Wiosna zaginionychTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wiosna zaginionych
Wiosna zaginionych
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 71,80  57,44 
Wiosna zaginionych
Wiosna zaginionych
Wiosna zaginionych
Audiobook
Czyta Ewa Kasprzyk
39,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

4

– Będzie pan notował? – zapytała Agnieszka Jankowska, rozglądając się niepewnie.

Ściany w pokoju przesłuchań miały różowy kolor, na stoliku leżał papier i kredki, a na półeczce stały rzędem maskotki: miś, pluszowy piesek i dwie lalki. W tym pomieszczeniu przesłuchiwano dzieci albo straumatyzowane ofiary brutalnych przestępstw, aspirant Szymon Gryga uznał jednak, że wnuczka zamordowanego profesora poczuje się tu swobodniej. Teraz trochę tego żałował, lalki gapiące się na nich wielkimi oczami wyglądały głupio, a dziewczyna była chyba bardziej zdumiona niż uspokojona.

– Później – zapewnił, oddając jej dowód osobisty. – Najpierw proszę mi opowiedzieć własnymi słowami, jak znalazła pani dziadka. Wszystko, co tylko pani pamięta.

– Przecież już mówiłam...

– Wiem. Nie szkodzi. Zawsze mogły się pani przypomnieć nowe szczegóły, prawda? – Nie dodał, że to, co usłyszeli w domu Hermanna, było wyjątkowo chaotyczną opowieścią, przerywaną wybuchami szlochu.

Tym razem Jankowska na szczęście nie płakała, nadal jednak mówiła dość mętnie, plącząc się i poprawiając.

– Pojechaliśmy całą grupą do Poznania. Na Pyrkon, to taki duży konwent fantastyczny. Przyjeżdżają różni ciekawi ludzie, można się przebrać i w ogóle... Mieliśmy wracać w niedzielę, ale kolega namówił mnie, żebyśmy wieczorem jeszcze trochę połazili po mieście i wyjechali dopiero w poniedziałek rano...

Gryga słuchał cierpliwie, rysując na kartce esy-floresy i skupiając się na tym, by omijać wzrokiem dekolt siedzącego naprzeciw świadka. Dziewczyna miała na sobie szorty i bluzkę z długimi rękawami z jakiegoś lejącego się materiału. Aspirant nie znał się na modzie, jednak instynktownie odróżniał ciuchy tanie od drogich. Te, mógłby się założyć, były drogie.

– W poniedziałek pojechałam odwiedzić dziadka i... Weszłam do domu i zobaczyłam... On... Zadzwoniłam na policję, właściwie na numer alarmowy i oni mnie przekierowali do was. Czekałam na górze, a dziadek leżał na dole i wtedy pomyślałam o kamerach. Że ten, kto to zrobił, musiał się nagrać, i nawet chciałam sprawdzić, ale zdążyłam tylko wyłączyć nagrywanie, bo akurat podjechał wasz samochód, a mnie zupełnie wyleciało z głowy... Boże, do tej pory strasznie mi głupio. Przecież mogliście od razu zacząć go szukać. Bo on jest na filmie, prawda? Wiecie już, kto zabił dziadka?

– To trochę bardziej skomplikowane. – Gryga chrząknął, odsuwając kartkę. Jak dotąd nie dowiedział się niczego nowego. – Teraz zrobimy tak: ja będę zadawał pytania, a pani będzie odpowiadała, dobrze?

– Do protokołu? – Jej oczy się rozszerzyły. Protokół to była poważna sprawa.

– Tak. – Uśmiechnął się ciepło, a przynajmniej miał taką nadzieję, po czym odłożył długopis i przysunął klawiaturę bliżej komputera. – Nic trudnego, będzie miała pani czas na zastanowienie się, a po wszystkim dam pani zeznanie do przejrzenia i podpisania. W porządku?

– Tak. – Przełknęła ślinę.

– I proszę się nie przejmować, jeśli będę pytał o coś, co już pani mówiła.

– Jasne.

– Nazywa się pani Agnieszka Jankowska, ma pani dwadzieścia dwa lata i studiuje pani zarządzanie?

– Tak.

– Mieszka pani przy ulicy Katowickiej?

– Tak. Dziadek kupił...

Urwała, lekko zakłopotana. Oczywiście, pomyślał Gryga. Dziadek dał pieniądze na mieszkanie, nowe ciuchy i na ten ładny żółty samochód, którym dziewczyna przyjechała, pewnie też.

– Był dla mnie dobry – szepnęła i zabrzmiało to szczerze.

Aspirant westchnął.

– Jacek Hermann był pani jedynym żyjącym krewnym?

– Tak, znaczy... To jest śmieszna historia. Znaczy nie śmieszna, raczej smutna, jak z książek. Moja babcia spotkała dziadka i urodziła moją mamę jako nieślubne dziecko, bo dziadek nie mógł się z nią ożenić. Dlatego rodzina ją wyklęła. Potem to się powtórzyło: moja mama spotkała mojego tatę i urodziła mnie, a babcia wyrzuciła ją z domu. Na początku, bo później przyjęła ją z powrotem. Moja mama nazywała to klątwą Jankowskich. Dlatego nie mam żadnych krewnych. Taty nie znałam i nie wiem, gdzie jest, a mama i babcia nie żyją.

– A Jacek Hermann?

– Odnalazł mnie po latach. Szukał mojej babci, bo to ją zawsze kochał, nie swoją żonę, a kiedy dowiedział się, że babcia nie żyje, zaczął szukać mamy. Znalazł ją sześć lat temu, ale była już wtedy poważnie chora.

Powinna sprzedać tę opowieść do „Faktu”, pomyślał, oni lubią takie melodramatyczne historie. Wierzył jej jednak, przynajmniej jeśli chodzi o podstawowe informacje, bo te łatwo dało się sprawdzić. Uczucia to co innego. Aspirant szczerze wątpił, czy zmarły profesor faktycznie szukał dawnej kochanki powodowany miłością. Bardziej prawdopodobne było, że na starość zwyczajnie poczuł się samotny.

Zdusił absolutnie niestosowne w tej sytuacji pytanie, czy Agnieszka nie zamierza przypadkiem zostać trzecim pokoleniem w rodzinie Jankowskich, które urodzi nieślubne dziecko, i zamiast tego powiedział:

– Jest w tej sprawie pewien nietypowy szczegół. Widzi pani, kiedy ktoś zostaje ofiarą, sprawdzamy na wszelki wypadek, czy jego nazwisko nie pojawiło się wcześniej w naszych rejestrach...

Gapiła się na niego oczami w kolorze niezapominajek. Było w tym spojrzeniu coś cielęcego, lekko nawet irytującego.

– Sprawdzaliście, czy dziadek... Czy był przestępcą?

– Nie – wyjaśnił cierpliwie. – Jego nazwisko mogło wypłynąć przy innej okazji. Mógł na przykład być potencjalnym świadkiem. W naszej bazie znalazł się dlatego, że w ciągu ostatniego tygodnia na numer policji zadzwoniły dwie anonimowe osoby. Pierwsza rozmowa odbyła się piętnastego maja o dziesiątej trzydzieści dwie. – Gryga sięgnął po notes, choć znał datę i godzinę na pamięć. – Jakaś kobieta poinformowała, że Jacek Hermann wyjechał dwa dni wcześniej, porzucając w ogrodzie psa. Natomiast siedemnastego maja o piętnastej dwadzieścia dwie ktoś zgłosił, że Jacek Hermann kradnie psy na terenie dzielnicy Janów. – Nie dodał, że oba telefony policja zlekceważyła. To nie miało w tej chwili znaczenia. – Czy wie pani coś o którejkolwiek z tych rozmów?

Zamrugała.

– Niektórzy ludzie podejrzewali dziadka o różne rzeczy, ale to nieprawda. On nigdy nie skrzywdziłby żadnego zwierzęcia. A tamten wyjazd... – Zarumieniła się lekko. – Dziadek zostawił Sandorowi wodę i karmę w misce. I zamierzał wrócić wcześniej, tylko stracił rachubę czasu. Zdarzało mu się to czasami. Dopiero w środę rano zorientował się, jaki jest dzień. Chciał wracać, ale pociąg do Katowic miał opóźnienie, dlatego zadzwonił do mnie i poprosił, żebym go zabrała.

– Skąd?

– Z dworca PKP w Częstochowie. Dziadek przyjechał autobusem z Olsztyna, to taka wioska niedaleko. Ma tam domek weekendowy. Miał – poprawiła się nerwowo.

– I nie wie pani, kto dzwonił w jego sprawie na policję?

– Nie mam pojęcia.

– Sprawdzamy to, ale uzyskanie informacji od operatorów trochę potrwa. Dlatego zrobimy tak: puszczę pani te nagrania, pani posłucha i się zastanowi. Dobrze?

– Kiedy ja nie wiem...

– Nieważne, proszę tylko posłuchać. Może któryś z głosów wyda się pani znajomy. Możemy zaczynać?

Skinęła niepewnie głową.

Aspirant wcisnął przycisk „Play” przy pliku dźwiękowym, który czekał otwarty na ekranie, i po chwili pokój wypełnił stłumiony głos – prawdopodobnie męski – jakby ktoś mówił, zasłaniając usta grubym materiałem.

– Mam ważne informacje. Jacek Hermann zamieszkały przy ulicy Zamkowej 92 dręczy zwierzęta. Porywa je, a potem zabija. Niech ktoś się tym zajmie.

Nim oficer dyżurny zdążył o cokolwiek zapytać, rozległ się dźwięk rozłączanej rozmowy.

Gryga spojrzał na Agnieszkę, ale dziewczyna pokręciła głową.

Drugi głos był ewidentnie kobiecy, piskliwy i zdyszany.

– Wyjechoł i pies som sie łostoł. Ni mo wody ani żarcia, ani nic.

– Kto wyjechał? – zapytał oficer dyżurny.

– Hermann, tyn profesor. Przy Zamkowej 92 na Janowie mieszko.

– Od kiedy zwierzę jest pozostawione bez opieki?

– Od niedziele.

– Proszę podać nazwisko.

– Hermann, godałach.

– Pani nazwisko.

Po drugiej stronie linii zapadła cisza.

– Jo ino o psa się martwia. Bo som jak palec jest.

– Wiem, ale potrzebuję pani nazwiska.

W słuchawce jeszcze przez chwilę rozbrzmiewał niespokojny oddech, a potem rozległ się kolejny dźwięk przerwanego połączenia.

Dziewczyna po raz drugi pokręciła głową.

– Nie mam pojęcia, kim jest ta kobieta. Czy to ma coś wspólnego ze śmiercią mojego dziadka?

– Tego właśnie próbujemy się dowiedzieć.

Przytaknęła z ociąganiem, najwyraźniej wciąż nie rozumiejąc, dlaczego policja zajmuje się jakimiś telefonami, skoro mordercę nagrała kamera.

– Wróćmy do naszych pytań – zaproponował. – Kiedy ostatni raz widziała pani dziadka żywego?

– W piątek. Dziadek kupił wtedy kilka kamer, a ja pomogłam je zainstalować.

– Powiedział, po co mu one?

– Mówił, że wokół domu kręcą się jacyś ludzie, i trochę się bał.

– Obawiał się kogoś konkretnego?

– Nie, tak... Ogólnie. Po tych plotkach o zaginionych psach zrobiło się nieprzyjemnie. Dwa razy dziadkowi wybili szyby w oknie, a raz pomalowali mu drzwi sprayem.

– Nie chciał zgłosić tego na policję?

– Nie. Twierdził, że to tylko miejscowe dzieciaki.

– A jednak założył kamery?

– Tak. – Dziewczyna najwyraźniej nie widziała w zachowaniu dziadka sprzeczności.

– W porządku. Rozumiem, że psa wziął ze schroniska z tego samego powodu? Żeby odstraszać kręcących się wokół domu ludzi?

– Tak, ale dziadek nie radził sobie z Sandorem i dlatego musiał go oddać.

 

– Wróćmy do piątku osiemnastego maja. W jakich miejscach zamontowaliście kamery?

– Jedną nad drzwiami wejściowymi, drugą na ścianie z prawej strony i trzecią z lewej.

– Z tyłu nie?

– Nie, bo tam nie ma okien.

– Czyli od piątku w południe aż do godziny drugiej trzydzieści w poniedziałek, kiedy znalazła pani dziadka martwego, kamery nieustannie monitorowały wszystkie potencjalne wejścia, zarówno drzwi, jak i okna?

– Okna na parterze. Tych na piętrze nie, ale gdyby ktoś chciał przez nie wejść, na przykład po drabinie, to kamera na dole i tak by go sfilmowała. Dlatego właśnie... Przecież morderca jest na nagraniu, prawda?

Gryga pominął pytanie milczeniem.

– Dlaczego dziadek wybrał właśnie taki model?

– Nie rozumiem – bąknęła.

– Istnieją różne rodzaje kamer – wyjaśnił. – Najpopularniejsze reagują na ruch i dopiero wtedy się włączają. Dzięki temu nagrywają tylko momenty, kiedy naprawdę coś się dzieje.

– Aha...

Aspirant z lekką irytacją pomyślał, że jak na studentkę Agnieszka wydaje się nieszczególnie bystra i mało zainteresowana czymkolwiek. Zaraz potem jednak się zreflektował, bo czego on właściwie od niej oczekiwał? Dziewczyna właśnie straciła jedyną bliską osobę i w dodatku przeżyła szok, znajdując jej ciało.

Pokręciła głową.

– Nie, dziadek nie wyjaśnił mi, czemu takie kamery, a ja nie pytałam. Może były tańsze?

– Przecież zmarły nie musiał przejmować się pieniędzmi, prawda?

Zaczerwieniła się.

– W zasadzie nie.

Ona wciąż myśli jak ktoś ubogi, uświadomił sobie. Agnieszka Jankowska przez większość życia musiała być przyzwyczajona do wybierania tego, co tańsze, a nie co lepsze. Dopiero dziadek pojawił się niczym dobry duch z bajki i zaczął obsypywać dziewczynę pieniędzmi.

Odsunął na razie tę myśl i zapytał o dalszy ciąg piątkowego spotkania.

– Koło wpół do drugiej zjedliśmy obiad – powiedziała. – Potem pojechałam do Poznania.

– Samochodem?

– Tak. Jechaliśmy w trójkę, ja, Marceli i Linda. Reszta jechała z Ksawerym albo z Agą Olszańską.

– Nazwiska?

– Marceli Fodyga, Linda Kopacz, Ksawery Romaniuk, no i Aga, Agata, znaczy. Było nas ośmioro. Pozostałych też mam wymienić?

– Tak, proszę.

– Staszek Meyer, Lilianna Domaradzka i Aleksander Sasin. – Jak dziecko wyliczała na palcach.

– Dziadek nie wydawał się tamtego dnia zaniepokojony?

– Nie, zachowywał się tak jak zawsze. Powiedziałam mu, że wrócę w niedzielę, ale Marceli... Marceli chciał mi pokazać Poznań, bo nigdy tam wcześniej nie byłam, a w czasie konwentu nawet nie mieliśmy jak się wyrwać... – Usta jej zadrżały, po policzkach spłynęły łzy.

Gryga sięgnął po stojące na stoliczku pudełko chusteczek.

Lubi tego chłopaka, pomyślał. Została dzień dłużej z jego powodu i teraz gryzie ją sumienie.

– Proszę posłuchać – powiedział łagodnie. – Gdyby wróciła pani w niedzielę, tak jak pani planowała, niczego by to nie zmieniło. Dostaliśmy dziś wyniki sekcji. Pani dziadek zmarł w sobotę między godziną szóstą po południu a północą. Rozumie pani?

– Tak – wymamrotała, wycierając oczy.

– Potrzebuje pani chwili dla siebie czy możemy rozmawiać dalej?

– Wszystko w porządku – odparła, odkładając na stolik zwiniętą w kulkę chusteczkę. – Może pan pytać. Chcę to mieć za sobą.

– Z nagrań wynika, że po pani odjeździe dziadek nie wychodził już na zewnątrz.

– Nie. – Pokręciła głową. – To znaczy mówił mi, że raczej zostanie w domu. Był upał i w telewizji ciągle ostrzegali, że starsze osoby powinny uważać na słońce.

– Wie pani, co dziadek robił w tym czasie?

Zmarszczyła brwi.

– To co zawsze...

– Czyli?

– Lubił czytać i oglądać telewizję. Zwłaszcza stare filmy albo programy o przyrodzie. Miał też komputer, ale rzadko z niego korzystał.

To akurat aspirant już wiedział. Technicy sprawdzili zawartość twardego dysku, jednak oprócz nagrań z trzech kamer nie znaleźli nic ciekawego. Jacek Hermann wchodził czasem na serwis pogodowy oraz na strony z przepisami kulinarnymi i to wszystko. Nie miał konta na żadnym portalu społecznościowym, a skrzynkę mejlową założył chyba tylko po to, by od czasu do czasu robić w internecie proste zakupy.

Następne pytanie wymagało pewnej delikatności.

– Czy pani dziadek lubił sobie wypić? – Gryga pochylił się lekko do przodu.

Spodziewał się oburzenia, zamiast tego jednak zobaczył na twarzy dziewczyny zakłopotanie.

– Mówił, że... Kiedyś miał problemy.

– Z alkoholem?

– Tak. Chodził na spotkania AA i w ogóle. Dawno temu, ze trzydzieści lat, może nawet czterdzieści. Sam mi się przyznał.

– A teraz?

Zawahała się.

– Nie, teraz nie pił.

– Jest pani pewna?

– Tak, chociaż... W piątek przyszedł kurier z paczką. Odebrałam ją, bo akurat byłam na zewnątrz, przy kamerach, i ten kurier kazał mi pokazać dowód. Żeby zobaczyć, czy mam skończone osiemnaście lat. Dlatego...

Dlatego doszłaś do wniosku, że dziadek mógł kupić przez internet flaszkę, uzupełnił Gryga w myślach. Na przykład butelkę kurewsko drogiej whisky ze sklepu w Jastrzębiej Górze. W skrzynce mejlowej denata znaleźli potwierdzenie transakcji.

– To teraz ostatnie pytanie i chciałbym, żeby pani dobrze się zastanowiła. Czy ktoś z pani znajomych bywał w domu pani dziadka? Albo czy komuś pani mówiła, gdzie dziadek mieszka?

Przesunęła językiem po wargach, a w jej oczach po raz pierwszy od początku rozmowy pojawił się czujny błysk.

– Nie wydaje mi się.

– Jest pani pewna? Może zaprosiła pani kiedyś do dziadka Marcelego?

– Nie – odpowiedziała trochę zbyt szybko.

Próbowała chronić chłopaka, który jej się podobał?

– Może wspomniałam Ksaweremu...

– Czemu akurat jemu?

Wzruszyła ramionami.

– Tak jakoś wyszło nam w rozmowie.

– Z waszej grupy nikt inny nie wiedział, gdzie dziadek mieszka?

– Nie.

– I Ksawery wrócił z Poznania w niedzielę?

Pokręciła wolno głową.

– Wrócił w sobotę, bo w niedzielę miał jakąś rodzinną imprezę.

– O której wyjechał?

– Chyba koło siódmej, zaraz po spotkaniu z Grahamem Mastertonem.

Z Poznania do Katowic dało się dojechać w nieco ponad cztery godziny. Czyli Ksawery Romaniuk mógł być zabójcą.

Gryga patrzył na dziewczynę, zastanawiając się, czy ona rozumie, że właśnie rzuciła na kolegę cień podejrzenia. Jednak Agnieszka wydawała się zupełnie tego nieświadoma. Sięgnęła z powrotem po chusteczkę i miętosiła ją teraz w palcach, wyraźnie zmęczona. Nie zapytała po raz kolejny, kogo sfilmowała kamera. Może z góry zakładała, że dziadka zabił przypadkowy włamywacz i jego opis nic jej nie powie. A może niewiele ją to w gruncie rzeczy obchodziło. Gryga pomyślał, że dziewczyna dużo w życiu przeszła: dzieciństwo bez ojca, choroba matki, aż wreszcie – gdy zdawało się już, że po latach dostała swoją porcję szczęścia – brutalna, bezsensowna śmierć dziadka.

Wydrukował protokół i dał Jankowskiej do przejrzenia. Podpisała bez słowa, a kiedy wychodziła, lekko zgarbiona, aspirant Gryga po raz pierwszy naprawdę jej współczuł.

*

– Chuja tam dziadek czytał i oglądał telewizję – oznajmił komisarz Chodura. – Stary chlał przez cały piątek i sporą część soboty. Kiedy go zabili, zaczynał akurat trzeźwieć, ale dalej miał we krwi prawie promil.

Aspirant skinął głową. Siedzieli w gabinecie Chodury, komisarz za biurkiem, Gryga na krześle przed komputerem, na którym wyświetlał się zastygły w bezruchu obraz drzwi wejściowych do willi Jacka Hermanna. W ciemnej szybie odbijały się ich twarze, przed Chodurą stał kubek z kawą, a przed aspirantem puszka red bulla. Byli w pracy od dwudziestu godzin, jednak żaden nie chciał jeszcze wracać do domu. Komisarz mieszkał sam, bo jego żona zmarła kilka miesięcy wcześniej, a dzieci dawno wyprowadziły się na swoje. Na Grygę czekała dziewczyna, ale aspirant nie zamierzał się nią przejmować. Od czasu do czasu słyszał pinganie esemesa, w końcu więc sięgnął po komórkę i ją wyciszył.

– Poza tym miał w żołądku jajko i kiełbaski, których nawet nie zaczął trawić – dodał Chodura. – Pewnie akurat zaczynał wychodzić z ciągu, kiedy przyszedł zabójca. Nie miał siły uciekać ani się bronić. Tamten musiał go kompletnie zaskoczyć.

– Albo tamta. – Gryga zgniótł puszkę red bulla i cisnął ją do śmieci.

Komisarz spojrzał zdziwiony.

– Ty tak poważnie?

– Czemu nie? Lekarz napisał wyraźnie, że ciosy były chaotyczne i słabe. Tyle że było ich dużo.

– Dwanaście.

– Taa. Dwanaście ran kłutych: w większości w obrębie klatki piersiowej, choć parę ciosów trafiło też w brzuch albo w przedramię. I dwa w tętnicę szyjną, i to one okazały się śmiertelne. Zabójca był praworęczny, wzrostu mniej więcej metr siedemdziesiąt pięć, do metra osiemdziesięciu. Wysoki, ale nie aż tak, żeby koniecznie musiał to być mężczyzna.

– Statystycznie kobiety rzadko zabijają.

– I statystycznie jest ich coraz więcej – przypomniał aspirant. – Dziewczyny z każdym rokiem są bardziej agresywne, biorą udział w ustawkach i napadają na ludzi w ciemnych zaułkach.

Czekał na seksistowski dowcip o równouprawnieniu, by skwitować go jak zwykle krzywym uśmieszkiem. Chodura zaliczał się do gliniarzy starej daty, a Gryga już nowej. Tak lubił o sobie myśleć. Z komisarzem łączyło go tylko zamiłowanie do pracy, nic więcej.

Nie doczekał się.

– Podejrzewasz wnuczkę? Ona ma alibi, pamiętasz? Trzy dni na imprezie dla poprzebieranych świrów. Można ją sobie obejrzeć na zdjęciach w internecie, jak gania z cyckami na wierzchu w stroju elfki.

Nie elfki, tylko Daenerys Targaryen, poprawił Gryga w myślach. Całkiem udany strój i zdecydowanie nie z cyckami na wierzchu.

– Mogła co prawda umówić się z kimś, że załatwi dziadka, kiedy ona będzie w Poznaniu... – Chodura myślał na głos.

Gryga zawahał się.

– To możliwe. Denat nie miał żadnych innych krewnych. Czy on spisał testament? Jeśli jej matka nie była oficjalnie córką Hermanna...

Komisarz zachichotał.

– Była. Cała ta idiotyczna historia o dziadku odnajdującym po latach umierającą córkę jest mniej więcej prawdziwa. W marcu dwa tysiące dwunastego roku Dorota Jankowska, wtedy już w terminalnym stadium raka, wytoczyła Jackowi Hermannowi proces o ustalenie ojcostwa. Zależało kobiecie, żeby po jej śmierci dziadek przejął opiekę nad szesnastoletnią wnuczką. On generalnie nie miał nic przeciwko, zapłacił nawet za badania DNA, więc wszystko poszło gładko. Czyli Agnieszka może dziedziczyć bez testamentu. Wiesz, ile tego jest?

– Nie. – Grydze powiedział o tym wcześniej jeden z policjantów pracujących przy sprawie, ale komisarz wyraźnie chciał się pochwalić nowymi informacjami.

– Prawie dwa miliony złotych na różnych kontach. Diabli wiedzą, skąd wziął te pieniądze, bo przecież nie z uniwersyteckiej pensji. I dziwne, że z taką kasą nie znalazł sobie czegoś lepszego niż willa na Janowie.

Dziwne, fakt, pomyślał Gryga. Na Janowie mieszkali różni ludzie, od gnieżdżącej się w familokach biedoty aż po dobrze zarabiającą klasę średnią. Z pewnością jednak nikt nie spodziewałby się spotkać tam milionera. Dla tych były inne, znacznie bardziej atrakcyjne miejsca.

– Może lubił skromne życie.

– Na to wygląda. A dla dwóch milionów warto zabić. Albo wynająć kogoś, żeby to zrobił.

Aspirant powoli pokręcił głową.

– Mimo wszystko... Sam nie wiem. Dziewczyna wydawała się naprawdę zrozpaczona.

– I jest ładna, co? Dlatego nie chcesz wierzyć, że to ona.

– Ty też tak naprawdę jej nie podejrzewasz – wytknął Gryga, a komisarz sapnął, po czym przeczesał dłonią przykrywające łysinę cienkie włosy.

– W sumie fakt. Moim zdaniem wnuczka chlapnęła coś któremuś z kolegów. Że dziadek jest bogaty i mieszka sam w willi pod lasem. To wystarczyło.

Aspirant nie dodał, że to on pierwszy wpadł na ten pomysł. Chodura bywał czasem drażliwy.

– A sąsiedzi? – zapytał, choć i w tym przypadku znał odpowiedź. Komisarz wyraźnie miał ochotę jeszcze sobie pogadać. – Widzieli coś?

– Nie bardzo. Najbliżej mieszka para z dziećmi. Wieczorem usypiali maluchy i nie w głowie im było wyglądanie przez okno. Poza tym twierdzą, że stary wolał trzymać się z daleka i z nikim nie nawiązał bliższych stosunków. Z wyjątkiem Gertrudy Jezierskiej, mieszkającej przy Spacerowej. Jest mniej więcej w wieku Hermanna i wygląda na to, że się przyjaźnili. Jezierska chyba nawet miała nadzieję na coś więcej. W każdym razie kobieta potwierdziła słowa Jankowskiej. Hermann wpadł do niej na kawę w środę i przy okazji wyznał, że kiedyś pił, ale teraz jest czysty jak aniołek.

 

– Nie wydaje ci się dziwne, że facet zaraz po takim wyznaniu wrócił do domu i zamówił przez internet whisky?

– Bo ja wiem? Może się wystraszył. Jezierska wyraźnie potraktowała to jako wstęp do bliższej znajomości: wyznaje grzechy, znaczy, ma poważne zamiary, a on niekoniecznie chciał w ostatnich latach życia iść przed ołtarz.

Komisarz zachichotał, choć już bez prawdziwej wesołości. Gryga łatwo mógł zgadnąć, co go gryzie. Chodura też był samotny i niezbyt młody. Myśl o starszej pani, której w brutalny sposób odebrano ostatnią szansę na towarzysza życia, musiała poruszyć w nim jakąś czułą strunę.

– Zresztą – dodał Chodura – stary pił już wcześniej. Kiedy zniknął, też zalał pałę.

– Tego nie wiemy.

– A twoim zdaniem co wtedy robił?

– Nie mam pojęcia. – Aspirant wzruszył ramionami. – Ale przejechałbym się do tego domku w Olsztynie i sprawdził, czy on w ogóle się tam zjawił.

– Wnuczka po niego pojechała.

– Nie, wnuczka odebrała go z dworca w Częstochowie. Do Olsztyna mógł nawet nie zajrzeć.

– Moim zdaniem szukasz dziury w całym.

– Może – przyznał Gryga. – Swoją drogą, czy Hermann kiedykolwiek był żonaty? Babci Jankowskiej podobno powiedział, że nie może się ożenić, bo już ma żonę.

– Według urzędu stanu cywilnego nie. Chyba że wziął ślub za granicą, co też jest możliwe. Albo zwyczajnie ściemniał. – Komisarz ziewnął. – Dobra, pokaż jeszcze raz to nagranie i zbieramy się.

Aspirant wątpił, czy tym razem zauważą coś nowego, posłusznie odpalił jednak filmik, sprawnie przewijając do najbardziej interesujących fragmentów.

– Piątek, godzina trzynasta czterdzieści, Agnieszka Jankowska wychodzi z domu i macha komuś, prawdopodobnie stojącemu w progu dziadkowi. Piętnasta dwadzieścia, do drzwi podchodzi listonosz, dzwoni, ale nikt mu nie otwiera. Hermann albo już wtedy zaczął pić, albo przebywał w głębi domu i nie usłyszał dzwonka. Sobota, jedenasta trzynaście, do ogrodu wbiega dwójka dzieci. Chłopiec podnosi ze ścieżki kamień i rzuca w okno willi. Nie trafia. Kamień odbija się od muru, a dzieci uciekają. To Ignacy i Teresa Nowakowie, rodzeństwo mieszkające przy tej samej ulicy. Mają jedenaście i dwanaście lat.

– Podpuszczały się nawzajem, kto rzuci kamieniem w okno starszego pana, który robił krzywdę psom. Wiem. Dzieciakom przydałoby się złoić skórę.

– I wreszcie sobota, dwudziesta czterdzieści pięć. – Gryga pominął uwagę komisarza milczeniem. – Do willi Hermanna wchodzi ubrana w ciemny dres postać i wychodzi jakieś dziesięć minut później...

*

Szymon Gryga wszedł do pogrążonego w mroku mieszkania, cicho zamknął za sobą drzwi, po czym niemal natychmiast potknął się o coś i przewrócił szafkę na buty.

Zaklął pod nosem, masując obolałe kolano. Odczekał chwilę, ale z sypialni nie dobiegał żaden dźwięk. Marlena zawsze miała twardy sen. Zrezygnował więc z udawania czułego kochanka, zapalił światło, podniósł szafkę i wkopał pod nią pozostawione na środku przedpokoju kapcie. Zdjął buty i w skarpetkach poszedł do salonu z aneksem kuchennym. Panował tu zaskakujący porządek. Blat wytarty, umyte naczynia na suszarce. Nawet dywan wyglądał na niedawno odkurzany. Marlena naprawdę się starała.

Napił się wody z kranu, próbując spłukać smak wszystkich wypitych tego dnia napojów energetycznych, a potem dopiero poszedł do sypialni. Dziewczyna spała, leżąc na kołdrze, w piżamce z włochatym różowym misiem, która bardziej pasowałaby do dwunasto- niż do osiemnastolatki. Na rzęsach i pod oczami miała jeszcze ślady niezmytego tuszu. Płakała, pomyślał, czując przypływ wyrzutów sumienia.

Odgarnął jej włosy z czoła, pragnąc, żeby się obudziła. Zaczęliby się wtedy kłócić – Gryga nie wątpił w to ani przez chwilę – ale potem mogliby pokochać się na zgodę. Marlena jednak spała twardo, wyszedł więc, podniecony i rozczarowany.

Odkąd wprowadził się do własnego mieszkania, była czwartą dziewczyną sypiającą w tym łóżku. Wszystkie miały od siedemnastu do dziewiętnastu lat – już legalne, ale wciąż bardzo młode. Gryga unikał zarówno dziewczyn z patologicznych środowisk, jak i tych zdolnych, ambitnych. Wybierał czwórkowe i trójkowe uczennice szkół średnich, z porządnych rodzin. Dziewczyny, które trochę za bardzo imprezowały i nosiły zbyt ostry makijaż, ale właściwie nic więcej nie można im było zarzucić; większość zresztą szybko wychodziła za mąż i rodziła dzieci. Gryga uważał to za uczciwy układ: im romans z ponad dziesięć lat starszym policjantem dawał przyjemne uczucie dreszczyku, miłą odmianę między drugorzędną szkołą a pracą przy kasie w Biedronce, on odprężał się w świecie ich nastoletnich problemów i zapominał choć na chwilę o pracy.

Marlena nie stanowiła wyjątku: pod wpływem aspiranta marzyła o pracy profilerki, ale Gryga nie miał wątpliwości, że skończy raczej jako fryzjerka, lubiła książki w stylu 50 twarzy Greya, a wieczorami oglądała albo idiotyczne romantyczne komedie, albo jeszcze głupsze horrory o mordercach biegających z siekierami. Była typowa do bólu i właśnie za to ją lubił.

Znalazł w piekarniku lazanię i zjadł ją na zimno przy oknie. Z ósmego piętra rozciągał się widok na połyskujące w ciemności światła Szopienic i niedalekiego Sosnowca. W dzień Gryga mógłby zobaczyć jeszcze dzielący miasta staw Hubertus, pływające po nim łabędzie i gniazdujące w przybrzeżnych trzcinach drobne ptactwo. Czasem myślał, że ten widok to jedna z niewielu zalet jego kawalerskiego mieszkania.

Poszedł pod prysznic, z pewnym smutkiem, ale chyba też ulgą, dochodząc do wniosku, że to już nie potrwa długo. Wkrótce Marlena znudzi się rolą dobrej gospodyni i rzuci go tak, jak rzucały wszystkie poprzednie dziewczyny, kiedy tylko mijał pierwszy okres fascynacji i przekonywały się, że w jego nocnych powrotach do domu nie ma nic atrakcyjnego, a z policyjnej pensji nie da się na dyskotece fundować najdroższych drinków.

Trudno, uznał, wcierając szampon we włosy. Może pora wreszcie dorosnąć. Niedawno skończył trzydzieści lat i jego matka coraz częściej przebąkiwała o wnukach.

Prawdziwa rodzina, prawdziwe większe mieszkanie. Gryga zastanawiał się nad tym czasami, ale ta myśl była równie pociągająca, co przerażająca. Żona, której nie mógłby zbywać głupimi żarcikami, gdy tylko zaczynałaby dopytywać, co tam w pracy. Dzieci, które przytulałby rękami, które wcześniej dotykały zmasakrowanych ciał.

Nie miał pojęcia, jak radził sobie z tym jego ojciec, też gliniarz, ani jak radzą sobie koledzy z pracy. Nigdy nie zapytał i nie sądził, żeby kiedykolwiek zdobył się na taką odwagę. O tym się nie mówiło.

Może zresztą sobie nie radzili i to właśnie była ta skrywana przez wszystkich ostateczna tajemnica.

Zakręcił wodę i sięgnął po pierwszy z brzegu ręcznik. Znowu nie pamiętał, czy jego jest błękitny, czy bordowy. Wszystko jedno zresztą. Dla Marleny takie drobiazgi miały znaczenie, ale ona przecież spała, a do rana ręcznik zdąży wyschnąć.

Prysznic rozbudził go, zrobił więc sobie herbaty i usiadł z laptopem na kolanach. Od dawna kombinował, czy nie dałoby się wstawić do mieszkania biurka, ale fakty były nieubłagane: mieli dla siebie tylko dwa pokoje, jeden niemal całkowicie zajmowało łóżko, a drugi aneks kuchenny, tapczan i stolik. Nic innego już by tu nie weszło.

Z lekkim zdziwieniem zauważył na ścianie przy drzwiach obrazek pyzatego aniołka, którego wcześniej tam nie było. Marlena, pomyślał. Oczywiście. Odkąd wprowadziła się dwa miesiące wcześniej, jego mieszkanie obrastało durnostojkami, zabawnymi kubeczkami, kalendarzami ze zdjęciami słodkich piesków i tabliczkami z napisami. Jedna z nich, ta nad kuchenką gazową, głosiła „Dom bez kota jest tylko zwykłym mieszkaniem”. Marlena nie dyskryminowała żadnych zwierząt i chętnie przygarnęłaby cokolwiek, co miałoby futro.

Postanowił, że wyrzuci całe to badziewie, gdy tylko dziewczyna się wyprowadzi, po czym wrócił do laptopa. Przejrzał pocztę i wiadomości na Facebooku – Krystyna Lesińska przyjęła jego zaproszenie, co zaskoczyło go i jednocześnie trochę rozbawiło. Nie miał wcześniej w znajomych żadnej siedemdziesięciolatki. Zerknął na jej konto, ale tak jak się spodziewał, nie znalazł tam nic szczególnie ciekawego: Lesińska publikowała głównie zdjęcia kwiatków i od czasu do czasu fotki z podróży. Nic o jej rodzinie ani powiązaniach z policją. To akurat Gryga popierał. Sam założył konto na fałszywe nazwisko, a jako miejsce pracy wpisał po prostu „firma”. Poznać go można było tylko po zdjęciu profilowym.