Dworek pod Lipami

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ III

UCIECZKA


Las nie był zbyt gęsty. Spomiędzy drzew po lewej stronie wartkiego strumienia prześwitywała rozległa łąka. Woda płynąca po kamieniach szumiała, wtórując drzewom. Ciemne od chmur niebo rozjaśniła błyskawica, ale grzmot rozległ się po dłuższej chwili. Burza dopiero się zbliżała.

Pod zielonymi gałęziami klonu pasł się osiodłany koń. Co jakiś czas podnosił łeb, strzygł uszami, po czym wracał do skubania trawy.

Niedaleko drzewa, tuż nad samym brzegiem strumienia, leżała kobieta. Jej lewa dłoń – bezwładnie zanurzona w wodzie – poruszała się, lekko unoszona nurtem potoku, prawa zaś – okryta brązową skórzaną rękawiczką zapinaną na guziki – spoczywała bez ruchu na mokrym piasku. W rozluźnionych palcach wciąż tkwiła cienka szpicruta.

Przechylona w bok głowa kobiety opierała się o niewielki kamień, jakby ułożono ją łagodnie na poduszce. Twarz zasłaniały targane wiatrem ciemne włosy, których gruby kosmyk wysunął się z warkocza upiętego luźno nad karkiem. Tuż obok leżał cylinder – czarny damski kapelusz z ubrudzoną błotem muślinową błękitną wstążką.

Znów błysnęło. Gniady koń niespokojnie zarżał, a potem zbliżył się do leżącej postaci i trącił ją pyskiem. Kobieta nie zareagowała.

Gdy niebo rozświetliła kolejna błyskawica, zapiszczał grzmot. A potem kolejny i kolejny… Grzmot zapiszczał?

– Co się dzieje? – zaspana Gabriela otworzyła oczy.

Zamrugała, bo oślepiało ją poranne słońce wpadające do sypialni przez niedomknięte żaluzje. W pokoju coś uparcie piszczało, zmuszając ją do szukania źródła natrętnego dźwięku.

„Budzik!” – skojarzyła i sięgnęła na nocny stolik, by wyłączyć alarm w smartfonie.

Zniechęcona opadła z powrotem na poduszki. Choć za oknem wiosennie ćwierkały ptaki, Gabriela nie miała najmniejszej ochoty, by równie radośnie przywitać poranek. Wczorajsze nieprzyjemne emocje wróciły do niej jak woda wzbierająca po zimowych roztopach w strumieniu.

Gdy wczoraj kładła się spać obok pochrapującego męża, miała nadzieję, że nowy dzień pozwoli jej spojrzeć na kilka spraw z innej perspektywy. Czuła jednak, że słoneczny poranek za oknem wcale nie przynosił ze sobą poprawy nastroju.

„Te wszystkie niedopowiedzenia, udawanie, przemilczanie… To mnie dobija! Gdybym choć mogła zacząć znów pisać, oderwać się” – rozmyślała z niewesołą miną.

Spojrzała w bok, na miejsce, gdzie sypiał jej mąż. Coraz bardziej brakowało jej obecności Marka, który w ostatnich tygodniach miał znacznie więcej zajęć w swojej szkółce i znikał z domu niemal o świcie. Czułym gestem dotknęła poduszki, na której widniał jeszcze odciśnięty ślad jego głowy, po czym zreflektowała się i poderwała z łóżka, typowym dla siebie nerwowym ruchem odgarniając z twarzy rozczochrane włosy.

„Dawniej budził mnie przed wyjściem pocałunkiem. A teraz? Do czego właściwie jestem mu potrzebna? – zżymała się w myślach. – Gosposię już ma i to taką, której ja nigdy nie dorównam. Dzieci też się doczekał i sam decyduje o ich losie. Nie chce ode mnie finasowego wsparcia ani porady na żaden temat związany z rodziną czy pracą. Więc kim dla niego jestem? Kochankę mógł sobie przecież znaleźć bez ślubu. Powtarza, że mnie kocha, ale co to dla niego znaczy? – rozżaliła się nagle. – I jeszcze te konie! Konie, praca i dzieci! To dla niego najważniejsze”.

Jej wzrok padł na leżący w pościeli smartfon. I wtedy coś sobie przypomniała.

– Chwileczkę, miałam jakiś sen o koniu – szepnęła, marszcząc brwi. – Grzmiało, a koń się płoszył. Tak! Moja kapłanka nad strumieniem! – ucieszyła się niespodziewanie, a jej myśli w jednej chwili zostawiły w tyle małżeńskie trudności i popłynęły z nurtem wyobraźni. – Ale zaraz, zaraz, coś się nie zgadza.

Sięgnęła po notes, który leżał na nocnym stoliku. Przerzuciła kilka kartek, znalazła wolne miejsce i zaczęła pisać, mrucząc pod nosem.

– Las wcale nie był gęsty. To raczej gaik niż starożytny bór. Trawa na łące faluje pod naporem wiatru, pioruny zwiastują burzę, koń się niepokoi. A kobieta? Leży nad brzegiem potoku? Dlaczego? – Włożyła długopis do ust i zaczęła go obgryzać. – Może spadła z tego konia? To miałoby jakiś sens.

Przez chwilę przyglądała się w wyobraźni nieprzytomnej postaci.

– Przecież ona wcale nie jest moją kapłanką! – stwierdziła nagle zaskoczona. – Ma w ręku ozdobną szpicrutę, a na sobie jakąś szarą suknię, wyraźnie dziewiętnastowieczną. Ma też kapelusz z niebieską woalką. A niech to przepiórka! Widziałam już taką postać… Wczoraj wieczorem przejechała mi przed maską samochodu. Zanim wpadłam do rowu.

* * *

Lidia cicho zapukała do sypialni na piętrze. To był jedyny pokój, do którego zawsze wchodziła onieśmielona, całą resztę „domu Mareczka” traktując w zasadzie jak własną.

– Proszę – usłyszała zaproszenie.

Gabriela siedziała przed toaletką i pudrowała twarz. Przed chwilą odkryła, że guz na skroni wyraźnie się zmniejszył, lecz siniak, który wczoraj skrywały włosy, nieładnie się zabarwił. Zamaskowała go starannie fluidem i właśnie kończyła makijaż, gdy weszła Lidia.

– Jak się dziś Gabrysia czuje?

– Dziękuję, lepiej. Czy coś się stało?

– Stacho podciągnął Gabrysine auto na podwórko i powiedział, że jak przyniosę mu kluczyki, to jeszcze je umyje i sprawdzi, czy wszystko działa. Wgnieceń żadnych podobno nie ma, ale może przez ten brud czegoś nie widać.

– O, to cudownie. Właśnie chciałam się sama zabrać za to mycie.

– Że też Gabrysia się upiera jeździć na takim słabym silniku – Lidia nie mogła się powstrzymać przed komentarzem, choć Marek wyraźnie ją prosił przy śniadaniu, żeby nie poruszała tego tematu. – Same z tego zmartwienia. Mareczek już dawno mówił, że trzeba kupić coś silniejszego. A on przecież się najlepiej zna.

Gabriela z roztargnionym wyrazem twarzy rozejrzała się po pokoju.

– Tak, oczywiście, że się zna. Kluczyki? Zupełnie nie pamiętam, gdzie zostawiłam torebkę.

– W sieni została na wieszaku, ale schowałam ją do szafki, bo przecież obcy ludzie się po domu kręcą. Tylko nie chciałam grzebać w niej bez pozwolenia.

Gabriela uśmiechnęła się nieznacznie, choć oczy miała smutne. W głębi ducha naprawdę doceniała to, co Lidia robiła dla nich wszystkich, bo jej zalety aż świeciły własnym blaskiem. Na dodatek korpulentna i gadatliwa Lidia była uosobieniem ciepłej, godnej zaufania gosposi szczerze przywiązanej do rodziny. Tym większe Gabriela miała wyrzuty sumienia, że tak często irytowały ją samowolone działania i decyzje Lidii, która wciąż traktowała ją jak miłego gościa, a nie członka rodziny i nową panią domu.

– Proszę je wziąć, powinny być w bocznej kieszonce – powiedziała. – Później podziękuję panu Staszkowi za pomoc. Samochód będzie mi dziś potrzebny.

Lidia, która stała już w drzwiach, zatrzymała się zaciekawiona.

– A to nie idzie dziś Gabrysia na strych pisać?

– Nie, muszę pojechać do znajomej – zupełnie odruchowo tłumaczyła się, jak nastolatka, która chce wyjść z domu. – Ale zajrzę wcześniej do Marka, bo mamy kilka pilnych zakupów do zrobienia. Może będzie się mógł wyrwać. Aha, proszę zrobić listę tego, co zaczyna brakować w spiżarce, dobrze? Kupię po drodze.

– Dobrze, bo już się nam masło kończy i cukier wyszedł ten brązowy, co go Gabrysia sypie do kawy.

– A czemu dzisiaj tak cicho na dole? Fachowcy jeszcze nie przyszli?

– Przyszli. O siódmej. Nagadałam im trochę i wzięli się wreszcie do roboty. Ale hałasować już bardzo nie będą.

– Super – mruknęła Gabriela, malując drugie oko.

Nie szło jej zbyt dobrze, bo po wczorajszym ataku nerwowym w łazience oczy miała zapuchnięte od łez. Z lustra patrzyła na nią posępna twarz, kompletnie niepasująca do radosnego nastroju Lidii.

– Robotników to proszę Gabrysi, zawsze trzeba dopilnować, bo inaczej zrobią jak im wygodniej. Ale ich naprostowałam, opierniczyłam i już kończą – ciągnęła dumna z siebie gosposia. – A wcześniej wydziwiali, że raz się im każe tak, a raz siak. A co to? Przecież się im płaci za robotę, to nie mają nic do gadania.

– Narzekali? Dlaczego? – spytała Gabriela, żeby uprzejmie podtrzymać rozmowę, choć nie miała nastroju na słuchanie wesołej paplaniny gosposi.

– Wczoraj mnie pytali, czy się będzie wymieniać wannę czy nie, bo wtedy rury inaczej by szły. Też pomysł! Kazałam im pogadać z Mareczkiem, ale on taki zagoniony, że go chyba nie złapali. A zresztą przecież ta wanna całkiem dobra. Ale teraz już raz-dwa skończą i ludzi od płytek będzie można wreszcie zawołać.

Gabriela zastygła w połowie tuszowania rzęs. Odwróciła się.

– Chwileczkę, co pani powiedziała hydraulikom?

Lidia stropiła się na widok miny Gabrieli.

– Noo… Spytałam rano Mareczka, o co chodzi z tymi rurami, ale powiedział, że nic nie wie i żeby majstrzy robili swoje. A potem poleciał do koni.

– Jak to: nic nie wie? Przecież od trzech dni mu powtarzam, że musimy pojechać do miasta po nową wannę.

– Tak? Mnie nic nie mówił.

– Cały Marek, słucha tylko jednym uchem – stwierdziła zirytowana Gabriela. – Pani Lidio, proszę zejść do robotników i przekazać im, żeby zrobili te rury tak, jak z nimi wcześniej ustaliłam. I niech zaczekają na mój powrót. Najwyżej pojadę do sklepu sama, skoro Marek nie ma czasu.

– Ale…

– Co jeszcze?

– Ale… – Lidia się zawahała, po czym nagle przyspieszyła. – Dzwoniła rano babcia Franciszka, że dziś na obiad przyjedzie, żeby remont obejrzeć. Znaczy się inspekcję zrobić, jak zwykle. A ja się boję, że starsza pani naszą Marysię do siebie zabierze, jak ten bałagan zobaczy – relacjonowała przejęta. – To powiedziałam robotnikom, że już można zacementować tę dziurę z rurami i zakładać armaturę, skoro Mareczek nic nie mówił. Bo jeszcze posprzątać muszę przed tą wizytacją pani Franciszki. I oni już tam kończą.

 

– Co kończą?

– Noo… robotę. Już im zapłaciłam, bo Mareczek zostawił pieniądze dla majstra.

– Słucham?!

– No, wszystko już podłączone i zacementowane, ciepła woda jest. A cóż to Gabrysia tak zczerwieniała? – zatroskała się Lidia.

Gabriela poczuła, że gorzeją jej policzki. Zaciskając pięści, policzyła w myślach do dziesięciu, ale to nie pomogło, więc bez słowa wstała z krzesła i wyciągnęła spod łóżka walizkę. Trzymała ją tam, do połowy zapełnioną najpotrzebniejszymi w podróży rzeczami, od czasu powrotu z ostatniego spotkania autorskiego. Ponieważ część jej ubrań nie mieściła się w starej szafie i od roku czekała w pudłach na wizytę stolarza, który miał zrobić porządną garderobę, podróżny zestaw ubrań Gabriela po uprasowaniu wkładała zawsze do walizy. Teraz odsunęła zamek i zaczęła chaotycznie wrzucać do środka kosmetyki oraz inne drobiazgi, które akurat leżały pod ręką.

– Co Gabrysia robi?

– Nic! – syknęła, nerwowo miotając się po sypialni. – Wyjeżdżam! Nie jestem wam tu do niczego potrzebna. Moje zdanie się ogóle nie liczy w tym domu. Ale niech mnie gęsi zadepczą, jeśli będę się nadal tym przejmować! A pan Staszek nie musi myć auta, pojadę brudnym!

– A to już jak Gabrysia chce… – Przestraszona Lidia wycofała się z sypialni.

W połowie schodów zatrzymała się i z troską pokręciła głową.

– Normalnie sfiksowała. Lepiej szybko po Mareczka polecę. Niech przyjdzie i zrobi z nią porządek, bo ja się na tych artystkach zupełnie nie rozumiem.

* * *

Gdy Gabriela zobaczyła, że Marek wchodzi na podwórko razem z drepczącą tuż za nim gosposią, zamiast się uspokoić, zirytowała się jeszcze bardziej. Z zawziętym wyrazem twarzy zeszła po schodach, dźwigając walizkę i laptop.

– Co tu robisz? Nie musisz być przy koniach? – burknęła.

– Nie. Pomogę ci.

Otworzył samochód i zapakował bagaże, ale zerkał przy tym na żonę niespokojnym wzrokiem.

– Lidzia mówi, że wyjeżdżasz.

– Tak.

– Na długo?

– Nie wiem. Może na tydzień, może na dłużej.

– Nie mówiłaś, że masz jakieś spotkania autorskie.

– Bo nie mam.

Przez chwilę obserwował ją w milczeniu.

– Gabrysiu, nic z tego nie rozumiem. – Chciał spojrzeć jej w oczy, ale nie mógł, bo unikała jego wzroku, nerwowo obracając w dłoniach kluczyki. – Lidzia mówiła, że się nagle zdenerwowałaś. Co się dzieje? Jedziesz do rodziców?

– Nie.

– Nie?

– Nie, nie jadę do rodziców! – Podniosła buntowniczo podbródek i rzuciła mu ostre spojrzenie. – Ani do siostry. Dlaczego nie zapytasz mnie wprost, gdzie się wybieram? Dlaczego nie dziwi cię, że twoja żona z samego rana chce bez słowa wyjechać, nawet cię o tym nie informując?

– Ale o co ci chodzi? – stropił się. – Wiesz, że nigdy cię nie ograniczam, tego nie możesz mi zarzucić. A poza tym, przecież właśnie pytam.

– Nie, nie pytasz! Tylko kluczysz. Ja oczywiście też. Ciągle się wykręcam, rzucam półsłówkami i udaję, że wszystko jest w porządku. Ale nie jest!

– Co się z tobą ostatnio dzieje?

– O! Wreszcie zauważyłeś, że mam jakiś problem? – przerwała mu ironicznie. – A może po prostu pani Lidia ci o tym powiedziała, bo częściej widuję się z nią niż z tobą?

– Rozumiem, że masz kłopoty z wydawnictwem, ale to nie jest powód, żeby wyżywać się na innych.

– Nie mieszaj w to mojej pracy! Myślisz, że to jest w życiu najważniejsze? Owszem, przez to wszystko nie mogę nawet pisać, a dla mnie to już prawdziwa klęska. Bo pisanie jest moim ostatnim wentylem bezpieczeństwa.

– Jakim znowu wentylem?

– Jestem po prostu zmęczona bezustanną walką o swoje miejsce w tym domu i w rodzinie. Walką o nasze wspólne życie. Przegraną walką! Nie widzisz tego?

– Gabrysiu, uspokój się. Czekają na mnie klienci, ale jeśli chcesz, wejdziemy do domu i porozmawiamy, bo…

– Nigdzie nie wejdziemy! – przerwała mu stanowczo, odsuwając się, bo chciał ją wziąć za rękę. Była coraz bardziej zła, także na siebie, ale nie umiała się powstrzymać.

– Dlaczego?

– Bo jestem wściekła! Jeśli teraz zaczniemy szczerze rozmawiać, to się to bardzo źle skończy. Muszę stąd wyjechać i się uspokoić albo nie ręczę za siebie.

– Dokąd chcesz jechać?

– Co za różnica? Jeśli nadal mam być tylko gościem u własnego męża, to wolę gościnę u obcych ludzi. Przynajmniej sytuacja będzie zupełnie jasna!

– Już wczoraj zachowywałaś się dziwnie, ale dzisiaj cię nie poznaję! – Markowi w końcu także puściły nerwy. – Co za bzdury wygadujesz? Mam wystarczająco dużo kłopotów na głowie, żeby się jeszcze zagłębiać w twoje zagadkowe pretensje. Może powiesz mi w końcu, o co ci chodzi i nie będziemy robili teatru na podwórku?

Gabriela z osobliwą satysfakcją patrzyła na zirytowanego męża. Rzadko podnosił głos, a jeśli już mu się to zdarzało, sprawa zawsze dotyczyła Marysi lub Jacka. Dzieci tego nie rozumiały, ale ona wiedziała, że Marek denerwuje się tylko wtedy, gdy chodzi mu o dobro i ochronę bliskich. Zdziwiła się swoją reakcją – ucieszyło ją, że wreszcie mąż złości się także z jej powodu.

– Owszem, nie będziemy robili teatru – stwierdziła. – Bo właśnie wyjeżdżam. Zamierzam sprawdzić, czy chociaż do pisania książek jeszcze się nadaję, skoro do niczego innego nie jestem już nikomu potrzebna.

– Jak to: nie jesteś potrzebna? O czym ty mówisz?

– O tym, że znakomicie sam sobie radzisz z problemami TWOICH dzieci, z remontem w TWOJEJ łazience i z instruowaniem TWOJEJ gosposi – powiedziała z naciskiem. – Aha, byłabym zapomniała: dziś musisz się też zająć swoją pierwszą teściową. Przyjeżdża zrobić inspekcję TWOJEGO domu. Nie wiedziałeś? – spytała z sarkazmem. – A myślałam, że skoro tak bez ogródek informujesz babcię Franciszkę o TWOICH planach życiowych, to ona rewanżuje ci się tym samym.

Mężczyzna odsunął się o krok i wpatrywał się w żonę zdumionym wzrokiem. Nigdy wcześniej nie widział jej w takim stanie.

– Gabrysiu, uspokójmy się – poprosił z niemrawą miną. – Widzę, że masz o coś żal, ale nie wiem, o co. Jeśli…

– Nie – przerwała mu, także ściszając głos. – Wiem, że jest w tym i moja wina, bo nie powinnam jak idiotka czekać, że się czegokolwiek sam domyślisz. Ale mam dość wypatrywania okazji do spokojnej rozmowy we dwoje. Nie w łóżku, gdy jesteśmy zmęczeni po całym dniu, tylko tak zwyczajnie, jak dwoje dorosłych ludzi.

– No właśnie. To porozmawiajmy spokojnie, bo nie wiem, o co ci chodzi.

– Na przykład o to, że ostatnio wszystko toczy się poza mną. Każdy uważa, że wie lepiej: jak mam pisać książki, jakim jeździć autem, czy potrzebuję cholernej nowej wanny, a co najważniejsze, czy powinniśmy mieć… – Przestraszona w ostatniej chwili powstrzymała się przed dokończeniem zdania. – Muszę to wszystko przemyśleć, bo zwariuję. Duszę się tu, rozumiesz?

– Co ty chcesz przemyśleć? – zapytał śmiertelnie poważnym tonem. – Gdzie się właściwie wybierasz? I z kim?

– Więc jednak nie rozumiesz – westchnęła, po czym wsiadła do auta. – Jadę do znajomej, bo prosiła mnie o przysługę – odparła wymijająco. – I bardzo mnie cieszy, że wreszcie komuś jestem potrzebna. Wrócę za tydzień, a wtedy wyjaśnimy naszą sytuację.

– Jaką znowu sytuację?! – zdenerwowany Marek nagle zrozumiał, że to nie są żarty. – Nic nie musimy wyjaśniać. Jesteś moją żoną i nie możesz tak po prostu wyjechać sobie bez słowa! Co to ma znaczyć? Jeszcze wczoraj wszystko było w porządku, a dziś porzucasz swój dom?!

Gabriela włożyła kluczyk do stacyjki, ale nie zapaliła silnika.

– Od długiego czasu nic nie było już w porządku, ale nawet tego nie zauważyłeś – powiedziała zmęczonym głosem. – Tak, jestem twoją żoną. Masz mnie na głowie, tak jak dzieci, gosposię, konie i cały ten kram. Wciąż to powtarzasz. A co mam ja w tym domu? Nawet ty nie jesteś naprawdę mój, Marku.

– Co takiego?

– Portret Zosi wciąż wisi na honorowym miejscu w salonie, a nasze ślubne zdjęcie stoi na parapecie zasłonięte paprotką. To chyba coś znaczy, prawda?

– Przecież…

– Wiem, że mnie kochasz. Ja też wyszłam za ciebie z miłości. Ale dla mnie małżeństwo to nie jest broszka, którą się przyczepia do dawnego życia, żeby lepiej wyglądało. Nie chcę być w tej rodzinie tylko ozdobą, którą można się pochwalić na niedzielnej mszy.

– Gabrysiu!

– Wybacz, nie mam teraz siły, żeby ci to tłumaczyć. Muszę odpocząć, oderwać się. Zadzwonię za parę dni. – przekręciła kluczyk i ruszyła wolno w dół wzgórza.

* * *

Zamyślona Gabriela jechała szosą przez las. Zdążyła już przebyć ponad połowę drogi, nim uświadomiła sobie, że jest dopiero dziesiąta rano, więc Maryla na pewno nie spodziewa się jej o tej porze. Sytuacja w domu niespodziewanie ją jednak przerosła.

„W sumie to zachowałam się jak histeryczka, ale nie mogłam inaczej. Gdybym w porę nie uciekła, pewnych słów już nie dałoby się cofnąć” – pomyślała rozżalona, jedną ręką włączając płytę z ulubioną muzyką. Z odtwarzacza popłynęła kojąca melodia.

Gdy na jezdni przed sobą zobaczyła wlokący się traktor z przyczepą, odruchowo włączyła migacz i zjechała na lewą stronę, by go wyminąć.

– Co z tymi głośnikami? – mruknęła ze złością i spojrzała na wyświetlacz, bo muzyka była ledwie słyszalna.

Oderwała wzrok od drogi jedynie na ułamek sekundy, ale to wystarczyło. Nagle zza zakrętu wyjechał tir. Kierowca, widząc jadący wprost na niego mały samochód, zatrąbił donośnie.

– Jezus Maria! – Wzdrygnęła się przerażona.

Gwałtownie skręciła kierownicą w prawo, niemal wciskając się pod koła wyprzedzanego ciągnika. Traktorzysta siarczyście zaklął pod nosem, wciskając hamulec, a rozpędzony tir minął ich ze świstem powietrza. Drzewa rosnące przy drodze aż przygięły się od pędu olbrzymiej ciężarówki.

Roztrzęsiona Gabriela jechała jeszcze przez kilkadziesiąt metrów, ale gdy zobaczyła zjazd w leśną drogę, skręciła czym prędzej, po czym drżącą ręką wyłączyła silnik. Wokół zapanowała cisza, tylko z dala dobiegał coraz głośniejszy terkot zbliżającego się traktora.

„Jezus Maria! – powtórzyła w myślach, wychodząc z samochodu na miękkich nogach. – Muszę się nauczyć koncentrować, kiedy prowadzę, bo w końcu ktoś mnie rozjedzie. Albo, nie daj Boże, ja komuś zrobię krzywdę!” – Oparła się obiema rękami o maskę i głęboko oddychała, próbując uspokoić bicie serca.

– Halo, proszę pani! Wszystko w porządku? – usłyszała nagle głos od strony jezdni.

Spojrzała za siebie. Z traktora wychylał się młody mężczyzna w okularach.

– Tak, dziękuję. I przepraszam, że zajechałam panu drogę. Powinnam bardziej uważać, przepraszam.

– Niech się pani nie przejmuje. – Mężczyzna uśmiechnął się szeroko, prezentując równe białe zęby. – Tam nie było jeszcze ciągłej linii. Gdyby ten idiota nie jechał tak szybko, zdążyłaby pani spokojnie zjechać. Ale oni tak zawsze. Myślą, że jak pusta leśna droga, to można setką lecieć. Na pewno nie potrzebuje pani pomocy?

– Nie, już jest dobrze. Uspokoję się tylko i pojadę dalej.

– To do widzenia. W lepszych okolicznościach! – krzyknął przyjaźnie.

– Do widzenia – odetchnęła z ulgą, że mężczyzna nie miał do niej żadnych pretensji. – Ciekawe… Facet, który nie wrzeszczy, że baba za kierownicą to tylko problemy? Ekscentryk jakiś. Dobrze, że Marek tego nie widział.

Byli jeszcze narzeczeństwem, gdy po raz pierwszy zwrócił jej uwagę, że chaotycznie prowadzi samochód. Nie rozwijał tego tematu, ale zawsze gdy wyjeżdżała gdzieś sama, prosił, by była ostrożna, a później wysyłał esemesy z zapytaniem, czy dojechała bezpiecznie. Gabriela nie uważała się za złego kierowcę, więc troskę Marka przyjmowała jako przejaw łączącego ich uczucia. Dopiero po pewnym czasie zaczęła się dziwić jego nieufności oraz temu, że regularnie raz w miesiącu kontrolował jej auto u znajomego mechanika, tłumacząc to sporym przebiegiem.

– Jak widać, miał rację, że się martwił. Niewiele brakowało – szepnęła, pocierając spocone z nerwów dłonie. – Dziękuję za ratunek. – Spojrzała z wdzięcznością w niebo, jakby spodziewała się ujrzeć tam swojego anioła stróża. – I za to, że Marek zadbał o hamulce. Chyba nie powinnam była wyjeżdżać taka zdenerwowana – przyznała z ciężkim sercem.

 

Jej pierwsza w życiu małżeńska kłótnia kompletnie ją rozstroiła. Tego ranka coś w niej pękło, jak nadmiernie przeciążona lina ratunkowa. Wystarczyło małe nieporozumienie w sprawie łazienki, a nagle wszystko się posypało.

Gdy odjeżdżała spod domu, widziała w lusterku minę osłupiałego Marka. Wtedy była na niego wściekła, ale po incydencie z tirem czuła się już tylko oszołomiona i skołowana. Siedząc w otwartym samochodzie, otoczona szumem drzew i przeraźliwym świergotem ptaków, zapragnęła przytulić się do męża i powiedzieć, że wszystko się ułoży. Z całej siły chciała w to wierzyć, ale choć czuła się winna z powodu porannej awantury, na samą myśl o powrocie do domu cierpła jej skóra. Wszystkie życiowe drobiazgi, które jak lawina drobnych kamyczków posypały się jej na głowę, były niczym w porównaniu z tym, co gnębiło ją najbardziej – że wbrew temu, co sądziła przed ślubem, bycie wyłącznie żoną numer dwa jej nie wystarczało. Jednocześnie miała okropne wyrzuty sumienia, że zataja przed Markiem swoje pragnienia, że ze strachu oszukuje jego i siebie, co może w końcu zniszczyć ich związek. Nie umiała już sobie dłużej z tym radzić.

„Robi się łzawo, jak w marnej powieści – pomyślała. – Tylko że w powieści wszystko jest prostsze. Bohaterki powrzeszczą, potupią, zemdleją w odpowiednim momencie i ukochany zgadza się na wszystko. Ewentualnie umrą sobie na suchoty albo się otrują i też mają z głowy. A ja? Niech to gęś kopnie! Nie mam siły o tym myśleć”.

Spojrzała na zegarek, ale wciąż jeszcze było trochę za wcześnie, żeby zjawić się u Maryli. Wiedziała, że w tej chwili jej zdenerwowana przyjaciółka szaleje nad otwartymi walizami, usiłując zapanować nad wyjazdowym bałaganem. Gabriela dobrze ją znała, dlatego była pewna, że Maryla nie pozwoli sobie pomóc. Jedyne, co mogła zatem zrobić pożytecznego w tej sytuacji, to po prostu nie przeszkadzać jej zbyt wcześnie.

Rozejrzała się po okolicy. Lasek pozornie wyglądał sielsko i uroczo, ale za samochodem dostrzegła w krzakach wielką stertę śmieci. Gdy wiatr targnął porzuconymi na śmietnisku papierami, wśród krzewów zamajaczyło coś błękitnego – kawałek niebieskiej reklamówki, popychany wiatrem, szybko zniknął między krzewami.

„Że też ludzie dla paru groszy oszczędności wolą żyć na wysypisku śmieci – westchnęła w duchu. – Jak szczury! A potem się dziwią, że im dzieci chorują. Trzeba by to gdzieś zgłosić, zanim wiatr rozwłóczy wszystko po lesie”.

Zmęczona przeżyciami, nie miała jednak nawet siły, by sięgnąć po smartfon. Oparłszy głowę o zagłówek siedzenia, przymknęła oczy. Przez dłuższą chwilę wsłuchiwała się w uspokajający szelest drzew i głosy ptaków. Nagle szum drzew zaczął się nasilać, jakby zamieniał się w odgłos wartko płynącej po kamieniach wody.

„Strumień?” – zdziwiła się, a w tym samym momencie pod powiekami zobaczyła obraz ze snu. – O matko! – szepnęła i aż podskoczyła na siedzeniu.

Jak wariatka zaczęła grzebać w torebce, z której wyszarpnęła czerwony notes. Gdy wieczne pióro zaczęło się przesuwać po papierze, zostawiając za sobą czarne znaczki liter, Gabriela już nie siedziała w samochodzie wśród potoku słonecznego blasku – patrzyła na zupełnie inny, szary i nieznany jej krajobraz.