ŁaskaTekst

Z serii: Ze Strachem
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Łaska
Łaska
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 56,80  45,44 
Łaska
Łaska
Łaska
Audiobook
Czyta Grzegorz Przybył
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Szedł bezmyślnie przed siebie, aż dotarł na kwadratowy rynek. Dawniej otaczały go śliczne osiemnastowieczne kamieniczki – Wojtek widział je na starych widokówkach – ale wojnę przetrwała tylko jedna, w której teraz znajdowała się siedziba PKO. Na miejscu pozostałych wybudowano dwa brudnożółte pawilony handlowe, jeden z odzieżą, drugi spożywczy. Pośrodku sterczało to, co zostało z ratusza trafionego w 1945 roku pociskiem z katiuszy – wysoka na dwa i pół piętra ruina strasząca pozabijanymi oknami i drzwiami. Od czasu do czasu władze Mgielnicy przebąkiwały o odbudowie, ale tak się złożyło, że przez czterdzieści lat niczego w tej sprawie nie zrobiono. Pod ratuszem kuliła się kawiarnia Kolorowa, przysadzista buda, którą otwierano tylko latem. W ciepłe dni pod pasiastymi parasolami stały tu stoliki, ludzie pili piwo i żartowali, podczas gdy ich dzieci goniły się wokół pomnika Wdzięczności Armii Radzieckiej. Teraz parasole były złożone, a zwalone na stos i zabezpieczone solidnym łańcuchem stoliki pokrywała warstwa zmarzniętego śniegu.

Usiadł na ławce i wyciągnął z kieszeni kurtki paczkę klubowych. Ojciec już dwa razy przyłapał go na paleniu i zlał pasem, ale osiągnął jedynie tyle, że chłopak stał się ostrożniejszy. Wojtek zaciągnął się, patrząc na spacerujące po rynku wrony, które zostawiały w białym puchu szlak trójkątnych łapek. Może narysuje je, kiedy wróci do domu.

Najpierw jednak musiał pomyśleć. Zamknął oczy i przywołał w pamięci trzy twarze. Nigdy nie miał z tym trudności, wspomnienie przyjaciół towarzyszyło mu od lat w każdej chwili życia. Nawet w tych najgorszych. Zwłaszcza w tych najgorszych. Kiedy chłopaki z klasy zwabili go za szkołę, a potem natarli śniegiem z resztkami wmarzniętego psiego gówna albo na WF­-ie, gdy Karolina namówiła go, żeby zdjął majtki, a on posłuchał, przekonany, że robi coś naprawdę fajnego, i dopiero po długiej upokarzającej chwili zrozumiał, że wszyscy śmieją się nie z nim, ale z niego. Kiedy zamykali go w ubikacji, a potem uciekali ze śmiechem, gdy wyrzucali mu w błoto wszystkie rzeczy z tornistra, kiedy dziewczyny mówiły, żeby nie podchodził bliżej, bo śmierdzi, a chłopcy popychali go, kopali i na niego pluli. We wszystkich tych chwilach Wojtek pamiętał, że miał kiedyś prawdziwych przyjaciół. I znowu będzie miał, jeśli tylko ich odnajdzie. Liczył, że pomoże mu pani Maria, dlatego narysował ten obrazek. Dawniej miał zwyczaj szkicować w czasie lekcji, ale oduczył się tego, gdy jeden z nauczycieli zabrał mu zeszyt, po czym pokazał całej klasie i wszyscy oczywiście znowu się z niego śmiali. Teraz jednak nie potrafił się powstrzymać. „Na pewno coś pamiętasz”, powiedziała pani Maria i właśnie o to chodziło – o pamięć. Wojtek niedawno przypomniał sobie coś bardzo ważnego. Pani Maria powinna zrozumieć. Dlaczego nie rozumiała? Nie zastanawiał się nad tym zbyt długo – jego życie pełne było mniejszych i większych rozczarowań.

Trudno, poradzi sobie sam. Pawła widział ostatnio parę razy przy starym browarze, jak szedł z mamą i małym kundlem na smyczy, i choć dawny kolega był sporo starszy, Wojtek bez trudu go poznał. Zawołał za nim kiedyś, jednak Paweł chyba nie usłyszał, bo nawet się nie odwrócił, a Wojtek nie miał odwagi podejść, gdy chłopak był w towarzystwie matki. Ale dzisiaj nie będzie się bał, bo przecież nie przychodził z pustymi rękami, tylko z ostrzeżeniem, że Kartoflany Człowiek znowu się pojawił, trzeba więc uważać. To jego prezent na przywitanie po tych wszystkich latach. Razem znajdą pozostałych, a wtedy znów będą drużyną. Wojtek uratuje ich, żeby oni mogli uratować jego.

Rzucił niedopałek w śnieg i przydusił butem. Potem wstał i ruszył w kierunku browaru. Nie przyszło mu do głowy nic lepszego, jak tylko czekać, aż dawny kolega się pojawi. Jasne, gdyby był bystrzejszy, pewnie wymyśliłby coś sensowniejszego, ale nie potrafił. Mógł za to zdobyć się na cierpliwość i miał czas. To nic, że matka będzie narzekać, kiedy wróci po zmroku, a ojciec znowu sięgnie po pas. Odzyskanie przyjaciół było tego warte.

4 Gdy Wojtek nie zjawił się na obiad, Ilona Kapuściak jeszcze nie zaczęła się martwić. Chłopak często znikał – włóczył się wtedy po mieście albo przesiadywał w parku i zapominał o bożym świecie. Zaniosła więc zupę siedzącemu przed telewizorem mężowi, który zapowiedział, że kiedy smarkacz wróci, przez tydzień nie będzie mógł na tyłku usiąść, po czym zajęła się uspokajaniem dziesięcioletnich bliźniaków. Tłumaczenie Jackowi, że nie powinien szarpać brata ani wyzywać go od debili, a Kubie, żeby przestał się mazać i był mężczyzną, zajęło jej dobry kwadrans, potem wpadła córka z małą – dziewczynka właśnie ząbkowała i Agata czasem podrzucała ją babci.

Dopiero gdy zegar w kuchni wybił piątą, Ilona policzyła uderzenia i poczuła pierwsze poważne ukłucie niepokoju. Wepchnęła marudną wnuczkę w ramiona córki, zarzuciła na fartuch płaszcz i wyszła w kapciach, bez szalika i czapki.

Zapadał zimowy zmierzch, niebo lśniło intensywnym błękitem akwarelowej farbki, na zachodzie czerwona łuna podświetlała wieżę kościoła Świętego Michała. Warstwa białego puchu na chodniku i gałęziach kasztanów sprawiała, że świat wyglądał jak obsypany cukrem pudrem, świeży i czysty jak z obrazka. Z jakiegoś powodu przyszło jej do głowy, że Wojtek chciałby ten widok namalować, i z jakiegoś – że być może już nie będzie miał okazji. Zaraz wyrzuciła tę straszną, najstraszniejszą myśl z głowy, zatarła nawet wspomnienie o niej, jakby szorowała brudną podłogę. Nie było jej, nigdy nie istniała. Z ust kobiety unosiły się obłoczki pary, gdy nie zważając na to, że mokną jej rajstopy, szła wzdłuż ulicy i wypatrywała syna.

– Męża szukamy, kierowniczko? – zapytał jeden z pijaczków stojących pod sklepem spożywczym.

– Syna, widział go pan?

– Starszego? Niii, pewnie cygarety w krzakach kurzy. Właśnie, kierowniczko, papieroskiem by pani nie poczęstowała?

– Nie mam przy sobie.

Stała przez chwilę na skrzyżowaniu, patrząc w ulicę Komuny Paryskiej, którą Wojtek powinien przyjść ze szkoły, jakby naprawdę miała nadzieję go tu zobaczyć, maszerującego beztrosko z tornistrem na plecach. Jednak lekcje skończyły się dawno temu i chłopak prawdopodobnie był teraz zupełnie gdzie indziej – może rzeczywiście palił z kolegami papierosy albo znowu sterczał pod Peweksem, gapiąc się na dżinsy i klocki Lego.

Jak wróci, ode mnie też dostanie, pomyślała Ilona Kapuściak, próbując wzbudzić w sobie gniew, jednak zamiast niego czuła tylko coraz większy niepokój.

5 Uszy nylonowej siatki coraz bardziej wrzynały się przez cienką rękawiczkę w dłoń. Krystyna Sałajczyk przystanęła i przełożyła ciężar do lewej ręki. Niosła do domu bombonierkę z Goplany, którą dostała od klientki wdzięcznej za popchnięcie urzędowej sprawy, a także parę kilo wołowej łopatki. Nie z mięsnego oczywiście, tylko załatwionej od kuzynki ze wsi.

Westchnęła, patrząc, jak jej oddech unosi się w mrok, rozświetlony jedynie mętnym blaskiem brudnej latarni. W bramie najbliższej kamienicy ktoś się kulił; może złodziej, może jeden z tych narkomanów, o których czytała w gazetach, a może zwyczajnie jakiś biedny marznący człowiek. Z któregoś mieszkania dobiegał dźwięk rozpoczynającego się Dziennika Telewizyjnego, ale poza tym ulica była cicha i pusta. Krystyna trochę żałowała, że zamiast wracać z pracy od razu do domu, poszła jeszcze do fryzjera, a potem na kawę. Zanim się obejrzała, zrobiło się naprawdę późno. Jednak odkąd zmarł jej mąż, nie bardzo lubiła siedzieć sama w pustym mieszkaniu.

Przystanęła, by złapać oddech. Dotarła już do parku i teraz kusiła ją ścieżka skręcająca w mrok, między ośnieżone drzewa. Zazwyczaj unikała tego skrótu – tyle się przecież słyszało o napadach na samotne starsze kobiety – jednak siatka ciążyła coraz bardziej i Krystyna wiedziała, że jeśli pójdzie okrężną drogą, to spóźni się nie tylko na Dziennik, ale i na wieczorny seans. A dziś był czwartek, w telewizji puszczali Kobrę. Uwielbiała te przedstawienia, wolała je od seriali kryminalnych, które czasem okazywały się zbyt brutalne dla kogoś, kto tak jak ona wystarczająco napatrzył się na śmierć w czasie wojny.

Zebrała się na odwagę i skręciła do parku, jednocześnie przyśpieszając kroku. Śnieg skrzypiał pod jej butami, księżyc w pełni dawał wystarczająco dużo światła, by widziała drogę. Po prawej mijała wzgórze, na którym stał pałac dawnych właścicieli tych ziem, zrujnowany po tym, jak w 1946 roku podpaliła go opuszczająca Polskę Armia Radziecka. W dzień czasem buszowała tam miejscowa dzieciarnia, a wieczorami pijaczki urządzały libacje. Ale chyba nie teraz, kiedy jest tak zimno? Nie, dzisiaj powinna być bezpieczna. W myślach dzieliła mięso – tyle a tyle dla Stasia, nieco mniej dla Bogusi, reszta dla Mariana. Rodzinę miała dużą: dwóch synów, córka i siedmioro, jak na razie, wnucząt. Bombonierka oczywiście będzie dla dzieci, choć Krystyna sama nabrała na nią ochoty. Czasem nachodziły ją niechrześcijańskie marzenia, z których potem się spowiadała: „Ojcze, wyobrażam sobie, że siedzę przed telewizorem i zjadam całą bombonierkę czekoladka po czekoladce, aż w pudełku nic nie zostaje”. Największy grzech, jaki potrafiła sobie przypomnieć.

Do wyjścia z parku zostało kilkadziesiąt kroków, już widziała między drzewami światła bloku, w którym mieszkała. Przystanęła raz jeszcze, położyła siatkę na śniegu i poruszyła zdrętwiałą dłonią. Od wysiłku cała się spociła, ale wiedziała, że jeśli rozepnie płaszcz, przewieje ją, a wtedy przeziębienie murowane. W mroźnym powietrzu rozlegał się cichy jednostajny dźwięk, który odlegle kojarzył się z latem, z praniem schnącym na podwórku. Nic niepokojącego, jednak Krystyna rozejrzała się odruchowo. Czy jej się zdawało, czy pod jednym z drzew…? Zmarszczyła brwi. Ciemny kształt pomiędzy gałęziami klonu do złudzenia przypominał człowieka, ale było w nim coś nierealnego, jakby niezgodnego z prawami fizyki. Może to tylko szarpane wiatrem konary ułożyły się tak nietypowo? Jednak im dłużej patrzyła, tym więcej szczegółów dostrzegała: przechyloną głowę, ręce bezwładnie zwisające wzdłuż tułowia, stopy unoszące się dobre dwadzieścia centymetrów nad ziemią. Człowiek wydawał się szybować w powietrzu, jednak Krystyna ani przez chwilę nie miała wątpliwości, na co patrzy.

 

Sznur wisielca poskrzypywał cicho, gdy złapała siatkę i pognała w stronę oświetlonej ulicy, jakby goniło ją stado diabłów.

6 Była dziewiąta wieczorem, kiedy zadzwonił telefon. Porucznik Adam Bogusz odłożył wypożyczone z biblioteki Sto lat samotności i odebrał.

– Mamy trupa – poinformował lakonicznie major Łaszkiewicz. – Jakiś dzieciak powiesił się w parku.

– Podejrzewacie, że to nie samobójstwo?

– Nie, ale i tak trzeba sprawdzić.

– Czy dziś dyżuru nie ma Staszek?

– Owszem, ale córka mu się czymś struła i musiał ją zawieźć na ostry dyżur. Zostałeś ty.

W domyśle: samotny i z tego powodu zawsze do dyspozycji.

– Pośpiesz się, takie sprawy są paskudne – dodał Łaszkiewicz.

To z kolei znaczyło, że na Adama spadnie obowiązek poinformowania rodziny o śmierci dziecka. Major w ramach radzenia sobie z „paskudnością” sprawy prawdopodobnie zaparzy kolejną herbatę, doleje do niej kroplę albo dwie z trzymanej w biurku butelki, a potem do późnej nocy będzie siedział w swoim gabinecie, udając zapracowanego.

„Takim to dobrze”, pomyślał Bogusz, ale nie było w tym stwierdzeniu prawdziwej zazdrości. Adam miał dwadzieścia sześć lat, rok wcześniej został przeniesiony z Wrocławia. Odkąd pamiętał, zawsze chciał pracować w wydziale zabójstw, marzyło mu się ściganie zbrodniarzy i wykrywanie skomplikowanych zbrodni jak w serialu 07 zgłoś się, choć miał na tyle rozumu, żeby nie wspomnieć o tej inspiracji podczas zdawania egzaminu do szkoły milicyjnej.

Wyjął garnitur z szafy, w której wszystkie koszule, spodnie i marynarki wisiały równo jak od linijki, przeczesał włosy w malutkiej, ale idealnie czystej łazience. Koledzy czasem śmiali się z jego zamiłowania do porządku. Nie obchodziło go to; wiedział, że wart jest więcej niż wszyscy ci prowincjonalni gliniarze razem wzięci. Potrzebował tylko okazji, żeby się wykazać.

Zamykając drzwi służbowej kawalerki, pomyślał, że samo­bójcza śmierć dziecka raczej nie stanie się taką okazją. Cóż, nie był naiwny, miał przecież świadomość, na co się pisze. Jak dotąd wszystkie sprawy, nad którymi pracował, okazywały się żałośnie nieciekawe. Zabójstwa podczas alkoholowych burd, pobicia ze skutkiem śmiertelnym czy tragicznie zakończona kłótnia przy podziale nielegalnie upolowanego jelenia – to był mniej więcej standard tego, z czym musiał się zmagać. Najciekawiej zapowiadała się sprawa szewca, który pewnego wieczoru przyszedł do domu tak pijany, że bez protestów zjadł na kolację bigos wymieszany z trutką na szczury w proporcji jeden do jednego. Jednak wezwana na komendę żona przyznała się, zanim Bogusz zdążył wpisać do protokołu jej nazwisko, po czym wybuchnęła płaczem. Wciąż ją pamiętał, chowającą twarz za kwiecistą spódnicą, którą podciągnęła tak wysoko, że widać było sprane majtki pomiędzy pulchnymi udami. Nie dawało jej się uciszyć, pomogło dopiero wezwanie lekarza ze środkiem uspokajającym. Kiedy ją wyprowadzano, była cała zasmarkana, a Bogusz czuł coś pośredniego pomiędzy rozczarowaniem a niesmakiem.

Gdy parkował swojego malucha, z daleka widział błyskające w mroku światła karetki, która jakimś cudem zdołała przejechać po wąskiej alejce. Zbiegowiska na szczęście nie było, choć pomiędzy drzewami kręciło się paru gapiów z pobliskich bloków, bez większego przekonania odganianych przez sierżanta Krupę. Ciało leżało na noszach do połowy wsuniętych do karetki, obok lekarz z pogotowia palił papierosa i przytupywał dla rozgrzewki.

Bogusz spojrzał w siną, spuchniętą twarz trzynasto­–czternastoletniego chłopca. Na jego szyi wciąż tkwił zawiązany sznur, wyglądający teraz jak upiorny krawat.

– Mogę go zabrać? – Lekarz rzucił w śnieg niedopałek papierosa.

– Odciął go pan? – zapytał porucznik.

– Pewnie.

– Nie wolno – pouczył Bogusz. – Dopóki nie ustalimy przyczyny śmierci, to jest potencjalne miejsce zbrodni, rozumie pan? Nie można niczego ruszać.

– Panie, jakiej zbrodni? Toż on sam ten sznur przez gałąź przerzucił. A ja chciałem dzieciaka ratować, była szansa, że jeszcze dycha. To moja praca.

Bogusz zacisnął szczęki i w myślach policzył do pięciu.

– W takim razie niech pan przynajmniej pokaże, gdzie wisiał.

Lekarz podszedł do jednego z drzew, a porucznik omiótł je światłem latarki. Zwisający z gałęzi kawałek sznura kołysał się w podmuchach wiatru, na korze tuż nad ziemią widać było ślady błota. Chłopak rozmyślił się w ostatniej chwili i próbował znaleźć punkt oparcia, a może to wcale nie było samobójstwo? Bogusz poczuł dreszcz podniecenia, ale wrażenie szybko minęło. Rozsądek podpowiadał, że nastolatek to najprawdopodobniej ofiara szkolnych problemów albo nieodwzajemnionej miłości. Dzieci w tym wieku łatwo decydują się na radykalne rozwiązania.

Dalej światło latarki wyłowiło porzucony między drzewami tornister.

– Może pan jechać. – Porucznik machnął na lekarza, po czym zajrzał do teczki.

Znalazł parę zeszytów z oślimi uszami, najwyraźniej nieczęsto używane podręczniki do matematyki, polskiego i biologii, zatłuszczony papierek po drugim śniadaniu i dwie gumy balonowe. Z kieszeni wyjął szkolną legitymację, z której spoglądało zdjęcie krótko ostrzyżonego chłopaka z ponurą miną. Bogusz w świetle latarki odczytał adres i wezwał Krupę.

– Kto go znalazł? – zapytał.

– Kobieta, która szła skrótem przez park. Spisałem dane i odesłałem ją do domu. Mieszka niedaleko.

Krupa stał cierpliwie, czekając na dalsze polecenia. Cerę miał szarą, oczy zapadnięte, kurtka mundurowa wisiała na nim jak na strachu na wróble. Ostatnio nie tylko mocno schudł, ale też jakby postarzał się o dziesięć lat. Bogusz podejrzewał jakąś chorobę albo problemy rodzinne, jednak nie zamierzał pytać. Wystarczało mu, że sierżant nadal wykonuje swoje obowiązki.

– Pojadę zawiadomić rodziców chłopaka, a ty dopilnuj tu wszystkiego.

7 Przy Rzemieślniczej stały cztery identyczne przedwojenne kamienice. Na czterech podwórkach cztery ozdobione śnieżną czapą trzepaki, obok piaskownica i huśtawka poskrzypująca cicho w podmuchach wiatru. Bogusz odnalazł właściwy blok. W śmietniku buszował bezpański pies, z jednego z mieszkań dobiegały odgłosy małżeńskiej kłótni, gdzieś zbyt głośno grał telewizor. Pod numerem 5 paliło się światło, a pani Kapuściak otworzyła, gdy tylko zadzwonił, jakby czekała przy drzwiach. Drobna, zaniedbana kobieta w spłowiałym fartuchu wyglądała na starszą, niż można by się spodziewać po matce czternastolatka.

Na widok obcego mężczyzny jej oczy rozszerzyły się w nagłym zrozumieniu. Bogusz widywał już takie reakcje – kobiety zawsze miały lepszą intuicję niż mężczyźni, zwłaszcza gdy chodziło o dzieci.

– Wojtek? – zapytała bez tchu.

Zatoczyła się na ścianę, kiedy jej powiedział. Porucznik przez chwilę bał się, że kobieta zemdleje, ale na szczęście pojawił się mąż, który złapał ją za ramię, odprowadził do pokoju i posadził na kanapie. Bogusz wszedł za nimi. Płacz Ilony Kapuściak przypominał skowyt rannego zwierzęcia, pomiędzy spazmatycznymi szlochami ledwie dało się odróżnić słowa.

– Skąd pan wie, że to Wojtek? – rzucił mężczyzna agresywnie, jednocześnie groźnym spojrzeniem odganiając bliźnięta, które zaciekawione zajrzały przez uchylone drzwi.

Kobieta uczepiła się nadziei.

– Może to inny chłopak? Mój nigdy by tego nie zrobił! Wojtka trzeba szukać, pan jest z milicji, niech pan go znajdzie!

Porucznik wyjął z kieszeni szkolną legitymację i podał jej bez słowa. Krzyknęła, aż w drugim pokoju obudziło się i rozpłakało niemowlę. Po chwili w progu pojawiła się rozespana dziewczyna z dzieckiem na rękach.

– Czy Wojtek miał jakieś problemy? – zapytał Bogusz. – W szkole? W domu?

– Problemy? – Józef Kapuściak wyglądał tak, jakby słowa z trudem do niego docierały. – Mówi pan, że niby to przez nas się zabił?

– Niczego takiego nie powiedziałem.

– Chcę zobaczyć mojego synka – oznajmiła matka tonem, który zapowiadał, że lada moment znów zacznie krzyczeć.

Kapuściak poczerwieniał. Porucznik patrzył, jak wściek­łość przebija się przez warstwę oszołomienia, jak mężczyzna chwyta się jej, żeby uciec przed rozpaczą. Wreszcie ojciec chłopca wstał. Musiał ważyć dobre sto kilo, z czego większość stanowił tłuszcz, ale było też sporo mięśni.

– Wynoś się pan – powiedział, mrużąc oczy. – Wynoś się pan, zanim stracę cierpliwość.

– Może pan ponieść konsekwencje takiego zwracania się do przedstawiciela władzy – ostrzegł chłodno Bogusz.

Dotąd milcząca młoda kobieta łagodnie dotknęła jego ramienia. Dziecko na jej rękach już się uspokoiło i patrzyło teraz z zainteresowaniem w ciemnych oczach.

– Lepiej będzie, jeśli pan już pójdzie – powiedziała. – Zajmę się mamą i tatą.

Porucznik wstał z ociąganiem. Dziewczyna odprowadziła go do drzwi.

– Czy mama… Czy będziemy mogli go zobaczyć? – zapytała.

– Najpierw lekarz musi ustalić przyczynę śmierci. Upewnić się, czy to było samobójstwo.

Potrząsnęła głową.

– Nie mogę w to uwierzyć. Wojtek miał problemy w szkole, pewnie, ale wcale nie większe niż zazwyczaj. Poza tym ostatnio…

– Tak? – Spojrzał na nią.

Z głębi mieszkania wciąż dochodził płacz, z pomieszczenia, które chyba było kuchnią, wyjrzał zaciekawiony chłopiec, a potem drugi, identyczny.

Ściszyła głos do szeptu.

– Ostatnio jakby się bał, ale jednocześnie wydawał się podniecony, rozumie pan? Prawie szczęśliwy. Szczerze mówiąc, dawno nie widziałam go takiego.

– Pytała pani, o co chodzi?

– Nie, zresztą i tak by mi nie powiedział. Wojtek był trochę… powolny. Niezbyt bystry, dlatego dzieci w szkole się z niego śmiały.

Wystraszony i jednocześnie szczęśliwy? Porucznik zastanawiał się nad tym, zmierzając w stronę malucha. Co mogło wywołać taką reakcję u „powolnego” czternastolatka? Czy Wojtek wpakował się w kłopoty i nie zauważył, kiedy sytuacja go przerosła?

8 Maria wiedziała, że stało się coś złego, od razu gdy tylko w piątek rano weszła do pokoju nauczycielskiego. Jadzia Siwczyk była wyraźnie zszokowana, Ewa Baran i Ala Danielewska, dwie najmłodsze nauczycielki, szeptały w kącie jak para uczennic, Karol nerwowo palił papierosa, a Stasia bez większego powodzenia usiłowała sprawiać wrażenie stosownie smutnej. Właśnie ona poinformowała Marię, że Wojtek nie żyje.

– Rysiek poszedł już powiadomić jego klasę – dodała. – Dyrektorka powiedziała, żeby puścić ich do domu, i tak nic dzisiaj nie będzie z nauki. Poza tym za chwilę przyjedzie tu człowiek z milicji. Chcą wiedzieć, czy Wojtek miał problemy w szkole.

– Niech się przyzna ten, który ostatnio postawił mu dwóję – rzucił Karol.

Jadzia skrzywiła się z niesmakiem, pozostali zignorowali żart.

Maria stała i słuchała. Renia Banaśkiewicz wspomniała coś o kłopotach, jakie będą mieli, jeśli okaże się, że Wojtek rzeczywiście powiesił się z powodu złych stopni. Karol uspokajał, że w takich przypadkach trudno dojść przyczyny, która skłoniła ucznia do samobójstwa, zazwyczaj powodów jest więcej, nie tylko szkoła, a poza tym, na litość boską, nikt tego chłopaka nie dręczył. Oceny miał adekwatne do umiejętności, trudno przecież, żeby na wszelki wypadek rozczulać się nad każdym leniem i nieudacznikiem.

– Mario, dobrze się czujesz? – spytała nagle Ala, rudawa blondyneczka z zadartym nosem i fryzurą na pazia.

– Tak – odparła Maria, po czym odwróciła się i wyszła z pokoju.

W łazience ochlapała policzki, a potem zamknęła się w kabinie i usiadła na sedesie. Dygotała, jakby zaraz miała się rozpaść. Co się z nią działo? „Wojtek nie żyje”, powtarzała, ale to nie miało sensu, poszczególne słowa wydawały się wyblakłe, wyprane ze znaczenia. Nie żyje, nie żyje. Rozmawiał z nią, chciał prosić o pomoc, a potem się zabił. Myśli się rwały i wciąż wracały do tego samego.

Nie żyje, nie żyje.

„Mojawinamojawinamojawina”.

– Jesteś tam?

Pukanie do drzwi i zaniepokojony głos Ali otrzeźwiły ją na tyle, że zdołała odpowiedzieć:

– Tak.

– Dobrze się czujesz?

– Tak, już wychodzę.

 

Udawać – w tym była dobra. Że nie wstaje każdego ranka z wrażeniem, jakby przytłaczał ją ciężar nie do zniesienia, że w jej pamięci nie ma dziur… Rozklejała się, gdy była sama, w obecności ludzi potrafiła pozbierać się na tyle, by przynajmniej sprawiać wrażenie normalnej. Zazwyczaj potrafiła.

– Strasznie jesteś blada. – Alicja dotknęła jej policzka. – Podobno łapie cię grypa?

– Tak.

– Słuchaj, jeśli chcesz iść do domu, to idź, jakoś cię wytłumaczę. Powiem, że zaczęłaś rzygać, albo coś w tym rodzaju. Dzisiaj i tak wszystkie lekcje będą na pół gwizdka.

– Zrobisz to?

Rozsądek podpowiadał, że pomysł nie jest najlepszy: jeśli teraz ucieknie, wszyscy zaczną się zastanawiać dlaczego. Ale przecież wbrew temu, co szeptało jej sumienie, nie była niczemu winna. Nawet nie wpisała Wojtkowi tej cholernej dwói z kartkówki!

– Jasne.

Ostatecznie jednak pokusa znalezienia się w domu, z dala od obserwujących ludzi, okazała się nie do odparcia.

– Dzięki.

Ala objęła ją. Była młodsza i niższa o głowę, a mimo to w tym geście było coś matczynego. Jej włosy pachniały dziecięcym szamponem. Nieprzyzwyczajona do takich poufałości ze strony niemal obcej osoby Maria zesztywniała.

– Idź.

Czekając na autobus, starała się uporządkować myśli. Wojtek chciał ją o coś prosić, to prawda, jednak nie potrafił wydusić z siebie słowa, a ona przecież zadeklarowała, że pomoże mu, jeśli tylko będzie mogła.

„Tak, ale jakim tonem to powiedziałaś?”, podsunął złośliwy głosik w jej głowie. Takie dzieci jak Wojtek potrzebowały czasu, żeby się otworzyć. Trzeba było postępować z nimi cierpliwie i łagodnie, broń Boże nie poganiać. Maria doskonale o tym wiedziała, a mimo to jej: „Pomogę, ale najpierw muszę wiedzieć, co się dzieje”, zabrzmiało, jakby w istocie mówiła: „Mów, o co chodzi, bo nie mam czasu”.

Jęknęła, kuląc się na siedzeniu rozklekotanego ikarusa. Z drugiej strony, kto powiedział, że Wojtek chciał prosić o coś ważnego? Maria nie należała do jego ulubionych nauczycielek – o ile w ogóle kogoś takiego miał – czemu więc miałby wybrać na powiernika akurat ją? Może chciał poprosić o coś zwyczajnego, na przykład żeby nie wpisywała mu złej oceny?

Tylko że to nie tłumaczyło tego dziwacznego rysunku… Dlaczego czternastolatek, zapytany, kto jest głównym bohaterem Syzyfowych prac, rysował czwórkę dzieci w lesie? „Bo Żeromski nic go nie obchodził”, odpowiedziała sama sobie. Wojtek prawdopodobnie nawet nie wiedział, kto to jest. Obchodziły go te dzieci. Jego przyjaciele: Paweł, Jasna i ten trzeci, jak on się nazywał? Maria nie potrafiła sobie przypomnieć. Wojtek mógł ich narysować odruchowo, nudząc się w czasie lekcji; uczniowie często bazgrali po zeszytach czy kartkach. Ale chłopak nigdy wcześniej tego nie robił, może więc chodziło o coś innego?

„Pani wie”, powiedział.

Co takiego wiedziała Maria?

Dotarła do domu, otworzyła furtkę. Czarny kocur patrzył na nią z nadzieją spod oszronionej śliwy.

– Nie teraz – mruknęła.

W przedpokoju zdjęła płaszcz i buty. Powinna wykorzystać niespodziewanie wolne popołudnie, zrobić tyle rzeczy… Najpierw jednak musiała trochę odpocząć.

Usiadła na tapczanie i przymknęła oczy. Pytania wciąż wirowały jej w głowie, a jednocześnie ogarnęła ją nieodparta senność. Najchętniej przespałaby całe to zamieszanie, całe poczucie winy, i obudziła się, gdy będzie po wszystkim.

Jeśli teraz się położy, ryzykuje, że wstanie kilka godzin później zupełnie rozbita, a w nocy nie zmruży oka. Trudno, pomyślała, wsuwając się pod zimny koc. Dom jeszcze nigdy nie wydawał jej się równie pusty i nieprzyjazny. Zamknęła oczy, ale wciąż go widziała, napierającą na nią posępną obecność starych murów, tak ciężkich, że z trudem mogła oddychać.

9 Adam Bogusz znalazł na biurku raport przygotowany przez sierżanta Krupę i przeczytał go, popijając mocną, słodką arabicę. Porucznik nie miał pojęcia, jak niedawno zatrudniona sekretarka sprawdza się przy odbieraniu telefonów, ale wiedział już, że dziewczyna parzy świetną kawę.

Ojciec Wojtka pracował w fabryce konserw. Zaczynał jako robotnik przy taśmie, a po paru latach – kiedy dał się przekonać i zapisał do partii – awansował na kierownika zmiany, matka zajmowała się domem. Starsza siostra przerwała naukę w technikum, żeby wyjść za mąż i urodzić dziecko, dwójka młodszych braci, bliźniaków, chodziła do tej samej podstawówki co samobójca; siostra zresztą też ją skończyła parę lat wcześniej.

Józef Kapuściak najwyraźniej lubił trzymać synów i córkę krótko, bo, jak wyznał przyciśnięty wuefista, cała czwórka od czasu do czasu zjawiała się w szkole z nader wymownymi siniakami. Poza tym jednak wydawał się przyzwoitym człowiekiem: nie pił, nie awanturował się, pieniądze przynosił do domu. Żadna intelektualna elita, po prostu porządna robotnicza rodzina, jakich wiele w okolicy, niezbyt bogata, ale też nie biedna. Nikt nie miał zatargów z prawem, młodsi synowie w przeciwieństwie do starszego uczyli się nieźle i była szansa, że dobrną nawet do matury.

Bogusz zapalił papierosa. Kapuściakowie wydawali się całkowicie przeciętni – żadnych mrocznych tajemnic, nic, co by ich wyróżniało. W takich rodzinach oczywiście też zdarzały się tragedie. Może jedna dwója więcej i strach przed ojcowskim pasem przelały czarę goryczy, może Wojtka wyśmiała ładna dziewczyna… Nic niezwykłego.

Sięgnął po zdjęcia, które zrobił w parku, gdy nastał dzień. Milicyjnego fotografa wolał nie wzywać – dopiero koledzy mieliby używanie, że przejmuje się zwykłym samo­bójstwem. Rozłożył je, spychając szklankę po kawie na drugą stronę biurka, tę zagraconą, przy której zazwyczaj siedział nieobecny teraz kapitan Stanisław Krauze.

Na zdjęciach widać było brudne ślady na najniższej gałęzi – Wojtek prawdopodobnie wspiął się, żeby zawiązać sznur wyżej, a potem skoczyć. Błoto znaczyło też pień na wysokości stóp wiszącego chłopca. Konając, kopał w drzewo czubkami butów? W tym też nie było nic dziwnego – samobójcy rzadko umierali spokojnie.

Źle mu szło w szkole, koledzy się z niego wyśmiewali, a ojciec go bił. W dodatku akurat tego dnia miał przy sobie kawałek sznura, bo na zajęciach technicznych robili podwieszany kwietnik.

Idealny motyw, idealna okazja.

Dlaczego więc Bogusz odnosił wrażenie, że coś tu nie pasuje?

„Była szansa, że jeszcze dycha”, powiedział lekarz.

Porucznik znalazł w notatkach Krupy nazwisko, po czym sięgnął do stojącego na biurku telefonu i wybrał numer szpitala.

– Porucznik Adam Bogusz z komendy miejskiej. Chcę rozmawiać z doktorem Jasiakiem; wczoraj miał dyżur na pogotowiu.

Musiał poczekać dobre pięć minut, ale wreszcie w słuchawce rozległ się znajomy głos.

– Jasiak, słucham.

– Porucznik Bogusz. Spotkaliśmy się przy tym powieszonym chłopaku. Może mi pan powiedzieć, kiedy zmarł?

– Od tego to jest patolog, nie ja…

– Wiem. – Porucznik starał się zachować spokój. – Wystarczy mi mniej więcej. Mógł tam wisieć kilka godzin?

– Na tym mrozie? Żartuje pan? Kiedy go odcinałem, był jeszcze ciepły. Piętnaście–dwadzieścia minut wcześniej i chłopaka dałoby się odratować.

– Dziękuję.

Bogusz zamyślił się. Wojtek urwał się ze szkoły po trzeciej lekcji, czyli około jedenastej. Potem żaden nauczyciel już go nie widział, co zresztą nikogo specjalnie nie zdziwiło. Chłopak powiesił się w parku osiem godzin później.

Co robił przez cały ten czas? Krążył po mieście i przeżywał kolejną szkolną porażkę? Możliwe, choć żadnej złej oceny w tym dniu nie dostał – Bogusz upewnił się, przeglądając dziennik. Jeśli więc Wojtka spotkała nieprzyjemność, musiało to być coś… bardziej osobistego. Może znowu ktoś go wyśmiał, może któryś z nauczycieli rzucił o jedną nieprzyjemną uwagę za dużo, a potem bał się przyznać albo zwyczajnie uznał, że to nie ma znaczenia. Możliwe też, że nie wydarzyło się nic szczególnego, dzień jak co dzień, tyle że akurat wczoraj coś pękło i chłopiec doszedł do wniosku, że nie zniesie dłużej takiego życia.