Zniszcz mnie

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Swoją drogą, skąd wziąłeś taką ślicznotkę? I jakim cudem ja nie poznałem jej przed tobą?

– Myślisz, że nie mam szans u żadnej dziewczyny, bo najpierw musi paść do twoich stóp i przejść przez twoje łóżko?! – Barry jest coraz bardziej zdenerwowany, a ja coraz bardziej mam dość tej sytuacji. – Jak widzisz, wszystkie najlepsze wziąłeś już dla siebie, została mi tylko ona – dodaje, a ja czuję się tak, jakbym dostała w twarz.

Może to miało być zabawne albo brzmieć sarkastycznie, ale w tym momencie gówno mnie to obchodzi. Mam dość. Wysiadam, trzaskając drzwiami, i ostatnie, co widzę, to zszokowana twarz Ricka.

Zaczynam biec w kierunku wyjścia z boiska. Słyszę, jak Barry wysiada z auta i coś za mną krzyczy. Szybko wychodzę przez zardzewiałą bramę i chowam się za dużym klonem, bo słyszę zbliżające się kroki.

– Hej, gdzie jesteś?! Nawet nie wiem, jak ci na imię! Przepraszam, nie chciałem, żeby tak to zabrzmiało. Nie jesteś brzydka, a twoje piersi są niesamowite. I wcale nie są małe! Inne dziewczyny nie są nawet w połowie tak ładne jak ty!

Nie pogrążaj się. Nie pogarszaj sytuacji. Prędzej padnę trupem, niż ponownie cię narysuję.

– Jej już tutaj nie ma, stary. Wracajmy do auta. – Słyszę głos Ricka. – Swoją drogą, co ty właśnie odwaliłeś?! Zdajesz sobie sprawę, co jej powiedziałeś?! Nie dziwi mnie, że nie masz szczęścia do kobiet, skoro rzucasz takimi tekstami.

– Zamknij się, Rick! Gdybyś się nie zjawił, wszystko byłoby dobrze! A jeśli coś jej się stanie? Jest środek nocy!

– Wygląda na taką, co sobie poradzi. Na pewno wróci szybko do domu. Ostatnie, czego teraz chce, to twoje towarzystwo, wierz mi. Tak spierdolić nową znajomość! Szkoda mi ciebie, brachu.

– Mówiłem ci, żebyś siedział cicho!

– Ale masz rację, cycki to ma zajebiste…


Rozdział 3

– Nie nazwałbym ich małymi. Ale duże też nie są. Są raczej z tych mniejszych. – Rick gestykuluje i wymachuje Drew rękoma przed oczami. – Nie widziałem szczegółów, ale są jędrne, sterczące i…

– Zamknij się w końcu – warczę w jego stronę i uderzam go w ramię.

Siedzimy w barze, choć jest dopiero wczesne popołudnie. To jeden z tych nudnych wakacyjnych dni, z nieciekawą pogodą, kiedy nikt nie ma żadnych konkretnych planów.

No dobra – ja nie mam planów, wszyscy inni mają. Drew czeka na Ginger, a Rick niedługo ma trening. To dlatego obydwaj piją piwo bezalkoholowe, a ja, jak prawdziwy kumpel, robię to samo.

– Ej, nie tak ostro! Drew był ciekawy, z kim widziałem cię wczorajszej nocy, więc mu opowiadam. – Rick podnosi ręce w obronnym geście, ale na jego twarzy błąka się głupi uśmiech.

– Żeby była jasność. Pytałem tylko, kim jest ta dziewczyna, a nie jakie ma piersi. – Drew uśmiecha się przepraszająco i sprawdza coś na telefonie.

To oczywiste, że nie może się doczekać swojego blondwłosego demona, który opętał go jakiś czas temu. Biedne, niczego nieświadome foczki… nadal przychodzą na tor, bardziej rozebrane niż ubrane, i mają nadzieję, że mój kumpel je zauważy.

Drogie panie, ten człowiek jest już stracony! Więc próbujcie swoich sztuczek na kimś innym, na przykład na mnie.

– To może na przyszłość spytaj mnie, a nie tego frajera, który widział ją przez pięć minut.

– Ja przez pięć minut zdążyłbym już zerwać z niej ciuchy, a ty nie zrobiłeś nic – odpowiada Rick. Jest pewny siebie i tym samym prosi się o niezły wpierdol.

– A co cię to obchodzi?! Przynajmniej nie muszę badać się co tydzień na obecność kiły – odgryzam się. Mam coraz większą ochotę kopnąć go tak, żeby nakrył się swoimi nowiutkimi, dającymi bielą po oczach reebokami.

– Ouuu! Ale ci pojechał, stary! – Drew prawie krztusi się colą i klepie Ricka po ramieniu. – A tak swoją drogą, kiedy ostatni raz robiłeś badania?

– Dobra, koniec tematu. Nie będę się już mieszał w twoje sprawy. – Rick nagle wstaje i wyciąga z kieszeni kluczyki do auta. – Gdybyś jednak nie był zainteresowany, to chętnie się nią zaopiekuję. – Brzmi na wyluzowanego, ale wiem, że tekst o badaniach wyprowadził go z równowagi. Do dziś wszyscy ze śmiechem wspominają, jak świrował podczas jednego z testów na obecność chorób wenerycznych. – Muszę spadać. Trener Turner dostaje kurwicy, gdy się spóźniam – dodaje, nawet na mnie nie patrząc, a potem idzie w stronę wyjścia.

– Mam go dość… – Wzdycham, gdy znika za drzwiami.

Zazwyczaj nie mam problemu z jego gadką. To właśnie Rick – lubi szczycić się tym, jak działa na panienki i ile ich zalicza. Nie przeszkadza mi to. Tak samo nie przeszkadzają mi nasze obgadywanie płci przeciwnej i zboczone żarty na ten temat. Ale jeśli chodzi o dziewczynę, którą spotkałem wczoraj… Nie mogłem słuchać, jak mówi o niej w ten sposób.

– Gubię się już, brachu. Ta dziewczyna od rysunków jest jednocześnie tą dziewczyną od ślimaków, tak? – pyta Drew, a ja zastanawiam się, czy robi to z chęci podtrzymania rozmowy, czy faktycznie się tym interesuje.

– Tak, to ta sama.

– I masz jej zeszyt z rysunkami, tak?

– Taa…

– Coś ty taki małomówny? Kto jak kto, ale ty zawsze dużo gadasz, ujarany czy nie. – Przygląda mi się podejrzliwie, a ja przybieram luzacką pozę w stylu to nic ważnego, zmieńmy temat. Wyciągam telefon i gorączkowo szukam jakiegoś newsa na fejsie, żeby mu go pokazać i sprowadzić rozmowę na inne tory.

Co oni są wszyscy tacy ciekawi tej dziewczyny?! Mało innych kręci się dookoła?

– Co rysuje w tym swoim zeszycie? Dobra jest?

– Eeee… motocykle, wyścigi… Takie tam, wiesz… – jąkam i zastanawiam się, dlaczego nie potrafię powiedzieć mu prawdy.

Teraz analizuję drugą część jego pytania. Chodzi mu o to, czy dobrze rysuje, czy może o to, czy jest niezłą dupą? Zresztą nieważne, w obu przypadkach odpowiedziałbym: Tak! Jest zajebiście dobra.

– Jak zwykle plotkujecie? A mówią, że to kobiety ciągle gadają o pierdołach.

Przed oczami miga mi burza blond loków. Coś jakby duża porcja waniliowego budyniu przebiegła przede mną, by po chwili rozsiąść się wygodnie w boksie między mną a Drew i popijać mrożoną herbatę.

– Hej, Ginger. Nie plotkujemy, rozmawiamy na męskie tematy. – Witam się z nią i żartobliwie szarpię kosmyk jej włosów.

– Taa, jasne. – Przewraca oczami i wypija naraz prawie całą zawartość szklanki, po czym wlepia oczy w Wiadomo-kogo.

Jakie to typowe. Pieprzą się wzrokiem, ale oboje twierdzą, że są tylko przyjaciółmi.

– Rozmawiamy o tej ubranej na czarno dziewczynie, która ciągle przychodzi na trybuny z tym swoim zeszytem.

– Ach, Mała Mi!

– Mała… co?! – Patrzę na Ginger, a ona robi minę, jakbym pytał o coś bardzo oczywistego.

– Tak ją nazywam. Nie mam pojęcia, jak ma na imię. Przychodzi na stadion prawie codziennie.

Nagle wszyscy ją znają, kojarzą, widują, tylko ja wychodzę na ignoranta.

– Nie chce zwracać na siebie uwagi, ale trudno jej nie zauważyć. Ma niezłe piersi. Małe, ale sterczące. Spodobałyby ci się. Parę dni temu było gorąco i przyszła w dopasowanym topie…

– Jezu, Drew! Poskrom swoją dziewczynę! Najpierw Rick, teraz ona! Możemy przestać rozmawiać o szczegółach anatomii jakiejś obcej dziewczyny?! – Wznoszę oczy ku niebu i marzę, by tych dwoje obok mnie rozpłynęło się w powietrzu.

– Mnie to nie przeszkadza. Jeśli kobieta gada o cyckach, pozwól jej gadać. – Drew uśmiecha się, a Ginger znów przewraca oczami.

– Barry, co z tobą?! Od kiedy to nie lubisz rozmawiać o TEJ części kobiecego ciała? A tak poza tym nie jestem JEGO dziewczyną. – Ginger wskazuje palcem na Drew i zgrywa urażoną, ale ja dobrze wiem, że właśnie poprawił jej się humor.

– JESZCZE nią nie jesteś. – Drew uśmiecha się z wyższością i patrzy na nią TYM wzrokiem.

Dajcie mi wiadro, zaraz puszczę pawia.

Marzę o tym, by tych dwoje stratowały tęczowe, grube, skrzydlate jednorożce. Niech już się pieprzą, byleby tylko zakończyli te niekończące się podchody.

– Ginger, to jak, idziemy? Pamiętaj, naleśniki Molly nie będą czekać wiecznie. – Drew wyciąga w jej kierunku rękę, a ona posyła mu uśmiech z repertuaru tych słodkich i niewinnych. Trzeba przyznać, że w jego obecności bardzo ich nadużywa.

– Chcecie przeżyć naleśnikowy orgazm beze mnie? – pytam z udawanym smutkiem.

Tak! Idźcie już! Oby naleśnikowa biegunka zatrzymała was tam na całe wieki! I nie ważcie się wracać do tematu TAMTEJ dziewczyny!

– Wybacz, stary. Ten orgazm jest zarezerwowany tylko dla nas dwojga. – Drew posyła mi głupkowaty uśmiech, po czym rzuca swojej Prawie-Dziewczynie sugestywne spojrzenie.

– Jezu, jesteś zboczony. – Ginger prycha, udając zdegustowaną.

Nie jest dobrą aktorką. Dobrze wiem, że te jego tandetne teksty sprawiają, że ma mokro. Nie żebym był zazdrosny czy coś…

– Okej, możemy iść, tylko znajdę telefon. – Ginger sięga po swoją torebkę. Robi to, co robią wszystkie kobiety, które właśnie mają wychodzić: szuka w swojej wielkiej torbie CZEGOŚ – sensu istnienia, śrubokrętu, garnka złota na końcu tęczy i kto wie czego jeszcze.

– A jak tam naprawa auta, co? Pozwoliłaś, by jego klucz francuski zanurkował głęboko pod twoją maską? – Uśmiecham się lubieżnie w jej stronę.

– Yyy… zapomnij o tym, stary… – Drew wygląda, jakby zaraz miał się poszczać ze strachu, i rzuca mi spojrzenie w stylu jeszcze jedno słowo, a będziesz martwy.

 

Ginger nagle przestaje grzebać w swojej torbie bez dna i rzuca mi przenikliwe spojrzenie, które pali moje wnętrzności.

Czy ja właśnie powiedziałem coś nie tak?! Bo mam trochę złe przeczucia.

– Powiedziałeś mu?! To miała być tajemnica! – Dziewczyna spogląda na mojego kumpla z wściekłością.

Nawet ona, z tą swoją słodką buźką, blond włosami i koszulką z logo Chupa Chups, potrafi wyglądać groźnie.

Ja bym na twoim miejscu spierdalał, Drew.

– Przecież to tylko naprawa auta. Rozmawialiśmy z Barrym i tak jakoś wyszło, że mu powiedziałem… – Mój kumpel próbuje się bronić, ale chyba widzi to co ja – żądzę mordu w oczach Ginger – i już wie, że jest na straconej pozycji.

– Wszystko musisz wypaplać! Dobrze wiemy, że nie chodziło tylko o naprawę! – Ginger atakuje go, po czym zwraca się do mnie i, na moje nieszczęście, nadal jest wściekła. – Nie ma szans, żebym pozwoliła mu zrobić cokolwiek kluczem francuskim, a już na pewno nie zajrzeć pod… moją maskę!

Dobra, idźcie już! Kopulujcie w końcu, cokolwiek! Jesteście wolniejsi niż ślimaki, one już dawno uprawiają seks! Pan Mam-Wielką-Skorupę z Panią Mam-Zgrabne-Czułki! A ty przestań grzebać w tej torbie, twój telefon leży na stole! – wykrzykuję zniecierpliwiony.

Ginger i Drew patrzą na mnie nieco zdezorientowani, ale po chwili, jak gdyby nigdy nic, żegnają się ze mną i wychodzą.

No tak, w końcu jestem szalonym, wiecznie naćpanym Barrym. Nikomu innemu taki wybuch nie uszedłby na sucho, ale wariatów wszyscy traktują ulgowo. A tak poza tym ktoś w końcu musiał im powiedzieć, jak to jest między nimi i że tak czy owak skończy się na seksie. Oboje to wiedzą, a udają, że jest inaczej.

Dobra, koniec z analizowaniem życia uczuciowego mojego kumpla. Mam teraz ważniejsze sprawy na głowie. Mam jej zeszyt. I chcę ją zobaczyć. Oczywiście sam sobie wszystko utrudniam, bo wczoraj zachowałem się jak dupek.

Opcje są dwie: mogę zdobyć jej adres i oddać jej zgubę. Mogę też iść do Thirsty Cactus, zamówić piwo i mieć wszystko gdzieś, choć moim zdaniem lepiej, gdyby ten bar nazywał się Hangover Cactus, biorąc pod uwagę, do jakiego stanu doprowadzają mnie tamtejsze alkohole.

To jak, Barry? Którą opcję wybierasz? Będziesz odważny, odpowiedzialny i pokierujesz w końcu swoim życiem czy może jak zwykle dasz dupy i zaszyjesz się w barze przy piwku?

***

Dwadzieścia minut później siedzę przy barze i piję piwo.

Tak, wiem… spieprzyłem.

Zwykle nie przychodzę tu we wtorki. Wtorek jest dniem samotnego siedzenia w aucie, słuchania radia i ćpania. Mam harmonogram, jeśli chodzi o moje sprawy.

Oglądałem kiedyś Perfekcyjną dobę z Susan na kanale dla gospodyń domowych. Nie pytajcie dlaczego. W każdym razie Susan radziła zrobić rozpiskę zajęć na cały tydzień, co miało ułatwić organizację dnia. Tak też zrobiłem.

Dzięki ci, Susan, teraz moje życie jest takie proste i poukładane!

Ty masz w swoim harmonogramie pranie, prasowanie i froterowanie podłóg, ja – poniedziałkowe jazdy na desce, wtorkowe samotne ćpanie w samochodzie, środowe maratony z RedTube’em i czwartkowe piwko w Thirsty Cactus. W piątki pozwalam sobie na coś spontanicznego. Wiem, szaleństwo. Weekendy też nie są zaplanowane, bo i tak zazwyczaj nie pamiętam, co wtedy robiłem.

Rozglądam się po barze. Klienci, którzy tutaj przychodzą, to dziwna mieszanka podstarzałych motocyklistów i zbuntowanych nastolatków, które nie wiedzą, że emo już dawno nie jest trendy.

Kończę swoje drugie piwo i już mam zamawiać kolejne, gdy niedaleko mojej głowy frunie drobna kobieca dłoń z długimi, delikatnymi palcami. Kieruje się w stronę szklanki z brunatnozłocistym płynem, którą podaje jej barman. Dłoń nagle nieruchomieje, tak jakby jej właścicielka dostrzegła coś niepokojącego. Albo kogoś. I wtedy widzę, że wpatruje się we mnie para dużych, zdziwionych szarych oczu.

Dziewczyna szybko zabiera szklankę i znika gdzieś w tłumie. Spoglądam pytająco na barmana. Nie muszę o nic pytać, sam zaczyna mówić:

– Przychodzi tu w każdy wtorek. I pije to gówno, którego nawet ja nie tykam. – Jego głos jest wyprany z emocji, tak jakby co drugi koleś przy barze pytał go o tajemniczą dziewczynę. Patrzy na mnie jeszcze przez chwilę, wzrusza ramionami, po czym bierze się za robienie drinka kolejnemu klientowi.

Teraz już wiem, dlaczego nigdy jej nie widuję. Nasze harmonogramy się nie pokrywają.

Ja bywam tu w czwartki, podczas gdy ona w te dni ma zapewne inne plany. Pewnie w poniedziałki ratuje ślimaki, we wtorki robi ślimacze wyścigi i opija wygraną w barze, w środy trenuje je w ślimaczym cyrku, a w czwartki i piątki kręci ślimacze porno i z tego pewnie się utrzymuje. Weekendy ma wolne od ślimaków. Nie ma co przesadzać, te małe gnojki potrafią ostro wjeżdżać na psychę.

No i codziennie rysuje. Mnie rysuje.

To musi być przeznaczenie! Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że przyszła do tego samego baru we wtorkowe popołudnie?!

Rusz dupę, Barry, i staw temu czoło! Nie bądź ciotą. Napraw to, co zepsułeś wczoraj.

Brnę przez tłum, wypatrując prostych, ciemnych włosów i przestraszonego spojrzenia.

Zauważam ją, wciśniętą samotnie w róg sali. Wybrała najmniej rzucające się w oczy miejsce. Nie widzi mnie, siedzi tyłem, jest zgarbiona i bazgrze coś na serwetce. Zerkam jej przez ramię i widzę, że szkicuje to, co ma przed sobą – szklankę wypełnioną alkoholem. Zastanawiam się, co pije. Wiem tylko, że jej rysunek jest cholernie dobry.

– Ślimaki są obojnakami! – krzyczę jej do ucha, bo w barze jest niesamowity hałas.

Podskakuje wystraszona i znów spogląda na mnie swoimi szarymi oczami. Mam wrażenie, że w nich tonę, i wcale nie mam ochoty wołać Ratunku! Nawet jeśli właśnie biegnie do mnie gorąca damska część obsady Słonecznego patrolu, to nie ma mowy! Spieprzać ode mnie! Chcę utonąć w tej szarej głębi oceanu!

– Ślimaki to obojnaki! Okłamałaś mnie! – krzyczę ponownie, bo jej wzrok i mina mówią mi, że nic nie usłyszała. – Taka z ciebie znawczyni, a nie znasz się na ślimaczej anatomii.

Udaje mi się zauważyć uśmiech przemykający przez jej usta – od lewego do prawego kącika. Trwa to tylko ułamek sekundy, bo po chwili ona znów chowa się za ciemną kurtyną włosów.

– Taaa… i co w związku z tym? – Dociera do mnie jej lekko zachrypnięty głos. – Nie muszę wierzyć w prawa biologii. Mogę sobie wyobrażać, że mają mikropochwy i mikropenisy, i nic ci do tego! – Ostatnie zdanie krzyczy, a ja mam wrażenie, że mimo hałasu wszyscy dookoła to usłyszeli.

– Czy ty właśnie wydarłaś się na cały bar, mówiąc coś o mikropochwach i mikropenisach? – pytam, przysiadając się do niej. Nie wygląda na zadowoloną.

– A co, boisz się, że pomyślą, że mówię o tobie? W sensie o twoim penisie? Że jest mikro? Jeśli byłby mikro, to czy mógłbyś mieć w nim kolczyk? Chyba nie… a przecież masz go tam, prawda?

Jej chwilowa pewność siebie znika. Znów patrzy na mnie zdezorientowana, jakby uświadomiła sobie, że palnęła jakąś głupotę. Szybko bierze do ręki szklankę i równie szybko ją opróżnia.

Czuję znajomy zapach.

Rum.

Nie do wiary! Ta drobna, przypominająca wystraszonego elfa dziewczyna pije coś, co okropnie śmierdzi i szybko zwala z nóg.

Jestem zaskoczony potokiem słów wypływających z jej ślicznych, drobnych ust pomalowanych jeżynową pomadką. Wbrew pozorom my, faceci, znamy się na kolorach, a ja śmiało mogę stwierdzić, że ten wygląda na niej doskonale. Ciekawe, czy równie dobrze smakuje.

– Wyjdźmy stąd, ludzie się na mnie patrzą. – Dziewczyna zrywa się nagle i ciągnie mnie za rękaw.

– Czemu mnie to nie dziwi… – Wzdycham i wstaję z udawanym ociąganiem, choć tak naprawdę każda komórka mojego ciała tańczy kankana, mając świadomość, że wychodzę właśnie z NIĄ.

Na zewnątrz zaszło już słońce i czuć ostre podmuchy wiatru. Patrzę na swoją towarzyszkę – obejmuje się ramionami i szczelnie zakrywa kurtką. Tą samą, którą miała wtedy, w samochodzie.

Gorączkowo przeszukuję swój zmęczony umysł, chcąc znaleźć jakiś trafny tekst w stylu Ricka. Coś oryginalnego, chwytliwego, typową gadkę na podryw. Ale mam w głowie pustkę, więc milczę.

Spójrzmy prawdzie w oczy – nie umiem bajerować dziewczyn. Zamiast tego patrzę się na nią i próbuję dostrzec te jej słynne sterczące sutki, ale ma kurtkę, więc mogę sobie tylko pomarzyć.

– Masz mój zeszyt? – pyta, krzyżując ręce na piersi, jakby wiedziała, o czym przed chwilą pomyślałem.

– Nie przy sobie – kłamię, bo przecież mam go w samochodzie. Mógłbym ją gdzieś zabrać, ale nie chcę prowadzić pod wpływem. Co prawda dwa piwa to nie tragedia, ale wciągnąłem jeszcze kreskę i nie mam zamiaru ryzykować. Planowałem wrócić taryfą, a auto odebrać rano.

– To po co do mnie podszedłeś w barze? – pyta, a ja nie mogę jej rozpracować. Patrzy na mnie podejrzliwie, a jej szare oczy mają teraz odcień pochmurnego nieba.

Jest na mnie zła? Chce ze mną rozmawiać czy może robi to, tylko żeby odzyskać zeszyt? Nie jest już taka przestraszona jak wtedy, w samochodzie. To chyba coś znaczy, prawda?

– Mam go w domu, możemy się przejechać – kłamię po raz drugi.

Nagle wizja prowadzenia pod wpływem nie wydaje mi się już taka straszna. Chcę odkryć tajemnicę, którą kryje ta dziewczyna. Ryzyko jest tego warte.

Podjedziemy pod mój dom, udam, że idę po zeszyt, a potem odwiozę ją i zyskam na czasie, może dowiem się o niej czegoś więcej. Może zrobię na niej wrażenie swoim urokiem osobistym…

Okej, ja nie mam uroku osobistego. Nie jestem Rickiem.

– Pokaż kieszenie.

Właśnie bawię się kluczykami do auta, ale zamieram, słysząc te słowa. Dziewczyna wpatruje się we mnie intensywnie, jakby chciała dotrzeć do moich myśli. Jej oczy robią się jeszcze ciemniejsze, jak gradowa chmura, a proste czarne kosmyki smaga wiatr. Wygląda pięknie i przerażająco jednocześnie. Jak małe, urocze, ale jednak groźne tornado.

W pierwszym momencie nie wiem, o co jej chodzi, ale po chwili tekst wydaje mi się znajomy. No tak, psy zawsze tak mówią, gdy robią mi kontrolę na dragi.

Patrzę na nią stanowczo za długo. Uświadamiam sobie, że lubię to robić, choć to dopiero nasze drugie spotkane.

Ma w sobie coś z zadziornej małej dziewczynki i zbuntowanej łobuziary. Jest połączeniem Dzwoneczka z Piotrusia Pana i Matyldy z Leona zawodowca. Jest miksem Audrey Tautou z Amelii i Rooney Mary z Dziewczyny z tatuażem. Jest jak słodka bita śmietana wymieszana z chili. Jest ci dobrze, błogo i nagle bum – wali w ciebie ostrością. Jest grą przeciwieństw, a ja nie potrafię jej rozpracować.

– Nie będę opróżniał przed tobą kieszeni.

– Pokaż albo nigdzie nie jadę – mówi twardo.

Inne dziewczyny boją się wsiąść do auta z ledwo co poznanym kolesiem, a ona martwi się tylko o to, co mam w kieszeniach?!

Wzdycham głośno i wyciągam portfel, telefon, gumy do żucia, fajki i klucze. To wszystko.

Czuję się upokorzony. Musi mi cholernie zależeć, bo żadna inna dziewczyna w życiu nie namówiłaby mnie do czegoś takiego. To tak, jakby naruszyła moją osobistą przestrzeń.

– Buty.

– Że co proszę?!

– Ściągnij buty – mówi, spoglądając na moje adidasy.

Śmieję się, ni to z niedowierzania, ni to z chęci zamaskowania, że mnie coraz bardziej denerwuje.

Co ona sobie, kurwa, myśli?!

– O co ci chodzi, co?! Chcesz ten zeszyt czy nie? To chyba nie ty tutaj dyktujesz warunki – wybucham nagle, uświadamiając sobie bezsens tej całej sytuacji.

– Nie wsiądę do samochodu, dopóki nie pokażesz mi butów. Chcę wiedzieć, czy masz tam towar.

A więc jednak chodzi o dragi. Sprytna jest.

Psy zazwyczaj przeszukują kieszenie, buty tylko czasami. Dziś miałem nadzieję, że nie będzie kontroli. A jednak.

Ściągam adidasy, wyciągam z jednego z nich woreczek, po czym macham jej nim przed oczami.

– Zadowolona?! Nakryłaś mnie i co teraz? Doniesiesz na mnie ślimaczej policji? – pytam wkurwiony.

Czar prysł. Ta dziewczyna jest dziwna. Nic więcej. Wcale mnie nie intryguje. Wcale nie chcę jej poznać, wcale nie chcę spróbować jej jeżynowych ponętnych ust…

 

– Brałeś czy tylko masz przy sobie? – Podchodzi, przyglądając mi się badawczo.

Czuję się jak na przesłuchaniu. Gdyby wszystkie policjantki wyglądały tak jak ona, to codziennie chodziłbym pod komisariatem z pełnymi butami.

Widzę jej usta blisko siebie. Mam ochotę mieć wszystko w dupie i po prostu ją pocałować. Ale to nie jest film, a ona nie rzuciłaby mi się w ramiona, wiem to.

– Ćpałeś. Znam te oczy. Nie wsiądę z tobą – stwierdza i odsuwa się ode mnie. Jeżynowe usta znikają.

– Mieszkam tylko kilka przecznic stąd…

– Nieważne. Brałeś. Wiesz, jak to się mogło skończyć?! – krzyczy, a po parkingu rozchodzi się echo. – Nie wiesz, prawda?! Nigdy nie wiedzą, dopóki ich to nie spotka. Myślałam, że jesteś inni niż wszyscy. Że chowasz się, udajesz, ale gdzieś w głębi jesteś podobny do mnie. Ale widzę, że niczym nie różnisz się od pozostałych. Nie chcę już mojego zeszytu. Te rysunki nie są dla mnie nic warte!

– Nie jesteś moją matką, żeby mnie sprawdzać i prawić mi kazania! – Tym razem to ja krzyczę z bezsilności, bo widzę, jak odchodzi.

Gdy dziewczyna słyszy moje słowa, zatrzymuje się i zauważam furię wymalowaną na jej twarzy. Nawet taka wściekła jest piękna.

– A może czas wydorośleć, Barry? Ile masz lat? Dwadzieścia czy coś koło tego. A zachowujesz się jak czternastolatek, który pierwszy raz zaznał wolności i ma ochotę spić się na umór. Naprawdę, nie masz pojęcia, co to konsekwencje?! Szkoda, bo ja codziennie budzę się i zasypiam, mając cholerne konsekwencje przed swoimi oczami! Co roku, czwartego lipca, muszę się rozliczać z pieprzonymi konsekwencjami! Ale dobrze – korzystaj, baw się jak wszyscy. Obyś tylko pewnego dnia nie musiał się przekonać, jak to jest musieć wydorośleć z dnia na dzień.

Mam wrażenie, że pod koniec drży jej głos. Odwraca się na pięcie i idzie w stronę postoju taksówek.

– A może ja nie chcę być dorosły?! Dorosłość jest do dupy! – krzyczę za nią, a ona znów przystaje. – Widzę dorosłość rodziców. Dziękuję bardzo, jeśli tak to ma wyglądać!

– Obawiam się, że nie masz wyboru. – Prycha, a jej śliczne usta wykrzywia ironiczny uśmiech. – Dopadnie cię, prędzej czy później. Choćbyś nie wiem jak kretyńsko się ubierał i zgrywał wiecznego dzieciaka. Obyś wtedy umiał sobie poradzić. W jednym się zgadzamy: dorosłość jest do dupy, szczególnie kiedy musisz stać się dorosły w ciągu kilku sekund i zmierzyć z całym tym syfem.

To, co mówi, ma bardzo osobisty wydźwięk. Nie wiem, do czego nawiązuje i co przeżyła, ale wiem, że przez to zatraciła całą radość życia i spontaniczność.

Choć przecież wczoraj, podczas ratowania ślimaków, była właśnie taka – radosna i spontaniczna, śmiała się dorosłości w twarz.

– I kto to mówi?! Dziewczyna, która całe dnie bezsensownie bazgrze w swoim zeszycie! Może ty też uciekasz przed dorosłością, co? Bardzo dobrze ci idzie! Póki co jesteś wariatką, która rysuje najbardziej popieprzonego kolesia w okolicy.

Po tych słowach gryzę się w język. Nie chciałem tego powiedzieć. Nie jest wariatką i nie bazgrze bez sensu. Ma talent, a ja go właśnie zrównałem z ziemią.

Spaprałeś wczoraj sprawę, gadając głupoty, i zrobiłeś to dziś! Ogarnij się, człowieku! Przestań ćpać, bo twoja głowa jest zbyt wolna, by nadążyć za ustami, z których wychodzą same farmazony.

Już za późno. Ona tylko kręci z niedowierzaniem głową, jakby bardzo się na mnie zawiodła. Nic już nie mówi, odwraca się i biegnie w stronę przystanku.

Przeklinam swoją głupotę i ruszam za nią. O tej porze nie ma szans, żeby złapała taryfę.

Dogonię ją i wszystko wyjaśnię.

A jednak, pech trzyma się mnie dzisiejszego dnia tak mocno, jak motocyklowe dziwki trzymają się Ricka.

Widzę, jak wsiada do pomarańczowej taksówki, która pojawiła się znikąd.

Ucieka, tak jak ostatnim razem. Jest w tym dobra. Nadrabia za te powolne ślimaki.

Jesteś frajerem, Barry. Ona ma rację, czas wydorośleć.

Muszę zdobyć jej adres i zakończyć tę farsę. Ale najpierw chcę być czysty. Dziś czuję, że dragi przejmują nade mną kontrolę. No bo jak wytłumaczyć fakt, że ta dziewczyna w piszczących kaloszach wydaje mi się taka piękna i że pragnę ją mieć tylko dla siebie?

Tak właśnie czuję. Mam ochotę ukryć ją przed całym światem, schować do kieszeni, mieć na wyłączność, chociaż nawet nie wiem, jak ma na imię.

Dorosłość, kurwa. Mam wrażenie, że już puka do moich drzwi i próbuje mnie dopaść. Dorosłość jest piękna – ma szare, wystraszone oczy, za długą grzywkę i kalosze z podobizną Hello Kitty. A ja mam coś, co należy do niej, i jutro zamierzam jej to oddać.