Zniszcz mnie

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 2

– Jesteś pewna, że nie ma go pod łóżkiem? – Głos krzątającej się po kuchni mamy dobiega do mnie z kuchni.

– Sprawdzałam – mruczę do siebie, ale jeszcze raz przeszukuję wszystkie zakamarki mojego pokoju. Oczywiście, to na nic. – Może jest w pokoju Missy? – pytam, wchodząc do kuchni, chociaż nie wiem, jakim cudem miałby znaleźć się u mojej młodszej siostry.

– Możesz ją zapytać, ale nie teraz. Śpi.

– Przecież miała iść na imprezę. Może szkolna dyskoteka to nie szczyt marzeń nastolatki, ale lepsze to niż siedzenie w domu.

– Ona nigdzie nie idzie, Amy. – Mama rzuca mi TO spojrzenie.

Znam je i szczerze go nie cierpię. Na pierwszy rzut oka wyraża troskę i miłość, ale podszyte jest czymś nieprzyjemnym, jakby chciała powiedzieć: Co się tak dziwisz?! Dobrze wiesz, czyja to wina.

Wiem to aż za dobrze. Gdyby nie ja, moja siostra dziś mogłaby tańczyć, tak jak inne dzieciaki w jej wieku.

– Mówiła, że pójdzie. Była taka podekscytowana – dodaję, zerkając na zamknięte drzwi do pokoju mojej siostry. Może mama coś źle zrozumiała. Tak mi zależało, aby Missy zaczęła znów spotykać się z ludźmi.

Czy chciałam w ten sposób ją uszczęśliwić, czy może zagłuszyć swoje wyrzuty sumienia?

– Zmieniła zdanie. Ostatnio znów ma wahania nastrojów. Mówiłam jej, że przerwanie wizyt u psychologa to nie był dobry pomysł. – Matka wyciera ręce o fartuch i nawet na mnie nie patrzy. Robi tak zawsze, gdy rozmawiamy na jakiś drażliwy temat.

– Przekonam ją, żeby jednak poszła – mówię. Ruszam w stronę jej pokoju.

– I jak myślisz, co będzie tam robić? – Słyszę lodowaty ton, który zawsze budzi we mnie poczucie winy. – Wszyscy będą tańczyć, a ona siedzieć pod ścianą. Nikt nie poprosi do tańca dziewczyny na wózku.

Mama zabiera się za układanie talerzy. Robi to szybko i nerwowo. Nadal ma problem z zaakceptowaniem tego, co się stało, a słowo wózek ciężko przechodzi jej przez gardło.

– A co z chodzeniem? Lekarze mówili, że tylko ćwiczenia mogą dać poprawę.

– Byłoby lepiej, gdyby chciała ćwiczyć. Ale ona nie chce. Poddaje się. Wystarczy, że raz się przewróci, i już traci wiarę w siebie.

Wzdycham głośno i myślę, czy iść pogadać z Missy, czy dać jej spokój. Wybieram drugą opcję. Wiem, że moja siostra nie ma mi za złe tego, co się stało, ale matka ma inne zdanie. Stara się tego nie okazywać, ale zdradza ją ton głosu i dystans wobec mnie.

Znów dopadają mnie wyrzuty sumienia. Są jak rak, który zżera mnie od środka, kawałek po kawałku. A gdy wydaje mi się, że jest odrobinę lepiej, mama znów rzuca TO spojrzenie albo mówi coś, co sprawia, że wszystko się sypie.

Tylko raz w roku czuję ulgę. Na szczęście ten dzień już się zbliża. Czwarty lipca.

Pieprzony Dzień Niepodległości. Dzień, w którym wszyscy powinni się bawić i żyć pełnią życia. No właśnie – żyć. Został tydzień, a ja jeszcze nie mam żadnego planu.

Ale nie martw się, Missy. Wymyślę coś, dzięki czemu choć trochę odpokutuję twoją krzywdę. To musi być coś gorszego niż rok temu.

Aaron, gdziekolwiek jesteś, ty też się nie martw. Zrobię to przede wszystkim dla ciebie. Choć w twoim przypadku wiem, że nigdy nie uda mi się odpokutować.

***

Spoglądam przez okno – na zewnątrz jest ciemno, zimno i mokro. Pogoda w czasie tegorocznych wakacji nie ma zbyt wiele wspólnego z latem. Staram się ignorować deszcz, który wpada przez okno, wprost do moich oczu, i myślę gorączkowo o tym, gdzie mogłam zostawić swój szkicownik. Przypominam sobie, że wracając ze stadionu autobusem, miałam podejrzanie lekką torbę, która nie uwierała mnie w ramię, tak jak zwykle.

I nagle wpadam w panikę, bo już wiem, gdzie jest moja zguba. I to wcale nie jest problem, że mam tam strasznie daleko i że deszcz mógł zniszczyć moje rysunki. Wiem, że twarda oprawa dobrze zniesie wilgoć.

Problem w tym, że zeszyt może znaleźć pewna konkretna osoba. Choć prawdopodobieństwo, że będzie to akurat ON, jest niewielkie. Chwilę po tym, jak uciekłam, bo nie można nazwać inaczej mojego panicznego zrywu na widok obserwujących mnie dwóch kolesi, zaczęło padać, więc on pewnie też nie był tam zbyt długo.

Spoglądam na zegar. Za pół godziny wybije północ. Muszę wymyślić dobrą wymówkę, gdy mama zapyta, dokąd wychodzę. Najchętniej zostałabym w domu, tym bardziej że pogoda jest naprawdę paskudna, ale muszę się poświęcić. Ostatecznie decyduję się wyjść i nikomu się z tego nie tłumaczyć. Prawdopodobnie cokolwiek powiem, i tak będzie odebrane z podejrzliwością.

Zakładam kalosze z wizerunkiem Hello Kitty, których szczerze nienawidzę, ale szkoda mi pieniędzy na nowe. Poza tym to prezent od mamy. Chyba nadal myśli, że mam gust dziesięciolatki. Biorę z wieszaka kurtkę przeciwdeszczową. Spoglądam na siebie w lustrze – wyglądam głupio. Macham na to ręką i wychodzę wprost w strugi deszczu. Ledwo przekraczam próg domu, a już zaczynam żałować.

Udaje mi się zdążyć na ostatni autobus. Nie mam pojęcia, jak wrócę ze stadionu o tak późnej porze. Właściwie mogłabym iść po zeszyt z samego rana, ale ma padać przez całą noc. Teraz jest jeszcze szansa, że go uratuję i nie wpadnie w niepowołane ręce.

Gdyby to ON go znalazł, stałby się dociekliwy, a to ostatnie, czego mi teraz trzeba. Nie chcę, by mnie zauważył. Choć kiedyś chciałam. Ale to już nieaktualne.

Poza tym na pewno nie ma ochoty poznać dziwadła. Kogoś, kto wybiera zawsze inną opcję niż większość. Kogoś, kto zamiast iść wydeptaną ścieżką, przedziera się przez zarośla i myśli, że wyjdzie mu to na dobre. Odstaję od większości dziewczyn i choć to czyni ze mnie odludka, lubię sobie wkręcać, że to swego rodzaju zaleta.

Marilyn Monroe czy Greta Garbo?

Wiadomo, kogo wybierze większość. Marilyn, bo to uosobienie seksapilu. Ja wybieram Gretę – tajemniczą, nietuzinkową, charyzmatyczną.

Mohito czy czysty rum?

Mohito jest takie modne i orzeźwiające. No cóż, przykro mi – ja wolę sam rum. Choć większość znanych mi kobiet krzywi się, próbując go, i jest zdania, że to napój dla jednookich piratów z wytatuowaną kotwicą na bicepsie.

Rick czy Barry?

Wszystkie wybierają Ricka – jest taki seksowny, ma wypasiony motocykl i dom z ogromnym basenem. Każdej dziewczynie, z którą idzie na randkę, kupuje bukiet kwiatów. Większość w tym momencie wzdycha. No cóż, ja prawie puszczam pawia. Nie znam bardziej zmanierowanego, zapatrzonego w siebie chłopaka. Wybieram Barry’ego.

Tadam! Właśnie dotarliśmy do mojego największego problemu, którego imię zaczyna się na literę B, a kończy na Y.

To nie tak, że on nie jest przystojny. Prawda jest taka, że w niczym nie ustępuje „królom” nielegalnych wyścigów, z którymi się przyjaźni. Po prostu odstrasza dziewczyny swoim ekstrawaganckim wyglądem i nieco szalonym zachowaniem.

Ma piękny uśmiech, który łączy w sobie bezczelność i chłopięcą szczerość. Ma dołeczki w policzkach. Gdy zsuwa bejsbolówkę na oczy, wygląda pociągająco i niebezpiecznie. Jest jak obietnica czegoś zakazanego i szalonego jednocześnie. Jest jak jazda kolejką górską – boisz się i ekscytujesz jednocześnie. Masz na to ochotę, a po chwili jednak chcesz uciekać.

Jego oczy mają kolor czystego, bezchmurnego nieba. Gdy jest wesoły, błyszczą i robią się lazurowe. Ma wystarczająco wysportowane ciało, bym chętnie poświęcała mu każdą stronę swojego szkicownika. Uwielbiam ten moment, gdy ściąga koszulkę w upalne dni, a ja mogę śledzić wzrokiem jego napięte mięśnie. Nie jest napakowany, tak jak Rick, nie jest tak wysoki i barczysty jak Drew. Jest szczupły, ale pod jego koszulką zarysowuje się to, co powinno. A gdy dodamy do tego fakt, że pod linią brzucha jego mięśnie przechodzą w literę V…

O tak, znam je doskonale. W końcu rysowałam je nie raz. Znam też dokładnie jego kolczyki i tatuaże, przynajmniej te widoczne. Co do tych ukrytych pod ubraniem, to snuję o nich fantazje dość regularnie.

Stop, stop. Wystarczy! Masz misję do wykonania, na fantazjowanie o Barrym będziesz miała czas, gdy wrócisz do domu. Z zeszytem.

***

Błądzę gorączkowo między plastikowymi krzesełkami na trybunach, potykając się co chwilę w ciemnościach. Choć pora dnia i tak nie ma znaczenia. Nawet gdyby było jasno, nic bym nie widziała. Mokre włosy niemal całkowicie zasłaniają mi oczy. Moje kalosze niemiłosiernie skrzypią.

Jestem pewna, że siedziałam w tym rzędzie, ale nic tu nie ma!

Nie wiem, kto tam w górze decyduje o tym, jaka pogoda jest latem, ale do twojej informacji: to nie lato, to jakiś pierdolony armagedon!

– Szukasz czegoś? – Niski, ochrypły głos dociera do moich uszu przez szum deszczu.

Najpierw podskakuję wystraszona, omal nie uderzając głową o krzesełko, bo właśnie kucam i szukam pod nim mojej zguby. Potem podnoszę się, zamykam oczy i uśmiecham głupio.

Amy, ty mała świrusko! Masz na jego punkcie obsesję, a teraz w dodatku słyszysz głosy… a konkretnie jego głos. Czas podkraść antydepresanty Missy, będzie jeszcze ciekawiej!

– Hej, mówię do ciebie!

O. Kurde.

Więc jednak nie jestem aż tak nienormalna. On naprawdę tu jest. A ja nadal głupio się uśmiecham i udaję, że jego tutaj nie ma. Chwilo, trwaj!

Odgarniam z twarzy mokre włosy i staram się nie zakrztusić wodą kapiącą z nosa do moich ust.

 

Tak, w tym momencie muszę wyglądać bardzo seksownie.

Nie wiem, dlaczego moja kurtka nosi miano przeciwdeszczowej. To największa marketingowa ściema od czasów, gdy jako dziecko odkryłam, że paczki chipsów są napełniane tylko do połowy.

Nie muszę się odwracać, bo wiem, kto za mną stoi, i wiem, jak wygląda. Bardzo dokładnie mu się przyglądałam. Wiele razy.

Pewnie ma na sobie swoją czarną bluzę, która pachnie nim i czymś drzewno-cytrusowym. Wiem, bo kiedyś przechodził koło mnie i to poczułam. Ma też na głowie swoją bejsbolówkę, którą naciąga mocniej, zasłaniając oczy, gdy ma gorszy dzień i chce się ukryć przed spojrzeniami innych. Może ma na sobie te nisko opadające szorty, które opinają to, co trzeba.

Dzięki ci, Panie, za deskorolki! Jazda na nich naprawdę świetnie robi na tyłek, przynajmniej na jego tyłek.

Na jego prawej łydce (wiem, jak jest umięśniona, rysowałam ją wiele razy) widnieje tatuaż z Garfieldem, który tak uwielbiam.

Pewnie zaciska dłonie, bo jest zniecierpliwiony moim milczeniem. Na obu przedramionach ma tatuaże – hawajskie kwiaty i rybę fugu. Z pozoru to zabawne stworzenie, ale jest trujące, a zjedzenie go zawsze wiąże się z ryzykiem. Nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że ten tatuaż ma jakieś drugie dno.

Jego ciało jest jak mapa, którą znam na pamięć i potrafię odtworzyć w głowie z zamkniętymi oczami. Najpierw podążam na wschód – industrial i helix w prawym uchu. Ruszam dalej, na zachód – tragus, helix i lobe w lewym. Przekłuta prawa brew. Labret pod ustami. Czas wyruszyć na południe – przekłute sutki.

Nie pytajcie, czy gapiłam się, gdy był bez koszulki. Już raz wam odpowiedziałam.

Im dalej na południe, tym bardziej gorąco – surface bar pod pępkiem.

Taak… na to miejsce też BARDZO zwróciłam uwagę.

Horizontal w prawej dłoni i, daj Boże, abym miała rację, apadravya, wiadomo gdzie.

Choć i tak nigdy nie będę miała okazji tego sprawdzić, ale przecież można sobie pomarzyć.

A wracając do rzeczywistości… stoję właśnie w strugach deszczu i rozmyślam, czy chłopak stojący za mną ma kolczyk w penisie. Tak, to na pewno prawidłowa reakcja. Tak zachowałaby się każda dziewczyna na moim miejscu.

A tak swoją drogą, co on tutaj robi?! Jest środek nocy, leje, a on nagle mnie tu zauważył?! Nawet w biały dzień zawsze byłam dla niego przezroczysta.

– Przyszłam pobiegać – odpowiadam głupio i po chwili wymierzam sobie w myślach policzek.

Naprawdę, bardzo wiarygodna wymówka, zważając na okoliczności. Co za porażka! Jedyne, co mogłoby pogrążyć mnie jeszcze bardziej, to gdybym zapytała go wprost o ten kolczyk w penisie.

Zapytać go?

– Bardzo profesjonalne buty do biegania. – Słyszę jego poważny ton, który przechodzi w śmiech.

Jest ciemno, ale on najpierw zauważył moje kalosze z Hello Kitty, chociaż mój tyłek jest kilka razy większy i jest bliżej jego oczu, i jest całkiem seksowny, gdy stanę odpowiednio. Ale nie, Hello Kitty, do diaska!

– Powiesz mi w końcu, po co tutaj przyszłaś, czy będziemy tak stać i moknąć? – pyta, a ja gorączkowo przeszukuję w głowie swoją listę wymówek.

Mam okres, boli mnie głowa, dzieci usłyszą…

A nie, to wymówki mojej matki, gdy ojciec zaczynał ją obmacywać.

Wychodzi na to, że pozostaje mi wymownie milczeć i robić z siebie idiotkę, co w sumie nie jest niczym nowym, więc mogę to kontynuować. Mogę też się odwrócić, czyli zrobić to, co zrobiłaby większość normalnych ludzi.

Wybieram opcję numer jeden.

– Ja pierdolę… – Barry głośno wzdycha, jakby chciał dać mi do zrozumienia, że jest zmęczony i zniecierpliwiony.

A widzisz, frajerze! Widzisz, do czego prowadzi gapienie się na kalosze Hello Kitty?! Fluorescencyjny róż daje popalić, co?

– Mam coś, co chyba należy do ciebie – kontynuuje i mam wrażenie, że się uśmiecha.

Na pewno się uśmiecha. I robią mu się te dołeczki.

Czyli jednak może być gorzej. W sumie mnie to nie dziwi. Tylko mnie może spotkać taki pech. Ma mój zeszyt i widział rysunki.

W końcu się odwracam, odgarniam włosy z oczu i staram się wyglądać godnie. Nie próbuję być seksowna, uwodzicielska ani nic z tych rzeczy. Nawet w normalnych okolicznościach nie potrafię przełączyć się na tryb podrywu, tak jak to robi moja najlepsza przyjaciółka Becky, trzepotać rzęsami i takie tam.

– Wezmę to – mówię, widząc, że trzyma moją własność.

Mam szalony plan. Po prostu zaskoczę go, wyrwę mu zeszyt z rąk, a potem ucieknę. Bez sensu, ale spektakularnie, czyli tak, jak lubię.

Niestety, on jest ode mnie szybszy, co było w sumie do przewidzenia. Gdy wyciągam ręce, chwyta mnie za nadgarstki i przyciąga do siebie. Gdybym miała refleks, to chociaż zdążyłabym pisnąć, ale nie mam. Zamiast tego piszczą moje kalosze Hello Kitty.

Pieprzona chińszczyzna! Co matka widziała w tych butach, kupując je dla mnie?!

– Powiedziałem, że mam twoją własność, a nie że mam zamiar ci ją oddać – mówi blisko mojego ucha. Dobrze, że nie jestem kostką masła, bo już przelewałabym mu się przez palce.

Trzyma mnie mocno i nie wiem, jakim cudem mój zeszyt, który był przed chwilą w jego rękach, teraz leży na krzesełku obok niego.

Zauważam, że moja zguba jest zabezpieczona folią, więc niestraszne jej strugi deszczu.

– A ty, co tu robisz? – pytam, choć chyba nie powinnam, bo on zadał mi to pytanie pierwszy.

– Czasami przychodzę w nocy pojeździć, gdy nie mogę zasnąć. Dziś przyszedłem z jeszcze jednego powodu. Pomyślałem, że będziesz tego szukać. Szczerze mówiąc, jestem tu już kilka godzin. Liczyłem, że będziesz nieco szybsza.

– Oddasz mi go? – Staram się patrzeć wszędzie, tylko nie na niego. Trzęsę się i on to pewnie zauważa. Wmawiam sobie, że to z zimna, no bo przecież nie z powodu jego bliskości. To byłoby głupie.

– Przejdziemy się, a ja przemyślę, czy ci go oddać – odpowiada i nagle mnie puszcza, a ja się prawie przewracam.

– Poważnie?! Teraz chcesz się przejść?! Jestem już cała mokra. – Spoglądam na niebo, z którego wciąż pada deszcz. Dopiero po chwili dociera do mnie dwuznaczność moich słów.

– Bardzo mnie to cieszy, ale wybacz, wolę się nie spieszyć w tych sprawach. – Mruga do mnie, a ja czuję, że się czerwienię.

Nagle nabieram ochoty, by jednak zatrzepotać rzęsami, mówić słodkim głosem i zalotnie owijać swoje włosy wokół palca. A ja przecież nie jestem już taka.

Minęły prawie trzy lata, odkąd już taka nie jestem.

– Mój samochód jest na parkingu. Wsiądziemy, pogadamy i oddam ci, co twoje – mówi enigmatycznie i chyba nie ma zamiaru ustąpić.

Jesteśmy na końcu stadionu i musimy przejść cały, zanim dotrzemy na parking. To kawał drogi, a ja czuję się wystarczająco niezręcznie już teraz.

– Nie możemy pogadać tutaj? I tak jesteśmy przemoczeni – pytam błagalnym tonem.

Wizja nas samych w jego samochodzie przyprawia mnie o dziwne, niekontrolowane drżenie niektórych partii ciała.

– Leje deszcz. Cała się trzęsiesz z zimna, więc nie. Nie będziemy tu gadać. Idziesz? – pyta. Rusza szybkim krokiem, nie oglądając się za siebie.

Zgrywa twardego typa. Jego zdaniem to mnie ma zależeć na odzyskaniu zguby. I na sto procent widział rysunki.

Biegnę, przeklinając w duchu piszczące kalosze. Wyprzedzam go, bo ani myślę iść z nim ramię w ramię.

Kto wie, co mu odbije! Jeszcze mnie znów chwyci albo spojrzy na mnie z bardzo bliska i sprawi, że zachce mi się trzepotać rzęsami.

– Chyba wiesz, o co chcę zapytać? – Słyszę jego głos, ale jestem aktualnie zbyt zajęta, by się na nim skupić. – Hej, znów mnie nie słuchasz? Czy ty zapadasz w jakieś stany odrętwienia co jakiś czas? Mówię do ciebie, a ty uciekasz i robisz dziwne rzeczy! Co ty właściwie wyprawiasz w tych krzakach?

Dogania mnie i pochyla się, obserwując, jak wykonuję dziwne manewry.

– Ratuję ślimaki – odpowiadam rzeczowym, spokojnym tonem.

Bo tak właśnie jest. To właśnie teraz robię. Ktoś musi to robić. Piekarze pieką chleb, dziwki dają dupy, a ja ratuję ślimaki. I świat się jakoś kręci.

– Nie! No kurwa, nie wierzę! Jest noc, pada, jest zimno, a ty ratujesz ślimaki?! – Barry kręci z niedowierzaniem głową, ściąga czapkę i przeczesuje dłonią swoje mokre włosy.

– Wymieniłeś właśnie powody, dla których je ratuję. No dobra – ślimakom raczej nie przeszkadza pogoda, ale zobacz, ktoś może je zdeptać. Łażą po samym środku toru! Zawsze ratuję ślimaki. Nawet gdy pędzę na autobus albo wracam padnięta do domu. Niewdzięczna robota, ale ekosystem musi jakoś funkcjonować. Jak myślisz, co mogłoby się stać, gdyby populacja ślimaków wymarła? Kto wie, może to spowodowałoby globalny kataklizm…

– Jak na osobę, która siedzi cicho i tylko rysuje, jesteś dziś wyjątkowo wygadana. – Barry uśmiecha się, a ja zastanawiam się, czy jego oczy już błyszczą i mają ten lazurowy odcień. Niestety jest zbyt ciemno, bym mogła to sprawdzić.

– Są zbyt wolne, trzeba je przenieść tutaj, w te krzaki. O, gdybym ich nie przestawiła, na pewno zginęłyby pod czyimś butem – mówię, przenosząc Pana Mam-Wielką-Skorupę w bezpieczne miejsce.

Amy, opanuj się! Masz słowotok. To wszystko z nerwów. Jeszcze chwila i zapytasz go o ten kolczyk w penisie. A wtedy nic już nie będzie takie samo…

Barry patrzy na mnie tak, jakby zobaczył UFO.

– Pomożesz mi czy będziesz tak stał? Jest ich tutaj sporo. – Spoglądam na niego zniecierpliwiona, po czym układam Panią Mam-Zgrabne-Czułki niedaleko Pana Mam-Wielką-Skorupę.

To mój kolejny szalony plan. Będziemy ratować ślimaki. Będę przy tym bardzo dużo mówić. On zafascynuje się tym tematem, a wtedy ja, niepostrzeżenie, zabiorę mu zeszyt i ucieknę. To nic, że trzyma go kurczowo dłońmi. Jeszcze nie mam planu, jak mu go wyszarpać z rąk, ale coś wymyślę.

– Nie wiem, dlaczego to robię… – mamrocze do siebie, po czym kuca i przenosi kolejne dwa oślizłe stworzonka. – To tylko ślimaki, dadzą sobie radę.

– A może my też jesteśmy tylko ślimakami i zaraz ktoś nas rozdepcze? Na przykład jutro. Ktoś tam w górze postanowi rozgnieść cię wielkim kaloszem Hello Kitty, czyli powiedzmy, złamiesz sobie kark, skacząc na rampie. Przeznaczenie to kawał skurwysyna! Podejrzewam, że każdego dnia jakaś niewidzialna, wielka ręka przenosi nas w bezpieczne miejsce, tak jak my teraz przenosimy ślimaki. Dlatego mamy obowiązek im pomagać. – Celuję w Barry’ego palcem dumna ze swojej pseudofilozoficznej przemowy i przenoszę kolejne dwie skorupki.

– Wymyślasz takie teksty bez dragów?! Szacun, ja potrzebuję sporo wciągnąć, żeby gadać choć w połowie tak jak ty. Zresztą nieważne, nie mam już siły cię słuchać.

– Po prostu musiałam uzmysłowić ci parę ważnych spraw. – Wzruszam ramionami.

O dziwo, im więcej przy nim mówię, tym swobodniej się czuję. Wiele razy wyobrażałam sobie nasze spotkanie i zawsze myślałam, że zemdleję z wrażenia, gdy będzie blisko mnie. A potem on powie, że mnie kocha i że chce mnie wziąć tu i teraz, i pokaże mi swój kolczyk, a ja krzyknę: O tak, mocniej…

– Dobrze się czujesz? Wykonujesz rytmiczne ruchy, jakbyś… no wiesz… – Głos Barry’ego wyrywa mnie z rozmyślań.

– Eee… przepraszam. To przez tę pogodę – odpowiadam speszona, po czym szybko zmieniam temat. – Połóż Pana Mam-Wielką-Skorupę jeszcze bliżej Pani Mam-Zgrabne-Czułki. Mam wrażenie, że coś między nimi zaiskrzyło. – Nie wiem, dlaczego mówię do niego szeptem. Tak jakby zbliżenie dwóch ślimaków wymagało intymnej, podniosłej atmosfery.

– Nie musisz mówić tak cicho, one nie mają uszu… chyba. – Barry posłusznie przystawia dwie skorupki do siebie. – Skąd wiesz, że to samiec i samica, no i że są hetero?

– Tego nie wiem, ale lubię tak myśleć. To romantyczne. Nie jestem homofobką, w żadnym razie. Po prostu ślimaki to konserwatywne gnojki, które wierzą, że rodzina to pan ślimak i pani ślimakowa – tłumaczę, przyglądając się, jak Pan Mam-Wielką-Skorupę leniwie wspina się na swoją oślizłą towarzyszkę.

No więc to by było na tyle, jeśli chodzi o mój pierwszy raz. Nawet ślimaki są szybsze ode mnie…

 

– Słodki Jezu, one to robią! – Barry spogląda z udawanym przerażeniem, po czym zbliża twarz do ślimaków i obserwuje z zaciekawieniem.

To właśnie w nim lubię. Mimo złej aury i zimna on ratuje ślimaki z obcą, walniętą dziewczyną. Rick w życiu by tego nie zrobił.

– Mówiłam ci, że coś z tego będzie. Myślisz, że Pan Ślimak ma penisa? To znaczy w jaki sposób on… no wiesz? Co myślisz o kolczyku w penisie? – rzucam bez zastanowienia.

– Słucham? – Barry spogląda na mnie, zbity z tropu.

– Eee… mniejsza z tym. Podaj jakiś liść, trzeba ich zakryć. Może nie lubią robić tego publicznie. – Macham szybko ręką na znak, żeby zapomniał o tym, co przed chwilą usłyszał. Mam nadzieję, że zapomni.

– Ale zdajesz sobie sprawę, że jest północ, a my, cali przemoczeni, oglądamy ślimacze porno na żywo? – pyta, siląc się na poważny ton.

– Nie widzę w tym nic złego. – Uśmiecham się.

Dołeczki! W odpowiedzi na mój uśmiech pojawiają się dołeczki!

Nagle Barry bierze mnie za rękę i ciągnie do góry.

– Dość już tego dobrego, dziewczyno od ślimaków. Idziemy do mojego auta. Od tego deszczu zmarzłem na kość. Ślimaki i ich przyszłe dzieci na pewno są nam bardzo wdzięczne za pomoc.

Kiwam głową, bo faktycznie jest bardzo zimno. Biegniemy w stronę parkingu, potykając się i wpadając w błotniste kałuże. W końcu zdyszani docieramy do chevroleta. Wciskam się na siedzenie obok kierowcy i łapię powietrze. Moja kondycja chyba nie jest najlepsza. Jednak zumba raz na pół roku to nie jest optymalny trening.

Szyby w aucie momentalnie parują, a mnie jest głupio, że zabrudzę mu tapicerkę.

– Ściągnij kurtkę. Wypiła tyle wody, że waży pewnie tonę. Zaraz włączę ogrzewanie – mówi, po czym zrzuca z siebie przemoczoną bluzę i koszulkę.

Wpatruję się w jego nagą klatkę piersiową, tatuaże i przekłute sutki. Staram się myśleć o ślimakach, ale nie bardzo mi to wychodzi. Ma mokrą skórę. Jego tatuaże lśnią, a ich barwa wydaje się tak bardzo intensywna. Zauważam, że ma gęsią skórkę na klatce piersiowej. Mam ochotę położyć na niej swoje dłonie i go ogrzać.

Zamiast tego posłusznie ściągam kurtkę i rzeczywiście czuję się lepiej i lżej, choć nadal mam trudności z oddychaniem, ale to wszystko na skutek jego obecności. Opieram się wygodnie na siedzeniu i przymykam oczy. W samochodzie pachnie nim i unosi się ten znajomy, cytrusowo-drzewny aromat.

– Deszcz daje jednak spektakularne efekty – mówi tym swoim głosem – niskim, ochrypłym, bardzo blisko mojego ucha.

– Uhmm… – przytakuję, siedząc nadal z zamkniętymi oczami. Jest mi w końcu ciepło, wygodnie i chcę, aby ta chwila trwała wiecznie. Mogłabym słuchać jego głosu w nieskończoność.

– Deszcz sprawia, że widoki są niesamowite, jeśli wiesz, co mam na myśli – dodaje, kładąc nacisk na ostatnie słowa.

– Ehe…

– Niesamowite widoki. Twoje sutki. Jezu, pewnie będę żałował, że powiedziałem to głośno, ale masz zajebiste cycki. – Wzdycha, a ja szybko otwieram oczy i spoglądam w dół.

Leżę rozwalona na siedzeniu jego auta i jestem tak jakby naga, bo moja biała koszulka nasiąkła wodą i zrobiła się przezroczysta, a ja nie mam na sobie stanika. Nigdy nie noszę go po domu, a wyszłam praktycznie tak, jak stałam. Włożyłam tylko kurtkę i te nieszczęsne kalosze.

Zasłaniam się szybko rękoma i płonę ze wstydu. Mam ochotę walnąć Barry’ego w twarz, a potem pocałować. Albo na odwrót.

– Nie śmiej się. Wiem, że są małe – mamroczę pod nosem, a on na szczęście chyba tego nie słyszy.

Jestem drobna, więc moje piersi też takie są. Pewnie chciał mi to dać do zrozumienia, mówiąc zajebiste cycki. Tak, to musiało być podszyte sarkazmem. Co drugi tekst Barry’ego jest pełen sarkazmu.

Robi się niezręcznie. Nie jest już ciemno. Samochód wypełnia przytłumione, ciepłe światło. Mokre włosy nie zasłaniają mi oczu, bo odgarnęłam je na bok. Czuję się teraz jeszcze bardziej odkryta, gdy wiem, że Barry mi się przygląda. Boję się, że dostrzeże we mnie jakiś cień zainteresowania.

To nie może się wydarzyć. Od trzech lat nie pozwalam sobie na zbliżenie do kogokolwiek. To jedna z moich kar.

– Dlaczego mnie rysujesz? – Padają słowa, których tak się bałam, i przecinają panującą między nami ciszę.

– Bo… bo jesteś najlepszy na desce – mówię wymijająco, wpatrując się w tańczące na szybie kropelki deszczu.

– Gówno prawda. Dobrze wiesz, że przychodzi nas tu chyba z piętnastu, a ja jestem co najwyżej w pierwszej piątce. A już na pewno nie wymiatam tak jak Jeff.

Ma rację. Świetnie jeździ, ale gdybym miała rysować najlepszego skatera, to byłby to bez wątpienia ktoś inny.

– Ale ty się wyróżniasz. No wiesz, kolczyki, tatuaże… – Idę w zaparte. Pewnie nienawidzi tego typu tekstów. Sama ich nie znoszę. Dobrze wiem, że jego ekscentryczny wygląd to tylko przykrywka.

– Czyli nie kryje się za tym nic więcej? Rysujesz mnie, bo wyglądam inaczej i jako tako jeżdżę na desce? – pyta, a jego dłoń znajduje się niebezpiecznie blisko mojej.

– Mniej więcej.

– To dlaczego nie spojrzałaś na mnie ani razu, odkąd tu wsiedliśmy?

Brakuje mi powietrza, bo jest coraz bliżej mnie i zadaje coraz bardziej niewygodne pytania. Jest poważny, chociaż zazwyczaj uwielbia się zgrywać. Patrzy na mnie, tak jakby próbował wyczytać z mojej twarzy wszystkie moje sekrety.

– Gdzie nauczyłaś się tak świetnie rysować?

Dziękuję w duchu, że nieco zmienił temat i nie docieka, dlaczego jest na każdej stronie mojego zeszytu.

– I dlaczego jestem na każdym rysunku?

Kurwa! Jednak za szybko się ucieszyłam.

– Za dużo pytań – mówię szybko i sięgam ręką do klamki.

Jest zdecydowanie zbyt blisko, a ja czuję, że to niewłaściwe. Mój zeszyt nie jest aż tak cenny, abym ryzykowała. Wiem, że gdyby mnie pocałował, nie opierałabym się. Tak samo nie miałabym nic przeciwko, gdyby robił ze mną różne inne rzeczy. A to zakazane. Przynajmniej dla mnie. Nie mam prawa tak się czuć ani czerpać z tego przyjemności. Od czwartego lipca dwa tysiące szesnastego roku to zabronione.

– Nie wydaje mi się, żebyśmy skończyli naszą rozmowę – mówi spokojnym głosem i w tym samym momencie słyszę trzask automatycznych zamków w drzwiach. Wpadam w panikę i szarpię za klamkę. – Nie skrzywdzę cię, chcę tylko wiedzieć…

Nagle oboje podskakujemy ze strachu, bo ktoś dobija się do samochodu z zewnątrz. Barry obserwuje postać ukrytą w ciemnościach, mruży oczy, a potem oddycha z ulgą i opuszcza szybę. Po chwili rozpoznaję Ricka. Jest przemoczony, choć nie aż tak bardzo jak my.

– Hej, stary. Wszystko okej? – krzyczy między strugami deszczu i przygląda mi się z zaciekawieniem.

– Co ty tutaj robisz? – pyta zaskoczony Barry, po czym wpuszcza go na tylne siedzenie.

– Dostałem cynk od Jeffa, że ktoś kręci się w nocy po obiekcie. Skubany, traktuje to miejsce jak swój drugi dom i panicznie boi się, że gliny będą kazały nam zwinąć interes. Tylko dlaczego przysłał tutaj mnie, zamiast sam ruszyć dupę? – Rick wykręca swoją czapkę, z której kapie woda. – Zobaczyłem twój samochód, zaparowane szyby, a potem, że nie jesteś tutaj sam. Wybaczcie, jeśli wam w czymś przeszkodziłem. – Uśmiecha się głupio, a Barry robi zmieszaną minę.

– Daj spokój. Ona tylko zgubiła zeszyt i przyszła go odzyskać.

Wymówka Barry’ego chyba tylko pogarsza sprawę – brzmi raczej jak scenariusz filmu porno.

Przyszłam do twojego samochodu, by odzyskać zeszyt.

– Co dasz mi w zamian?

– Jestem cała twoja.

Jezu, Amy! Twoja wyobraźnia robi się niebezpieczna. Kiedyś wpadniesz przez nią pod autobus albo rozdepczesz jakiegoś ślimaka.

– Jeśli nie chcesz się zaopiekować swoją koleżanką, ja chętnie to zrobię. – Rick posyła mi powłóczyste spojrzenie, ale to na mnie nie działa. Inne dziewczyny pewnie już zrzucałyby majtki, ale jego uroda, choć niezaprzeczalnie ją ma, nie rusza mnie.

– Odpuść sobie. Poza tym właśnie miałem podrzucić ją do domu. – Barry nie wygląda na zadowolonego z obecności swojego kumpla.

Szczerze mówiąc, ja też marzę o tym, by Rick rozpłynął się w powietrzu. Nie podoba mi się, jak na mnie patrzy. Pilnuję, aby moje piersi były zakryte, i naciągam na siebie mokrą kurtkę.