakach ani żadnych zombiakach i kosmitach.

– Nie – jęknęła. – Ale mam o domowych potworach… Zobacz tam! – Wskazała palcem. – Poznaję ją. To Zazdrośnica Zawistna. Uciekajmy!

Julia chwyciła mocno dzieci za dłonie i zaczęła biec tak szybko, że Zosia i Franio o mało co się nie poprzewracali. Nie mogli złapać tchu, ale nie mieli zamiaru się zatrzymać, ponieważ na horyzoncie pojawił się kolejny potworek. To był Wyjec Zmorowaty! Zosia momentalnie zaczęła nucić wesołą piosenkę, której nauczyła się w przedszkolu, by odpędzić stwora.

Kiedy jednak przed podróżnikami pojawił się las, Julka zwolniła. Ledwo łapała oddech. A Zosia zamarła, wpatrując się w dal.

– Nie uwierzycie – szepnęła. – Następna książka jest o… – pisnęła. – Kunach.

– O kunach?! – wrzasnęła Julka i obiegła dziewczynkę wokoło. – Dlaczego ty czytasz o kunach?

– Ale to dobre kuny… – zająknęła się. – Prowadziły restaurację.

Na szczęście Julka nie musiała pytać o nic więcej, bo Franio pociągnął ją i Zosię w paprocie.

– Ciii – szepnął. – Zobaczcie!

Chłopiec wskazał na wejście do tunelu. Prowadził do niego drogowskaz, na którym napisane było: „Pan Mól”. Strzałka prowadziła w głąb ziemi.

Dzieci rozejrzały się wokół. Coś w oddali zaszeleściło w krzakach. Julka poczuła ciarki na plecach. Kuny musiały być coraz bliżej i na pewno nie były to te, które prowadziły restaurację.

– Idziemy!

Powoli weszli do tunelu i już po chwili znaleźli się w dziwnym labiryncie. Szli zgodnie ze strzałkami. Gdzieniegdzie na ścianach wisiała mała lampka, która oświetlała drogę prowadzącą do Pana Mola.

– Tam na końcu tunelu coś jest. – Zosia wskazała palcem.

Julka ruszyła przodem, każąc dzieciom trzymać się blisko. Chwyciła ogonek, by w razie czego bronić swoich przyjaciół. Przecież nie wiedziała nic o molach, oprócz tego, że mama Zosi za nimi nie przepadała i chciała je wykurzyć z mieszkania.

Na końcu korytarza znajdowało się duże, jasno oświetlone pomieszczenie. Dzieci weszły ostrożnie do środka i rozejrzały się po wnętrzu.

– Wow! – szepnął Franio.

Znaleźli się w wielkiej sali, w której podłoga została wyłożona deskami. A wokół na ścianach znajdowały się półki z książkami. Było ich tysiące! Wypełniały pomieszczenie po sam sufit!

– Wow! – powtórzyła Zosia. – Ale pięknie!

Nagle jednak coś zatrzeszczało i naprzeciwko nich ni stąd, ni zowąd pojawiło się dziwne stworzonko. Miało długie wąskie skrzydła i druciane okulary na nosie. Franio od razu się uśmiechnął, bo nieznajomy wyglądał bardzo sympatycznie. Jego ubranie było niezwykle eleganckie, choć brązowa marynarka wydawała się za duża i lekko przykurzona.

– Witam – powiedział gospodarz. – Czym sobie zasłużyłem na waszą wizytę?

Ukłonił się nisko, a potem wyciągnął dłoń na powitanie. Franio i Zosia przedstawili się. Potem to samo zrobiła Julka. Czuli się lekko skrępowani.

– Szukamy gniazda moli – odezwała się dziewczynka.

– Znaleźliście je – odparł. – Choć ja bym to nazwał siedzibą, nie gniazdem. Z przyjemnością ugoszczę was herbatką. Lubicie herbatkę?

Dzieci kiwnęły głowami. Tylko Julka stwierdziła, że za herbatę to ona podziękuje, ale chętnie napiłaby się mleka.

Pan Mól poprosił ich o cierpliwość. Wskazał stół i krzesła. A kilka sekund później podał gorącą herbatę w maleńkich kubeczkach.

– Panie Molu – odezwała się Zosia całkowicie zaskoczona tym, jak wygląda gniazdo, którego tak długo szukali. – Mam prośbę. Czy mógłby pan wyprowadzić się z mojej półki z książkami? Nie chciałabym, by je pan zjadał, bo w nich ukryte są różne historie i bohaterowie. A zjedzenie wilka albo Roszpunki mogłoby być szkodliwe. A bez bajek na dobranoc nie umiem zasnąć, więc byłoby mi smutno…

 

Pan Mól zaczął się śmiać. Frania też rozbawiło to, jak Zosia mówiła. Julka najchętniej zrobiłaby rach-ciach i zaczarowała wszystkie mole, by można było wrócić do domu. Bała się, że lada chwila pojawią się tu kuny.


– Ależ drogie dziecko – odezwał się elegant. – My nie zjadamy twoich książek. Ani żadnych innych. Zobacz, rozejrzyj się wkoło. My je kolekcjonujemy!

– Ale…

– Ja wiem, że moja rodzina nie ma najlepszej opinii – powiedział. – Ale ja, moja żona i dzieci dbamy o książki. Kochamy je. Nie jesteśmy żadnymi bookotarianami, możesz być spokojna. Daję ci na to moje słowo honoru.

I kiedy Pan Mól wypowiedział ostatnie słowa, dzieci usłyszały w holu jakiś rumor. Julka od razu skoczyła na nogi. Zaczęła strzyc uszkami, żeby dokładnie zorientować się w sytuacji. Jej nosek też pracował pełną parą.

– Kuny! – krzyknęła nagle, ale było już za późno.

Do pokoju wpadł gang kun. I na pewno nie były one miłymi stworzonkami prowadzącymi restaurację. Do Julki ze złowrogą miną zbliżała się jednooka kuna. W dłoni trzymała drewniany mieczyk wycelowany prosto w wiewiórkę. Dzieci zamarły. Pan Mól próbował pytać, co się dzieje, ale nikt nie zwracał na niego uwagi. Niebezpieczeństwo było coraz bliżej, a Julia z tego wszystkiego zapomniała, że ma magiczny ogonek. Jednooka kuna zrobiła kilka kroków do przodu, jej towarzysze skradali się zaraz za nią.

– Łaaaa! Łaaaa! Kung-fu!

Rozległ się krzyk, a Zosia z Franiem zamknęli oczy. I wtem stało się coś nieoczekiwanego. Runął jeden regał z książkami i przysypał kuny! Dzieci nie wierzyły własnym oczom. Pan Mól uskoczył w bok, a Julia stała, jakby ją nagle zamieniono w słup soli. Dopiero kilka sekund później na szczycie regału pojawiły się dwa małe szkraby uderzająco podobne do gospodarza i wykrzykiwały, że to kung-fu.

– Kika! Kinia! – krzyknął Pan Mól. A maluchy od razu ucichły i spuściły główki. Nawet maleńkie czułka opadły im na twarze.

– Ale tato… – jęknęły jednocześnie. – To wyglądało groźnie! Trzeba było zastosować cios kung-fu!

– Przepraszam was, to moje bliźniaki.

Pod książkami szamotały się kuny. Łatwo im nie pójdzie wydostanie się spod takiego stosu. Julka była bezpieczna!

– Uratowały nas – zawołała Zosia i doskoczyła do maluchów, by je uściskać. Franio też pogratulował molowym dzieciom. Julka wreszcie oprzytomniała. Podskoczyła. Obiegła pomieszczenie i wreszcie dopadła do bliźniaków i je wyściskała.

– Po… po… mo… cy… – stękały kuny.

– A kto poukłada książki? – mruknął Pan Mól, nie zwracając uwagi na jęki gryzoni.

Kika i Kinia obiecały, że wszystko posprzątają, tylko najpierw trzeba zrobić porządek z kunami. Ich tata złapał się pod boki i stwierdził, że taka banda łobuzów przyda mu się do sprzątania tuneli. Ponadto ustawią regały. Kuny pisnęły spod książek. Obiecały, że w zamian za wolność pomogą sprzątać. Tylko żeby ktoś natychmiast je uwolnił, bo książki i półki z desek były bardzo ciężkie.

– A wy – zwrócił się do dzieci i wiewiórki Pan Mól. – Wracajcie do domu. Uwolnię kuny dopiero wtedy, gdy będziecie bezpieczni. – Uśmiechnął się i dodał, że mole książkowe uwielbiają czytać i nie należy się martwić o książki. – Pokażę wam krótszą drogę do domu.

Pan Mól kazał im iść za sobą. Bliźniaki zostały, by pilnować swoich więźniów. Były zadowolone, że przechytrzyły kuny i uratowały gości.

Dzieci w towarzystwie wiewiórki i gospodarza przeszły przez krótki hol. Tam dotarły do masywnych drewnianych drzwi. Pan Mól się zatrzymał. Odszukał w kieszeni marynarki mosiężny klucz i włożył go w zamek.

– Uważajcie na siebie – powiedział. – I nie martwcie się o książki. Będziemy ich pilnować.

Pan Mól otworzył drzwi. Dzieci jednak zastygły w bezruchu, ponieważ przed sobą dostrzegły ogromną przepaść. W dole rozciągał się widok na pokój Zosi. Dziewczynka od razu rozpoznała swój dywan w motylki. Julka złapała za rękę chłopca i dziewczynkę. Zamknęła oczy i zakręciła ogonkiem. Potem zrobiła krok naprzód, pociągając za sobą Zosię i Frania.

– Łaaaa! – dzieci krzyknęły jednocześnie. Wystraszyły się upadku, jednak, o dziwo, lądowanie było miękkie i bezbolesne. A kiedy otworzyły oczy, znajdowały się już pośrodku pokoju Zosi. Siedziały na dywanie, a Julka właśnie wskakiwała na ramię Frania. Zadowolona zacierała łapki.

– Ma się tę wprawę – powiedziała z dumą. I natychmiast uciekła pod łóżko. Do drzwi pokoju Zosi podchodziła właśnie mama dziewczynki.

– Co robicie? – spytała, widząc dzieci siedzące na środku dywanu. Wokół nich leżało kilka książek. Mama podniosła jeden egzemplarz. – Czytacie baśnie? O, i Muminki – powiedziała. – Bardzo ładnie, ale Frania woła już mama, więc musicie zakończyć na dziś zabawę.

Dzieci uśmiechnęły się do siebie porozumiewawczo. A Franio szepnął do Zosi, że chciałby kiedyś powędrować przez karty swoich książek. Miał na półce dużo opowieści o robotach. Potem jednak się pożegnał, bo wiedział, że za chwilę jego mama zacznie się niepokoić. Musiał wracać do domu.

Zosia natomiast otworzyła Czerwonego Kapturka i odszukała ostatnią stronę w bajce. Julka oczywiście już zaglądała jej przez ramię.

– Wszystko w porządku. – Dziewczynka odetchnęła, widząc na obrazku uśmiechniętą babcię z wnuczką. – Udało się. Są bezpieczne.

Julka zrobiła kilka rundek po pokoju. Cieszyła się, że kuny tak szybko jej nie odnajdą. Wygrzebanie się spod stosu książek zajmie im sporo czasu, pomyślała. Potem pożegnała się z Zosią i zniknęła w konarach drzewa.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?