WiaraTekst

Z serii: Ze Strachem
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wiara
Wiara
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 56,80  45,44 
Wiara
Wiara
Wiara
E-book
26,90 
Szczegóły
Wiara
Wiara
Wiara
Audiobook
Czyta Janusz Zadura
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Proboszcz wolno skinął głową. Przez całe życie chował się za zasłonami konformizmu i moralnego relatywizmu. Może pora podjąć wreszcie jakąś mniej bezpieczną decyzję i ponieść jej konsekwencje.

Z jakiegoś powodu pomyślał o krzyżu stojącym w pobliżu nasypu. Nie o dziewczynie, tylko o krzyżu. Latem, kiedy przesłaniały go zarośla, rzadko o nim pamiętał, ale jesienią i zimą krzyż był doskonale widoczny nad pustym polem. Ksiądz Jerzy przypomniał sobie, jak w lutym wracał od Jadwigi Ciołkowej i zobaczył płonące pod krzyżem znicze. Zatrzymał się wtedy, przeżegnał i przez jakiś czas wpatrywał w rozświetlające zimową ciemność ogniki. Było ich pięć, może sześć. Rozmawiał potem z Pawliczkową, ale ona zaprzeczyła, by cokolwiek o krzyżu wiedziała. I choć już wtedy miał wrażenie, że gospodyni kłamie, swoim zwyczajem nie dopytywał ani nie próbował naciskać.

Do diabła z tym, pomyślał zupełnie nie po chrześcijańsku, zrobię to. Nie dlatego, że facet mi groził, ale dlatego, że Bartek ma rację: dziewczyna zasługuje na sprawied­liwość.

niedziela, 13 lipca

Na mszę o jedenastej przyszedł tłum ludzi. Szczęśliwcy zdążyli zająć miejsca w drewnianych ławkach, mniej szczęśliwi podpierali ściany, a spóźnialscy stali na zewnątrz w słońcu. Dzięki dobremu nagłośnieniu nawet ci ostatni słyszeli każde słowo księdza, dlatego kapitan Witczak nie kłopotał się pchaniem do środka. Stanął tuż obok trójpokoleniowej rodziny i zajął się obserwowaniem dwójki najmłodszych dzieci, które upojone wolnością biegały po kościelnym dziedzińcu. W przeciwieństwie do wielu swoich kolegów z pracy, Witczak był szczerze niewierzący, ale – również w przeciwieństwie do nich – nigdy nie udawał, że nie wie, jak zachować się podczas mszy. Żegnał się we właściwych momentach, odmawiał modlitwy, a kiedy padło polecenie: „Przekażcie sobie znak pokoju”, uścisnął dłoń ojca uroczych maluchów. Nie klękał tylko; stojący na zewnątrz na mocy niepisanego, całkiem rozsądnego prawa z klękania byli zwolnieni, choć co bardziej gorliwi w czasie podniesienia usiłowali kucać na jednej nodze tak, żeby nie pobrudzić sobie kolan. Przez większość czasu kapitan błądził myślami gdzieś daleko, jedynie kazania wysłuchał uważnie. Ksiądz proboszcz, co trzeba mu było przyznać, zręcznie unikał wątków politycznych i skupił się na niebezpieczeństwach, jakie czyhają na dzieci w czasie wakacji. Witczak przymknął oczy. Było gorąco, dobrze, że zrezygnował z założenia marynarki. Niektóre kobiety – prawdopodobnie letniczki – ubrały się w przewiewne sukienki i sandały założone na bose stopy, ale większość pociła się w rajstopach, eleganckich spódnicach do kolan i bluzkach z błyszczących sztucznych materiałów. Serce Witczaka zabiło mocniej, gdy przyglądał się stojącej niedaleko dziewczynie. Jakim cudem wcześniej nie wpadł na tak proste rozwiązanie?

Komunia dobiegła końca, dzieci były coraz bardziej marudne, w kościele dało się słyszeć lekkie poruszenie – to ci bardziej niecierpliwi pomału przesuwali się w stronę wyjścia.

W ogłoszeniach parafialnych ksiądz Jerzy przypomniał, czyja teraz kolej na sprzątanie kościoła, i wymienił msze za ostatnio zmarłych parafian. Witczak już zaczynał się niecierpliwić, kiedy proboszcz wreszcie przeszedł do tego, na co kapitan od początku czekał.

– Jak być może część z was wie, w Rokitnicy doszło ostatnio do tragicznego zdarzenia. Młoda dziewczyna została znaleziona martwa na torach kolejowych. Jak dotąd nie udało się ustalić jej tożsamości, dlatego wszystkich, którzy znali ją albo widzieli przed śmiercią, proszę o kontakt z miejscowym posterunkiem. W gablocie przy wyjściu jest zdjęcie. A teraz odmówmy za duszę zmarłej Wieczne odpoczywanie…

Witczak nie słuchał dalej, tylko wycofał się dyskretnie w stronę ulicy, korzystając z tego, że nikt nie zwracał na niego uwagi.

* * *

Spotkali się w barze Pod Sosną przy dużym drewnianym stole, który stał we wnęce oddzielonej od głównej sali zasłonką z koralików. Bar był pusty; ludzie, którzy po mszy chcieli się napić piwa, wchodzili, kupowali spieniony kufel i natychmiast wychodzili na zewnątrz, a jeśli ktoś, skuszony cieniem, zamierzał zostać, barman szybko przekonywał go do zmiany decyzji. W ten sposób Witczak oraz pozostali milicjanci zapewnili sobie minimum dyskrecji. Kapitan nadal nie był przekonany, czy to najlepszy pomysł, jednak alternatywę stanowiła duszna klitka na posterunku, w której z trudem mieściły się trzy osoby, nie mówiąc już o czterech.

Witczak zaczął od krótkiego zreferowania tego, co już wiedzą, a potem zapytał o krzyż.

– Z…zawsze tam stał. – Kapral Synowiec zająknął się tylko raz. – Odkąd pamiętam.

– Stoi tam od jakichś piętnastu, może dwudziestu lat – sprecyzował Waśkowiak, odrywając się na moment od swojego kufla. – Jak byłem dzieciakiem, to jeszcze go nie było.

– Do kogo należała wtedy ta ziemia?

– Chyba do państwa. Tam zawsze był ugór, nic oprócz chwastów nie chciało rosnąć. To ma jakieś znaczenie?

– Nie wiem jeszcze. – Gdyby nie kwiaty na krzyżu, Witczak uznałby, że nie, ale było w tych wieńcach coś, co go niepokoiło. Jeden zwiędły, zawieszony przed morderstwem, i drugi świeży, który ktoś przyniósł już po śmierci dziewczyny. Kapitan nie wierzył w takie zbiegi okoliczności. – Sprawdźcie to – powiedział. – Chcę wiedzieć, kto postawił ten krzyż i dlaczego. I sprawdźcie też tego księdza, Marczewskiego.

– Myśli p…pan, że on mógł mieć coś wspólnego z m…morderstwem? – W głosie kaprala zabrzmiało naiwne zdziwienie. Najwyraźniej Synowiec w głębi duszy pozostał prostym wiejskim chłopakiem, dla którego proboszcz był autorytetem przez duże A.

– Zastanów się. – Kapral był starszy od Hanki o dobrych kilka lat, ale wyglądał tak młodo, że do niego kapitan również postanowił zwracać się per „ty”. Zawsze zresztą wyznawał zasadę, że jak ktoś nie protestuje, to znaczy, że nie ma nic przeciwko. – Ktoś tę dziewczynę namówił, żeby przyszła na takie bezludzie. A księdzu, w dodatku przystojnemu, na pewno by zaufała. Poza tym jest coś jeszcze. – Tu Witczak pochwalił się pomysłem, który wpadł mu do głowy podczas mszy.

– Nasza ofiara wybierała się do kościoła? – Waśkowiak zmarszczył brwi. – To ma sens. Łebski z pana facet, no, no… Kto by się spodziewał.

– Może się wybierała. – Witczak pominął milczeniem tę idiotyczną uwagę. Nim tu przyszli, Waśkowiak musiał już wypić piwo, albo i dwa. – A może nie. Ale to by przynajmniej wyjaśniało, dlaczego ubrała się tak elegancko i założyła rajstopy. Na wsiach wciąż panuje przekonanie, że do kościoła nie wypada iść z gołymi nogami.

– Czyli to jednak była dziewczyna ze wsi? Myślałem, że przyjechała z miasta.

– Może pochodziła z miasta, ale znała wiejskie zwyczaje. Albo to miastowa, ale z tych, co się jeszcze przejmują, co wypada, a co nie. Dziewictwo może świadczyć o tym, że była bardziej religijna niż większość kobiet w jej wieku.

– Albo o t…tym, że nikt jej nie chciał. – Synowiec wyszczerzył zęby, ale próba żartu wypadła wyjątkowo żałośnie. Pod karcącym wzrokiem Hanki chłopak zakłopotał się i zaraz zanurkował spojrzeniem w głąb kufla.

– Jeśli ubrała się na mszę – kontynuował kapitan, nie zwracając na nich uwagi – to musiała być na tej o siódmej trzydzieści, albo wybierała się na tę o jedenastej. W wakacje w tygodniu mają tu tylko jedną mszę dziennie, ale w niedzielę są trzy: rano, o jedenastej i wieczorem. Sprawdziłem. Jasiek, znajdź ludzi, którzy biegają o świcie do kościoła, to pewnie będą jakieś miejscowe staruszki. Może któraś ją widziała. I zapytaj też wikarego, bo pewnie on odprawiał mszę, skoro proboszcz był u chorej. Starszy sierżant może porozmawiać z ludźmi, którzy mieszkają wzdłuż drogi od kościoła aż do miejsca, gdzie dziewczyna została zabita. Jeśli tamtędy przechodziła, ktoś mógł ją zauważyć.

– N…nadal nie wiemy, d…dlaczego znalazła się na torach – zwrócił mu uwagę Synowiec.

– Hanka? Jakiś pomysł?

Dziewczyna zaczerwieniła się jak zwykle.

– Jeśli była religijna, to pewnie zawsze w niedzielę starała się być na mszy. Teraz wiedziała, że nie zdoła iść do kościoła w swojej parafii, więc na wszelki wypadek ubrała się tak, żeby mogła pójść tutaj. Albo nawet msza była w jakiś sposób związana z jej przyjazdem, wiecie, przyjechała w jakiejś ważnej sprawie i chciała się pomodlić za jej powodzenie.

Witczaka coś tknęło. Przypomniał sobie księdza czytającego monotonnym głosem ogłoszenia duszpasterskie.

– Jasiek, sprawdź też, w jakich intencjach były odprawiane msze w zeszłą niedzielę. – Spojrzał na zegarek. – Muszę się zbierać, Chojniak pewnie już czeka. Proponuję podział taki, że ja i koleżanka go przesłuchamy, a panowie dopijecie piwo i pójdziecie pogadać z ludźmi, którzy mogli widzieć naszą ofiarę.

* * *

Franciszek Chojniak istotnie czekał już przed posterunkiem. Przyszedł w tych samych brudnych spodniach i koszuli, w których Witczak widział go ostatnio, założył tylko inne buty. Albo z natury był abnegatem, albo zamierzał w ten sposób zademonstrować swoje lekceważenie władzy.

– Zapraszam do środka. – Kapitan otworzył drzwi zapasowym kluczem, który dał mu Waśkowiak.

W środku panowała nieznośna duchota. Słońce świeciło prosto w dawno niemyte szyby, w powietrzu unosiła się woń kurzu, starych papierów i pleśni, która, jak podejrzewał kapitan, rosła w stojącym na parapecie kubku. Hanka rzuciła się do okna, ale Witczak powstrzymał ją gestem – gdyby je otworzyła, pół ulicy mogłoby słyszeć szczegóły przesłuchania.

Starsza szeregowa usiadła przy stole i przysunęła do siebie rozklekotaną maszynę do pisania. Kapitan zajął miejsce po drugiej stronie i wskazał Chojniakowi ostatnie wolne krzesło. Pomieszczenie naprawdę było maleńkie, Witczak bezustannie uderzał o coś łokciami.

 

– Proszę podać imię i nazwisko.

– Franciszek Chojniak. Byłem już przesłuchiwany…

– Teraz będzie pan jeszcze raz. Adres?

– Rokitnica 112B.

– Z kim pan mieszka?

– Z żoną Ewą. Jest sparaliżowana od pasa w dół po wypadku, dzieci nie mamy. Sam zajmuję się gospodarstwem.

Witczak raz jeszcze przyjrzał się przesłuchiwanemu. Mimo zaniedbanego wyglądu facet był naprawdę atrakcyjny. Niejedna kobieta poleciałaby na jego intensywnie zielone oczy, kontrastujące z opaloną skórą i ciemnymi włosami. Nawet nieogolone policzki i semicki nos, tak nielubiany w Polsce, w jakiś przedziwny sposób dodawały mu uroku. Czy nikt z miejscowych gliniarzy tego nie widział? Przystojny mężczyzna mieszkający ze sparaliżowaną żoną, a obok domu trup młodej dziewczyny. Dlaczego nikomu nie złożyło się to w całość?

– Proszę powiedzieć, co pan robił szóstego lipca rano.

– To, co zawsze. Nakarmiłem zwierzęta, wydoiłem krowę i wyprowadziłem ją na pastwisko. Potem rąbałem drewno na opał.

– W niedzielę?

– W niedzielę, tak. Jestem sam, nie stać mnie na robienie sobie wolnego.

– Gdzie pan rąbał to drewno?

– Z tyłu domu, przy drewutni. Nie mogłem widzieć stamtąd ścieżki, jeśli chce pan o to zapytać. Mówiłem już milicji.

– Proszę odpowiadać na pytania, a nie spekulować. O której skończył pan rąbać drewno?

– Po ósmej, nie pamiętam dokładnie.

– Co dalej?

– Poszedłem do domu przygotować śniadanie dla żony. Ewa wstaje zazwyczaj o wpół do dziewiątej i staram się, żeby wtedy było już gotowe. Potem siedzieliśmy trochę przed telewizorem, ale w niedzielę rano i tak nie ma nic ciekawego, więc szybko nam się znudziło. Koło dziesiątej poszedłem do sklepu po kartofle na obiad, bo zabrakło.

– Było otwarte?

– Kościelakowa mieszka nad sklepem, jak się zadzwoni, to otwiera.

Kapitan z roztargnieniem skinął głową. Dziesiąta już go nie interesowała, dziewczyna zginęła wcześniej. Zerknął do zeznań Ewy Chojniak, którą tydzień temu przesłuchiwał Synowiec. Jak na razie wszystko się zgadzało.

– Gdzie się pan urodził?

– Tutaj, w Rokitnicy.

– I tutaj kończył pan szkołę?

– Podstawówkę tak. Potem poszedłem do technikum w Żywcu.

A więc Chojniak miał średnie wykształcenie. To by tłumaczyło, czemu nie mówił jak typowy chłop.

– Nie kusiło pana, żeby zostać w mieście?

– Nie. Lubię wieś.

– Gospodarstwo należy do pana?

– Do żony. W domu, gdzie się urodziłem, teraz mieszka siostra z mężem.

– Ewa jest z Brzozówki – wyjaśniła Hanka, unosząc głowę znad maszyny. – Jak zaczęli budować elektrownię, to wszystkich stamtąd przesiedlili i dali im nowe domy.

– Jak często bywa pan w mieście? – Witczak zignorował uwagę dziewczyny.

– Zależy w jakim, w Warszawie to na przykład tylko raz byłem, na wycieczce z klasą. – W głosie Chojniaka zabrzmiała lekka ironia. – W Żywcu bywam tak co dwa–trzy tygodnie, jak trzeba kupić coś, czego u nas nie ma.

– Spotyka się pan tam z kimś?

– Tak, z ludźmi, od których te rzeczy kupuję.

Hanka pochyliła głowę, tłumiąc śmiech. Witczak zmrużył oczy.

– Radzę panu nie odpowiadać takim tonem – powiedział ostrzegawczo.

– Przepraszam. Nie, nie spotykam się z nikim. Naj­częściej kupuję, co trzeba, i wracam. Czasem tylko wpadam na piwo do knajpy niedaleko dworca. Zmarłej dziewczyny nie znałem ani nie widziałem jej w zeszłą niedzielę. Jeśli przechodziła obok mojego domu, to musiało być wtedy, kiedy byłem z tyłu. Albo kiedy siedziałem z żoną przy telewizorze.

Oczywiście mógł kłamać. Witczak stworzył już sobie w głowie cały scenariusz: uwiązany do sparaliżowanej żony Chojniak poznaje młodą, ładną dziewczynę. Mają romans – no, powiedzmy, że prawie romans. Ona jest przyzwoita i mówi, że do łóżka tylko po ślubie, on obiecuje, że się rozwiedzie. Zwleka z tym jednak, bo całe jego gospodarstwo należy przecież do żony. Dziewczyna jest coraz bardziej zła i w pewnym momencie wpada z niespodziewaną wizytą, żeby wyjaśnić to i owo. On widzi ją na ścieżce, podchodzi. Kłócą się, może dziewczyna zaczyna uciekać w stronę nasypu, a facet dopada ją tam i zabija.

Kapitan nie był zbyt zadowolony z tej teorii. Gdyby ofiara uciekała, zostałaby zaatakowana od tyłu, nie od przodu. Powiedzmy, że odwróciła się w stronę napastnika… Nie, to też bez sensu, wtedy próbowałaby się bronić albo przynajmniej osłonić klatkę piersiową. Na dłoniach dziewczyny nie było tych charakterystycznych nacięć, które powstają, gdy człowiek próbuje odepchnąć od siebie ostrze.

Nie wspominając już o tym, że romans z Chojniakiem w żaden sposób nie wyjaśniał kwiatów na tym cholernym krzyżu.

Mniejsza z tym, pomyślał. Teoria nie była zbyt dobra, ale nie była też zła. Wystarczyłaby, żeby zamknąć Chojniaka na jakiś czas i wykazać się przed górą sukcesem. Zawsze to coś, nawet gdyby musieli potem faceta zwolnić. Byłoby z tym co prawda nieco zachodu, bo najbliższy areszt znajdował się w Żywcu, ale dałoby się zrobić.

Witczak przymknął na chwilę oczy. Umilkło stukanie maszyny do pisania, teraz w ciszy słychać było jedynie bzyczenie otumanionej upałem muchy, która obijała się o szybę. Kapitan wzdrygnął się, kiedy strużka potu, łaskocząc, spłynęła mu między łopatkami.

Kiedy uniósł powieki, Hanka już czekała, gotowa w każdej chwili opuścić palce na klawisze maszyny. Chojniak też czekał, spokojny i cierpliwy – jednak wcześniej, przez ułamek sekundy, Witczak widział w jego oczach lęk. I nie sądził, żeby było to złudzenie.

– Co pan wie o krzyżu? – zapytał.

– O krzyżu? Tym, który stoi przy nasypie?

– Dokładnie tym.

– Nic nie wiem.

– Nie wie pan, kto go postawił?

– Nie. Kiedy wprowadzałem się do Ewy, już tam stał.

– A kwiaty? Kto wiesza na nim kwiaty?

Chojniak wzruszył ramionami.

– Pracuję cały dzień. Nie mam czasu, żeby czaić się po krzakach i obserwować jakieś krzyże.

Witczak patrzył na niego, długo, wyczekująco, wzrokiem, który zazwyczaj sprawiał, że przesłuchiwani zaczynali się pocić. Chojniak drgnął, ale nie zmienił wyrazu twarzy.

– Zacznijmy od początku – powiedział wreszcie kapitan. – Proszę opisać wszystkie czynności, jakie wykonał pan od obudzenia się aż do dziewiątej dnia szóstego lipca. Po kolei.

* * *

Przesłuchanie ciągnęło się przez cztery godziny i pod koniec kapitan Witczak był pewien, że dzisiejszej nocy będą mu się śniły te wszystkie karmione świnie i wyprowadzane w pole krowy. Chojniak powtórzył swoją historię kilkakrotnie i ani razu się nie pomylił. A jednak im dłużej trwało przepytywanie, tym bardziej Witczak dochodził do wniosku, że facet coś ukrywa.

Mimo to puścił go do domu zamiast zatrzymać w areszcie. Chyba na starość robił się miękki.

Wykorzystał chwilę wolnego, żeby przejść się po centrum wsi. Oprócz kościoła i baru, w którym niedawno siedzieli, były tu kawiarnia, poczta, dwa sklepy spożywcze i budka z pamiątkami, która przeżywała właśnie najazd małych kolonistów. Witczak odczekał chwilę, skinął głową wychodzącej za dziećmi wychowawczyni i wszedł do środka. Można tu było kupić widokówki, a także trochę turystycznego badziewia: plastikowe spinki do włosów, korale, kubki i pseudoludowe figurki. Kapitan wziął do ręki malutki drewniany domek z dwoma otworami: w jednym stał mężczyzna, w drugim kobieta. Oboje mieli na sobie regionalne góralskie stroje.

– To barometr – wyjaśniła sprzedawczyni. – Pokazuje, jaka będzie pogoda. Na słońce wychodzi chłop, a na deszcz baba.

– Czemu tak, a nie odwrotnie?

– Nie mam pojęcia. – Wzruszyła ramionami.

– To naprawdę działa?

Kobieta otworzyła usta, jakby chciała powtórzyć: „Nie mam pojęcia”, ale powiedziała bez przekonania:

– Taa, jasne, że działa.

Podziękował, odłożył domek na półkę i wyszedł. Do domu wczasowego dotarł akurat na Teleexpress. Program ten, choć nadawany dopiero od miesiąca, miał już w osobie Witczaka wiernego fana.

Kapitan zamówił mocną kawę, a potem usiadł w barze przed telewizorem. Niedaleko rozparł się na krześle jeden z brodatych hippisów. Pił piwo i od czasu do czasu łypał na milicjanta spod skołtunionej grzywki. W programie jak zwykle wspomniano o Rokitnicy – w krótkiej migawce pojawił się obraz zablokowanej drogi, a Wojciech Mazurkiewicz poinformował widzów: „Trwają protesty przeciwko budowie elektrowni atomowej w Brzozówce koło Rokitnicy. Pod petycją zebrano już dziesięć tysięcy podpisów”.

Hippis rzucił Witczakowi triumfujące spojrzenie i wrócił do swojego piwa. Kapitan dokończył kawę. Gdy wypił ostatni łyk, do baru zajrzał Synowiec, przejęty jeszcze bardziej niż zwykle.

– M…mamy świadka – wyjąkał, nie zwracając uwagi na obecność dwóch obcych osób. – Z…zgłosił się facet, który przywiózł t…tę dziewczynę.

Część II: Dziewczyna z daleka

– Proszę podać swoje dane osobowe.

– To znaczy imię i nazwisko?

– Tak, to znaczy imię i nazwisko – wyjaśniła cierpliwie Hanka.

Siedzący po drugiej stronie stołu chłopak wytrzeszczał na nią oczy w kolorze zszarzałego brązu. Był niski, chudy i długowłosy, a kiedy mówił, grdyka podskakiwała mu jak uwiązana na sznurku zabawka dla kota.

– A także zawód i adres – dodał Witczak.

Czwartą osobą w ciasnym pokoiku był milczący Synowiec, który uparł się, żeby wziąć udział w przesłuchaniu, i stał teraz obok zapełnionej aktami szafy, rozpłaszczony na ścianie, starając się nie zabierać pozostałym resztek miejsca i tlenu. Witczak powinien był go wyrzucić, ale zlitował się: ostatecznie kiedy kapral miał się czegoś nauczyć, jak nie teraz?

– Rafał Sałata, studiuję astronomię w Krakowie – powiedział chłopak. – Mieszkam w akademiku. To znaczy, w czasie roku akademickiego, bo tak w ogóle zameldowany jestem u rodziców w Pszczynie. A teraz nad rzeką obozujemy, w trzy namioty. Nie robimy nic złego – zapewnił pośpiesznie. – Tylko ognisko czasem sobie rozpalimy i na gitarze pogramy. To nie jest zabronione, prawda?

– Nie jest. – Kapitan darował sobie uwagi o bezpieczeństwie pożarowym, sprzątaniu śmieci i zakłócaniu ciszy nocnej. Chłopak i tak był dostatecznie zdenerwowany. Zresztą gdyby te dzieciaki robiły coś złego, milicja już by o tym słyszała.

– Od kiedy obozujecie nad rzeką?

– Na dwa tygodnie przyjechaliśmy, od dwudziestego ósmego czerwca do trzynastego lipca. Znaczy, do dzisiaj. Już powoli zaczynaliśmy się zbierać, kiedy Magda, to jest moja narzeczona, z kościoła wróciła i powiedziała, że ksiądz o jakiejś dziewczynie mówił. Że jest niezidentyfikowana czy coś, i że jak ktoś ją widział, ma się zgłosić na posterunek. Magda pomyślała, że to może być ta, co ją podwoziłem w zeszłą niedzielę, więc poszedłem do kościoła, żeby obejrzeć zdjęcie. No i faktycznie, ta sama dziewczyna. – W głosie Rafała zabrzmiało zdumienie, jakby wciąż nie mógł uwierzyć, że coś takiego przydarzyło się właśnie jemu.

– Niech pan opowie, co wydarzyło się w zeszłą niedzielę – polecił Witczak.

– Tak własnymi słowami? – Rafał zmarszczył brwi.

– Własnymi słowami. – Kapitan wiedział, że na przyciśnięcie świadka i zadawanie szczegółowych pytań przyjdzie czas później.

– Aha. – Chłopak wyglądał na zdezorientowanego i może nawet rozczarowanego, jakby spodziewał się, że będzie brał udział w przesłuchaniu jak z filmów: błyskające po oczach światło i groźny głos zadający z mroku pytania. – No więc to było tak… Jak mówiłem, przyjechaliśmy na dwa tygodnie, ale jedna z nas, Kaśka Krępińska, była tylko na tydzień i w niedzielę, to znaczy właśnie szóstego, musiała wracać do Krakowa, bo z rodzicami na wczasy jechała. Pociąg z Żywca miała wcześnie rano, przed ósmą, dlatego powiedziałem, że samochodem ją zawiozę. No i jak już Kaśkę odprowadziłem na peron, to wracałem do auta i zobaczyłem tę dziewczynę…

– Tę? – Witczak podsunął mu odbitkę zdjęcia. – Potrzebujemy oficjalnego potwierdzenia.

– Tak, to ona. – Rafał wziął fotografię, przysunął ją do oczu i przyjrzał się uważnie, podczas gdy na jego twarzy groza mieszała się z fascynacją. – Rany, na tym zdjęciu jest całkiem martwa, nie?

– Niech pan mówi dalej. – Witczak wyjął mu z rąk sztywny kartonik. – Gdzie pan zobaczył tę dziewczynę?

 

– Przed dworcem. Kręciła się tam i jak tylko zobaczyła, że wsiadam do samochodu, to przybiegła i zapytała, czy nie jadę przypadkiem w stronę Rokitnicy. Powiedziałem, że tak i że chętnie ją podrzucę. Mówiła, że autobus jej uciekł.

– Miała coś przy sobie?

– W jakim sensie?

– Torbę, plecak, walizkę…

Chłopak zawahał się.

– Nie, chyba nie.

– Chyba?

– Na pewno nie.

– A torebkę?

– Nie wiem. Miała. Nie, nie miała.

Witczak przymknął oczy.

– To w końcu jak? – zapytał po chwili.

– Nie pamiętam – przyznał z ociąganiem Rafał.

– A co pan pamięta?

– No… pogadaliśmy sobie trochę. Niedużo, bo wie pan, Marta to chyba z tych milkliwych była, a ja też nie bardzo się odzywałem. Pokłóciłem się trochę z narzeczoną, ona bywa zazdrosna, wie pan, jak to jest, i miała mi za złe, że zgodziłem się odwieźć Kaśkę…

– Marta? – Kapitan nie był zainteresowany życiem uczuciowym studenta.

– No, Marta. Tak się przedstawiła.

– A nazwisko?

– Nie wiem. Nie powiedziała, znaczy.

Witczak westchnął. Za czasów jego młodości dwudziestoparolatkowie przedstawiali się pełnymi imionami oraz nazwiskami i nie przechodzili od razu na „ty”. Wyrzucił z głowy myśli o współczesnej młodzieży i o tym, że kiedyś było lepiej – to i tak do niczego by w tej chwili nie doprowadziło.

Marta. A więc anonimowa dziewczyna zyskała przynajmniej imię. Dobre i to.

– Powiedziała coś jeszcze o sobie? Gdzie pracuje, gdzie mieszka? Po co przyjechała do Rokitnicy?

– Pracowała w aptece, chyba gdzieś nad morzem.

– Skąd pan wie, że nad morzem?

– Mówiła, że jest zmęczona, bo całą noc pociągiem jechała. To znaczy, że znad morza, nie? – Rafał najwyraźniej był dumny ze swoich zdolności dedukcji. – Poza tym spytałem ją, po co tu przyjechała do Rokitnicy, ale…

– Ale?

– To był akurat ten moment, kiedy nie bardzo słuchałem. O Magdzie myślałem, wie pan, czy już jej przeszło, czy może jeszcze się będzie złościć, jak wrócę. No i nie bardzo chciałem, żeby mnie zobaczyła z inną dziewczyną, bo znowu byłaby zazdrosna, dlatego zapytałem Martę, gdzie ją wysadzić, a ona mi pokazała taką drogę skręcającą w las. Zatrzymałem się, wysiadła i tyle.

– Jak to pokazała panu drogę?

– Zwyczajnie… – Chłopak niespokojnie kręcił się na krześ­le, które nawet za czasów swojej świetności, czyli jakieś dwadzieścia lat temu, z pewnością nie było zbyt wygodne.

Po twarzy studenta spływały grube krople potu, w maleńkim pokoiku wciąż panował zaduch, choć dochodziła szósta i na zewnątrz temperatura już spadła. W dodatku na posterunku coś zaczynało śmierdzieć. Hanka dyskretnie pociągnęła nosem, identyfikując lekki na razie odór rozkładającego się w upale mięsa. Mysz, pomyślała z rezygnacją. Musiała zdechnąć gdzieś pod szafką. Trzeba będzie odsunąć meble i ją znaleźć, bo inaczej nie damy rady tu wytrzymać. Spojrzała na mężczyzn, ale ci zdawali się niczego nie zauważać albo przynajmniej niczego po sobie nie pokazywali – choć Jasiek chyba trochę pobladł, jakby zaczynało zbierać mu się na mdłości.

– Zanim pan tę drogę zobaczył czy później? – zapytał Witczak.

– Pan pyta, czy ona wiedziała, że ta droga tam jest, czy po prostu kazała mi zatrzymać się gdziekolwiek? – Rafał Sałata naprawdę potrafił myśleć.

– Tak, o to pytam.

– W sumie nie wiem. Chyba wcześniej. Tak mi się wydaje.

I naprawdę miał fatalną pamięć.

– O której to było?

– Kaśkę odwiozłem na pociąg o siódmej pięćdziesiąt, potem od razu zabrałem Martę… Do Rokitnicy z Żywca jedzie się jakieś dwadzieścia minut.

– Czyli dziewczyna wysiadła z pana samochodu mniej więcej dziesięć po ósmej.

– Tak. Dziesięć, piętnaście po.

– W porządku, może pan iść. Chyba że ktoś jeszcze ma jakieś pytania? – Spojrzał na Hankę i Synowca.

Kapral potrząsnął nerwowo głową, za to starsza szeregowa postanowiła się odezwać.

– Jaka ona była? Gdyby pan miał ją scharakteryzować kilkoma słowami?

Witczak skrzywił się lekko – nie lubił taniego psychologizowania. Ale odpowiedzi i tak był ciekaw.

– No… – Rafał zakłopotał się jeszcze bardziej. – Zwyczajna. Cicha trochę, jak mówiłem.

– Nieśmiała? – podchwycił Synowiec, który najwyraźniej chciał jednak czymś się wykazać.

– Nie, raczej nie. Tylko taka bardziej zamknięta w sobie. I zdeterminowana.

Witczak zdecydowanie nie takiego określenia się spodziewał.

– W jakim sensie zdeterminowana?

Student zmarszczył brwi.

– Jakby cały czas o czymś myślała, szykowała się na coś. Jak żołnierz przed bitwą. Ja miałem swoje problemy, a ona swoje i dlatego nam się rozmowa nie kleiła. I raz powiedziała coś takiego…

– Tak?

– Nie wiem, czy dobrze pamiętam, bo nie słuchałem wtedy za bardzo, wie pan, moja dziewczyna i w ogóle. Ale ona, znaczy Marta, powiedziała coś jakby: „Musimy go powstrzymać”. Myśli pan, że chodziło jej o mordercę?

* * *

– Może zmyślił całe to zdanie – zasugerował Witczak, kiedy siedzieli na tarasie Stokrotki. Słońce już zaszło, powietrze było teraz chłodne i ostre, pachnące wieczorną wilgocią. W trawie odezwały się świerszcze, lada moment na ciemniejącym z każdą chwilą, czystym niebie miały pokazać się gwiazdy. Synowiec zniknął jakiś czas temu, a Waśkowiak nie pokazał się od popołudnia, lecz Hanka twardo tkwiła przy boku Witczaka. Zerkała co prawda dyskretnie na zegarek, ale mężczyzna nie zamierzał niczego jej ułatwiać – jeśli chciała wracać do ciotki, czy gdzie tam mieszkała, powinna powiedzieć to na głos, była w końcu dorosła.

– Czemu miałby kłamać? – Hanka dmuchnęła w herbatę, którą zamówiła, choć chyba nie miała na nią ochoty. Potem chwyciła szklankę i natychmiast cofnęła palce – szkło wciąż było gorące.

Witczak sięgnął po swoją colę.

– Nie musiał kłamać, wystarczyło, że przekręcił coś zwyczajnego, co ta dziewczyna powiedziała. Głupio mu było pod koniec, że okazał się nieprzydatny, i chciał pokazać, że jednak zapamiętał jakąś ważną informację.

– Tak pan sądzi?

– Ja nic nie sądzę. Rozważam jedynie możliwości.

– A jeśli Marta rzeczywiście przyjechała tu, żeby kogoś powstrzymać? Wtedy musielibyśmy założyć, że szła spotkać się z mordercą, prawda?

– I dała mu się tak po prostu zarżnąć?

Hanka lekko, prawie niedostrzegalnie wzruszyła ramionami. Cały czas wracali do tego samego problemu.

– Jeszcze jedno przyszło mi do głowy… – zaczęła.

– Co? – Witczak był już w połowie coli, podczas gdy Hanka wciąż jeszcze nie tknęła herbaty.

– Może morderca zwabił ją na tory, bo liczył na to, że pociąg przejedzie zwłoki i uznamy to za wypadek? Ostatecznie gdyby nie ksiądz, z ciała niewiele by zostało.

Skinął głową, zły, że sam nie wpadł na takie wyjaśnienie.

– Oczywiście podczas dokładnej sekcji i tak pewnie wyszłoby na jaw, że dziewczyna zmarła od noża. Ale on mógł o tym nie wiedzieć albo po prostu liczył, że nikt się jakoś szczególnie nie będzie przyglądał, że wszyscy uznają, że to samobójczyni, która położyła się na torach i czekała. Co pan o tym myśli? Ma to sens?

– Ma. – Witczak miał sporo wad, ale był uczciwy. Albo przynajmniej starał się być.

– Nie jest pan przekonany?

– Wciąż mamy mnóstwo niewiadomych – zwrócił jej uwagę. – Tak czy inaczej, facet cholernie ryzykował, zabijając ją w takim miejscu.

– Prawda. – Hanka napiła się wreszcie herbaty. – Szkoda, że Jasiek niczego się nie dowiedział o tych intencjach mszalnych. Chociaż teraz, jak wiemy, że dziewczyna poszła prosto na tory, to i tak nie ma znaczenia. Bo musiała pójść od razu na spotkanie z mordercą, prawda?

Witczak nie odpowiedział. Dopił tylko colę i zapalił papierosa, licząc, że dym odstraszy komary. Nad nimi brzęczała mleczna lampa w drucianym kloszu – kapitan słyszał miękkie pacnięcia uderzających o rozgrzane szkło ciem. Ostry, gryzący zapach klubowych mieszał się ze słodką wonią koniczyny i świeżo ściętej trawy.