Diabeł w maszynieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

— Tak?

— Bawiłyśmy się w wywoływanie wizerunków naszych przyszłych mężów. To przecież żaden grzech, prawda?

— Roselinde użyła zaklęcia — pisnęła blondynka, która się dotąd nie odzywała. — Znalazła je latem w domu w jakiejś starej księdze i zanotowała.

— Czekałyśmy z tym aż do wigilii świętego Andrzeja, bo takie zaklęcia tylko wtedy działają — dodała najstarsza dziewczyna. — I zrobiłyśmy to. W nocy nalałyśmy do misy wodę i…

— Każda z nas zobaczyła mężczyznę, który jest jej przeznaczony.

— W wyjątkiem Catariny, ona nie zobaczyła nic. Ale ją i tak ojciec chce zostawić w klasztorze.

— Te wróżby były głupie! — Dziewczyna nazwana Catariną podniosła głos, a zaniepokojony Jordan spojrzał w stronę ławki. Nie musiał się martwić, bo siostra Innocenta drzemała ze zwieszoną głową, zmożona ciepłem czerwcowego dnia, modlitewnik wysunął jej się z rąk i spadł na żwirowaną ścieżkę.

Jordan zastanowił się. Nie miał zbyt dobrego zdania o klasztornej edukacji: w takich szkołach jak ta uczono panny przede wszystkim znajomości Biblii, dobrych manier i poprawnej ortografii, a poza tym tak zwanych sztuk, czyli muzyki, haftu oraz rysunku. Wykształcone w klasztorach dziewczęta słabo radziły sobie z rachunkami i nie zawsze potrafiły wskazać na mapie, gdzie leży Okcytania, ale prawie każda umiała zagrać kilka popularnych melodii i naszkicować niezbyt skomplikowany obrazek.

— Czy któraś z was mogłaby narysować portret tego mężczyzny? — zapytał.

Pulchna brunetka skinęła głową, wyjął więc z kieszeni notes w skórzanej oprawie i kawałek ołowiu. Dziewczyna zaczęła szkicować, wysuwając jak dziecko czubek języka. Jordan z trudem powstrzymał się, by nie zacząć jej ponaglać – miał czas do trzeciej, a zegar słoneczny w ogrodzie nieubłaganie wskazywał, że zostało mu najwyżej parę minut.

— Proszę. — Dziewczyna skończyła, gdy matka przełożona szła już w ich stronę. Żwir na ścieżce chrzęścił pod jej stopami, cień przesuwał się po kolorowych rabatkach. Drzemiąca na ławce siostra Innocenta zbudziła się, podniosła modlitewnik i ucałowała go z czcią, a potem wstała, by powitać przełożoną.

Jordan schował notes ruchem, jak miał nadzieję, zupełnie naturalnym, nie spojrzawszy nawet na rysunek.

— Dziękuję, byłyście bardzo pomocne.

Poszedł do furtki w towarzystwie siostry Innocenty, odprowadzany sześcioma parami oczu: w jednej wciąż widać było dezaprobatę, pozostałe spojrzenia wyglądały na rozczarowane.

* * *

Ledwo zajrzał do pogrążonego w półmroku wnętrza gospody Pod Skrzyżowanymi Toporami, oberżysta, do tej pory energicznie odganiający krążące nad blatem muchy, ze smętną miną potrząsnął głową. Nie, nie wrócił ani de Pontos, ani jego córka.

Jordan zostawił konia chłopcu stajennemu, a sam poszedł w stronę najbliższej stacji pocztowej. Tam tęgi wąsacz poinformował go, że owszem, dwa dni temu szlachcic mówiący z basteńskim akcentem zapłacił za podróż swojej służącej aż do Sent Chély. Kobieta ściskała w ręku tobołek i była cała zapłakana.

Niewiele mu to dawało poza potwierdzeniem, że de Pontos poważnie potraktował słowa tajemniczego anonima i naprawdę zdecydował się odprawić wierną Miguelę. Co teraz? Jordan musiał z niechęcią przyznać, że nie ma pojęcia. Mógł pójść na plac Trzech Krzyży i popytać ludzi, czy nie widzieli przypadkiem w sobotę mężczyzny wsiadającego do czarnego kocza, ale nie miało to wiele sensu. To był jeden z najruchliwszych punktów miasta; każdej godziny przetaczały się tamtędy dziesiątki powozów. Nie miał jednak innego pomysłu, ostatecznie więc skierował się w stronę placu, gdzie przez trzy godziny zaczepiał ludzi, od woźniców aż po dziewczęta sprzedające kwiaty. Wszyscy kręcili głowami, patrząc przy tym z wyraźnym zdumieniem. Rano wieśniacy, po południu miejska biedota, pomyślał ze śladem dobrego humoru. Wiedział, że ma w Alestrze opinię ekscentryka; teraz zapowiadało się na to, że wkrótce zyska opinię wariata. Oczywiście powinien wynająć na kilka godzin służącego albo jednego z chłopców, którzy biegali po mieście z przesyłkami. To było zadanie dla kogoś takiego. Jordan chciał wierzyć, że nie zrobił tego, ponieważ trudno byłoby mu znaleźć odpowiednią osobę. Nie miał jednak zwyczaju oszukiwać samego siebie. Zajmował się tym osobiście, ponieważ desperacko potrzebował zajęcia, które nie pozwoliłoby mu zbyt dużo myśleć.

Kiedy zegar na wieży pobliskiego kościoła wybił siódmą, wrócił do gospody Pod Skrzyżowanymi Toporami, odebrał konia i pojechał do domu. W progu powitała go naburmuszona matka Janseranda, mrucząca coś o wystygłym obiedzie. Albo o czymś innym – kobieta, mimo iż w Alestrze mieszkała od przeszło dziesięciu lat, wciąż mówiła tak silną wiejską gwarą, że Jordan rozumiał co trzecie zdanie.

— Listy też przyszły. — To akurat było proste, bo służąca ruchem głowy wskazała srebrną tacę, na której obok biletów wizytowych leżały dwie koperty. Na jednej widniał adres mecenasa Vidala i Jordan spodziewał się jej już od kilku dni. Druga wysłana została przez anonimowego nadawcę.

Usiadł w fotelu i czekając na odgrzany posiłek, patrzył dłuższą chwilę na obie koperty. Ciekawość popychała go, by jako pierwszą otworzył tę anonimową, ostatecznie jednak, ćwicząc silną wolę, a może tylko myśląc o czekającym go długim i nudnym wieczorze, sięgnął po srebrny nożyk do listów i przeciął pieczęć na liście od mecenasa.

Przebiegł wzrokiem grzecznościowe zwroty, po czym zatrzymał się na meritum.

Zamek Mandracourt, jak Szanowny Pan raczył wspomnieć, jest w tej chwili nienadającą się do zamieszkania ruiną, znalazłem jednak nabywcę na pozostałe ziemie należące od wieków do rodziny Jordanów. Udało mi się uzyskać za całość dobrą cenę, która jak mniemam, okaże się dla Szanownego Pana satysfakcjonująca. Zgodnie z umową pieniądze wpłacę do banku na nazwisko Laurety Jordan, do odebrania z chwilą, gdy panna wyjdzie za mąż lub też skończy dwadzieścia pięć lat, osiągając tym samym wymagany prawnie wiek pozwalający kobiecie na samodzielne zarządzanie majątkiem…

Nie czytał dalej. Odłożył list i przymknął oczy, przywołując w pamięci twarz brata takiego, jakim go widział ostatnim razem, gdy Linus wsiadał na statek mający zawieźć skazańców do kolonii karnej. Strażnik pozwolił im się pożegnać, ale bracia nie mieli sobie nic do powiedzenia. Alais była ostatnim łączącym ich ogniwem i obaj o tym wiedzieli.

— Przez ciebie zginęła — powiedział Linus, a Domenic nie zaprzeczył, bo w pewnym sensie – w zdecydowanie zbyt dużym sensie – to była prawda.

— Wiem.

— I co nam z tej twojej wiedzy przyjdzie? — Linus splunął, jakby proces sądowy odarł go nie tylko z majątku i tytułu, ale też z dobrych manier. Ocalił jedynie życie, bo urodził się szlachcicem, a poza tym jego zbrodnie nie były w oczach sądu zbyt poważne – ostatecznie zabił tylko jednego szalonego proroka i jednego nieszczególnie ważnego studenta.

Domenic czekał, aż Linus wspomni o Laurecie, która wychowywała się u obcych ludzi. Nie doczekał się. Dla starszego z braci najważniejsza była żona, córka nie zajmowała wiele miejsca w jego myślach, jeżeli w ogóle jakieś zajmowała. Milczeli więc, dopóki strażnik nie skinął na skazańca, każąc mu ustawić się w szeregu. Tak właśnie Domenic zapamiętał brata: wychudzona i postarzała, a mimo to wyprostowana postać wspinająca się po trapie w akompaniamencie pobrzękiwania kajdan i krzyków mew krążących pomiędzy masztami. Linus nie odwrócił się, choć Domenic patrzył za nim do ostatniej chwili – dopiero potem zszedł z nadbrzeża, czując dziwną mieszaninę żalu i ulgi.

Sięgnął po drugi list i przez chwilę obracał go w dłoniach, bawiąc się zgadywaniem, co może zawierać. Dostawał czasem anonimowe liściki od kobiet, ale te zazwyczaj pisano na innym papierze: kolorowym i uperfumowanym. A więc raczej nie propozycja schadzki miłosnej. Koperta była na to zbyt zwyczajna, choć w dobrym gatunku.

Prawdę powiedziawszy, był to chyba dokładnie ten sam gatunek, który Jordan oglądał już wcześniej, w pokoju de Pontosa.

Domyślając się już, co zawiera list, rozciął pieczęć.

Jeśli pragniesz się dowiedzieć, co stało się z Loísem de Pontosem oraz z jego córką, wsiądź jutro w południe do czarnego kocza na placu Trzech Krzyży.

Odłożył wiadomość i wezwał służącą.

— Kto przyniósł ten list? — zapytał.

— Chłopiec — odparła ze zdziwioną miną, jakby to było zupełnie oczywiste.

— Jaki chłopiec?

— Posłaniec.

— Jak wyglądał?

Wzruszyła ramionami.

— Zwyczajnie.

— Wysoki czy niski? Jasno- czy ciemnowłosy?

Matka Janseranda potrząsnęła głową. Nie pamiętała i Jordan nawet się jej nie dziwił. W Alestrze funkcję kurierów pełnili chłopcy w wieku od dziesięciu do dwunastu lat, brudni i w łachmanach. Trudno było ich od siebie odróżnić, zwłaszcza jeśli ktoś nie przyglądał się dokładnie twarzy – a służąca nie miała przecież żadnych powodów, żeby się przyglądać. Mali ulicznicy byli podobni do siebie jak czarne kocze. Jego przeciwnik z pewnością nie należał do głupców.

Choć z drugiej strony, może i należał, skoro naprawdę spodziewał się, że Jordan wpadnie w tak oczywistą pułapkę?

* * *

środa, 28 czerwca

— Nie wiem, co tu jest napisane. Nie umiem czytać.

Martis Chatzbert zrozumiał, dopiero gdy stara kobieta powtórzyła swoją odpowiedź po raz trzeci. Westchnął i wyjaśnił, że to wiadomość od samego biskupa Alestry, dająca okazicielowi listu prawo do wykorzystania wszelkich środków potrzebnych do poszukiwania zaginionego Domenica Jordana.

Matka Janseranda zamrugała. Teraz z kolei ona najwyraźniej nie rozumiała jego.

 

— Sam biskup do mnie napisał?

Skinął głową, pozwalając sobie tym samym na nieszkodliwe kłamstwo.

Służąca cofnęła się i mrucząc coś w tej swojej okropnej gwarze, wpuściła niespodziewanego gościa do mieszkania.

Chatzbert od dawna myślał nad powodem, który pozwoliłby mu zapukać do drzwi Domenica Jordana, ale choć pretekstów znajdował sporo, za każdym razem zawodziła go odwaga. Wreszcie jednak się tu znalazł, szkoda tylko, że w tak przykrych okolicznościach.

Matka Janseranda zaprowadziła go do gabinetu Jordana, a potem stała w progu, patrząc, jak ten obcy policjant przeszukuje rzeczy jej pana. Na twarzy służącej malował się wyraz zagubienia, jakby nie była pewna, co o tym wszystkim myśleć.

Chatzbert przejrzał zawartość biurka, a potem podszedł do biblioteczki. Znalazł sporo interesujących rzeczy – w tym kilka pozycji znajdujących się na liście ksiąg zakazanych, na które starał się nie patrzeć – ale nic, co pomogłoby mu odpowiedzieć na pytanie, gdzie podział się właściciel tego wszystkiego.

Przymknął oczy, starając się wczuć w atmosferę gabinetu, choć przeszkadzała mu świadomość, że służąca wciąż stoi w progu i gapi się w niego ni to z dezaprobatą, ni to z nadzieją.

Chrząknął.

— Przynieście mi, matko, kubek wody.

Służąca odeszła z ociąganiem. Chatzbert wykorzystał ten moment, by zająć miejsce w fotelu przed zimnym kominkiem. O czym Domenic Jordan myślał, gdy siedział tu ostatnim razem?

Oczywiście o Sancii de Pontos, odpowiedział sam sobie. Nie było innej możliwości. Jordan był dobrym człowiekiem, niezależnie od tego, co mówiły o nim złośliwe języki. Chatzbert wysłał do niego de Pontosa, a Jordan bez wahania postanowił pomóc zrozpaczonemu ojcu.

Policjant błądził wzrokiem po gabinecie, rejestrując ściany w najmodniejszym gołębim kolorze, orzechowe biurko i obrazy przedstawiające sceny mitologiczne. Było na nich sporo golizny, odruchowo więc odwrócił głowę i dopiero po chwili zmusił się, by spojrzeć ponownie. To nie były zwyczajne erotyczne scenki – co mógłby zrozumieć, w końcu nawet najwięksi ludzie mieli swoje słabości. Ostry światłocień wydobywający z mrocznego tła białe ciała, raczej realistycznie ukazane niż wyidealizowane, twarze przedstawiające całą gamę emocji, od zmęczenia poprzez złość aż do ekstazy: wszystko to było tak bardzo inne od ugrzecznionych, pastelowych malowideł, które oglądał w domach bogatych mieszczan. Obrazy były bardziej niepokojące niż zmysłowe, zdecydowanie nie w guście Chatzberta, a jednak nawet on nie mógł odmówić im artyzmu.

Jordan musiał być człowiekiem bogatym, a przy tym obdarzonym znakomitym gustem.

Ale przede wszystkim dobrym, Chatzbert upomniał samego siebie. Nie wolno mu było o tym zapominać.

Przeniósł spojrzenie na stoliczek przy fotelu. Blat znaczyła kropla wosku – jedyny ślad bałaganu, jaki widział w tym uporządkowanym mieszkaniu. Jordan musiał mieć zwyczaj siadywać tutaj do późna i czytać przy świecy – prawdopodobnie traktat O mieście pod miastem, bo ta właśnie książka leżała na stoliku. Chatzbert sięgnął po nią i przekartkował. Spomiędzy stron wypadła kartka. Rozprostował ją i przeczytał krótką wiadomość, a potem siedział dłuższą chwilę ze zmarszczonymi brwiami, podczas gdy służąca daremnie próbowała zwrócić na siebie jego uwagę.

wtorek, 20 czerwca

Lekki na razie powiew wiatru wpadł pomiędzy stragany na placu Trzech Krzyży, wydął pasiaste markizy, rozkołysał gliniane dzwonki i poruszył płatkami kwiatów, nieco już zwarzonymi od upału. Chwilę później nadciągnął kolejny podmuch, tym razem silniejszy, który szarpnął spódnicą jasnowłosej kwiaciarki. Dziewczyna zachichotała, przytrzymując materiał ręką, a jej sąsiadka z kramu obok spojrzała w ciemniejące na północy niebo.

Nadciągała pierwsza w tym roku letnia burza.

Domenic Jordan z odrobiną podziwu patrzył, jak sprzedawcy szybko i sprawnie zwijają stragany. Nim nad Alestrą przetoczył się pierwszy pomruk grzmotu, towar załadowano na wozy, a płótno zwinięto w tobołki i obwiązano konopnymi sznurkami. Na placu zostały już tylko puste drewniane konstrukcje, dziwnie nagie bez okrywających je dachów. I jasnowłosa kwiaciarka, trzymająca w ręku pół tuzina bukietów, których nie było sensu zabierać do domu: kwiaty i tak przecież nie wytrzymałyby do jutra. Chodziła więc po placu, wołając wytrenowanym głosem: „Róże, świeże, piękne róże, za pół ceny, dla damy, dla panny, kto się skusi, komu, komu?”.

W miarę jak niebo ciemniało, cena spadała coraz bardziej, wkrótce nie było to już sześć eccu, tylko pięć, potem dwa. Dziewczyna brnęła pod wiatr, który szarpał jej suknią i odrywał czerwone płatki róż. Dwa z nich upadły tuż obok stopy Domenica Jordana. Na wyślizganym bruku wyglądały jak dwie duże krople krwi.

— Może pan kupi kwiaty? — W głosie dziewczyny brzmiała desperacja. — Czeka pan na kobietę, prawda?

— Nie.

— Musi pan czekać na kobietę — powiedziała z pełną wyższości miną. Miała nie więcej niż szesnaście lat, ale sądziła najwyraźniej, że świat nie ma przed nią tajemnic. — Nie został już nikt oprócz nas.

Miała rację: plac wyludnił się w ciągu niespełna dziesięciu minut, w powietrzu gęstniała burzowa ciemność, nad brukiem unosiły się maleńkie wiry piasku i kurzu.

— Szkoda, że ona się spóźnia. Ja bym się nie spóźniała dla takiego przystojnego pana.

Odruchowo spojrzał na zegar na wieży kościelnej. Było dziesięć po dwunastej. Jeśli czarny kocz zaraz się nie zjawi, Jordanowi groziło nie tyle narażanie życia, z czym się liczył, ile narażenie na szwank niedawno kupionej eleganckiej koszuli, co dopiero teraz przyszło mu do głowy.

Przeniósł wzrok na kwiaciarkę.

— Za rogiem jest gospoda — powiedział. — Możesz tam sprzedawać kwiaty.

Pokręciła ze smutkiem głową.

— Wyrzucą mnie, jeśli niczego nie zamówię.

Sięgnął po sakiewkę i rzucił jej dwie monety.

— Dziękuję. — Złapała je wolną ręką ze zręcznością właściwą dzieciom ulicy. — Mam nadzieję, że pana ukochana wkrótce się pojawi.

Odwracała się już, gdy zatrzymał ją krótkim: „Czekaj”.

— Widziałaś może w sobotę czarny kocz? I mężczyznę w stroju szlachcica, który do niego wsiadał?

— Czarny jak noc, zaprzężony w dwa konie, też czarne, jakby przybyły prosto z piekła?

Jordan zamrugał, zdziwiony, dziewczyna uśmiechnęła się.

— Nie widziałam, bo w sobotę mnie tu nie było. Ale widzę teraz. O, tam. — Pokazała palcem, a potem pobiegła, gubiąc jeszcze kilka czerwonych płatków.

Na plac z turkotem kół wjeżdżał kocz barwy smoły, zaprzężony w dwa kare konie. Jeden z nich co prawda miał nad prawą przednią pęciną białą skarpetkę, która psuła nieco efekt, niemniej Jordan był gotów docenić starania przeciwnika. Teraz powinno jeszcze błysnąć, pomyślał z humorem, gdy powóz zatrzymał się tuż przed nim i drzwi uchyliły się zachęcająco.

Nie błysnęło, lecz kiedy wsiadał, na karku poczuł rozpryskujące się pierwsze krople deszczu.

* * *

W powozie panował gęsty półmrok, ale siedzącego wewnątrz mężczyzny nie sposób było nie zauważyć. Zajmował całe podwójne siedzenie: potężny, z wylewającym się na kolana brzuchem i udami niczym pnie drzew. Oddychał szybko, co mogło świadczyć o zdenerwowaniu albo o podnieceniu. Albo, pomyślał Jordan, zwyczajnie o problemach ze zdrowiem.

— Cieszę się, że przyjął pan moje zaproszenie — powiedział. — A na wszelki wypadek, gdyby zmienił pan zdanie… — Mężczyzna stracił na moment oddech, a Jordan dokończył gładko:

— Trzyma pan w ręku pistolet?

— Istotnie. — Nieznajomy uniósł dłoń do okna, po którym spływały krople deszczu. Błysnęła grawerowana stal, powóz ruszył.

— Dokąd jedziemy? — zapytał Domenic Jordan, tylko po to, by zająć czymś rozmówcę.

— Zaraz się pan dowie.

— Sancia de Pontos żyje?

— Tego także wkrótce się pan dowie.

— A jej ojciec?

— Coś zanadto pan jesteś ciekawski, panie Jordan.

— Jak sądzę, właśnie z tego powodu zostałem tutaj zaproszony.

Mężczyzna parsknął.

— Zgadza się. Zadawał pan za dużo pytań. Nie lubimy ludzi, którzy zadają pytania i robią zamieszanie.

— My?

Nie zdążył odpowiedzieć. W powietrzu rozległ się przenikliwy dźwięk policyjnego gwizdka, powóz szarpnął i ruszył nagle w bok. Jordan był na to przygotowany, jego rozmówca nie.

— Co, u diabła… — sapnął, unosząc pistolet, ale nim zdążył nacisnąć spust, Jordan szybkim ruchem wytrącił mu broń z ręki. Drugą dłonią oparł się o ścianę i dzięki temu utrzymał równowagę, podczas gdy powóz chwiał się, skręcając gwałtownie.

Nieznajomy, klnąc, przelewał się na siedzeniu niczym płynne ciasto. Tylko swojej tuszy zawdzięczał, że zaklinowany między dwiema ścianami, nie spadł na podłogę. Na zewnątrz dźwięk policyjnych gwizdków mieszał się z nawoływaniami i rżeniem koni. Wreszcie kocz stanął i drzwi się otworzyły. Jordan wysiadł pierwszy, czując odrobinę dumy, ponieważ wszystko potoczyło się niemal dokładnie tak, jak to przewidział.

* * *

— Niepotrzebnie pan ryzykował — wytknął mu Magatou kilka godzin później, gdy po gwałtownej burzy zostały już tylko spływające deszczem ulice, a nad miastem z powrotem zawisła duchota czerwcowego popołudnia. Otworzył okno i odwrócił się w stronę Jordana, który zajmował wygodniejszy z dwóch foteli znajdujących się w biurze porucznika. — Nie musiał pan wsiadać do tego powozu. Gdybyśmy zatrzymali go za rogiem…

— Olivier Plancard opowiedziałby bajkę o tym, że przejeżdżał tamtędy przypadkiem, a my w żaden sposób nie potrafilibyśmy mu udowodnić, że kłamie. Niech pan da spokój, Magatou. Ryzyko wcale nie było duże. Jestem szybki i miałem przewagę zaskoczenia.

— Gdyby Plancard zdecydował się od razu do pana strzelić albo poderżnąć panu gardło, ani szybkość, ani zaskoczenie w niczym by panu nie pomogły.

— Dlaczego miałby do mnie strzelać w samym środku miasta albo brudzić krwią tapicerkę takiego ładnego powozu? — Jordan uśmiechnął się lekko. — On myślał, że ma mnie w garści, a ja byłem pewien, że żaden człowiek w takiej sytuacji nie oprze się ochocie na małą pogawędkę. Niech pan lepiej powie, czy Plancard się przyznał?

Magatou potrząsnął głową.

— Podał jedynie imię i nazwisko. I straszył nas swoim ojcem, który podobno jest tak bogatym kupcem, że niedługo zrobią go szlachcicem. Poza tym milczy jak zaklęty i wydaje się diabelnie pewny siebie. — Skrzywił się, stukając cybuchem fajki o stół, by usunąć resztki starego tytoniu. — Nieważne, potrzymamy go przez noc w lochu w towarzystwie najgorszych zbrodniarzy, a rano będzie śpiewał jak z nut. Tacy jak on nie wytrzymują długo. To tylko rozpuszczony dzieciak. Ile on może mieć lat? Dwadzieścia? Dwadzieścia pięć?

Bliżej dwudziestu pięciu, pomyślał Jordan, choć rzeczywiście Olivier Plancard w pierwszej chwili mógł sprawiać wrażenie młodszego.

— Dowiemy się, czemu porwał Sancię i co jej zrobił — kontynuował Magatou. — Myśli pan, że to właśnie jego przepowiedział Sancii święty Andrzej? Mówił pan, że jeśli oboje rzucali te same czary w tę samą noc, mogli zobaczyć siebie nawzajem: on ją, a ona jego. Plancard dowiedział się jakimś sposobem, że przeznaczona mu panna właśnie opuściła klasztor, i postanowił ją porwać. To możliwe, prawda?

— Możliwe, owszem, ale to nie ten sam człowiek. Nie są w ogóle podobni. Proszę, niech pan spojrzy. — Jordan wyjął z kieszeni kaftana kartkę, rozprostował ją i podał porucznikowi.

— Wygląda trochę jak Martis Chatzbert — mruknął porucznik. — Chociaż równie dobrze to mógłby być sprzedawca ryb z targu, na który chodzi moja żona. Albo taki jeden znajomek z wojska, choć on miałby już dobrze ponad trzydziestkę. Niezbyt dokładny ten portret. Zna pan chociaż kolor włosów i oczu?

— Nie. — Jordan w myślach sklął samego siebie. Dlaczego nie przyszło mu do głowy, żeby o to zapytać?

— Szkoda. — Porucznik oddał kartkę. — No cóż, zobaczymy… Może chłopak zgodził się porwać pannę dla jakiegoś swojego przyjaciela. Jeśli tak, to znaczy, że dziewczyna wciąż żyje.

Jordan przytaknął z roztargnieniem. Przeczucie podpowiadało mu, że Sancia de Pontos jest już martwa, ale on przecież nigdy przeczuciom nie ufał.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?