Duch Maciek detektywemTekst

Z serii: To lubię
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Karta tytułowa



Rozdział pierwszy, w którym jestem gotów polecieć z Karoliną na drugi koniec świata


Tydzień temu Karolina przestała się do mnie odzywać. Przestała też kłócić się ze sroką Wiesławą, straciła apetyt i chęć do latania. A zaczęło się całkiem niewinnie – od przeczytania czwartej strony nadjedzonej zębem czasu książki. Pierwszych kartek brakowało. Od kiedy pamiętam, opasły tom podtrzymywał stolik w kącie strychu, a teraz wszystko zjechało na podłogę i zrobił się bałagan. Karolina jednak nie przejmowała się tym nic a nic. Siedziała z nosem w książce od świtu do zmierzchu, nawet w nocy słyszałem – zamiast jej cichutkiego pochrapywania – szelest przewracanych kartek. Czasami śmiała się pod nosem albo coś mamrotała. Czułem się samotny i odtrącony.

I właśnie w chwili, kiedy postanowiłem przestać zwracać na nią uwagę, wykrzyknęła:

– Nie ma końca!


Wspólne szukanie urwanego w pół słowa rozdziału nie zakończyło się co prawda sukcesem, ale znów stałem się potrzebny – i to było najważniejsze!

– Możesz doczytać w bibliotece – poradziłem.

Potrząsnęła smutnie głową.

– Nie znam tytułu ani autora. Nie ma okładki.

– Wiem, wiem… – mruknąłem niechętnie.

Karolina przeciągnęła się i wyjrzała przez okno.

– Przestało padać! – ucieszyła się.

– Już pięć dni temu! – skrzeknęła Wiesława. – Wiedziałam, że to nie ma zakończenia. Dlatego wylądowało pod stołem.

– Powinnaś mnie uprzedzić! – zdenerwowała się Karolina.

– Nikt mnie nie pytał! – Wiesława roześmiała się paskudnie.

Awantura wisiała w powietrzu.

– Chodź… – Pociągnąłem za sobą duszkę. – Coś ci pokażę.

Wymyśliłem to na poczekaniu i kiedy przysiedliśmy na szczycie dachu obok komina, zacząłem się nerwowo rozglądać.



Rozejrzała się ciekawie.

– Tam, widzisz? – Wskazałem połyskującą w oddali rzekę. Dzieliła nasze miasteczko na dwie części: starszą i nowszą.

W nowszej stały domy-klocki, był tam również park, wesołe miasteczko, stadion i centrum handlowe. W starszej – niewielkie kamienice, wąskie uliczki i małe sklepy pachnące tym, co się w nich sprzedaje.

– Mhm… – mruknęła niepewnie.

– O czym była ta książka? – Zmieniłem temat.

Ożywiła się.

– Pewnie myszy zjadły.

– Słuchaj – przerwała mi niecierpliwie. – Czytając ją, myślałam o mamie. Że jeśli ta historia dobrze się skończy, to mama też pewnego dnia się odnajdzie. A tu zakończenia nie było… – Westchnęła.

Wiedziałem, że mama Karoliny, Lucylla, krawcowa i projektantka mody, przeniosła się do Ameryki Północnej i po kilku mejlach kontakt z nią urwał się bezpowrotnie.

Podczas gdy zastanawiałem się, co odpowiedzieć i jak pocieszyć, wzbiła się w powietrze. Próbowałem ruszyć za nią, ale mój całun zahaczył o gwóźdź w kominie. Zanim opuściłem dach, była już tylko punkcikiem na różowym niebie.

Leciała w stronę rzeki. Co zobaczyła? Nie miała w zwyczaju zostawiać mnie bez wyjaśnienia. Wrzuciłem piąty bieg, chcąc zmniejszyć odległość między nami, ale bezskutecznie. Zniknęła.


Leciałem tak nisko, jak to możliwe. Widziałem gniazdo kaczek i kilku rybaków, dziurawą łódź przy równie dziurawym pomoście, śmieci, czarnego kota, porzucony rower, chłopaków skaczących z pochyłego drzewa do wody, małą łachę piasku, a na niej dziewczynę, czytającą książkę. Karoliny nie było. Przynajmniej nad rzeką. Na tym odcinku, który przejrzałem, po obu jej stronach. Zdecydowałem się na lądowanie.

– Karolina!!! – darłem się, brnąc z trudem ścieżką między szuwarami.

– Ciszej! – zdenerwował się wędkarz w czerwonej czapce. – Płoszysz mi ryby!

– Nie widział pan może kogoś w różowej sukience? – zagadnąłem.

– Nikogo nie widziałem – burknął. – Ani w sukience, ani bez. A ty, co właściwie masz na sobie? Jest jakiś bal przebierańców, czy co?

Spławik nagle podskoczył, odwracając uwagę gbura w stronę tego, co działo się na rzece. Mężczyzna ścisnął mocniej wędkę. Mocował się z nią bezskutecznie, wciągany do wody tajemniczą siłą.

– Ale sztuka…! – sapał.

Stanąłem obok, ciekaw, czy wpadnie do rzeki.

– Pomóż! – wrzasnął.

Ciągnęliśmy we dwóch ile sił. A chwilę potem leżeliśmy przygnieceni czymś, co zupełnie nie przypominało ryby.


– Idź stąd, przynosisz mi pecha! – Mężczyzna gramolił się niezdarnie spod wielkiego kalosza, pełnego szlamu i kamieni. Szamotała się wśród nich malutka rybka, którą zdążyłem wrzucić do wody, zanim wylądowała w wiadrze.

Skoro nad rzeką nie ma Karoliny, muszę jej szukać gdzie indziej! Może już wróciła na strych, a ja niepotrzebnie moczę sobie trampki? Lecę do domu – postanowiłem w chwili, gdy wyszła dokładnie naprzeciwko mnie. Ściskała pod pachą gazetę. Tak zamyślona, że nawet mnie nie zauważyła.

– Cześć… – Nieśmiało zwróciłem na siebie uwagę.

– Maciek? – Wydawała się wyrwana z głębokiego snu.

– Co się stało? – Wziąłem ją za rękę.

Była czymś głęboko poruszona. Zaniepokojona. Mięła rąbek koronki jak zawsze wtedy, kiedy nie wie, co powiedzieć i jak się zachować.

– Coś bardzo dziwnego. – Wzruszyła ramionami. – Wydawało mi się… – Przerwała, próbując się uśmiechnąć.

– No, mów! – zacząłem się niecierpliwić.

– Wydawało mi się, że widzę mamę. – Odwróciła ode mnie głowę.

Sam swoich krewnych odwiedzałem rzadko, ruiny zamku, które zamieszkiwali od paru setek lat, były jak dla mnie za mało przytulne. No ale wiedziałem, gdzie ich szukać, gdybym nagle do kogoś zatęsknił: mamy Porcji, taty Oktawiusza czy też braciszków: Sykstusa czy Kalasantego.

– Latała tutaj. – Karolina wcelowała palcem w kępę wierzb, pochylonych nad wodą. – Miała kapelusz. I suknię w kwiaty. Zawsze lubiła się stroić…

Masz to po niej – pomyślałem. Karolina uwielbiała koronkowe sukienki i tenisówki. Miała ich chyba z piętnaście par. Zdobiły jedną z belek na moim strychu, ustawione równiutko, para przy parze.

– Może to był jakiś duży ptak… – Nie chciałem, żeby Karolina uwierzyła w coś tak mało prawdopodobnego.

– Ptak. W słomkowym kapeluszu! – prychnęła z politowaniem.

– Na przykład Wiesława… – zacząłem, ale przerwała mi stanowczo:

– To nie była ani sroka, ani wrona, ani bocian, ani kanarek! To była duszka podobna do mamy… Zanim tu doleciałam, zniknęła. Ale nie bez śladu. – Podała mi gazetę z zakreślonym flamastrem podpisem po angielsku: „Na gali wręczenia Oskarów najbardziej elegancką gwiazdą była Daniela Danieli w kreacji od Lucylli” – przeczytałem, gapiąc się jednocześnie na zdjęcie.

Spojrzałem pytająco na Karolinę.

– Od Lucylli, mojej mamy! To jest znak! To ona zostawiła mi tę gazetę… Zauważ, że jest sprzed roku. Skąd by się tu wzięło stare amerykańskie pismo? Mama chce mnie o czymś powiadomić. Chce, żebym zaczęła jej szukać. Może jest w niebezpieczeństwie. Na pewno! Maciek, polecisz ze mną, prawda? Powiedz, że polecisz!

– Pewnie że tak, ale dokąd? – wybąkałem oszołomiony.

– Do Ameryki! – wykrzyknęła niecierpliwie. – Chodź – wyciągnęła do mnie rękę – nie mamy czasu!

Uważałem wówczas, że coś sobie ubzdurała. Nie wierzyłem w znaki. Jak na ducha, byłem osobnikiem twardo stąpającym po ziemi. Ale nie chciałem robić jej przykrości i odzierać ze złudzeń. Niech sobie żyje marzeniami – postanowiłem. Mogę się przewietrzyć i zobaczyć kawałek świata, niezależnie od całego tego zamieszania z Lucyllą.

Obciągnąłem całun i potrząsnąłem głową.

– Musimy najpierw pożegnać się ze wszystkimi. Tak się nie robi. Nie znika się bez śladu… jak jakiś duch.

Puściłem do niej oczko, ale nawet się nie uśmiechnęła. Po mojej beztroskiej Karolinie nie było śladu. Nigdy dotąd nie widziałem jej tak zaniepokojonej.


Sroka Wiesława siedziała naburmuszona w kącie, a obok niej piętrzył się kłąb różnokolorowej włóczki. Mam nadzieję, że nie zamierza zrobić mi nowego kubraczka – pomyślałem z niepokojem, zmierzając w stronę starej walizki. Nie wiadomo, do kogo kiedyś należała. Stała na strychu, od kiedy pamiętam, pokryta coraz grubszą poduszką kurzu. Teraz poduszka uniosła się w powietrze, rozpadając na tysiące mikroskopijnych drobinek.

 

– kichnęła sroka, a ja zakryłem spiesznie całunem nos i usta. – Po co to ruszasz?!

– Musimy się spakować… – Mój wzrok powędrował w stronę licznych tenisówek Karoliny.

Byłem pewien, że bez nich się nie ruszy. Ja sam brałem w podróż zwykle jedynie szczoteczkę do zębów, całun na zmianę, kulkę na łańcuchu, garść cukierków i butelkę naparu z psich grzybków.

Zamki walizki odskoczyły niechętnie, a ona sama rozpadła się na dwie części, ujawniając swoją zawartość: garnitur w prążki i trzy białe koszule, mundur majora lotnictwa plus stosowne buty, frak, parę męskich lakierków, kilka krawatów, bieliznę, sprężyny do ćwiczeń, sprzęt do nurkowania, butelkę wody kolońskiej, pędzel do golenia i mydelniczkę z mydłem.

Wiesława przysiadła obok. Przerzucała dziobem poszczególne sztuki.

– Wszystko męskie! – Kichnęła raz jeszcze. – Gdzie wyjeżdżacie? – Łypnęła na mnie z ciekawością.

– Do Ameryki – przyznała Karolina, wlatując na strych.

– Po co do Ameryki? – Wiesława zainteresowała się mundurem lotniczym, dziobiąc metalowe guziki. – Trzeba je wyczyścić – stwierdziła.

– Nie trzeba – zaprotestowałem. – Nikt go przecież nie będzie nosił.

– Moim zdaniem byłoby ci w nim bardzo ładnie – usłyszałem, po czym Wiesława wprawnym ruchem odpruła spory kawał nogawki. – Trzeba tylko skrócić spodnie i rękawy… – Uwijała się, nie patrząc w naszą stronę. – Po co tam lecicie? – powtórzyła pytanie.

– Odwiedzić moją mamę.

Powiedziała „odwiedzić”, a nie „odnaleźć”, zauważyłem, cofając się gwałtownie przed sroką, która przykładała do mnie mundur.

– Chyba nie sądzisz, że to założę?! – krzyknąłem w panice.


– W Ameryce wszystko może się zdarzyć. Masz gotowy zestaw ubrań na każdą okazję. Daj mi chwilę, a dopasuję je do ciebie. Właściciel walizki był od ciebie, hmmm… większy…

Nie musi mi wypominać wzrostu – pomyślałem ze smutkiem. – To nie moja wina, że jestem taki malutki. Dobrze, że ona także nie urosła – spojrzałem z czułością na Karolinę, która była tylko troszkę wyższa ode mnie.

Duszka bujała myślami gdzieś daleko. Zdejmowała z belki z nieobecnym wyrazem twarzy a to różową tenisówkę, a to niebieską. Tymczasem Wiesława szykowała mnie do drogi.


– Karolina, powiedz jej, żeby przestała się wygłupiać! – wybuchnąłem.

Byłem pewien, że mnie poprze, tymczasem duszka uśmiechnęła się tylko i wzruszyła ramionami.

– Wiesława ma rację. Nie wiadomo, co nam się przyda. Czasem może będziesz musiał kogoś udawać. Ta walizka wyraźnie na ciebie czekała, ze wszystkim, co jest w środku. Jak się te ubrania pozmniejsza, uda mi się wcisnąć trochę moich rzeczy.

Nie wierzyłem własnym uszom. Ja – we fraku i w lakierkach za dużych o kilka numerów?!

– Można w czubki wepchać trochę włóczki! – Sroka zdawała się czytać w moich myślach. – Powinieneś się cieszyć, że o ciebie dbam, zamiast robić obrzydliwe miny i przewracać oczami.

Przez okienko w dachu dobiegł nas odgłos rowerów wjeżdżających na podwórze, a potem wrzask Jarka:

– Co robisz, baranie?!

Nie musiałem wyglądać, aby wiedzieć, że uwaga skierowana jest do jego brata bliźniaka Marka. Muszę się z nimi pożegnać – postanowiłem i już po chwili pokonywałem w obłędnym tempie kolejne piętra, mknąc po poręczy schodów. Na zakręcie zderzyłem się z dozorczynią.

– Co to?! Kto to?! Duchy czy co?! – gonił mnie jej krzyk i odgłos turlających się po schodach jabłek.

Marek i Jarek – chwilowo pogodzeni – mocowali rowery łańcuchami do drzewa.

– Przeszedłem się pożegnać – rzuciłem bez wstępów.

Podskoczyli, rozglądając się dookoła.

– To ja, Maciek… – dodałem uspokajająco.

– Wolę cię widzieć… – zachichotał Marek.

– A ja chyba nie – sprzeciwił się Jarek.

– Lecimy z Karoliną do Ameryki.

Nagle dotarło do mnie, że to już postanowione i że lada chwila moja stara kamienica stanie się tylko wspomnieniem.

– Północnej czy Południowej? – Wiadomość nie zrobiła na nich specjalnego wrażenia.

– Północnej. – Poczułem dumę, że uważają mnie za światowca.

– Damy ci adres naszego kuzyna. I napiszemy do niego parę słów. Może ci się przydać. Nigdy nic nie wiadomo.

Kuzyn miał na imię Filip i mieszkał w Los Angeles.

– Miasto Aniołów – wyjaśnił Jarek. – Tam jest Hollywood.

– I on jest aktorem? – dopytywałem, podczas gdy Marek przepisywał coś ze smartfona na kartkę wyrwaną z zeszytu.

– Może będzie. Na razie chodzi do szkoły. Normalnej. Ale wujek ma coś wspólnego z filmem. Jest operatorem, czyli takim gościem z kamerą. Gra w golfa i ma na imię John. To on uczył Filipa polskiego.

– Marek, Jarek! Co się tak grzebiecie?! – rozległ się z okna głos ich taty.

– Musimy lecieć. Trzymaj… – Marek wcisnął mi wystrzępioną kartkę. – Adres i nasze rekomendacje. Kiedy wracasz?

To było dobre pytanie. Zadawałem je sobie później wielokrotnie, żegnając się pospiesznie z Protami i Agatą, wreszcie – odbierając z łap Wiesławy walizkę. Bardzo ciężką.

W wieczornym wydaniu dziennika pokazano ją szybującą samotnie nad dachami domów jako „niezidentyfikowany obiekt latający”, kolejny niezbity dowód na istnienie UFO.


– Ja też chcę do Ameryki! – upierała się Petunia, potrząsając gniewnie loczkami. – Obiecywałeś mi podróż poślubną i co?

Mój brat Kalasanty z natury był domatorem. Właśnie odnowił jedno skrzydło ruin, moszcząc w nim wygodne gniazdko.

– Nie lecimy tam na wycieczkę. – Postanowiłem przyjść mu z pomocą. – To może wcale nie być zabawne. Będzie trudne, a nawet niebezpieczne.

– Tym bardziej musimy z wami lecieć. Jako ochroniarze – stwierdziła stanowczo Petunia.

Siedzieliśmy na baszcie, grzejąc się w łagodnych promieniach zachodzącego słońca. Widok zapierał dech w piersiach. Lasy i zagajniki, pola i bagniska, miasteczko i wiejskie zabudowania, wszystko aż po widnokrąg widoczne było jak na dłoni.

Patrząc z góry na maleńki wóz zaprzężony w siwki, który pewnie należał do Kapuśniaka, wspominałem zwycięską batalię z Ducholińskimi. Na horyzoncie, nieco przysłonięty drzewami, widniał zarys budowli w kształcie pieczarki – siedziba Akademii Zjawisk Paranormalnych.

Z zamyślenia wyrwał mnie głos Kalasantego:

– A dokąd konkretnie się wybieracie?

– Do Los Angeles – odpowiedziała Karolina, zanim zdążyłem zebrać myśli.

– Fantastycznie! – Petunia klasnęła w dłonie. – Od zawsze o tym marzyłam. Jeszcze po tamtej stronie… Mogłabym wziąć udział w jakimś castingu. Może będą poszukiwać uzdolnionych śpiewaczek, które w dodatku posiadają tak wyjątkowe umiejętności jak ja. Nie każdy potrafi ot tak, po prostu pojawić się na scenie i zniknąć.

Wzięła głęboki oddech i zaśpiewała.

Spłoszone konie Kapuśniaka stanęły dęba, skręcając tak nieoczekiwanie, że wóz niebezpiecznie się przechylił, a nieszczęsny woźnica wylądował w krzakach.

– No już, wystarczy… – przerwała jej stanowczo moja mama Porcja. Nie znosiła konkurencji, rezerwując wieżę jako prywatny teren do swoich występów.

Petunia umilkła urażona, aby po chwili przytulić się do męża.

– Powiedz, że się zgadzasz, Kalasiu… – zaszczebiotała.

– No zgódź się… – zaczął ją przedrzeźniać Sykstus, przewracając oczami.

Nic się nie zmienił – pomyślałem, przyglądając się kościstej sylwetce mojego drugiego brata.

– Lepiej leć do duchoteki, bo stracisz posadę – upomniał go mój tatuś Oktawiusz.

Sykstus był tam didżejem.


– Macie pięć minut na podjęcie decyzji. – Karolina po raz pierwszy wtrąciła się do rozmowy. – Przepraszam was bardzo, ale naprawdę nam się spieszy… – Zaakcentowawszy „naprawdę”, spojrzała wprost na Porcję. – Moja mama być może jest w niebezpieczeństwie.

Porcja nie przepadała za Lucyllą, ale muszę przyznać, że umiała się zachować i stanęła na wysokości zadania. Objęła serdecznie Karolinę, a mnie poklepała po plecach.

– Jestem z was dumna, dzieci!

– Lecimy z wami! – zdecydował Kalasanty.

– Kochanie, wiedziałam, że się zgodzisz! Dziękuję!!! – Petunia zawisła mu na szyi.

– Ile czasu potrzebujecie na pakowanie? – spytała Karolina.

– Marzą mi się nowe ciuchy. Od czego mamy karty? – Uśmiechnęła się Petunia.

– Może jednak coś weź… – zaproponował nieśmiało Kalasanty. – Nasze konto po remoncie bardzo stopniało.

Wszyscy członkowie mojej rodziny ulokowali oszczędności w Banku Poza Zasięgiem, któremu było wszystko jedno, kto żył zgodnie z literą prawa, a kto nie.

– Sam wiesz, jak długo się pakuję, a im się spieszy… – Petunia znalazła argument nie do przebicia.

Mój brat rozłożył ręce.

– No to lecimy… – westchnął.

Więcej w jego głosie było rezygnacji niż entuzjazmu, ale czegóż się nie robi dla ukochanej żony? A trzeba przyznać, że byli z Petunią bardzo dobraną parą!

Rozdział drugi, w którym lądujemy w Mieście Aniołów, spotykamy Filipa i idę do dentysty


Podróż była znakomita! Okazało się, że w klasie biznes są cztery wolne miejsca. Ze wstydem przyznaję, że byliśmy pasażerami na gapę. Dzięki podstępowi Karoliny, moją walizkę udało się nadać na bagaż.

Duszka przybrała najwdzięczniejszą ze swoich postaci, zbliżając się z czarującym uśmiechem do starszej pani z malutką walizeczką.

– Przepraszam bardzo, ale mam za dużo bagażu. Czy byłaby pani taka dobra i wzięła tę walizkę jako swoją?

Starsza pani zawahała się.

– Musiałabym poznać zawartość – powiedziała ostrożnie.

– Ależ naturalnie! – Karolina otworzyła zamki, a oczom zdumionej pani ukazał się przerobiony pospiesznie przez Wiesławę mundur majora lotnictwa oraz moja kulka na łańcuchu.

– To… twoje? – wybąkała oszołomiona.

– Prezenty dla wujka. Od mojego taty. To są rodzinne pamiątki po jego bracie… – plotła trzy po trzy.

– To mi wygląda na bombę – kobieta wbiła palec w kulkę.

– Rekwizyt teatralny. Brat taty był aktorem. Często obsadzano go w roli ducha.

– Ale zmyśla… – szepnął z podziwem Kalasanty.

– Dobrze, że my niczego nie wzięliśmy – przypomniała mu Petunia.

Staliśmy lekko z boku, niewidzialni dla reszty podróżnych, podczas gdy Karolina demonstrowała sztuka po sztuce zawartość walizki.

– Wystarczy, moje dziecko… – Pani sprawiała wrażenie zakłopotanej. – Zgoda, nadam ci to na bagaż, ale na przyszłość pamiętaj, żeby nie brać ze sobą zbyt wiele. Zwykle ludzie w podróże za ocean są lepiej wyposażeni ode mnie…

Karolina podziękowała jej wylewnie i bez przeszkód przedostaliśmy się na pokład Boeinga 777.



Los Angeles nie przypominało żadnego miasta, które widzieliśmy do tej pory. Ale też, prawdę powiedziawszy, ani po tej, ani po tamtej stronie nie byliśmy wielkimi podróżnikami i nigdy nie dotarliśmy aż tak daleko. Nie widzieliśmy w naturze ani oceanu, ani palm, ani takiego wielgachnego diabelskiego młyna jak na molo w Santa Monica. Z braku lepszego pomysłu, zatrzymaliśmy się na razie w Pacific Parku, gdzie można było oglądać w akwarium niesamowite ryby, jeździć na młynie i karuzeli, oglądać ludzi i sklepy. No i ocean.

Karolina chciała od razu biec do Hollywood odszukać aktorkę, której zdjęcie w sukni mamy nosiła w kieszonce. I pewnie tak by się stało, gdyby nie walizka. Zwróciła uwagę rodziny z dziećmi, zajadającej lody przy kawiarnianym stoliku.

 

– krzyknęła pucołowata dziewczynka.


Dziękowałem teraz mojej nauczycielce angielskiego, której wysiłki nie poszły na marne. Może nie rozumiałem wszystkiego, co mówili (chodziłem w końcu do szkoły dosyć dawno temu), ale bardzo dużo. Kalasanty radził sobie z językiem trochę gorzej, jednak na tyle dobrze, aby wyczuć grożące nam niebezpieczeństwo.

– W nogi! – rzuciłem, ale po paru susach zaplątałem się we własny całun i rymnąłem jak długi na ziemię.

– Mam ją! – Tato dziewczynki silnym ruchem wyrwał mi bagaż.

– Ujawniamy się… – Mruknąłem, wstając z trudem. Walnąłem się w brodę i czułem, że ząb na przedzie niebezpiecznie mi się chwieje.

Na widok czterech postaci w całunach, które niespodziewanie pojawiły się na molo, wybuchła panika.

– Terroryści!!! – krzyknął ktoś z przechodniów. – Rzuć walizkę!

O to mi tylko chodziło! Chwyciłem ją z całej siły, a potem wzbiliśmy się ponad spanikowany tłum, biegający bezradnie we wszystkich kierunkach.

– Musisz coś z tym zrobić, inaczej bez przerwy będziemy ładować się w kłopoty – oznajmił Kalasanty, wskazując mój bagaż.

Było naprawdę upalnie. Dach willi, który stał się naszym lądowiskiem, parzył w stopy. Z trudem udało nam się znaleźć trochę cienia. Macałem ruszającą się na wszystkie strony jedynkę.

– Potrzebujesz dentysty – zawyrokowała Karolina.

Sięgnąłem po karteczkę, którą dostałem od bliźniaków.

– Musimy spróbować kontaktu z tym Filipem. Przydałby nam się tutaj jakiś punkt zaczepienia… – Ziewnąłem.

Różnica czasu wszystkim zaczęła dawać się we znaki. Petunia przymknęła oczy. Nawet papugi przestały ją interesować.

Karolina oparła głowę na moim ramieniu.

– Chyba poszukiwania mamy muszą chwilę poczekać – szepnęła i już jej nie było.

Zapadła w niespokojny sen, podczas którego walczyła z niewidzialnymi wrogami albo próbowała odeprzeć atak tłumu na molo, któż to wie.


Następnego dnia po krótkiej naradzie zdecydowaliśmy się rozdzielić. Kalasanty z Petunią ruszyli z powrotem do Pacific Parku, którym jeszcze nie zdążyli się nacieszyć, a my z Karoliną – z planem miasta na ekranie smartfona – pod adres kuzyna Jarka i Marka.

Wlecieliśmy przez okno. To był wielki dom, z kilkoma sypialniami, ogromną kuchnią i salonem jak boisko. Skądś dobiegały dźwięki przytłumionej muzyki. Posuwaliśmy się szybko i bezszelestnie.

Nagle tuż przed nami wyrósł łysy biały pies o wielkości stosownej do swojego mieszkania i wyszczerzył kły. Z jego gardła wydobył się wściekły pomruk.

– Dobry piesek… – wykrztusiła Karolina, chwytając mnie za rękę.

Albo nie rozumiał po polsku, albo miał inne zdanie na swój temat. Szykował się do skoku.

– Spokojnie, Bill. Co jest? – W salonie pojawił się bosy chłopak.

Nie wiem dlaczego, ale wyobrażałem sobie Filipa jako rówieśnika bliźniaków, podobnego do nich pod każdym względem. Jakże się myliłem!

Był chudy i wysoki, ubrany w dziurawe dżinsy i rozciągniętą czerwoną koszulkę. Zwróciłem uwagę na jego oczy, zielone jak trawa. Nigdy takich nie widziałem.

Pies zamarł i przekręcił łeb w jego stronę.