Obok ciebie

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

IV

Kolejny tydzień zaczął się dla mnie zupełnie inaczej. Wciąż nie potrafiłam oswoić się z tym, że to zrobiłam. Niezmiennie zaskakiwała mnie swoboda, z jaką przyjęłam dotyk innego mężczyzny, a zaraz potem sięgnęłam po czułość mojego męża. To było złe. Ale pomyślałam tak jedynie przez chwilę, zanim przyjemność płynąca z jego pieszczot nie przesłoniła chłodnego osądu mojego postępowania, którym próbowałam się kierować. Zaczęła przepełniać mnie lekkość. Znowu poczułam ten przyjemny dreszcz towarzyszący mi w okresie, kiedy byłam jeszcze niezależna i młoda. Choć nie opuszczały mnie refleksje dotyczące mojego małżeństwa i macierzyństwa, nie myślałam o sobie jak o wyrodnej matce czy zdradzającej męża żonie. Wolałam nazywać swoje postępowanie wynikiem zagubienia. Wobec takiego tłumaczenia świadomość, że naciągam nieco rzeczywistość i rozgrzeszam swoje zachowanie, już tak bardzo mnie nie drażniła.

Weekend minął niezwykle szybko. Artur zorganizował zajęcia dla Mateusza, czym uwolnił mnie od tego obowiązku. Wiedziałam, że przy najbliższej nadarzającej się okazji teściowa, która na ten weekend przejęła rolę kucharki i opiekunki moich dzieci, wypomni mi tę przysługę. W jej pojęciu moja pozycja się nie zmieniła. Bez względu na wszystko pozostawałam dla niej tylko tancerką. Ale to miało nastąpić później. Kiedyś, w bliżej nieokreślonej przyszłości. Ten weekend należał do nas. W sobotę wieczorem Artur poprosił, żebym ubrała się elegancko, ale niezbyt skromnie, i zabrał mnie do teatru. Zauważyłam oczywiście jego zainteresowane spojrzenia, powłóczysty wzrok przemierzający moje ciało i doskonale wiedziałam, że było to zasługą porannej niespodzianki. Mój mąż nie spodziewał się tak frywolnego zachowania. Nasze łóżkowe ekscesy zwykle ograniczały się zdecydowanie do dwóch, może trzech pozycji, a sam akt trwał zaledwie kilka minut. Pobudzona porannymi doznaniami wyobraźnia dosłownie gotowała mi krew w żyłach. Wszystko, co działo się wokół, zaczynałam odbierać tak, jakbym już nigdy więcej miała tego nie doświadczyć. Już w teatrze zauważyłam, że percepcja Artura również uległa zmianie. Mój mąż był pobudzony. Podczas przedstawienia jego ręka spoczywała na moim kolanie. Masował je z czułością i zerkał na mnie co chwilę.

– Czy wszystko jest w porządku, Artur? – Pochyliłam się nad nim i pociągnęłam za sukienkę, odsłaniając w ten sposób biust. Oczywiście zauważył ten gest i wyciągnął szyję tak, jakby zaciśnięty pod brodą krawat sprawiał mu dyskomfort. Natychmiast pochylił się do mojego ucha i szepnął.

– Dawno nie kochaliśmy się tak jak dziś rano. Wciąż o tym myślę, Iza.

– Ale podobało ci się czy nie? – Ja również szeptałam mu do ucha w odpowiedzi.

– Podobało. Bardzo mi się to podobało – odparł pospiesznie i na potwierdzenie swoich słów uniósł moją dłoń do ust.

W przerwie pociągnął mnie za sobą do baru. A po ostatnim dzwonku, zamiast wrócić na miejsce, popchnął w kierunku damskiej toalety. Zrozumiałam, że osiągnęłam swój cel. Obudziłam w moim mężu chłopaka, który uwiódł mnie niegdyś swoją erotyczną wyobraźnią i podziwem, jakim darzył mój talent taneczny.

Kiedy upewniłam się, że w toalecie jest pusto, skinęłam na niego. Wszedł do środka ostrożnie, nieco nieufnie.

– Gdyby ktoś mnie tu zauważył, zrobiłoby się niezręcznie. – Zaśmiał się pod nosem.

– Niezręcznie? Jesteś wziętym chirurgiem. Jestem pewna, że lista twoich pacjentów wypełniłaby się kobietami. I wtedy nie miałbyś już czasu wrócić do domu, musiałbyś operować bez przerwy.

– Izka, przestań już i chodź tu.

Pociągnął mnie do ostatniej kabiny, zakasał moją sukienkę i nie tracąc czasu, wszedł we mnie mocno i głęboko.

– Nie wiem, dlaczego przestaliśmy się kochać tak jak kiedyś. Teraz dopiero widzę, jaki skarb mam u swego boku.

Położył dłonie na moich ramionach i napierał na mnie z impetem. Czułam ból. Jego członek był duży. Dotąd staraliśmy się zachowywać ostrożność. Artur za każdym razem odczuwał żal, kiedy okazywało się, że jego rozmiary zamiast przynosić mi przyjemność, przeciwnie, dostarczały cierpienia. Tym razem jednak nie dałam mu odczuć towarzyszącego mi dyskomfortu. Chciałam, żeby mnie bolało, bo wyobraziłam sobie, że zadaję ten ból tkwiącemu we mnie intruzowi. Ta świadomość sprawiała mi wystarczającą przyjemność.

Do końca przedstawienia czułam doskwierające mi otarcia. A widząc zadowolenie malujące się na twarzy męża, usprawiedliwiałam swój piątkowy wybryk. Wiedziałam, że coś w moim życiu się skończyło. Obudzona po wielu latach pokornego spełniania moich obowiązków, naznaczona tkwiącym we mnie guzkiem, zapragnęłam odzyskać moje życie i nadrobić stracony czas.


W niedzielę się okazało, że Artur wyjeżdża za tydzień do Krakowa. Jego zgłoszenie jako uczestnika sympozjum naukowego zostało przyjęte. Miał wygłosić prelekcje na temat niektórych zagadnień chirurgii rekonstrukcyjnej regionu szyi i twarzy, a także ściany klatki piersiowej i piersi. Zamierzał przedstawić opracowane przez siebie indywidualne planowanie, wykonanie oraz ocenę szerokiej gamy zabiegów odtwórczych. Ta wiadomość sprawiła mu ogromną radość, a dla mnie stało się jasne, dlaczego od jakiegoś czasu był taki podekscytowany. Już w piątek wiedział o wyróżnieniu, jakie go spotkało, a podczas weekendu starał się znaleźć odpowiedni moment, żeby mi o tym powiedzieć. Cóż, cieszyłam się razem z nim, bo wiedziałam, jak bardzo zależało mu na wzięciu udziału w podobnym wydarzeniu i zaprezentowaniu rozwiązań, nad którymi pracował od wielu lat. Niestety wiązało się to z koniecznością znoszenia częstszych wizyt matki Artura, która, co zawsze podkreślałam, wykorzystywała dni jego nieobecności i uprzykrzała mi niemiłosiernie życie. Zupełnie jakby zależało jej na nadrobieniu straconego czasu, kiedy to mój mąż niczym anioł stróż chronił przed jej obecnością.

Nie robiłam mu wymówek, kiedy podczas śniadania w niedzielę odłożył sztućce i zaczął.

– Dobra, Iza. Ja nie wiem, jak mam ci to powiedzieć, ale muszę to zrobić. Spełniło się moje marzenie. Pracowałem na to wiele długich lat i mam szansę wesprzeć medycynę swoim potencjałem.

– Artur… – przerwałam mu, na co Barbara, podekscytowana przedmową syna, zaczęła się wiercić na krześle. – Proszę cię, nie spinaj się, tylko powiedz spokojnie, co się wydarzyło.

– Zostałem zaproszony do wzięcia udziału w sympozjum. Będę mógł wygłosić prelekcje.

Przeżuwałam kęs mojego tostu powoli i zbierałam rozsypane myśli. Dzieci patrzyły na Artura i na mnie. Jedynie Jasiek nie krył zadowolenia.

– Tato, szacunek. Chętnie pojechałbym z tobą. Kiedy to sympozjum?

– A ty niby co tam będziesz robił? – prychnęła Julka.

– Za tydzień. Za tydzień będę musiał wyjechać i nie będzie mnie pięć dni.

– Czyli cały tydzień, bo wyjedziesz w sobotę rano – zauważyłam.

– Izuś, mogę zrezygnować, jeśli…

– No wiesz? – Barbara wybuchła niczym Etna. – Jak możesz oczekiwać od niego, że zrezygnuje ze swojej życiowej szansy? To niewdzięczność! – prychała oburzona i uderzała sztućcami o swój talerz. W każdy wolny dzień zapraszaliśmy ją na śniadanie. Skoro mieszkała z nami, nie chcieliśmy, żeby czuła się osamotniona w domku dla gości. Pomysł z tymi śniadaniami wyszedł od Julii kilka dni po tym, jak Barbara rozgościła się na dobre w domku i zdążyła mi już dopiec.

– Ależ Basiu, skąd ta myśl? Ja nie oczekuję od mojego męża, że zrezygnuje ze spełnienia swojego marzenia. – Teściowa miotała wzrokiem pioruny, patrząc na mnie znad grubych oprawek okularów. – Jestem bardzo szczęśliwa! Nareszcie osiągnąłeś to, na czym tak ci zależało! – Naprawdę się cieszyłam, choć celowo okazywałam moje zadowolenie w tak powściągliwy sposób. Chciałam ją rozzłościć. – Artur, jedź. Gratuluję i jestem bardzo dumna, że to właśnie ciebie wybrano. Oczywiście szkoda, że nie będzie cię w domu, ale to tylko tydzień.

Moje słowa były prawdziwe. Byłam dumna i naprawdę szczęśliwa, bo doskonale wiedziałam, co znaczy robić w życiu coś, co się kocha. Sama kiedyś też zasmakowałam mojej pasji. Odszukałam w pamięci jeden z występów i ujrzałam siebie w półobrocie. Potem spojrzałam znowu na Artura i poczułam coś jakby rozgoryczenie. Wrażenie to trwało jednak krótko i odrzuciłam je natychmiast, nie chcąc budzić niechcianych emocji.

Szybko jednak przeszliśmy do porządku dziennego nad wiadomością o wyjeździe Artura. Jasiek nie ustąpił i miał jechać razem z ojcem. Tak więc zanosiło się, że zostanę w domu z dwójką dzieci, nawiedzana przez nieznoszącą mnie teściową.

We wtorek udałam się na moją pierwszą lekcję tańca. Zaopatrzona w odpowiedni strój, a więc czarne legginsy za kolano i zwiewną, zieloną sukieneczkę na ramiączkach, byłam gotowa. Zawsze podchodziłam bardzo poważnie do stroju. Bez względu na to, czy był to strój noszony na co dzień, czy zakładany do tańca. Uwielbiałam wręcz spódnice i sukienki. Miałam zgrabne łydki i jędrne ciało, więc nie przeszkadzało mi, że w wieku czterdziestu jeden lat nosiłam się wciąż jak dwudziestoparolatka. Różowe buty na niewysokim obcasie i sportowy stanik dopełniły reszty. Czułam się piękna i seksowna, i to zamierzałam podkreślać podczas lekcji. Zaparkowałam samochód w pobliżu klubu Dekada i podekscytowana weszłam do środka. Znajoma sylwetka Tomasza od razu rzuciła mi się w oczy, a i on spoglądał na drzwi z zainteresowaniem.

– Dzień dobry, Izabelo – powiedział, kiedy podeszłam do baru i położyłam swoje rzeczy na stołku obok.

 

– Dzień dobry, Tomaszu – odparłam i splotłam palce na blacie.

– Napijesz się czegoś?

– Zieloną herbatę proszę.

– Jak zwykle? – Uśmiechnął się porozumiewawczo.

– Niech będzie, jak zwykle.

Przyglądałam się, jak ten słusznych rozmiarów mężczyzna sprawnie lawiruje pomiędzy barkiem a ustawionymi z tyłu półkami. Zwinnie, jakby jego tusza była tylko złudnym wrażeniem. Długi warkocz kołysał się na plecach, zwracając uwagę na nadruk, logo grupy Guns’n’Roses. A jednak Tomasz miał coś z rockersa, zauważyłam rozbawiona.

– Jak minął ci weekend, Izabelo? – zapytał, przecierając szmatką blat przede mną. Uniosłam ręce i czekałam.

– Czy wódkę z lodem mogę prosić? – Drgnęłam, słysząc za sobą czyjś głos. Barman obrzucił piękną blondynkę szybkim spojrzeniem i zabrał się za przygotowywanie drinka.

– Spokojnie. Miałam wolne, więc zdecydowanie odpoczęłam.

– To świetnie. Tego chyba potrzebowałaś?

– Tamten dzień był dla mnie trudny. – Wróciłam pamięcią do piątku, a na wspomnienie seksu w mieszkaniu barmana zrobiło mi się przyjemnie.

– Trudna noc raczej? Bo dzień zaczęłaś chyba całkiem nieźle? – Mrugnął do mnie zawadiacko i podał kobiecie drinka. – Bardzo proszę.

Uśmiechnęłam się tylko. Nie chciałam rozmawiać o tym, do czego między nami doszło. Tomasz dał mi rozkosz. Otworzył przede mną drzwi, które dotąd były zamknięte i nie myślałam nawet o tym, że mogłoby być inaczej. Zakosztowałam doznań, które nie miały mi być nigdy dane. Byłam mężatką… I dlatego właśnie nie zamierzałam powtarzać naszego spotkania. Było mi dobrze, zaskakująco dobrze, ale nie byłam zainteresowana wiązaniem się, nawet jeśli taki związek miał opierać się tylko na seksie. Byłam mężatką! W dodatku szczęśliwą. Może odrobinę rozgoryczoną, ale pod żadnym pozorem niemyślącą nawet o zmianie swojego stanu cywilnego. Patrząc w pogodną twarz barmana, obiecywałam sobie, że już nigdy więcej nie wykonam podobnego kroku, nie skalam swojego ciała dotykiem innego. I choć gdzieś głęboko we mnie wciąż tkwiło wspomnienie satysfakcji, jakiej doświadczyłam, łudziłam się, że zdołam oprzeć się Tomaszowi. Rozejrzałam się po klubie. Wyłowiłam wolny stolik w rogu sali. Wzięłam moją filiżankę i skierowałam się w tamtym kierunku.

– Muszę wykonać kilka telefonów, Tomasz.

– Nie spiesz się – rzucił za mną.

Nie czułam obowiązku tłumaczenia się, ale, czego nie potrafiłam zrozumieć i wyjaśnić, jego towarzystwo sprawiało mi przyjemność. To on umożliwił mi cieszenie się odzyskaną młodością. Przez ten krótki moment w jego mieszkaniu znowu czułam się piękna i nienaznaczona chorobą. Dopiero później miałam zrozumieć, że pragnęłam tej normalności tak bardzo, że dla niej byłam gotowa zbudować sobie to złudne przekonanie, żeby zapomnieć o moim problemie. Usiadłam zatem w wygodnym fotelu i posłałam mu czarujący uśmiech. Nie chciałam, żeby czuł się pominięty i wykorzystany. Cóż, on nie musiał wiedzieć o tym, czego narzędziem się stał. Wybrałam numer do Ewy i spojrzałam na zegarek.

– No co tam? Jak się masz przed swoimi zajęciami? – zaczęła podekscytowana.

– Jestem bardzo ciekawa, jak będą wyglądały. Chyba czuję nawet lekkie podenerwowanie, wiesz?

– No nie wierzę. Ty? Matka trójki dzieci i pielęgniarka, która na co dzień ogląda śmierć?

– A boi się iść do szkoły tańca na zajęcia. Dobre, co?

– Mama też jest ciekawa.

– Powiedziałaś jej?

– Domyśliła się po ostatniej rozmowie z tobą. Nie potrafisz ukryć emocji. Jutro mamy wybierać meble do mojej sypialni.

– Żałuję, że nie mogę przyjechać. Gdyby to był weekend…

– Ach, wiesz jak jest. Jestem samotną kobietą z dzieckiem. Czas wolny to u mnie towar deficytowy, więc weekendy należą do Kacpra. Ale zapraszamy. Zawsze możesz zabrać rodzinę i przyjechać. Będzie nam trochę ciasno, ale cóż to znaczy w obliczu rodzinnych więzi. – Zaśmiała się serdecznie.

– A wiesz, że to jest dobry pomysł? Może i się wybierzemy. W najbliższą sobotę Artur wyjeżdża na sympozjum.

– Dostał zaproszenie? To wspaniale!

– Tak, jestem z niego dumna. I zabiera Jaśka, więc mogłabym wpaść z Julą i Matim.


No i umówiłyśmy się. Zanosiło się, że najbliższy weekend spędzę u siostry nad morzem. Ustaliłyśmy również, że nie zdradzimy się nawet słowem przed mamą. Zamierzałyśmy zrobić jej moją wizytą niespodziankę. Zadowolona dopiłam herbatę i czując, jak żołądek kurczy mi się z podekscytowania, wyszłam do łazienki. Pozostało mi jeszcze zaledwie pół godziny do rozpoczęcia zajęć.

Opłukałam dłonie, poprawiłam makijaż, a wychodząc z łazienki, napotkałam Tomasza. Zaskoczony przepuścił mnie w drzwiach, jednak kiedy go mijałam, poczułam, jak ściska mój nadgarstek.

– Izabelo, czy my się jeszcze zobaczymy?

Nie spodziewałam się takiej reakcji. Otworzyłam kilkakrotnie usta, bo naprawdę chciałam powiedzieć coś, co zabrzmiałoby rozsądnie. Zakładając, że cała nasza znajomość zasługiwała na określenie mianem rozsądnej.

– Tomasz, pytasz, czy jeszcze kiedyś pójdziemy do łóżka?

– Nawet nie o to mi chodzi. Choć nie miałbym nic przeciwko temu. Chodzi o to, czy będę mógł cię jeszcze spotkać?

– Uhm – westchnęłam, a poziom mojej dezorientacji sięgnął chyba zenitu. Naprawdę nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Nigdy wcześniej nie znalazłam się w podobnej sytuacji. Nie miałam pojęcia, jak się wobec niego zachowywać, czy powinnam wracać do tematu naszego spotkania, czy w ogóle powinnam była przychodzić znowu do klubu. – Ja… My, właściwie, nie wiem. Dopiero się poznaliśmy. Przez zupełny przypadek, przez twoją interpretację tego, co powiedziałam, i przez moje, mam nadzieję, chwilowo chwiejące się poczucie wartości, poszliśmy do łóżka.

– Czy wpadniesz jeszcze do klubu? – Przerwał mi, pocierając nerwowo brodę. Poczułam całkowity dyskomfort.

– Możliwe.

– Przyjdź. Chcę, żebyś przyszła tu znowu. – Zabrzmiał zaborczo, co sprawiło mi przyjemność.

– Przyjdę. Przed zajęciami w czwartek, Tomasz. – Przytakiwałam po każdym wypowiedzianym słowie. Ten gest dodawał mi odwagi.

– Spoko. Do zobaczenie zatem.

I tyle. Nie powiedział nic więcej. Pochylił się, co z racji przewagi wzrostu ułatwiało mu nieco zadanie, i cmoknął mnie w policzek.


Przez cały dyżur myślałam o nim. Intrygowało mnie jego zachowanie, bo znowu zaczęłam przy tej okazji zastanawiać się nad swoim. Nie potrafiłam określić, czy Tomasz miał nadzieję na nasze kolejne spotkanie, czy seks w naszym wydaniu zrobił na nim aż tak dobre wrażenie, że liczył na powtórkę. Poczułam coś innego niż do tej pory, mianowicie wyrzuty sumienia. Ze względu na Artura, którego przecież zdradziłam po dziewiętnastu latach małżeństwa, i ze względu na to, że ten występek nie zepchnął mnie na granicę rozpaczy. A teraz znowu, widząc nadzieję w spojrzeniu Tomasza, zrobiło mi się przykro, bo patrzył na mnie tak, jakbym wyrządzała krzywdę również jemu. Ja nie chciałam nikogo krzywdzić. Chciałam tylko zrobić coś zupełnie odmiennego od wszystkich wykonywanych przez lata czynności. Chciałam przeciwstawić się podporządkowaniu, rutynie i wszystkim innym rzeczom, na które siliłam się wbrew sobie. Tak, wbrew sobie samej. Znowu zaczęło mnie ogarniać podenerwowanie, jak bumerang wróciła myśl, że za moje oddanie, za poświęcenie swoich marzeń, pragnień i życia, to właśnie ja zostałam naznaczona tym czymś!

Podsycałam w sobie ten płomień niezadowolenia do tego stopnia, że chwilami czułam rozpierającą mnie złość. Minęło tyle lat, podczas których dzieliłam siebie, swoje marzenia pomiędzy moich bliskich. Dawałam z siebie wszystko. Nie mogłam pogodzić się z tym, co mnie dotknęło. I znowu rozpierzchające się we mnie impulsy złości wywołały nagłą potrzebę zbrukania mojego ciała. Spotkam się z nim, postanowiłam. Właśnie, że się z nim spotkam.

Poprawiłam poduszkę kobiecie leżącej w mojej sali i powiodłam dłonią po jej wiotkiej skórze. Jakie było jej życie, zaczęłam się zastanawiać. Czy ona również miała sobie do zarzucenia rezygnację z marzeń, które kiedyś stanowiły istotę jej życia? Blade policzki nawet nie drgnęły, kiedy je gładziłam. Ona już była na końcu swojej drogi. Już nie miała najmniejszej szansy na odwrócenie się i odzyskanie choć namiastki tego, co straciła. Już nigdy nie dane jej będzie zasmakować zemsty za to, czego w życiu nie spróbowała. Tak. Właśnie o tym marzyłam. Chciałam się zemścić! Przyklasnęłam w myślach nowej wymówce. Ale nie na Arturze czy moich dzieciach. Oni nie byli niczemu winni. Chciałam poczuć smak zemsty na samej sobie za to, że tak łatwo uległam. Nie walczyłam. Oddawałam siebie i swoje życie innym. Chciałam poczuć ból, bo tylko w ten sposób miałam szansę na obudzenie się z tego długiego snu! Byłam gotowa testować moją wytrzymałość! I sama podsycałam w sobie tę potrzebę, uparcie doszukiwałam się nowych sposobów na ukaranie siebie. A już za chwilę, przerażona zmianami, jakie zachodziły we mnie w tak zastraszającym tempie, karciłam się za swoje zachowanie. Wtedy przypominała mi się moja teściowa i coraz częściej zaczynałam się zastanawiać, czy jej słowa, jej postrzeganie mnie nie było słuszne! Barbara miała mnie za tanią dziwkę. Uważała, że prawdziwej natury nie ukryję za zasłoną ukończonych studiów i wzorowej postawy matki i żony. Boże, a jeśli ona miała rację? W tych momentach ogarniała mnie panika. Nigdy wcześniej nie zdradziłam przecież męża, nawet nie myślałam o tym, by wyjść dokądś z koleżankami z pracy. Czasami zaledwie zdarzało mi się wyskoczyć z siostrą albo mamą na kawę, kiedy przyjeżdżały do nas z wizytą! Nie byłam dziwką. Wtedy… Zachodząca we mnie metamorfoza zaczęła mnie przerastać. Coraz bardziej przeszkadzała mi obecność we mnie sprawcy całego tego zamieszania. A kiedy tylko zaczynałam o nim myśleć, znowu do głosu dochodziła potrzeba zemsty. I znowu zatrzymywałam się w punkcie, z którego wyszłam.

To była ciężka noc. I nie pomógł mi w żaden sposób nastrój, w jaki wprowadziły mnie pierwsze zajęcia salsy, którymi rozpoczęłam wieczór, mimo że za wszelką cenę chciałam uciec od dręczących myśli, wracając pamięcią do pierwszej od tylu lat lekcji tańca.

Gdy dotarłam wreszcie do szkoły, pospiesznie się przebrałam i stanęłam w drzwiach sali. Na parkiecie kołysało się już kilka par, które próbowały stawiać pierwsze kroki. W końcu nie ja jedyna byłam amatorką w tej grupie, zauważyłam z ulgą. Ściany przylegające do tej z oknami w całości pokryte były lustrami, a wzdłuż nich ustawiono poręcze z drążkami. Ich widok przepełnił mnie nostalgią. Moje serce zaczęło łomotać i mimowolnie ściągnęłam palce w butach. Podeszłam do najbliższej barierki i położyłam na niej dłonie. Delikatnie i z czcią. Przyjemny dreszcz podekscytowania przebiegł mi po plecach. To było moje życie! Powiodłam dłońmi po delikatnym, wyheblowanym i polakierowanym drewnie i przypomniałam sobie pot wylany podczas ćwiczeń w mojej starej szkole.

– Czy ktoś tu kocha balet?

Drgnęłam. Nawet nie spostrzegłam, kiedy podeszła do mnie Aśka, właścicielka szkoły.

– To aż tak widać?

– Iza, tańczyłam piętnaście lat. Wiem, co znaczy balet. – Skinęła porozumiewawczo głową, a ja poczułam, że kocham tę dziewczynę.

– Dlaczego przestałaś?

– Najpierw dzieci, potem kontuzja. No i wyszłam za Przemka. – Skinęła głową w stronę stojącego pod oknem męża. – Dzieci, dom i obowiązki. Nie mam na to czasu. A szkoła stanowi namiastkę tego, czym żyłam kiedyś. I jest dobrze.

Opuściłam głowę, by spojrzeć jeszcze raz na drążek, i uderzyłam dłońmi o uda. Asia zauważyła moją niepewność i chyba świadomie zrezygnowała z dalszej rozmowy na ten temat. Ja zresztą również nie byłam gotowa na roztrząsanie powodów, dla których pojawiłam się właśnie w ich szkole.

– Twoim partnerem na najbliższych kilka spotkań będzie Przemek. Mamy jednego mężczyznę bez pary, tylko jest chwilowo niedysponowany. To świetny tancerz. Może tak być?

– Uff, tylko czy ja dam radę? Twój mąż jest doświadczony – stęknęłam zaskoczona.

– Dasz radę. On będzie cię przecież prowadził. – Asia roześmiała się i zaczęła klaskać, skupiając na sobie uwagę reszty tancerzy.

A potem się zaczęło. Ta bliskość, płynność ruchów, jego dotyk… Choć traktowałam Przemka wyłącznie jak tancerza, czułam ogromne napięcie. Moją skórę przeszywały dreszcze, uniesione włoski na przedramionach sprawiały, że jego dotyk był niemożliwy do zniesienia. Walczyłam ze sobą, poruszana sprawnie jego silnymi ramionami. Ocierałam się o niego, ulegałam każdej sugestii. Muzyka mnie porwała, a rozbudzona świadomość uleciała daleko poza mury tej sali. Nie widziałam innych tańczących, nie czułam zapachu ich ciał. Byliśmy tylko my dwoje. Skupieni na ekspresji i przekazie, jaki nasz taniec miał nieść.

 

– Jesteś fantastyczna. – W obrotach słuchałam, jak do mnie mówił, i wyobrażałam sobie, że jego słowa są preludium do czegoś, co za chwilę miało eksplodować pomiędzy nami. Zwiewna sukienka, którą kupiłam na tę okazję, plątała się pomiędzy udami. Jej gładki, zimny materiał podnosił ciśnienie mojej krwi i dławił oddech głęboko w piersiach. Byłam podniecona, jakby nasz taniec nie był tańcem. Pragnęłam znowu się kochać. Chciałam grzeszyć, chciałam być poniewierana dotykiem obcych rąk… Pragnęłam zemsty.

Wyszłam ze szkoły zmęczona. Fizycznie i psychicznie, sięgnęłam najpierw szczytu, a potem z łomotem spadłam na podłogę. I był to bolesny upadek. Moja ekscytacja została gwałtownie przerwana z chwilą, kiedy łoskot uderzających o siebie dłoni Aśki obwieścił zakończenie lekcji. Potem, po pracy, kiedy mijałam klub, gdzie spotkałam Tomasza, przeszło mi przez myśl, by wejść do środka i zaciągnąć go na zaplecze, do toalety, dokądkolwiek. To nie było ważne. Zapragnęłam choć na chwilę odzyskać ten stan euforii, który mnie ogarniał podczas tańca. Ale odrzuciłam tę myśl, bo choć chciałam wierzyć w usprawiedliwienia, które wymyślałam dla swojego zachowania, wiedziałam po prostu, że klub jest zamknięty. Odnalazłam okna mieszkania Tomasza i wróciłam pamięcią do tamtego poranka. To musiało mi wystarczyć.


Wróciłam do domu wyczerpana i od razu położyłam się do łóżka. Artur naciągnął na mnie kołdrę i po cichu wyszedł z sypialni. Obiecał wyprawić dzieciaki do szkoły. Posłusznie zacisnęłam powieki z nadzieją na rychłe zakończenie tego dnia, ale sen nie przychodził. Wręcz przeciwnie, wciąż czułam na sobie dłonie Przemka i oczami wyobraźni widziałam nasz taniec. Gdzieś pod ścianą stał Artur, z dumą obserwując moje zadowolenie, a w drzwiach, oparty o futrynę, tkwił Tomasz. Przewróciłam się na plecy i wsunęłam dłoń między uda. Podniecenie, złość i namiętność wybuchły natychmiast. Zaparłam się mocno rozrzuconymi na boki nogami i pozwoliłam sobie na ten taniec bez najmniejszych zahamowań.


Obudziła mnie panująca w domu cisza. Leżałam wpatrzona w sufit i rozmyślałam nad ostatnimi tygodniami. By wywrócić życie do góry nogami, wcale nie potrzeba lat. Jedna zaskakująca wiadomość może stać się impulsem do późniejszych zmian. Niekoniecznie dobrych, nie tylko przemyślanych. Analizowałam minione wydarzenia i co mnie martwiło, nie czułam do siebie niechęci. Wciąż gdzieś głęboko w sercu tlił się bunt i złość przeciwko temu, co mnie spotkało. Tomasz zaś stał się balsamem na moje rozgoryczenie.

Usłyszałam szmer dobiegający z salonu. Podniosłam się z łóżka. Dochodziło południe. Musiałam ugotować obiad i poodkurzać. Przygotowane świeże pranie czekało na wyprasowanie, a kolejna sterta zalegała w łazience w oczekiwaniu na uruchomienie pralki.

– Oskar! – krzyknęłam, a potem gwizdnęłam przeciągle. Natychmiast usłyszałam łoskot psich pazurów uderzających o posadzkę w kuchni.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy ujrzałam Barbarę stojącą przy kuchennym blacie. Dotąd się nie zdarzało, by teściowa przychodziła do naszego domu pod nieobecność Artura. Poinstruowana przez syna, unikała przebywania ze mną sam na sam, za co nie miałam do męża pretensji.

– Basiu, a co ty tu robisz? – Nie kryjąc zaskoczenia, podeszłam do drzwi wychodzących na taras i uchyliłam je, żeby wypuścić psa.

– Dziś rano wdepnęłam w psie odchody. Powinniście po nim sprzątać.

– Sprzątamy. Możliwe, że Artur wychodząc, wypuścił Oskara i nie zdążyliśmy jeszcze sprawdzić ogrodu. A co robisz w mojej kuchni? – Nalałam sobie szklankę wody i z nieskrywaną satysfakcją patrzyłam, jak nasz pies załatwia swoje potrzeby tuż przy ścieżce prowadzącej do domku dla gości.

– Artur zadzwonił do mnie dziś rano, żeby powiedzieć, że jesteś wyczerpana po pracy i żebym przygotowała obiad dla dzieci.

– To wspaniałomyślne, ale poradzę sobie. Dziękuję.

– Może powinnaś zrezygnować z zajęć, na które się zapisałaś? Skoro to koliduje z wypełnianiem obowiązków, które stoją przed każdą matką. – Uniosła na mnie na pozór niewinne spojrzenie. I bez tego doskonale zdawałam sobie sprawę, że pojawienie się w moim domu traktowała jak sposobność do udowodnienia mi, że nie spełniam się w roli matki dla dzieci jej syna i jego żony. Poczułam rozbawienie. Minęło dziewiętnaście lat, a ona wciąż próbowała się mnie pozbyć. Z tą samą niezłomnością, zapałem i niechęcią.

– Doceniam twoją troskę, ale nie skorzystam z sugestii. Bardzo podobają mi się te zajęcia.

– Wracasz do korzeni?

Ta rozmowa zaczynała mnie jednak powoli irytować. Nie zamierzałam dać jej poznać po sobie, że odnosiła sukcesy w podjętej grze, ale nie miałam również najmniejszego zamiaru pozwalać na podobne traktowanie.

– Basiu, moje plany czy też plany mojej rodziny, jeśli pozwolisz, będę omawiała wyłącznie z mężem.

– A wiesz, skoro chłopaki wyjeżdżają na weekend, to ja zaplanowałam, że zabiorę Matiego i Julkę do zoo.

I miarka się przebrała.

– Byłoby jednak dobrze, gdybyś również pamiętała, by nie dysponować dowolnie czasem moim i moich dzieci, Basiu. Na najbliższy weekend mam już plany, w których uczestniczą również moje dzieci. Musisz więc zmienić swoje. A teraz, proszę, zostaw mnie samą.

– A obiad?

– Możesz go zostawić, skoro mój mąż zażyczył sobie twojej pomocy, nie mogę zmieniać jego decyzji. Dziękujemy ci za obiad. I do widzenia.

Podeszłam do drzwi i je otworzyłam. Teściowa jeszcze przez chwilę tkwiła w miejscu za blatem kuchennym, z nienawistnym wzrokiem utkwionym we mnie. Na szczęście ona nie potrafiła ukryć swojego niezadowolenia, a porażkę miała wręcz wymalowaną na twarzy. I to mi wystarczyło. Nie potrzebowałam większych sygnałów odniesionego sukcesu.

Czasami było mi ciężko. Nie należę do ludzi kłótliwych i absolutnie nie cechuje mnie roszczeniowe podejście do życia. Zawsze do wszystkiego dochodziłam sama, bo jedynie świadomość, że muszę zapracować na każdy, nawet najmniejszy sukces dawała mi przekonanie, że jestem panią swojego losu i to ja ponoszę odpowiedzialność za wszystkie podjęte w życiu decyzje. Moja siostra z mamą mieszkały na Pomorzu. Często miewałam chwile zwątpienia. Bałam się, że nie poradzę sobie z wychowaniem trójki dzieci, a nie o wszystkich moich lękach mówiłam mężowi. Zależało mi, żeby widział we mnie wzorową mamę i godną siebie żonę. Uwielbienie, z jakim na mnie patrzył, wystarczyło, żebym na powrót czuła się pewnie. Jednak te stany były krótkotrwałe. I w takich momentach potrzebowałam przy sobie kogoś, kto zastąpiłby mi mamę. Kto z kobiecą drobiazgowością i siłą wsparłby mnie w gorszych chwilach. Na moją teściową jednak liczyć nie mogłam. Dlatego przechodziłam przez trudny czas sama.

Wieczorem przy obiedzie podziękowałam Arturowi za okazaną pomoc i poprosiłam go, żeby nigdy więcej nie mówił swojej matce o moim samopoczuciu, a już na pewno nie prosił jej o udzielenie mi pomocy.

– A co zrobiła? Izi, miałem naprawdę dobre intencje. Ostatnio jakby przestała wywijać. Myślałem, że jej przeszło.

– Nie, nie przeszło. Przyniosła obiad, za co podziękowałam. I zasugerowała mi, że powinnam zrezygnować z tańca. Bo nie radzę sobie z obowiązkami.

– Porozmawiam z nią. Przepraszam.

– Nie ma potrzeby. Sama sobie z nią poradziłam, jednak w przyszłości wolałabym unikać podobnych samobójczych strzałów w naszą bramkę.

– Oczywiście. To jasne. Naprawdę przepraszam. I wcale nie uważam, żebyś była kiepską mamą. Jesteś fenomenalną mamą, a do tego fantastyczną żoną. Mylę się? – dodał nieco głośniej i ujął w dłoń moje palce. Dzieci, które dotąd sprawiały wrażenie niezainteresowanych naszą rozmową, natychmiast się ożywiły.

– Jaką mama jest żoną, wolę nie wiedzieć, jednak co do całej reszty muszę się zgodzić – zauważył Jaś, wpychając sobie w usta mięsny pulpet.

– Dziękuję, synku. – Pochyliłam się w jego stronę i ucałowałam go w policzek.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?