Dworek pod Lipami

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marek jeszcze coś mówił, ale Gabriela już nie słuchała. Stała przed drzwiami jak wrośnięta w ziemię i czuła, że skóra na policzkach zaczyna ją palić. Gdy do oczu napłynęły jej łzy, odwróciła się nagle na pięcie, po czym bezszelestnie zbiegła po schodach.

* * *

Kolacja przebiegała w dość nerwowej atmosferze. Marek zszedł do jadalni z ponurą miną i co chwilę zerkał na córkę, ale Marysia wbiła wzrok w talerz z sałatką i starała się tak cicho przełykać kęsy, jakby jej nie było. Zamyślona Gabriela także milczała. Wolno przeżuwała skórkę chleba, wpatrując się w kwiecisty obrus.

Lidia, która naprędce zjadła swoją porcję, kręciła się nerwowo po kuchni, ze zgnębioną miną donosząc na stół jedne wiktuały, a zabierając inne. Wszyscy sprawiali wrażenie, jakby chcieli coś ukryć.

Niezręczną ciszę przerwała gosposia.

– Nie smakuje Gabrysi sałatka? – spytała. – Zrobiłam, bo Marysia nie chciała jajecznicy.

Gabriela spojrzała najpierw na nią, a potem na swój talerz, na którym rozgrzebała nietkniętą potrawę.

– Ależ nie, jest bardzo smaczna, tylko jakoś nie jestem głodna – odparła niemrawo. – Przepraszam, wypiję tylko herbatę.

– To może ja coś innego naszykuję? Może kiełbaski usmażyć?

Na te słowa Marysia poderwała głowę znad talerza.

– Padlinożercy – burknęła.

– Maryśka! – zgromił ją ojciec. – Jak ty się zachowujesz? Szanujemy twoje poglądy, ale każdy kto zechce, będzie w tym domu jadał mięso. I kropka!

– Oj, tato! Gdybyś przeczytał książkę Gabi, to byś wiedział, że nie wszyscy traktują zwierzęta tak jak ty! Widziałam zdjęcia, które Jacek zrobił na praktykach i…

– Przestań. Nie przy stole.

Dziewczyna już otwierała usta, by sprzeczać się dalej, ale Gabriela weszła jej w słowo, odpowiadając na wcześniejsze pytanie gosposi.

– Dziękuję, pani Lidziu. Jestem chyba zbyt zmęczona, żeby jeść. Pójdę się położyć.

– Jak Gabrysia uważa – mruknęła gosposia. Widząc jednak, że Gabriela podnosi się od stołu, dodała szybko: – Ale ja muszę coś powiedzieć.

– Tak?

– Niech się Gabrysia nie gniewa, ja bardzo przepraszam, ale zdarzył się dziś mały wypadek w kuchni.

– Wypadek?

– Robotnicy cały dzień tak ciężko pracowali, więc ja… oni… – plątała się.

– Lidziu, powiedz wprost, co się stało – polecił Marek spokojnym głosem.

– A bo to… no pić się im zachciało, więc ja im tego piwa z lodówki, co to Jacuś w zeszłym tygodniu zostawił, pozwoliłam wziąć.

– I dobrze zrobiłaś. Byleby mi tylko wódki nie przynieśli, bo ich powyrzucam.

– No, co też Mareczek opowiada! – obruszyła się. – Już ja tam dobrze pilnuję, żeby robotę zrobili i nie poniszczyli domu. Żadnego kłopotu z tego nie będzie. Tylko…

– Tylko co?

– No, jak to powiedzieć? – Zakłopotała się. – Szklanek do tego piwa szukali w kredensie. A ja byłam zajęta gruzem w łazience. Sprzątałam i nie dopilnowałam ich. Przepraszam Gabrysię.

– Mnie? Ale…

Gabriela, tknięta złym przeczuciem, otworzyła drzwiczki staroświeckiego wiejskiego kredensu. Od razu zauważyła, czego brakuje. Odwróciła się do Lidii z mieszaniną żalu i wyrzutu.

– Filiżanka po prababci!

– Tak bardzo przepraszam. Zrzucili ją na dywanik, nie na podłogę, ale uszko całe się oderwało i troszkę wyszczerbiła się na brzegu. Na szczęście spodeczek gdzie indziej był, to cały został. Może Mareczek zawiezie te kawałki do jakiegoś sklejacza, żeby ładnie naprawił? – Spojrzała błagalnie na mężczyznę i z szafki pod zlewem wyjęła utłuczoną filiżankę.

– Boże, jeszcze i to! – wyrwało się rozżalonej Gabrieli.

Marek milczał przez chwilę, patrząc, jak jego żona delikatnie wyjmuje z rąk Lidii porcelanowe kawałki i przygląda się im, z trudem powstrzymując łzy. Pomyślał, że jej reakcja jest jednak nieco przesadzona.

– Oczywiście, Lidziu, nie martw się – stwierdził. – Czasem tak się zdarza, trudno. Jutro poszukam przez Internet kogoś, kto profesjonalnie zajmuje się takimi antykami. – Wstał i objął żonę. – Nie martw się kochanie, naprawimy ją, będzie jak nowa. Marysiu, poszukaj w przedpokoju jakiegoś pudełka – poprosił córkę, która szybko się poderwała i wybiegła na korytarz. – Gabrysiu, powiedz coś. – Spojrzał wymownie na milczącą żonę.

– Słucham?… A, tak. Proszę się nie martwić, pani Lidziu. To na pewno jakoś da się naprawić – powiedziała Gabriela z pozornym spokojem, ale głos jej zadrżał.

Ta delikatna biała porcelana z ręcznie malowanym kwiatowym motywem była jedną z niewielu rodzinnych pamiątek, jakie odziedziczyła. Jej siostra dostała piękny pierścionek z bursztynem, także pamiątkę po prababci, ale ona wolała kilka ocalałych sztuk porcelany nie od kompletu. Była zachwycona starą, niemal stuletnią filiżanką, która w jej mieszkaniu stała na honorowym miejscu, ponieważ łączyło się z nią wiele wspomnień z domu rodzinnego. Po przeprowadzce do męża Gabriela schowała cały serwis w pudle na najwyższej półce kredensu, starannie owijając najcenniejszą filiżankę folią bąbelkową. Porcelana miała tam czekać, aż Marek zamówi do salonu specjalną witrynę, w której Gabriela planowała ustawić resztkę swojej panieńskiej kolekcji. Jednak w codziennym natłoku zajęć wciąż brakowało mu na to czasu.

Nie umiała sobie wyobrazić, jak gorliwie lub wręcz wścibsko trzeba było szukać tych głupich szklanek do piwa, żeby upuścić na podłogę coś tak pieczołowicie schowanego. Chyba że Lidia podczas porządków poprzestawiała wszystko według własnego uznania, w co Gabriela mogła łatwo uwierzyć.

Choć bardzo się starała zapanować nad sobą, emocje, które wzbierały w niej już od porannej rozmowy w wydawnictwie, zaczynały powoli brać górę. Włożyła jednak wiele wysiłku w to, by nie rozkleić się w obecności wszystkich.

Gdy Marysia przyniosła jej metalowe pudełko po jakichś drogich czekoladkach, wymościła je miękkim papierowym ręcznikiem i ostrożnie zaczęła układać w środku wszystkie ocalałe fragmenty porcelany.

Marek, który uznał, że na razie sprawa jest załatwiona, zatrzymał córkę w jadalni.

– Poczekaj, usiądź – polecił. – Chcę z tobą porozmawiać.

– O czym?

– Dobrze wiesz, o czym. Cóż to za nowe pomysły, żeby wyprowadzać się z domu do babci Franciszki?

– Ja nic nie wiem.

– Marysiu, nie denerwuj mnie. Byłaś dzisiaj u dziadków na obiedzie, a wieczorem zadzwoniła do mnie Franciszka z propozycją, żebyś się do nich przeprowadziła. Trochę za duży zbieg okoliczności, nie uważasz?

– Nic o tym nie wiem – odparła dziewczyna z buntowniczą miną. – Stwierdziłam po prostu, że za tydzień mam ważny sprawdzian z matmy, a w domu tylko bałagan i hałas. I nawet fryzury nie mam gdzie porządnie zrobić ani się wykąpać. Babcia sama wymyśliła, że u niej jest wolny pokój.

– Nie podoba mi się, że snujesz takie plany za moimi plecami. Wciąż jesteś niepełnoletnia i to ja decyduję, gdzie będzie ci lepiej.

– Marku, jeśli ten sprawdzian jest taki ważny, to niech Marysia pomieszka u dziadków, aż skończymy remont. – rozstrojona Gabriela nieopatrznie się wtrąciła. – Mogę ją jutro odwieźć, pod warunkiem że pożyczysz mi samochód.

– Wykluczone. A dlaczego mam ci pożyczyć samochód? – spytał Marek podejrzliwie. – Twój się zepsuł?

– Nie… Jest w rowie koło parkingu – wyznała niechętnie, bo było już za późno na cofnięcie słów.

– Jak to: w rowie? – spytał zaskoczony.

– Nieważne, później ci opowiem. Na drodze jest takie błoto, że w ogóle nie da się dojechać do domu.

– Ale nic ci się nie stało?

– Nie, wszystko w porządku. Miałam tylko mały poślizg.

– Poślizg – mruknął niezadowolony. – Zajmę się tym. Rano poproszę pana Staszka, żeby podholował go traktorem. Ale Marysia nigdzie nie pojedzie. Póki co, to ja decyduję o tym, gdzie mieszka moja córka. – Wstał od stołu mocno zirytowany.

Mijając Lidię, wymruczał jeszcze podziękowania za kolację, po czym zniknął w półmroku korytarza. Po chwili w cichym domu dał się słyszeć dźwięk włączonego w salonie telewizora.

Marysia, jak to nastolatka, wzruszyła tylko ramionami. Surowy ton głosu ojca nie robił na niej żadnego wrażenia. Gdyby jej naprawdę zależało, z pomocą nieustępliwej babci Franciszki postawiłaby na swoim, ale na razie nie miała jeszcze pewności, czy rzeczywiście chce zamieszkać u dziadków. Przechodząc przez korytarz do swojego pokoju, rzuciła głośno, tak by ojciec ją usłyszał:

– Tylko proszę mi później nie wypominać, że dostałam jedynkę ze sprawdzianu! Pół dnia tracę na dojazdy, a w domu nie mam nawet spokoju i prywatności. Ani ciepłej wody.

– Maryśka! Idź się lepiej uczyć.

Gabriela została w kuchni z Lidią tylko dlatego, że nie miała siły wstać z krzesła. Dopadł ją nagle taki ból głowy, że aż pociemniało jej w oczach.

– Co to za okropny dzień! – jęknęła. – Pani Lidziu, czy może pani zagrzać dla mnie wody do mycia? – poprosiła cicho. – Muszę się szybko położyć, bo chyba dostałam migreny.

– Ależ oczywiście! – Skruszona gosposia ucieszyła się, że może jej w czymś pomóc. – Niech Gabrysia idzie do łazienki, trochę tam ogarnęłam. Zaraz ciepłej wody do wanny przyniosę. I ręczniki świeżutkie. A pościel w sypialni już zmieniłam, bo tak nakurzyli w całym domu, że się wytrzepać nie dało – trajkotała, krzątając się. – Ja ich jutro pogonię trochę, to niedługo skończą i znów Gabrysia będzie mieć święty spokój.

„Spokój? – pomyślała przygnębiona Gabriela. – Nie będzie żadnego spokoju, dopóki Marek… dopóki ja… Boże, co mam z tym wszystkim zrobić?”

* * *

Marek wszedł do sypialni na palcach, ale przy szafie potknął się o pantofle żony. Gabrysia otworzyła oczy.

– Przepraszam, zapomniałam wsunąć je pod łóżko – odezwała się, zapalając nocną lampkę.

 

Słabe ledowe światło ukryte pod zielonym abażurem rozświetliło niewielki fragment pokoju.

– Obudziłem cię?

– Nie, właściwie jeszcze nie spałam.

Z westchnieniem ulgi wsunął się pod kołdrę.

– Ależ się dziś utyrałem – mruknął. – A ty jak się czujesz? Lidzia mówiła, że masz migrenę.

– Wzięłam tabletkę i już mi przechodzi.

– Pewnie zdenerwowali cię w tym wydawnictwie. Czego chcieli?

Gabriela szybko uciekła wzrokiem, jak ktoś, kto ma coś do ukrycia.

– Postawili mi ultimatum. Chcą, żebym zmieniła zakończenie powieści.

– Dlaczego? Jest złe?

– Im się nie podoba.

– Dlaczego? – powtórzył.

– Mówią, że jest zbyt drastyczne.

– Drastyczne? – spytał z niedowierzaniem, oparłszy się na łokciu, by lepiej widzieć jej twarz. – Ty i „drastyczne”? Przecież ktoś ci zarzucał w recenzji, że jesteś zbyt delikatna w narracji.

– Infantylna! – poprawiła go z goryczą w głosie.

– Zostawmy terminologię. A co napisałaś w zakończeniu?

– Nic takiego. Po prostu główna bohaterka miała wypadek na ulicy i zginęła – wykręciła się.

– A dlaczego się im to nie spodobało?

– Wolą happy endy. Jeśli się zgodzę na zmiany w fabule, podpiszą ze mną kolejną umowę.

– A jeśli nie?

– Czy to ważne? Może wyrzucą mnie razem z moją okropną pesymistyczną książką.

– Przecież twoje powieści są świetne.

– Skąd wiesz? Nigdy nie znalazłeś czasu, by przeczytać choć jedną.

– Oj, Gabrysiu! Przecież wiesz, jaki jestem zajęty – mruknął przymilnym głosem i na powrót ułożył się na poduszce obok niej. – Zresztą sama powiedziałaś, że piszesz książki głównie dla kobiet. Ja się na tym nie znam, ale skoro dobrze się sprzedają, to chyba coś znaczy.

– Niekoniecznie – burknęła zła na siebie, że boi się skierować rozmowę na istotniejsze dla niej kwestie. – Może to tylko dobra reklama? Może już się wypaliłam?

Marek ziewnął.

– Kochanie, co też przychodzi ci do głowy? Stwarzasz sztuczne problemy, a potem się nimi zadręczasz. To bez sensu.

– No jasne, wymyślam sobie problemy, bo nie mam nic lepszego do roboty.

– Nie irytuj się. Takie jest moje zdanie. A co do wydawnictwa, skoro uważasz, że zakończenie jest dobre, to walcz o nie.

– Jakoś ostatnio brakuje mi siły – powiedziała cicho, patrząc w sufit. – I odwagi. Męczy mnie to.

– Będę cię kochał niezależnie od tego, co postanowisz. – Coraz bardziej senny Marek nie zwrócił uwagi ani na jej przygnębiony ton, ani na niejasne znaczenie słów. – Weź pod uwagę, że nie ma takiej książki, która spodobałaby się wszystkim. Jak mówi przysłowie: o gustach się nie dyskutuje.

– Więc co mi radzisz?

– Ja bym… – zawahał się. – Zrób tak, żebyś była z siebie zadowolona. A teraz chodźmy spać, późno już.

Chciał ją objąć i pocałować na dobranoc, ale w tym momencie zdenerwowana Gabriela gwałtownie usiadła.

– Co się stało?

– Nic! Daj mi spokój – burknęła.

Zacisnęła dłonie na satynowej poszewce kołdry. Nie miała ochoty gasić światła tylko po to, by później leżeć bezsennie w ciemności obok pochrapującego Marka i zadręczać się myślami, które kłębiły się jej w głowie. Z drugiej zaś strony zdawała sobie sprawę, że to nie był najlepszy moment na poważne rozmowy – ona była zbyt zdenerwowana, a on zmęczony i senny po ciężkim dniu. Problem polegał między innymi na tym, że już od dawna nie umiała znaleźć dobrego czasu na wyznanie Markowi, co tak naprawdę ją gnębiło.

Bo jak miała powiedzieć ukochanemu mężczyźnie, że nie jest szczęśliwa? Jak wyjaśnić, że w jego domu czuła się obco, ponieważ wspomnienie jego pierwszej żony wypełniało każdy kąt, jakby jej duch przechadzał się po pokojach? Jak wytłumaczyć mu, dlaczego coraz częściej miała wrażenie, że jest w tym małżeństwie samotna, skoro nawet ona tego nie rozumiała?

Rozmowa telefoniczna, którą dzisiaj przypadkowo usłyszała, kompletnie wytrąciła ją z równowagi. Choć Marek nic złego nie powiedział do swojej byłej teściowej, Gabriela poczuła się nagle upokorzona i zepchnięta na bok, dokładnie tak jak wtedy, gdy pewnego wieczoru wyobraźnia podsunęła jej gorzkie słowa wypowiedziane do niej przez zmarłą Zosię wprost z portretu wiszącego w salonie.

Choć starała się bagatelizować swoje odczucia, zrzucając winę na skłonność do fantazjowania, nie pomogło to jej przezwyciężyć mroku, który ją ogarniał. Była pewna tylko jednego: kochała Marka i coraz bardziej potrzebowała jego uczucia i wsparcia, a jednocześnie widziała, jak rośnie między nimi jakiś mur. Kto go budował: ona czy on? Nie miała pojęcia. Z dnia na dzień czuła się jednak coraz bardziej winna wobec męża za brak szczerości, za skrywane emocje, a wreszcie za ten ciężar na duszy – tajemnicę, którą od roku dźwigała samotnie, bezskutecznie obiecując sobie po tysiąc razy, że w końcu wyzna Markowi prawdę. Za każdym razem, gdy chciała to zrobić, ogarniał ją jednak strach. Bała się, że potem już nic nie będzie takie samo.

– Przecież widzę kochanie, że coś jeszcze cię dręczy – zamruczał Marek niskim ciepłym głosem prosto do jej ucha. – Opowiesz mi o tym?

Niechętnie pozwoliła mu się objąć. Pachniał cytrynowym żelem pod prysznic, który ostatnio kupiła, i miętową pastą do zębów. Widocznie troskliwa Lidia jemu także nagrzała wody do mycia.

– Nie wiem – odparła, z oporem poddając się jego pieszczocie. – Jest tyle spraw, o których powinniśmy spokojnie pogadać.

– To może jutro porozmawiamy, a dzisiaj…

– Przestań, nie jestem w nastroju – z rozdrażnieniem odwróciła głowę, by uniknąć pocałunku. – Dla ciebie zawsze jest jakieś jutro, za tydzień. A ja czuję się tak, jakby moje życie leżało spakowane w pudle pod ścianą i czekało, aż ktoś się zlituje i powiesi je w szafie na właściwym miejscu. Chciałabym wreszcie to wszystko jakoś ogarnąć.

– Wybacz, kochanie, że nie rozumiem tej przydługiej metafory, ale jestem tylko prostym facetem – zażartował, bo wcale się nie zniechęcił jej reakcją. – Za to bardzo chętnie pomogę ci poczuć się lepiej już teraz. – Czułym gestem zatopił dłoń w jej włosach.

– Auć! – syknęła.

– Co to jest? Masz na głowie guza wielkości śliwki! – Delikatnie dotknął jej lewej skroni, tuż za krawędzią włosów.

– Musiałam się uderzyć o kierownicę. – Przesunęła palcami po głowie.

– Pokaż mi to. Nic dziwnego, że miałaś migrenę. – Marek momentalnie spoważniał. – Trzeba przyłożyć lód. A mówiłaś, że nic się nie stało.

– Bo nic mi nie jest. Chyba znam się na tym lepiej niż ty. Zostaw.

– Jak chcesz – stwierdził i zniechęcony oparł się o wezgłowie łóżka. – Ale jeśli jutro ten guz nie zniknie, pójdziesz do lekarza. I trzeba w końcu coś postanowić w sprawie nowego auta. Niepotrzebnie się upierasz.

– Ale…

– Nie, Gabrysiu. Przecież to nie ma ani mocy, ani bocznych poduszek powietrznych czy porządnych systemów bezpieczeństwa! – stracił nagle cierpliwość. – Nie zamierzam się denerwować za każdym razem, kiedy wsiadasz do tej swojej miejskiej zabawki!

– Denerwujesz się? Dlaczego?

Marek wyraźnie się zmieszał.

– Nieważne. Wolałbym po prostu, żebyś się tak nie upierała w tej kwestii. Naprawdę łatwiej zmienić samochód niż zrobić coś z naszą drogą.

– Ale moich oszczędności nie wystarczy na dobry model.

– Weźmiemy kredyt.

– Kolejny? Nie spłaciłeś jeszcze tego, za który kupiłeś kucyki.

– Kochanie, naprawdę nie powinnaś sobie tym zawracać głowy. To mój kłopot.

– Dlaczego?

– Jak to: dlaczego?

– Dlaczego odsuwasz mnie od swoich problemów? – Nagle nabrała odwagi. – Twoje wydatki to także moja sprawa, nie uważasz? Musisz inwestować w swój interes, utrzymujesz syna na studiach, Marysia też niedługo wyfrunie w świat i trzeba będzie jej pomóc. Skąd na to wszystko weźmiesz? Nie da się tak ciągle brać kolejnych kredytów.

– Zapewniam cię, że wszystko będzie w porządku. W końcu jestem głową tej rodziny.

– Wiem, Marku. Jesteś wyjątkowo zaradnym mężczyzną i zawsze to w tobie podziwiałam, ale chciałabym ci pomóc.

– Utrzymanie rodziny należy do mnie – uniósł się honorem. – Nie będę przecież ograbiał własnej żony, żeby spłacić kredyty.

– Nie obrażaj się. – Od razu się wycofała, bo wiedziała, że to dla Marka drażliwy temat. – To chociaż pozwól mi zapłacić za remont.

– Po co? Nie sądzę, żeby wymiana armatury i kilku uszkodzonych rur przekraczała moje możliwości finansowe. Według mnie kwestia samochodu jest znacznie…

– Marku, mnie nie chodzi o tę awarię w łazience czy nową wannę – weszła mu w słowo. – Co byś powiedział, gdybyśmy rozważyli większy remont? – spytała, zastanawiając się, czy dobrze robi, poruszając ten temat.

– Co masz na myśli?

– Dom ma już swoje lata. Moglibyśmy wszędzie odświeżyć, zmienić tapety i podłogi, bo skrzypią, kupić Marysi nowe meble. A może nawet wyremontować całą kuchnię?

– Przecież to wszystko jest jeszcze dobre. Maryśka się skarżyła?

– Nie, ale mówisz jak typowy facet – Żeby rozładować napięcie, udała, że się śmieje. – Dopóki tynk nie odlatuje z sufitu i nie wpada do zupy, dla was wszystko jest w porządku. A przecież wyposażenie kuchni ma już chyba kilkanaście lat.

– Nie podoba ci się tak, jak jest? – Stropił się nieco. – Wiem, że obiecałem ci nową garderobę, ale to nie moja wina, że stolarz ciągle przesuwa terminy. Myślałem, że dobrze ci się tu mieszka. Twój gabinet urządziliśmy przecież tak, jak chciałaś.

– Tak, ale gabinet to nie dom. Zrozum, kochany, mnie nie chodzi o kosmetyczne poprawki. Może nie umiem tego zbyt dobrze wyjaśnić, ale chciałabym poczuć się tu wreszcie u siebie, u nas. A poza tym… – Wzięła głębszy oddech. – Może przydałby się nam dodatkowy pokój obok sypialni.

– Jeszcze jeden? Po co?

– No wiesz… – Siliła się na beztroski ton. – Zamiast tej zagraconej prasowalni znacznie bardziej pożyteczny byłby zapasowy, wygodny pokoik… dla gości na przykład – stchórzyła w ostatniej chwili.

Marek roześmiał się, jakby usłyszał żart.

– Oj, kochanie, już się wystraszyłem, że chcesz demolować cały dom. Dla gości zawsze znajdzie się jakiś kąt. Zresztą, skoro o tym mówimy, to uważam, że już dawno powinnaś zaprosić do nas swoich rodziców. Nie wiem, o co posprzeczałyście się z matką po naszym ślubie, ale chyba nadeszła pora, żeby ocieplić wasze relacje. Widzę przecież, jak ci z tym źle.

– Pomyślę o tym – burknęła. – Ale nie zmieniaj tematu. Taki dodatkowy pokój może się nam kiedyś bardzo przydać.

– Ciekawe, do czego – mruknął, ziewając.

Gabriela nie wytrzymała. Obróciła się do niego tak gwałtownie, że długie srebrne kolczyki, które zapomniała zdjąć przed snem, uderzyły ją po twarzy.

– Na przykład jako pokój dziecinny! Nie pomyślałeś o tym!? – spytała ostro.

– Mówisz jak moja teściowa, a przecież… Gabrysiu… Czy ja o czymś nie wiem? – spytał zaniepokojony. – Nie chcesz chyba powiedzieć, że jesteś w ciąży?

– Nie, nie jestem! – warknęła.

– To dobrze – odetchnął z tak wyraźną ulgą, że Gabrieli aż się ścisnęło serce. – Nie zaskakuj mnie tak więcej. Wystarczy, że Maryśka doprowadza mnie do szału. Wiesz, co wymyśliła? Chce sobie przefarbować włosy. Jestem chyba za stary na ojca nastolatki.

Gabriela w milczeniu odwróciła głowę. Cała złość wyparowała z niej w ciągu sekundy, za to w gardle poczuła dławiący ucisk.

– Gabrysiu? Co ci jest?

– Nic.

– Jesteś zmęczona. Połóż się, a ja przyniosę ci okład na czoło.

– Nie trzeba, sama pójdę. – Niemrawo wygrzebała się z pościeli. – Ale ty już śpij.

Zarzuciła na ramiona szlafrok, wsunęła stopy w pantofle. Przechodząc obok komody, spostrzegła swój smartfon. Schowała go do kieszeni.

– Jak wrócisz, zgaś światło – poprosił i przekręcił się na bok.

– Dobrze. Dobranoc.

Na palcach dotarła do zrujnowanej łazienki. Nie chciała, żeby skrzypienie starego parkietu obudziło Marysię śpiącą na końcu korytarza albo Lidię nocującą w pokoju Jacka.

Cicho zamknęła za sobą drzwi. Usiadła na krawędzi wanny, wyjęła smartfon i spojrzała na wyświetlacz. Rozpaczliwie potrzebowała z kimś porozmawiać, ale nie mogła zatelefonować do nikogo z rodziny – do matki wciąż miała żal, ojciec nie nadawał się do takich rozmów, a zabieganej siostrze nie chciała zrzucać na głowę swoich emocjonalnych problemów. Pomyślała o Marylce, jednak było już bardzo późno. Nie miała serca jej budzić o tej godzinie.

 

Nawet nie zauważyła, gdy pierwsza łza spłynęła jej po policzku. Nagły szloch odbił się echem w pustej łazience, więc szybko zatkała usta rękawem grubego szlafroka. Nie chciała, aby ktokolwiek ją usłyszał. Emocje z całego dnia dopiero teraz znalazły ujście, dlatego przez dłuższą chwilę nie mogła się uspokoić.

– Boże, co ja mam robić? – szepnęła zrozpaczona. – Nie tak miało być. Wszystko się pogmatwało… Gdybym mogła po prostu zapomnieć o tym, co mi powiedziała matka. Gdybym mogła zacząć od nowa…

W kieszeni szlafroka znalazła chusteczkę, więc wytarła nos, a łzy rozmazała palcami po policzkach.

„Muszę się wziąć w garść. Mam trzydzieści pięć lat, a zachowuję się jak nastolatka. Wiem, że mama chciała dobrze – przyznała w duchu. – Ale nie miała prawa ukrywać przede mną prawdy – myślała rozżalona. – A teraz może już być za późno. Za późno dla mnie i dla Marka. Bo jeśli on też nie zrozumie… Co mam zrobić?”

Po chwili zastanowienia szybko napisała esemesa do przyjaciółki. Czterdzieści kilometrów dalej na nocnym stoliku zapiszczała komórka Maryli. Rozbudzona kobieta spojrzała na męża – spał spokojnie. Sięgnęła po telefon i z pewnym zdziwieniem odczytała wiadomość:

Marylko, sprawy się trochę skomplikowały. Wiem, że to dla Ciebie nie najlepszy moment, ale muszę szybko pogadać z kimś rozsądnym, bo zwariuję! Proszę, zarezerwuj dla mnie jutro godzinkę, gdy przyjadę po klucze. Tylko sam na sam. Błagam!