Poza ringiem. Amelia i ja

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Następny? – warknąłem i splunąwszy na leżącego, skierowałem się w stronę pozostałych napastników. Ruszyli na mnie zwartą grupą, na co bez wahania wykonałem obrót w powietrzu i celnym ciosem z podbicia położyłem kolejnego z nich. To jedynie rozsierdziło pozostałą dwójkę, ale nie mieli ze mną najmniejszych szans. Niezawodny dotąd sierpowy i dwa proste położyły ich jak burza kładzie zboże. I choć nie czułem się wygranym, osiągnąłem cel. Atakujący mnie zwijali się na ziemi, jęcząc i złorzecząc w obcym języku.

– Wstawać i wypierdalać stąd! – krzyknąłem i zaciskając pięści, ruszyłem znowu na nich. Ten, którego potraktowałem najdelikatniej, podniósł rękę i poprosił o czas. Usiadłem zatem na ławce i przypaliłem papierosa, dając im chwilę na pozbieranie się. To był mój pierwszy papieros od tamtej nocy. Zerknąłem w stronę stojącego na torach Adriena. Z tej perspektywy dostrzegłem zaledwie pół jego twarzy, jednak spojrzenie kumpla wystarczyło za słowa. Nie był zadowolony z takiego obrotu sprawy. Nasi niedoszli oprawcy podnieśli się z ziemi i ciężkim krokiem ruszyli do schodów. Nie odwracali się i przestali komentować, co i tak nie robiło na mnie wrażenia, bo nie rozumiałem, co do mnie mówią.

Wreszcie zeskoczyłem z peronu i ruszyliśmy przed siebie.

– Po co to było? Aż tak ci się spieszy?

– Miałem dać się oklepać?

– Ivan, przecież oni byli bez szans!

– Jak większość ludzi.

– No właśnie!

– Wyszli o własnych siłach. Nie przesadzaj.

– Ale takich rzeczy się nie robi.

– Fakt, poniosło mnie.

– A dlaczego?

– Bo mnie nosi. Bo nie mogę się pogodzić z tym, co się stało. Bo chcę na ring. Bo tam jest moje miejsce! – Zatrzymałem się i wykrzyczałem w końcu swój ból.

– Stary, nie odwrócisz biegu rzeki. Zajmij się tym tętniakiem i poczekaj. Trenujesz, możesz pracować u mnie, będziesz uczył dzieciaki. Wiem, że to nie to samo, ale już coś. Takie wybryki nie zaprowadzą cię daleko.

Rzeczywiście pomysł nie był zły, tym bardziej że w końcu będę znowu musiał zacząć myśleć o pieniądzach. Miałem spore oszczędności, poza tym zainwestowałem część zarobionych na boksie pieniędzy, ale przez sześć lat nie zdołam się utrzymać. Tylko to nie było to samo. Ucząc dzieci, robiłbym coś dobrego, ale czułbym się stetryczałym starym dziadem, co pasowałoby idealnie do stanu mojego ducha, ale nie ciała. Nie chciałem się kłócić. Adrien był moim kumplem, wiedziałem, że nie ma złych zamiarów. Klepnąłem go w ramię i ruszyłem przed siebie.

– Dzięki, przemyślę to.

Zeszliśmy tą samą drogą, ale tym razem skierowałem się prosto do przestrzeni techno, a kumple poszli oglądać walki. Obszedłem całą salę w poszukiwaniu Amelii, zajrzałem w każdy kąt, a nawet zdecydowałem się pójść do tamtego korytarza. Nigdzie jednak jej nie znalazłem. Czułem ogromne rozczarowanie. Nie, to nie była złość, tylko rozczarowanie. Przeanalizowałem okoliczności tamtego spotkania, porównałem czas i w dalszym ciągu pozostawałem z niczym. Nie miałem pomysłu, który wydałby się zadowalającym wytłumaczeniem dla jej nieobecności. Oczywiście mogło się okazać, że zostałem oszukany. To nie byłoby nic nadzwyczajnego, weekendowy seks, obydwoje spędziliśmy przyjemnie czas i po zabawie. Ale nie tym razem. Ja naprawdę miałem ochotę na więcej.

Zniesmaczony wróciłem do chłopaków. W zamkniętej klatce walczyło dwóch zawodników, a sala była wypełniona po brzegi. Żądni sensacji i widowiska ludzie krzyczeli głośno, skandując pseudonim jednego z nich. Od razu poczułem znajome emocje i wbiłem się głęboko w niewygodne plastikowe krzesła, których nierówne rzędy ustawiono dookoła pola bitwy. Zamknąłem oczy, chcąc zapomnieć o jej nieobecności. Zwierzęce odgłosy dobiegające z klatki podnosiły mi poziom adrenaliny. Skóra mnie świerzbiła, a wspomnienie kruchej Amelii oddalało się, wypierane największą miłością mojego życia. To była dobra walka. Wyrównana i ciekawa. Dlatego zdecydowaliśmy się po wszystkim podejść do zawodników. Wszyscy czterej ruszyliśmy w ich stronę, ale moją drogę zastąpił znany w kręgach podziemnego świata Baptiste Levar. Wyciągnąłem szyję za chłopakami, ale zaaferowani bliskością zawodników, nie zwrócili nawet uwagi na moją nieobecność. Baptiste był kimś w rodzaju menadżera zawodników podziemia. Nikt z nim nie dyskutował, każdy, kto choć trochę interesował się walkami, liczył się z jego zdaniem. On jeden decydował o tym, kto i z kim walczył tu, w klatce. Był człowiekiem o wielu obliczach, a plotki mówiły, że w dość brutalny sposób potrafi egzekwować swoje ustalenia. Oczywiście, że go znałem. Przez wiele lat byłem przecież na szczycie, zdążyłem poznać sporo znaczących w tym zawodzie ludzi. Tych uczciwych, ale i tych, których rozsądnie myślący zawodnicy powinni omijać szerokim łukiem. Levar zdecydowanie należał do tej drugiej kategorii.

– Witaj, Papillon! – Chwycił mnie w stalowy uścisk ramion i przycisnął do siebie. – Coś często cię tu widuję, to dobrze! Wielki Ivan w naszych skromnych progach?

– Witaj, Baptiste. Robisz wielkie show, a opinia o nim niesie się na powierzchnię. – Oddałem komplement i uścisk.

– Biznes, Ivan! To się nazywa biznes! Napijesz się?

Po raz ostatni zerknąłem w ślad za kumplami, wiedziałem jednak, że takich ludzi jak Baptiste nie zbywa się byle argumentem, i przyjąłem zaproszenie. Udaliśmy się do jego loży, a piękne kelnerki przyniosły drinki i postawiły je przed nami, obok apetycznie wyglądających przekąsek. Już po chwili w loży znaleźli się współpracownicy menadżera i zasiedli razem z nami do pogawędki. Tak nasze spotkanie określił Baptiste. Wyczuwałem w tym jakiś zabieg.

– I jak ci płynie życie, Ivan? Muszę przyznać, że obserwowałem rozwój twojej kariery z zapartym tchem. Wieść o tym, co się stało, dotarła nawet do nas i nie będę ukrywał, że nami wstrząsnęła. – Rozejrzał się po twarzach zebranych, na co ci gwałtownie zareagowali potrząsaniem głowami i pomrukiem niezadowolenia.

– Ta historia z narkotykami wygląda na nieco naciąganą, nie sądzisz? – zauważył jeden z mężczyzn.

– Powinno się to zbadać. Najwyraźniej komuś zależało na odsunięciu cię od gry – dodał Levar i pociągnął solidnie ze swojego kieliszka.

– A jak ty to oceniasz? – zaczął drobny mężczyzna z okularkami na nosie. Znałem go, był lekarzem.

– Nie myślałem o tym w ten sposób. Stało się. Nie zachowałem się ostrożnie i musiałem wciągnąć coś podczas jednej z imprez.

– Ty nie byłbyś taki nieroztropny, Ivan! – Baptiste pokręcił głową z powątpiewaniem. – Wiem, że życie z dala od ringu jest dla ciebie gehenną. Jesteśmy ulepieni z tej samej gliny, pamiętaj. Wiem, czego potrzebują zawodnicy, bo byłem kiedyś jednym z nich.

– Masz rację. Życie bez ringu to kiepska wizja.

– A ile ci jeszcze tego zawieszenia zostało? Cztery lata, tak? – zapytał. Przytaknąłem. – To szmat czasu. Robisz coś ze sobą?

– Tak, trenuję jak zwykle.

– Swój człowiek! – wykrzyknął tym razem i rozejrzał się po twarzach zebranych.

– Baptiste, może ty byłbyś w stanie zorganizować Ivanowi kilka walk?

– Ale ja mam zakaz. Nie mogę walczyć – zaoponowałem natychmiast. Nie chciałem mieć do czynienia ze światem tego człowieka. Organizowane przez niego walki w klatce były niezwykle dochodowym, ale i ryzykownym zajęciem. Baptiste zawsze postępował zgodnie ze swoim planem, reszta się dla niego nie liczyła. Wszystko nazywał biznesem i kiedy przychodziła mu do głowy nowa wizja, potrafił nagle zmienić podejście nawet do najbardziej zaufanych ludzi ze swojego otoczenia. Często była to zmiana na gorsze.

– Wiesz, Ivan, tu, w naszym świecie, nie obowiązują zasady panujące na górze. Tu zasady ustalam ja – powiedział, zniżając głos i dając mi do zrozumienia, że nie znosi sprzeciwu.

– Potraktowano cię okrutnie. Podjęto krzywdzącą decyzję i pozwolono, żeby taki potencjał się marnował. Przecież nie masz na swoim koncie ani jednej przegranej walki. – Tym razem odezwał się wysoki mężczyzna w dobrze skrojonym garniturze. Wyglądał na prawnika.

– Jedną zremisowaną – doprecyzowałem.

– Właśnie. Takich rzeczy się nie robi.

– Ech, zasady to zasady, panie Lacroix. A w sporcie nie ma taryfy ulgowej. – Oczy Baptiste’a aż błyszczały, co spostrzegłem niezbyt zadowolony.

– Przepraszam, musiał mi ten fakt umknąć.

– Właśnie. Nie należy chować urazy do federacji. Ale należy wykorzystać nadarzającą się okazję. Staczasz się, Ivan, musisz coś z tym zrobić. Jak ma się twoja mama?

– Dziękuję, całkiem nieźle.

– Musisz o nią dbać. Pieniądze kiedyś się skończą, a nie zdołacie się utrzymać z jej sklepiku. Poza tym sam wiesz, że życie takich jak my nie rozpieszcza.

To akurat był argument. Opuściłem głowę i utkwiłem wzrok w swoich podniszczonych nike’ach.

– Panie Baptiste – zaczął znowu mężczyzna o wyglądzie prawnika – ale to poważna inwestycja. Pan Papillon wrócił do treningów dopiero jakieś dwa miesiące temu.

A więc obserwowali mnie, a cała ta szopka miała za zadanie wzbudzić we mnie wdzięczność.

– Lacroix, my mamy do czynienia z mistrzem wszystkich trzech federacji! Tu nie ma mowy o spadku formy. Ivan to maszyna, którą należy tylko trochę naoliwić. I to zamierzam zrobić.

– A pieniądze? – Prawnik sprawiał wrażenie nieustępliwego.

– Co pieniądze? Pieniądze to on dla nas zarobi. – Baptiste wyglądał już na znudzonego. – Papillon, oferuję ci pomoc. Zajmę się twoim tętniakiem i formą. Będziesz trenował w moim klubie. Zorganizuję ci kilka pokazowych walk tu, w podziemiu. Będziesz walczył dla mnie. I dla mnie zarabiał.

W loży zapadła cisza. Wszystkie oczy zwróciły się w moją stronę. Jego oferta brzmiała bardzo interesująco, wciąż jednak pamiętałem, kto w tej grze rozdaje karty. Z jednej strony, jeśli coś pójdzie nie tak, Levar wyrzuci mnie na zbity pysk. Z drugiej jednak strony miałem przed sobą perspektywę czterech długich lat wegetacji, po których nie mogłem liczyć na ponowne wspięcie się do czołówki bokserów. Będę miał wtedy trzydzieści dwa lata. A to oznaczać będzie jedno – przejście na emeryturę. Wyczuwając moją niepewność, Baptiste wymienił kwotę, jaką miałem inkasować miesięcznie. Jej wysokość była zaskakująca.

 

– Dorzucę ci udział w zakładach i coś ekstra. Jesteś mistrzem, walcz dla mnie. Nie pozwól, żeby twoja ciężka praca poszła w zapomnienie. Ja dam ci rozgłos, będą z tobą walczyli światowej sławy zawodnicy. Świat znowu o tobie usłyszy, Ivanie. Jedyne, co musisz zrobić, to się zgodzić i podszkolić w sztuce kick boxingu.

– To bardzo ciekawa perspektywa – zacząłem powoli.

Doskonale zdawałem sobie sprawę, że stąpam po cienkim lodzie. Czekała mnie ciężka praca, ale tego się nie obawiałem. Baptiste świadomie roztaczał przede mną wizję wielkich możliwości i życia, o jakim marzyłem dla mojej matki i dla siebie. Pozostawało jeszcze pogodzić się z perspektywą stania się jego niewolnikiem.

Powiodłem spojrzeniem po twarzach współpracowników Baptiste’a. Oni byli jego psami. Bez względu na pozycję, jaką z pewnością zajmowali w hierarchii społecznej, bo Levar otaczał się tylko takimi ludźmi, poddali się władzy tego jednego człowieka i zaakceptowali konieczność respektowania jego słów. Nie wyglądali jednak na niezadowolonych, pomyślałem z nadzieją. Możliwość zarobienia dużych pieniędzy i zapewnienia matce godnego życia wydawała mi się bardzo kusząca. Mógłbym trenować i znowu walczyć. Mógłbym też zrobić wrażenie na Amelii, jeśli tylko zdołam ją odnaleźć.

– Dobrze. Przyjmuję twoją ofertę.

Baptiste spojrzał na ubranego na sportowo mężczyznę, a ten natychmiast wyszedł z loży i oddalił się w kierunku baru. Prawnik zbliżył się do nas i wyjął z teczki plik dokumentów gotowych do podpisania. A więc wiedzieli, że się zgodzę. Trochę mnie ukłuła świadomość własnej przewidywalności, ale odsunąłem od siebie to uczucie. Rysowały się przede mną wielkie możliwości i o tym postanowiłem teraz myśleć.

Podpisaliśmy stosowne dokumenty i uczciliśmy zawartą umowę szampanem. Nagle wszyscy zebrani stali się otwarci i serdeczni. Ściskali moją dłoń i gratulowali podjętej decyzji.

– Już myślałem, że wymiękniesz, stary. – Baptiste starał się jeszcze ciągnąć tę grę, ale nie miałem złudzeń. Klamka zapadła.

Kiedy wreszcie odnalazłem chłopaków w strefie disco, najpierw postawiłem im kolejkę, potem następną i dopiero gdy dostrzegłem na ich twarzach coś w rodzaju alkoholowego slow motion[6], powiedziałem o podjętej decyzji.

– Chyba cię pogięło, Ivan. – Adrien wytrzeźwiał niemal natychmiast. Wlepił we mnie zaskoczone spojrzenie, a następnie powiódł wzrokiem po twarzach chłopaków, najwyraźniej szukając u nich poparcia.

– Niezbyt to przemyślane, stary – dodał natychmiast Pierre. – Przecież Levar to hiena, wyssie z ciebie potencjał, a potem wypluje jak przeżutą gumę.

– A co miałem zrobić? Wiemy, jak on podchodzi do tematu. Gdybym mu odmówił dziś, wróciłby jutro i drążył tak długo, aż mu ulegnę.

Chłopaki zamilkły. Każdy z nich odwrócił się w inną stronę i obserwował beznamiętnie tańczących ludzi. Wychyliłem swojego drinka, w duchu złorzecząc, że znowu sięgam po alkohol, i usiadłem przy barze. Postanowiłem dać im czas na oswojenie się z tą wieścią. Pierwszy odwrócił się do mnie Jacques.

– Dużo ci zaoferował, co?

– Bardzo dużo.

– Musisz zacząć myśleć o kasie. No, stało się. Trzeba być dobrej myśli. W końcu Levar nie trafił na bezmyślnego karka, chłopaki. – Rozejrzał się po zebranych kolegach i poklepał mnie po ramieniu. – To jest mistrz wagi ciężkiej w boksie. Nie pozwoli sobą pomiatać.

Jego słowa dodały mi otuchy. Reszta, choć z ociąganiem, przyznała mu rację i zamówiliśmy następną kolejkę.

– Jakoś sobie z tym pawianem poradzimy – zawyrokował Pierre i wychyliliśmy kieliszki.

Wróciłem do domu i położyłem się do łóżka. Nie mogłem spać, dlatego długo rozmyślałem, powoli ulegając roztaczanej przede mną wizji ponownego zaistnienia w świecie boksu.

Poranek przyniósł kolejne zaskoczenie. Kiedy piliśmy z mamą poranną kawę, rozległo się pukanie do drzwi.

– Spodziewasz się kogoś?

Nie zdążyłem jej jeszcze opowiedzieć o zdarzeniach minionej nocy, dlatego udałem, że nie wiem, o co chodzi. Spodziewałem się, że niecierpliwy Levar zacznie się domagać uwagi już w pierwszych dniach po podpisaniu kontraktu. Za drzwiami stał ten sam ubrany na sportowo facet, który już wczoraj przedstawił mi się jako mój trener.

– Dzień dobry, Ivan. Wcześnie wstałeś.

– Raczej niewiele spałem.

– Musisz się wysypiać, bo czeka cię sporo pracy.

– Wejdziesz?

– Dziękuję.

Minął mnie w drzwiach i skierował się prosto do kuchni. Wszedł dziarsko i od razu podszedł do mojej matki.

– Mamo, to jest Vincent. Od dziś będziemy razem trenowali.

Mężczyzna skłonił się przed zaskoczoną mamą i ucałował jej dłoń.

– Dzień dobry. To prawda, mam zaszczyt trenować pani syna. I dlatego zabieram go już teraz. Mamy trochę rzeczy do załatwienia, zanim zabierzemy się do pracy. Ale proszę się nie niepokoić, Ivan trafił w dobre ręce.

Mama nie okazała niepokoju. Ja jednak znałem ją doskonale i wiedziałem, że tak właśnie się czuła – zaniepokojona. Pochyliłem się nad nią i cmoknąłem ją w policzek.

– Porozmawiamy, jak wrócę. Wszystko ci wyjaśnię.

– Liczę na to. – Uśmiechnęła się ciepło i pożegnała nas, w dalszym ciągu zachowując pozory spokoju.

To były ostatnie chwile mojej sielanki. Jeszcze tego samego dnia podjechaliśmy do salonu Volvo, skąd wyjechałem nowym samochodem. To było właśnie to „coś ekstra”, o czym wspomniał Baptiste podczas rozmowy w katakumbach. Cóż, byłem próżny, choć nie znaczyło to, że nie wyczuję w tym geście próby przekupstwa i mydlenia oczu. Przyjąłem samochód, bo uznałem, że odpracuję ten prezent, i to dość szybko. Poza tym uznałem to za drobną rekompensatę za przedwczesną emeryturę, na jaką skazała mnie federacja. Oczywiście jeszcze tego samego dnia zostałem zabrany do klubu należącego do Levara. Nie zdziwił mnie wystrój tego miejsca. Przepych, najlepszy sprzęt, suplementy i wystrój nawiązujący do klubów z amerykańskich filmów. Trochę mnie to śmieszyło. Mój menadżer był człowiekiem zepsutym do szpiku kości, do tego wyrafinowanym i pewnym siebie, co podkreślał na każdym kroku. Zabraliśmy się do treningów, a te również nie przypominały w niczym tego, z czym dotychczas miałem do czynienia. Specjalistyczna aparatura badała moje osiągnięcia, a sztab fachowców opracowywał plan optymalizacji moich możliwości. Tu skończyła się zabawa, przestały się liczyć słabości, a zaczęło się mordercze współzawodnictwo z samym sobą.

Już po miesiącu katorżniczych treningów, które jednak nie wypompowały ze mnie chęci do życia i gotowości do podjęcia walki, stałem się maszyną. Baptiste zacierał ręce i przytakiwał z uznaniem, przyglądając się moim postępom. Mój entuzjazm przekładał się na osiągnięcia. Wziąłem udział w kilku pokazowych walkach, które zorganizowano dla mnie w podziemnym świecie. Tryumfowałem, a słysząc okrzyki zadowolenia Levara po zwycięstwie, rosłem w siłę. Rosło też moje przekonanie o własnej pozycji. Z każdą kolejną walką i wizytą w gabinecie jego terapeutów zaczynałem wierzyć coraz mocniej, że jestem najlepszy, jeszcze lepszy niż kiedykolwiek wcześniej, nawet dwa lata temu! I chyba o to mu chodziło. Równocześnie z treningiem mojego ciała poddawano terapii mój umysł. Tego zagrania wcześniej nawet nie brałem pod uwagę. Uwierzyłem, że stanowię część jego zespołu, nierozerwalną i istotną, co w rzeczywistości nie było prawdą. Liczyły się pieniądze, a ich zarobienie przy mojej pozycji było kwestią czasu. Zajęto się również moim tętniakiem. Okazało się, że była to niewykształcona narośl, która nigdy nie miała się uaktywnić. Ktoś musiał przeoczyć ten fakt, przeprowadzając wcześniejsze badania.

Bardzo szybko oswoiłem styl muay thai i kick boxing. Otworzyłem się na nowe umiejętności i chłonąłem wiedzę z zapałem. To była jedna z cech, które zawsze doceniała we mnie mama. To było moje życie, największa miłość, a więc z wdzięcznością przyjmowałem to, co mi dawano. Poczułem się spełniony i coraz częściej zaczynałem myśleć o sobie jako o człowieku, którego nie ograniczają żadne zasady, który jest panem swojego losu.

Swoją pierwszą poważną walkę z trudnym przeciwnikiem stoczyłem oczywiście w podziemiach. Byłem na niej maksymalnie skupiony, nie słyszałem grającej muzyki, nie docierała do mnie wrzawa publiczności, a o liczbie widzów dowiedziałem się dopiero po wszystkim. Baptiste tryumfował. Ja byłem szczęśliwy i spełniony.

Bo w gruncie rzeczy nie musiałem się wyjątkowo starać. Przestały mnie ograniczać zasady panujące w boksie zawodowym. W moim podziemnym życiu panowała kompletna samowolka i dzięki temu byłem uwielbiany. Kolejni zawodnicy trafiali na matę, a ja pławiłem się w przekonaniu, że jestem niezniszczalny! Znowu zrobiło się o mnie głośno. Potrzebowałem zaledwie miesiąca, by Ivan pogromca wrócił na salony! Oczywiście w świecie podziemia, bo na powierzchni nikt otwarcie nie mówił o tym, co się działo u nas. Niejednokrotnie, kiedy akurat nie walczyłem, spotykałem na sali przedstawicieli władzy, merów i kumpli, z którymi krzyżowałem rękawice na ringu bokserskim. A to o czymś świadczyło. Zawsze lubiłem rozgłos, dobrze się z nim czułem, dodawał mi skrzydeł i pozwalał zapomnieć o tym, że w rzeczywistości jestem zupełnie innym, samotnym człowiekiem. Zyskałem nawet nowy przydomek. Odkąd zacząłem odnosić sukcesy w klatce, byłem nazywany mistrzem undergroundu. Walczyłem w podziemiach, w katakumbach sąsiadujących z paryskim metrem, i rządziłem tym światem! Dopiero z czasem zrozumiałem, że za bardzo zaimponowało mi to nowe życie. Zbyt zachłannie uległem sukcesowi i dobrej passie, oddając tłumowi całego siebie.

Najpierw kupiłem dla nas nowy dom, a właściwie malutką kamienicę. Przenieśliśmy się z mieszkania w dzielnicy 11. do dzielnicy 1., w okolicy Gare du Nord. Zamieszkaliśmy w niedużym, lecz przestronnym jak na tę okolicę lokum. Najważniejsze było jednak to, że każde z nas miało swój kąt, gdzie mogło czuć się swobodnie. Moja mama zajęła cały parter, a ja wziąłem piętro. Ona miała rozległy taras znajdujący się od podwórza, przytulony do dwóch ścian sąsiadujących z naszą kamienicą, i skrawek ogrodu, ja trzy pokoje, łazienkę i balkon. Co prawda widziałem z okien miasto, ale większą przyjemność sprawiało mi obserwowanie mamy, kiedy z niedowierzaniem chodziła po ogrodzie i dotykała liści rosnących drzew. Po jakimś czasie zauważyłem, że Philippe zdjął niewielką połać trawy przy załamaniu tarasu, przekopał ziemię w tym miejscu, a po kilku dniach moja mama zaczęła sadzić tam kwiaty. To był niezwykle przyjemny widok.

– Co zrobiłeś, że dostaliśmy to mieszkanie? – pytała mnie kilkakrotnie, a ja zawsze zapewniałem ją, że zdobyłem je uczciwą pracą.

– Nie dostaliśmy tego mieszkania, mamo. Kupiłem je dla nas. Pracuję i zarabiam. Zawsze chciałaś mieć domek z ogrodem. Co prawda na taki mnie nie stać, jednak namiastkę ogrodu mamy.

– Synu, ale w tej dzielnicy? To musiało kosztować krocie!

– I pewnie tyle by kosztowało, ale poprzedniemu właścicielowi zależało na czasie, a poza tym metraż mieszkania zdecydowanie odbiega od tych, które widzisz w okolicy. Ta kamienica była niegdyś nierentownym hotelikiem. Poprzedni właściciel najwidoczniej nie miał na nią lepszego pomysłu, co postanowiłem wykorzystać.

– Czuję, że dzieją się rzeczy, które mogą wymknąć się spod twojej kontroli, i będziemy mieli problemy.

– Jeszcze się nie wymknęły.

– Ivan, obiecaj mi, że nie postąpisz niemądrze.

– Chciałbym, ale o tym, że zrobiłem coś głupiego, zorientuję się dopiero, kiedy dotkną mnie skutki mojej głupoty, mamo. – Śmiała się, ilekroć bagatelizowałem jej obawy w taki sposób. – Mogę ci jednak obiecać, że zrobię wszystko, żebyś nie musiała się denerwować.

– Wszedłeś w kontakty z Levarem, prawda? Wiem, bo pociągnęłam za język Adriena. On jako jedyny z waszej czwórki nie umie kłamać.

– Przecież cię nie okłamuję.

– Ale unikasz rozmów i pomijasz wiele istotnych faktów.

– I co ci powiedział mój drogi przyjaciel?

– Powiedział tylko tyle, że pracujesz z Baptiste’em i walczysz tam… – Wskazała głową podłogę obok rattanowego fotela, w których siadywała wieczorami na tarasie.

– Tak, mamo. Walczę w podziemiu. W moich żaglach znowu jest wiatr i dzięki temu czuję, że żyję.

 

– A twój tętniak?

– Nic nie zagraża mojemu życiu. Zrobiono mi badania. Za wszystko zapłacił Baptiste.

– Musisz uważać na tego człowieka. Mam dziwne przeczucie, że nie powinieneś mu ufać.

– I nie mylisz się, mamo. To nie jest kwestia zaufania. Ja po prostu dla niego walczę. Za wszystko uczciwie płacę.

– A samochód?

– To dodatek za podpisanie umowy. I jest to zawarte w papierach.

Siedziała przez chwilę, wpatrzona najpierw w naszą piękną, muśniętą czasem kamienicę ze zdobioną ornamentami elewacją, a potem przeniosła spojrzenie na niewielki ogródek, zadaszenie tarasu i w końcu na mnie.

– Widzisz, Ivan, popełniłam bardzo wiele błędów, których konsekwencje ponosiłeś również ty. Bardzo mi z tym źle. I nie chcę, żebyś cierpiał.

Choć poczułem, że się rozklejam, powstrzymałem emocje i pochyliłem się nad nią. Wtuliła się w moje ramiona jak dziewczynka. Nie obwiniałem jej za nasze życie. Moja mama wychowała się w wielodzietnej rodzinie i nie było im łatwo. Jej ojciec wcześnie zmarł, a matka nie potrafiła poradzić sobie z utrzymaniem dzieci. Często się zdarzało, że chodziły głodne. Jednak wszystkie skończyły szkołę i wiodły teraz stosunkowo ustabilizowane życie. Pewnie byłoby tak i w przypadku mojej mamy. Zawsze pragnęła zostać aktorką i miała do tego talent. Niestety kilka nietrafionych decyzji skreśliło jej marzenie na zawsze. I tylko siła charakteru i upartość powstrzymały ją przed proszeniem rodzeństwa o pomoc.

– Jest dobrze. Nie wiedzie nam się chyba tak źle, żeby narzekać?

Znowu się roześmiała i otarła ukradkiem łzy.

– Mam nadzieję, że tak już zostanie. Zapracowaliśmy na godne życie.

– Też tak uważam.

– Ivan, w weekend przygotowuję kolację. Philippe będzie grillował. Zaproś chłopaków, może posiedzicie z nami w domu? Uczcimy naszą przeprowadzkę.

– To stąd ten pień winorośli. – Spojrzałem na leżące przy tarasie drewno.

– Tak, to też. Philippe marynował mięso już w poniedziałek. Sami tego przecież nie zjemy.

– Porozmawiam z nimi jeszcze dziś. Odpoczywaj, a ja pójdę do siebie.

Urządzenie się nie sprawiło mi żadnego kłopotu. Cieszyła mnie większa przestrzeń, choć szczerze mówiąc, nie potrzebowałem aż tyle miejsca. Jeden pokój zaadaptowałem jako sypialnię. Wstawiłem tam duże łóżko z kutym zagłówkiem, dwa wygodne fotele i stolik. Na komodzie naprzeciwko łóżka umieściłem wielką plazmę. Szafę z ubraniami przeniosłem do pokoju sąsiadującego z sypialnią. Tam urządziłem garderobę i wstawiłem ławeczkę do wyciskania. Podłogę w tym pokoju pokryłem białą, mięsistą wykładziną. Zawsze o takiej marzyłem. Wcześniej widywałem podobne na amerykańskich filmach i kojarzyłem je z luksusem i wygodą. Ostatni pokój, naprzeciw którego mieściła się łazienka z prysznicem, pozostał pusty. Nie miałem na niego żadnego pomysłu. Półka z książkami i innymi drobiazgami zmieściła się za drzwiami w mojej sypialni, dlatego w trzecim pokoju stały tylko niewielki biały stolik na kółkach i wygodny, rozłożysty fotel, który nie wiedzieć czemu, zostawił tu poprzedni właściciel.

Osiągnąłem stan wewnętrznego spokoju. I choć gdzieś w tyle mojej głowy wciąż kołatała się myśl, że muszę być ostrożny, odczuwałem swobodę. Tamtej nocy miałem erotyczny sen. Oczywiście śniła mi się Amelia, ale już nie w podziemnym korytarzu. Byliśmy w domu, w mojej sypialni, a ona doprowadzała mnie do wrzenia. Niemało zaskoczyła mnie moja mama, kiedy przy śniadaniu i w towarzystwie Philippe’a zapytała, co mi się śniło, że jestem taki zadowolony. Roześmiałem się tylko i czerwony na twarzy skwitowałem jej pytanie uwagą, że pozostawię to dla siebie. Chyba zrozumiała, bo popatrzyła na mnie, uśmiechając się czule.

Od ostatniego spotkania z Amelią upłynęło sporo czasu. A ja, choć bardzo starałem się o niej nie myśleć, wciąż przyłapywałem się na wspominaniu. To był chyba pierwszy raz, kiedy kobieta tak wykorzystała moją naiwność. Nie czułem z tego powodu złości, tylko żal i tęsknotę. Tak, to zdecydowanie była tęsknota. Poczułem coś niezwykle dobrego, kiedy ją ujrzałem. Nigdy nie darzyłem żadnej kobiety tak ciepłymi uczuciami i nie byłem gotów nawiązać żadnych głębszych relacji. Aż do dnia, kiedy ujrzałem właśnie Amelię. Najprostsze uczucia okazały się i w moim przypadku najsilniejsze, co zupełnie mnie nie zaskoczyło. Twarde życie, jakie wiedliśmy do tej pory, nauczyło nas zasad, ale wrodzonej wrażliwości nie potrafiliśmy i nie chcieliśmy ukrywać. Ani ja, ani moja mama.

Każdego dnia, kiedy pojawiałem się w podziemiach, najpierw kierowałem swoje kroki do miejsca, gdzie ją spotkałem po raz pierwszy i jedyny. I nigdy jej nie odnalazłem. Chłopaki zaczęły mnie już podpytywać o powody, dla których węszę po katakumbach jak pies.

– Potrzebujesz prochów, Ivan?

– Nie, żadnych prochów – odpowiadałem. – Po prostu się rozglądam. – Wolałem nie mówić im prawdy. Po co, skoro i tak jej nie było? Drwiliby ze mnie i mojego zauroczenia.

I znowu nadszedł piątek. Znowu pojawiliśmy się w znajomym już miejscu, a ja od razu skierowałem się do przestrzeni techno. Obszedłem tę część kilkakrotnie, przyglądając się ludziom wnikliwie na tyle, na ile pozwalał mi panujący wokół mrok. W końcu jednak los się do mnie uśmiechnął. Dostrzegłem w tłumie Sophie, dziewczynę, z którą bawiła się wtedy Amelia. Nie zastanawiając się zbyt długo, podszedłem do niej i przywitałem się. Poznała mnie natychmiast. Szepnęła coś do chłopaka, z którym rozmawiała, i ku jego niezadowoleniu zwróciła się do mnie.

– Cześć, mistrzu. Oglądałam ostatnio twoją walkę.

– I jak wrażenia?

– Nie znam się na boksie, chciałyśmy po prostu przyjrzeć się tobie na ringu.

– Chciałyście? Amelia też chciała? – Musiałem zabrzmieć bardzo naiwnie, bo po twarzy Sophie przebiegł chytry uśmiech.

– Tak.

– I podobało się wam?

– No nie. Wybacz, ale boks to nie jest coś, co nas porusza. To przemoc, nie nasz świat. Wiesz, dla kogoś, kto spędza całe dnie na ENSBA[7], oglądanie mordobicia nie jest interesujące.

– Boks to sport, nie jest mordobiciem. A ja uprawiam w tej chwili kick boxing. To coś jeszcze innego, jeśli chodzi o ścisłość. – Próbowałem się bronić.

– Ugh… Jak zwał, tak zwał. Dla nas to mordobicie. Ale byłeś przekonujący. Tę walkę wygrałeś.

– Każdą wygrałem. Jest z tobą Amelia?

– Nie. – Pokręciła zdecydowanie głową. – Nie ma jej. Przestała tu przychodzić, bo nie chce cię więcej spotykać.

– Dlaczego? Co jej zrobiłem?

– Nic. Jesteś, kim jesteś. Fajnie było cię poznać – uśmiechnęła się wymownie i opuściła figlarnie oczy – ale to wszystko. Amelia nie chce spotykać się z kimś takim jak ty.

Dotknęły mnie jej słowa. Przez myśl przemknęło mi, że żadna z nich nie wie, jaki jestem, a w rezultacie ogarnęło mnie rozdrażnienie. Jeden nie lubi jazdy konnej, ale to nie znaczy, że nie może patrzeć na konie, inny nie lubi boksu, ale czy to znaczy, że ma pogardzać bokserem? Byłem oburzony.

– Daj mi do niej telefon. Proszę.

Popatrzyła na mnie ze smutkiem i zaprzeczyła ruchem głowy. Mógłbym bez kłopotu wyjąć jej trzymaną w dłoni komórkę i odszukać numer Amelii, ale wiedziałem, że to nie przejdzie. Moje szanse zmalałyby wtedy do zera. Sophie chyba przewidziała taki ruch, bo odłożyła telefon na blat baru i zmrużyła powieki. Mała wyrafinowana pipa, pomyślałem i uśmiechnąłem się pogardliwie.

– Tak mnie oceniasz?

– Wcale cię nie oceniam. Nie zamierzam z tobą walczyć.

– Ja z tobą również. Walczę w ringu. Rzeczywistość to coś zupełnie innego. Nie, nie posunę się do tego.

– Jestem zaskoczona.

– Ale chciałbym cię o coś poprosić.

Zaintrygowana uniosła brodę.

– Podaj jej mój numer telefonu i powiedz… – Zacząłem się zastanawiać, co mogę przekazać Amelii. W jaki sposób mógłbym ją nakłonić do kolejnego spotkania, żeby równocześnie nie stać się pośmiewiskiem wśród jej koleżanek? – Powiedz jej, że czekam na nią w każdy piątek. Będę tu przychodził tak długo, aż ją zastanę.