Czas cudów czyli opowieści pod jemiołąTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Re­dak­cja

Anna Se­we­ryn

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład, ła­ma­nie oraz opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bo­ciek

Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych

Pra­cow­nia WV

Fo­to­gra­fie na okład­ce

© smart­mom­blog­ger | pi­xa­bay.com

© the­glass­desk | fre­epik.com

Ko­rek­ta

Ur­szu­la Bań­ce­rek

Wy­da­nie I, Cho­rzów 2017

Wy­daw­ca: Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA

41-500 Cho­rzów, Ale­ja Har­cer­ska 3c

tel. 600 472 609

of­fi­ce@vi­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

Dys­try­bu­cja wer­sji dru­ko­wa­nej: DIC­TUM Sp. z o.o.

01-942 War­sza­wa, ul. Ka­ba­re­to­wa 21

tel. 22 663 98 13, fax 22 663 98 12

dys­try­bu­cja@dic­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA, Cho­rzów 2017

tekst © Jo­an­na Do­ro­ta Bu­jak, Mał­go­rza­ta Fal­kow­ska, Anna Har­łu­ko­wicz-Niem­czy­now, Jo­an­na Ja­kub­czak, Pa­try­cja May, Car­la Mori, Jo­an­na Py­płacz, Dia­ne Rose, Be­ata Scho­en­ma­kers, Łu­cja Wi­lew­ska

ISBN 978-83-7835-635-6

Od redakcji

Choć cza­sa­mi śnież­na pie­rzyn­ka przy­po­mi­na ra­czej błot­ni­stą bre­ję, w fer­wo­rze za­ku­pów mu­si­my się wy­ka­zać nie­mal he­ro­icz­ną wal­ką, a w mi­ja­nych lu­dziach trud­no roz­po­znać ma­gię świąt, coś spra­wia, że to rze­czy­wi­ście czas cu­dów.

Każ­dy z nas ma pew­nie inny prze­pis na ide­al­ne świę­ta, po­dob­nie jak na sto­le wi­gi­lij­nym róż­nie wy­glą­da ze­staw tra­dy­cyj­nych dwu­na­stu po­traw. Niech bę­dzie ro­dzin­nie, smacz­nie, spo­koj­nie. W bla­sku roz­iskrzo­nej cho­in­ki i w ma­low­ni­czo ośnie­żo­nej sce­ne­rii. Przy sa­mot­nej re­flek­sji i w gwa­rze roz­mów z bli­ski­mi.

Ży­czy­my na­szym Czy­tel­ni­kom świąt cie­płych jak ogień w ko­min­ku, barw­nych jak ko­lo­ro­we ozdo­by na cho­in­ce, we­so­łych jak śmiech dziec­ka po otrzy­ma­niu wy­ma­rzo­ne­go pre­zen­tu i cie­ka­wych jak naj­pięk­niej­sza po­wieść…

Sami bę­dzie­cie wie­dzieć, co dla Was naj­lep­sze w te świę­ta, a my trzy­ma­my kciu­ki, żeby się speł­ni­ło *

Jo­an­na Do­ro­ta Bu­jak


ur. 24 paź­dzier­ni­ka 1977 r. w Boch­ni (Ma­ło­pol­ska). Swo­ją na­ukę za­czę­ła w Szko­le Mu­zycz­nej, ale osta­tecz­nie ukoń­czy­ła Wy­dział Ar­chi­tek­tu­ry i Urba­ni­sty­ki na Po­li­tech­ni­ce Kra­kow­skiej. Obec­nie miesz­ka w Gro­dzi­sku Ma­zo­wiec­kim pod War­sza­wą, od­da­jąc się swo­jej naj­więk­szej pa­sji – two­rze­niu tek­stów. Spod jej pió­ra wy­szły: kry­mi­na­ły (Li­sta, No­vae Res; Bil­bord, Pró­szyń­ski), hor­ro­ry (Spa­dek, Pró­szyń­ski; Ogni­sko­wa, Vi­de­ograf), li­te­ra­tu­ra oby­cza­jo­wa (Nikt się nie spo­dzie­wał, Czwar­ta Stro­na) oraz róż­ne te­ma­tycz­ne opo­wia­da­nia.

Joanna Dorota Bujak. Zwy­czaj­ny cud

Od nie­speł­na roku miesz­kam na obrze­żach nie­wiel­kie­go mia­sta, przy śle­pej ulicz­ce o ma­low­ni­czej na­zwie „Le­śny Ką­cik”. Na­zwa ta nie do koń­ca wy­da­je mi się ade­kwat­na, bo wpraw­dzie na koń­cu ulicz­ki znaj­du­je się mło­dy la­sek, lecz więk­szość star­szych drzew, wy­ra­sta­ją­cych po­nad da­chy dom­ków jed­no­ro­dzin­nych, ro­śnie już poza po­se­sja­mi. Do­pie­ro trzy lata temu miesz­ka­ją­cy tu­taj lu­dzie po­sta­no­wi­li wspól­nie ob­sa­dzić pas tra­wy od­dzie­la­ją­cej chod­nik od dro­gi pięk­ny­mi ro­śli­na­mi, głów­nie igla­sty­mi. Wśród nich prym wio­dły uro­cze srebr­ne świer­ki, ma­ją­ce te­raz oko­ło trzech me­trów wy­so­ko­ści. Dzię­ki temu za­bie­go­wi Le­śny Ką­cik stał się jesz­cze bar­dziej uro­kli­wy i rze­czy­wi­ście wy­glą­dał na dro­gę wio­dą­cą pro­sto do la­sku.

Gdy przy­je­cha­łam tu­taj pierw­szy raz, aby obej­rzeć wy­sta­wio­ną na sprze­daż po­se­sję, ulicz­ka ta mo­men­tal­nie sko­ja­rzy­ła mi się z tymi pięk­ny­mi osie­dla­mi o róż­no­rod­nych dom­kach, po­ka­zy­wa­ny­mi w ame­ry­kań­skich se­ria­lach. Każ­dy dom nie­co się róż­nił od in­nych, a to ga­necz­kiem, wy­ku­szem, nie­wiel­ką do­bu­dów­ką, ko­lo­rem czy więk­szym ga­ra­żem. Tu­taj rów­nież były pod­jaz­dy, ślicz­ne pło­ty i po­sa­dzo­ne przed nimi kwia­ty. Róż­ni­ca była taka, że przy Le­śnym Ką­ci­ku znaj­do­wa­ło się za­le­d­wie dwa­na­ście do­mów. Zo­sta­ły one wy­bu­do­wa­ne przez miej­sco­we­go de­we­lo­pe­ra za­le­d­wie pięć lat temu. Wszyst­kie z wy­jąt­kiem dom­ku znaj­du­ją­ce­go się tuż za za­krę­tem, przy koń­cu dro­gi, gdzie as­falt ury­wał się gwał­tow­nie tuż przy le­sie. Miesz­ka­ła tam sa­mot­na star­sza pani o bar­dzo wni­kli­wym spoj­rze­niu i wścib­skim cha­rak­te­rze.

Z okna swo­jej sy­pial­ni na pię­trze do­sko­na­le wi­dzia­ła nie tyl­ko cały Le­śny Ką­cik, ale też wej­ścia do po­szcze­gól­nych do­mów. Ob­ser­wo­wa­nie miesz­kań­ców sta­ło się jej ulu­bio­nym za­ję­ciem nie tyl­ko w dzień, ale rów­nież w nocy, po­nie­waż od kil­ku lat cier­pia­ła na reu­ma­tyzm, któ­ry czę­sto nie po­zwa­lał jej spo­koj­nie spać. Wal­cząc z prze­wle­kły­mi bó­la­mi, Ma­ria Grosz­kow­ska wy­pra­co­wa­ła so­bie pe­wien ry­tu­ał, któ­ry (w jej mnie­ma­niu) po­zwa­lał nie­co ulżyć star­czym do­le­gli­wo­ściom. Fun­do­wa­ła so­bie drzem­kę przed pół­no­cą, po czym na­gle się bu­dzi­ła, wy­cią­ga­ła z noc­nej szaf­ki bu­tel­kę z wy­so­ko­pro­cen­to­wą na­lew­ką, sia­da­ła w bu­ja­nym fo­te­lu przy oknie i wol­no są­cząc roz­grze­wa­ją­cy płyn, wpa­try­wa­ła się w kom­plet­nie wy­lud­nio­ną o tej po­rze ulicz­kę.

Ów do­brze spraw­dzo­ny sche­mat po­wtó­rzy­ła tak­że na trzy dni przed Wi­gi­lią Bo­że­go Na­ro­dze­nia, tyl­ko że pora roz­po­czę­cia noc­nej ob­ser­wa­cji była nie­co póź­niej­sza, bo wła­śnie mi­ja­ła go­dzi­na dru­ga. Grosz­kow­ska usa­do­wi­ła się wy­god­nie, przy­kry­ła ko­la­na sta­rym jak świat ko­cem i się­gnę­ła po uko­cha­ną na­lew­kę. Przez ko­lej­ne kil­ka­na­ście mi­nut ra­czy­ła się ma­ły­mi łycz­ka­mi trun­ku. Pi­jąc pro­sto z gwin­ta, kon­tem­plo­wa­ła uro­kli­wy wi­dok za oknem, mru­cząc coś pod no­sem.

A na ze­wnątrz było rze­czy­wi­ście pięk­nie i ta­jem­ni­czo… Chod­ni­ki, pod­jaz­dy i domy po­kry­ła cie­niut­ka war­stwa śnie­gu, któ­ry nie­śmia­ło po­sy­py­wał mniej wię­cej od po­łu­dnia. Czar­na jezd­nia już się skrzy­ła od wła­śnie po­wsta­łe­go lodu. Choć rano pew­nie ta cien­ka sko­ru­pa uprzy­krzy ży­cie wszyst­kim miesz­kań­com, pró­bu­ją­cym wy­je­chać do pra­cy, te­raz wy­glą­da­ła wprost uro­kli­wie.

Więk­szość do­mów to­nę­ła w ak­sa­mit­nej ciem­no­ści. Je­dy­nie przy dru­gim koń­cu uli­cy pa­li­ło się ni­kłe świa­teł­ko na pod­da­szu. Grosz­kow­ska wie­dzia­ła, że miesz­ka tam mło­de mał­żeń­stwo z ma­lut­kim dziec­kiem. Być może wła­śnie te­raz nad­szedł czas kar­mie­nia i prze­wi­ja­nia ma­leń­stwa?

Wzdy­cha­jąc cięż­ko, upi­ła ko­lej­ny ły­czek. Przy­ci­ska­jąc bu­tel­kę do pier­si, prze­nio­sła nie­co już roz­my­ty od al­ko­ho­lu wzrok na kil­ka la­tar­ni, sto­ją­cych wzdłuż chod­ni­ka. Oświe­tla­ły one nie tyl­ko dro­gę, pasy tra­wy z po­sa­dzo­ny­mi na nich cho­in­ka­mi, ale rów­nież frag­men­ty są­siedz­kich po­se­sji, od­dzie­lo­nych od dro­gi bia­ły­mi płot­ka­mi.

– Ład­nie tu­taj – wes­tchnę­ła sama do sie­bie, pa­trząc na po­kry­te śnie­giem ka­le­ni­ce do­mów. – Jak z ob­raz­ka. Jak z baj­ki.

Po ko­lej­nym roz­grze­wa­ją­cym łycz­ku stwier­dzi­ła, że jed­nak jest sen­na. Cięż­ko pod­nio­sła się z fo­te­la i odło­ży­ła koc na sie­dzi­sko. Ścią­ga­jąc szla­frok, od­ru­cho­wo jesz­cze raz rzu­ci­ła okiem na cały Le­śny Ką­cik i… za­mar­ła.

Środ­kiem chod­ni­ka prze­my­kał ja­kiś cień. Co chwi­la gi­nął w szpa­le­rze drze­wek, by po chwi­li znów po­ja­wić się na dro­dze. Chył­kiem prze­mknął tuż obok jed­nej z la­tar­ni, przez chwi­lę stał nie­ru­cho­mo, po czym znów skrył się po­mię­dzy drze­wa­mi. Jed­na z cho­inek na­gle się za­trzę­sła, strze­pu­jąc do­oko­ła śnieg, któ­ry opa­da­jąc, za­mie­nił się w skrzą­cy pył. Cień wy­sko­czył zza niej, dzier­żąc pod pa­chą jed­ną z więk­szych ga­łę­zi.

W tym mo­men­cie Grosz­kow­ska od­zy­ska­ła zdol­ność ru­chu. Za­po­mi­na­jąc o ar­tre­ty­zmie, na­tych­miast po­rzu­ci­ła szla­frok i zwin­nie, ni­czym rą­cza sar­na, do­sko­czy­ła do okna. Za­nim cień znów mi­gnął po­mię­dzy ko­lej­ną kępą krze­wów, zdą­ży­ła spo­strzec, że nie­sie ko­lej­ną ga­łąź.

– Co, do dia­bła? – szep­nę­ła, przy­ci­ska­jąc nos do szy­by.

Z za­par­tym tchem cze­ka­ła, aż osob­nik jesz­cze raz się po­ja­wi.

– Jest – syk­nę­ła, za­cie­ra­jąc po chwi­li dło­nie. – Mam cię, brat­ku…

Ubra­ny w ca­ło­ści na czar­no ty­pek pod­biegł do ro­sną­ce­go nie­opo­dal srebr­ne­go świercz­ka i zde­cy­do­wa­nym ru­chem uciął dwie spo­re ga­łę­zie. Pani Ma­ria wy­raź­nie wi­dzia­ła błysk se­ka­to­ra, co ozna­cza­ło, że zło­dziej nie­wąt­pli­wie ak­cję mu­siał za­pla­no­wać.

– Tak nie może być! – wark­nę­ła ko­bie­ta, po omac­ku szu­ka­jąc te­le­fo­nu, któ­ry za­wsze zo­sta­wia­ła na noc przy łóż­ku. – Mamy zło­dzie­ja! To trze­ba zgło­sić!

Za­nim uda­ło się jej zła­pać słu­chaw­kę i wró­cić na po­ste­ru­nek za za­słon­ką, po po­dej­rza­nym osob­ni­ku nie było śla­du.

Pani Ma­ria do­szła do wnio­sku, że nie po­trze­bu­je już się kryć za zwo­ja­mi fi­ran­ki. Szyb­kim ru­chem od­su­nę­ła ją na bok i ca­łym cia­łem przy­war­ła do lo­do­wa­tej szy­by, by wy­szu­kać po­dej­rza­ne­go typ­ka. Gdy­by ko­muś z lo­ka­to­rów są­sied­nich do­mów przy­szło do gło­wy wy­rwać się z cie­płe­go łó­żecz­ka i spoj­rzeć w okno na pię­trze domu nu­mer trzy­na­ście, na­tych­miast do­szedł­by do wnio­sku, że zo­ba­czył gi­gan­tycz­ne­go glo­no­ja­da z bli­żej nie­wy­ja­śnio­nych po­wo­dów moc­no przy­twier­dzo­ne­go do drzwi bal­ko­no­wych. Jed­nak o tej po­rze wszy­scy miesz­kań­cy Le­śne­go Ką­ci­ka smacz­nie spa­li, kom­plet­nie nie­świa­do­mi tego, że ich uli­ca wła­śnie zo­sta­ła ogra­bio­na z frag­men­tów ro­ślin­no­ści, a świad­kiem tego ha­nieb­ne­go uczyn­ku była je­dy­nie naj­star­sza miesz­kan­ka osie­dla.

 

– Gdzie się po­dzia­łeś… gnoj­ku… je­den… – ce­dzi­ła przez za­ci­śnię­te zęby, usil­nie sta­ra­jąc się wy­do­być ja­ki­kol­wiek ru­chli­wy cień z jed­no­staj­ne­go kra­jo­bra­zu. – Niech no cię tyl­ko zo­ba­czę…

Jej ocze­ki­wa­nie szyb­ko się opła­ci­ło, bo po nie­speł­na mi­nu­cie coś czar­ne­go czmych­nę­ło w stro­nę ko­lej­nej kępy cho­inek. Grosz­kow­ska bez na­my­słu wy­bra­ła nu­mer na po­li­cję, lecz za­nim zde­cy­do­wa­ła się po­łą­czyć, jej pa­lec za­wisł na chwi­lę nad zie­lo­nym przy­ci­skiem i prze­niósł się na opróż­nio­ną do dna bu­tel­kę po na­lew­ce. Ko­bie­ta na­gle zro­zu­mia­ła, jak bar­dzo tej nocy prze­sa­dzi­ła z al­ko­ho­lem. Czy ktoś jej uwie­rzy i przej­mie się opo­wie­ścią pod­pi­tej sta­rusz­ki, bre­dzą­cej o wi­dzia­nym w środ­ku nocy czar­nym cie­niu, uci­na­ją­cym ga­łę­zie drze­wek?

Cmok­nę­ła z nie­za­do­wo­le­nia, uświa­da­mia­jąc so­bie, że sama nie bar­dzo ufa­ła­by ta­kiej oso­bie oraz opo­wie­ści, któ­ra mo­gła­by być je­dy­nie al­ko­ho­lo­wym ma­ja­kiem. Nie wie­dząc, jak po­stą­pić da­lej, ko­bie­ci­na znów za­wi­sła przy oknie. Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach wpa­try­wa­nia się w wy­lud­nio­ny pej­zaż za­czę­ła po­dej­rze­wać, że może to wszyst­ko jej się przy­wi­dzia­ło. Może by­ło­by war­to ubrać się i spraw­dzić przy­droż­ne cho­in­ki? Wte­dy przy­naj­mniej mia­ła­by ja­kiś do­wód.

Kie­dy już pra­wie była zde­cy­do­wa­na na ten od­waż­ny krok, po­wiał sil­ny wiatr. Jego lo­do­wa­ty po­dmuch ude­rzył set­ka­mi ma­łych płat­ków w okno. Pani Ma­ria nie lu­bi­ła wia­tru i chło­du, bo od tego jesz­cze bar­dziej bo­la­ły ją sta­wy. Po­mysł noc­nej eska­pa­dy na­gle wy­dał jej się nie­do­rzecz­ny. Szyb­ko więc wpa­dła na inny: z sa­me­go rana, kie­dy tyl­ko zro­bi się ja­sno, przej­dzie wzdłuż ścież­ki i spraw­dzi wszyst­kie cho­in­ki. Je­śli znaj­dzie przy­strzy­żo­ne ga­łąz­ki, wów­czas bę­dzie mia­ła pew­ność, że to, co wi­dzia­ła w nocy, zda­rzy­ło się na­praw­dę.

***

Nasz ro­dzin­ny po­ra­nek za­zwy­czaj przy­po­mi­na roz­ru­chy w domu wa­ria­tów. Zwłasz­cza w ty­go­dniu, kie­dy mój mąż Pio­trek szyb­ko zbie­ra się do pra­cy, a dzie­cia­ki do szko­ły. Zwy­kle wsta­je­my z łóż­ka zbyt póź­no, przez co mu­si­my się śpie­szyć z ubra­niem i pa­ko­wa­niem. Każ­dy w bie­gu pod­gry­za ka­nap­kę, szu­ka­jąc rów­no­cze­śnie ja­kichś ele­men­tów gar­de­ro­by czy wci­ska­jąc się w spodnie. Z ja­kie­goś nie­wy­tłu­ma­czal­ne­go po­wo­du ten har­mi­der przed świę­ta­mi jesz­cze bar­dziej się na­si­la. Do­cho­dzą krzy­ki, kłót­nie o to, kto za dłu­go sie­dzi w ła­zien­ce albo że „ktoś spe­cjal­nie ukrył książ­kę czy piór­nik po­trzeb­ny do szko­ły”. Au­to­ra­mi tych de­ner­wu­ją­cych wrza­sków są oczy­wi­ście moje dzie­ci – Mi­chał i Bar­tek.

Mi­chał, jako su­mien­ny dru­go­kla­si­sta, za­ję­cia w szko­le trak­tu­je sza­le­nie po­waż­nie. Za­zwy­czaj pod wie­czór jest już spa­ko­wa­ny na na­stęp­ny dzień. Uczy się chęt­nie i lubi od­ra­biać za­da­nia do­mo­we. Bar­tek ma pięć lat i jak na ra­zie jego ży­cio­wą mi­sją jest ro­bie­nie bra­tu róż­nych psi­ku­sów, zwłasz­cza gdy wcze­śniej Mi­chał mu pod­pad­nie. Wte­dy wy­cią­ga z jego ple­ca­ka ja­kąś rzecz i cho­wa w sza­fie. Rano przed sa­mym wyj­ściem trze­ba więc spraw­dzić za­war­tość ple­ca­ka Mi­cha­ła, żeby w szko­le nie było pła­czu, że cze­goś za­po­mniał. Dzi­siaj dla od­mia­ny szu­ka­li­śmy spode­nek do wu­efu, któ­re osta­tecz­nie uda­ło mi się zna­leźć w… po­jem­ni­ku na dru­gie śnia­da­nie.

– Mu­sisz za­wieźć chło­pa­ków. – Pio­trek prze­mknął mi tuż przed no­sem, w bie­gu do­pi­ja­jąc reszt­kę kawy z kub­ka, kie­dy ja po­śpiesz­nie udzie­la­łam dzie­ciom re­pry­men­dy za ukry­cie spode­nek. – Nie zdą­żę, je­śli będę prze­py­chał się przez ten ko­rek pod szko­łą.

– Ale ja się nie prze­bra­łam – po­wie­dzia­łam, upy­cha­jąc strój do ple­ca­ka Mi­cha­ła. – Je­stem nie­ucze­sa­na. Też nie zdą­żę. Ty ich mia­łeś dzi­siaj za­wieźć!

– Skar­bie… – Zła­pał mnie za ra­mio­na i cmok­nął w czo­ło. – Za dwa­dzie­ścia mi­nut mu­szę być w pra­cy, a chłop­cy w szko­le. Nie opa­no­wa­łem jesz­cze zdol­no­ści te­le­por­ta­cji. Za­wieź ich. Bu­zia­ki.

I wy­biegł z domu, nie za­my­ka­jąc za sobą drzwi.

– No, po pro­stu świet­nie – wark­nę­łam, pa­trząc na ze­ga­rek.

Na ogar­nię­cie sie­bie i za­pa­ko­wa­nie chłop­ców do auta mia­łam za­le­d­wie dwie mi­nu­ty.

– Tata po­je­chał! – Na scho­dach po­ja­wił się Bar­tuś. – Za­po­mniał nas za­brać!

– Nie za­po­mniał, tyl­ko nie zdą­żył – po­pra­wi­łam go, pę­dząc do sy­pial­ni. – Schodź­cie już na dół. Ja się tyl­ko ubio­rę i za­raz za­wio­zę was do szko­ły.

Kil­ka mi­nut póź­niej mknę­łam uli­ca­mi mia­stecz­ka ni­czym ja­kiś pi­rat dro­go­wy. Zdą­ży­łam do­wieźć chło­pa­ków na pięć mi­nut przed pierw­szym dzwon­kiem. Mi­chał szyb­ko za­brał swój ple­cak i ma­cha­jąc mi na po­że­gna­nie, po­gnał do swo­jej szat­ni. Bart­ka mu­sia­łam za­pro­wa­dzić do od­dzia­łu przed­szkol­ne­go. Nie zdą­ży­łam po­ma­lo­wać oczu ani za­pa­no­wać nad czu­pry­ną, wsku­tek cze­go wy­stą­pi­łam w prze­ciw­sło­necz­nych oku­la­rach i gru­bej cza­pie na gło­wie.

Na miej­scu spo­tka­łam są­siad­kę i moją przy­ja­ciół­kę – Mar­le­nę. Ona też zo­sta­wia­ła swo­je­go syn­ka Mar­ce­la, któ­ry wła­śnie w tym mo­men­cie, wy­jąc wnie­bo­gło­sy, ucze­pił się nogi mat­ki i za nic w świe­cie nie chciał jej pu­ścić. Też mia­ła oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne, choć na nie­bie nie było wi­dać na­wet skraw­ka słoń­ca.

– Wi­dzia­łaś dzi­siaj rano Grosz­kow­ską? – za­py­ta­ła, nie­po­rad­nie sta­ra­jąc się wy­plą­tać pa­lusz­ki syn­ka ze swo­ich ubrań. – Za­cho­wy­wa­ła się ja­koś nie­nor­mal­nie.

– Nie mia­łam cza­su roz­glą­dać się po uli­cy – wes­tchnę­łam, wie­sza­jąc kurt­kę Bart­ka.

– Cho­dzi­ła wzdłuż chod­ni­ka, od cho­in­ki do cho­in­ki, i oglą­da­ła każ­de drzew­ko. Wy­glą­da­ła tak, jak­by li­czy­ła ga­łę­zie.

– Rze­czy­wi­ście dziw­ne. – Po­śpiesz­nie uca­ło­wa­łam czół­ko syn­ka i po­ma­cha­łam mu na po­że­gna­nie, li­cząc na szyb­ką ewa­ku­ację.

– Po­my­śla­łam so­bie, że może szu­ka ga­łę­zi na stro­ik. – Mar­len­ka za­chi­cho­ta­ła.

– Prze­cież to są na­sze wspól­ne cho­in­ki – za­uwa­ży­łam. – Grosz­kow­ska ma róż­ne dur­ne po­my­sły, ale wąt­pię, żeby chcia­ła ciąć osie­dlo­we drzew­ka.

– Też mam taką na­dzie­ję. – Są­siad­ka wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i znów za­bra­ła się za od­cze­pia­nie ry­czą­ce­go ma­lu­cha.

Na­wet przez mo­ment nie my­śląc o tej roz­mo­wie, zro­bi­łam eks­pre­so­we za­ku­py w po­bli­skim mar­ke­cie i szyb­ko wró­ci­łam do domu. Par­ku­jąc sa­mo­chód na pod­jeź­dzie, za­uwa­ży­łam Grosz­kow­ską nie­opo­dal jej domu. Sta­ła przy dwu­me­tro­wym srebr­nym świercz­ku i… ro­bi­ła mu zdję­cie.

– Chy­ba rze­czy­wi­ście za­czy­na jej od­bi­jać – mruk­nę­łam, za­my­ka­jąc bra­mę.

I wte­dy zo­ba­czy­łam, że ma­cha mi na po­wi­ta­nie. Z uśmie­chem unio­słam rękę.

– Za­cze­kaj chwi­lę! – ryk­nę­ła, rzu­ca­jąc się w moim kie­run­ku. – Mu­szę z tobą po­roz­ma­wiać.

– No i masz babo pla­cek – wes­tchnę­łam, cze­ka­jąc na nią przy furt­ce.

Nad­bie­gła zdy­sza­na, jak­by po­ko­na­ła cały ma­ra­ton, a prze­cież mi­nę­ła za­le­d­wie trzy po­se­sje.

– Dla­cze­go pani fo­to­gra­fu­je drzew­ka?

– Ro­bię do­ku­men­ta­cję – wy­sa­pa­ła, wpy­cha­jąc te­le­fon do kie­sze­ni kurt­ki.

– Ale po co?

– Dzi­siaj w nocy wsta­łam, żeby wziąć… le­kar­stwo. – Za­wa­ha­ła się przy ostat­nim sło­wie. – Kie­dy je pi­łam, zo­ba­czy­łam, jak ja­kiś ubra­ny na czar­no zło­dziej bie­gnie z ga­łąz­ka­mi. Ro­bię więc zdję­cia, bo jak za­czną zni­kać całe świer­ki, wte­dy trze­ba zgło­sić to na po­li­cję.

– Może ktoś za­brał ga­łę­zie z lasu? – za­su­ge­ro­wa­łam, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi. – Z tego, co wiem, to ucię­cie ga­łąz­ki nie jest prze­stęp­stwem. Chy­ba.

– I w tym celu wy­brał się do lasu o dru­giej w nocy? W ży­ciu nie sły­sza­łam głup­sze­go wy­tłu­ma­cze­nia.

Nie bar­dzo wie­dzia­łam, co mam od­po­wie­dzieć. Za­le­d­wie dwa mie­sią­ce temu też od­wie­dzi­łam nasz la­sek w oko­li­cach pół­no­cy, a to dla­te­go, że mój ko­cha­ny Mi­cha­łek przy­po­mniał so­bie, że na­stęp­ne­go dnia na pierw­szą lek­cję ma przy­nieść róż­ne­go ro­dza­ju li­ście. Oczy­wi­ście po­wie­dział mi o tym, kie­dy wła­śnie wy­szłam spod prysz­ni­ca i za­mie­rza­łam wresz­cie pójść spać. Być może ten „zło­dziej” też ze­brał kil­ka ga­łę­zi dla swo­je­go za­po­mi­nal­skie­go dziec­ka? A bar­dzo moż­li­we, że w ostat­nich dwóch dniach szko­ły dzie­ci ro­bią na za­ję­ciach świą­tecz­ne stro­iki.

Za­miast coś po­wie­dzieć, szyb­ko za­sta­no­wi­łam się, czy aby przy­pad­kiem moi chłop­cy nie mie­li cze­goś przy­nieść na pla­sty­kę albo tech­ni­kę.

– To był zło­dziej i już – po­wie­dzia­ła pani Ma­ria z prze­ko­na­niem w gło­sie. – Trze­ba na­mie­rzyć ga­gat­ka. Jak zo­ba­czysz ko­goś po­dej­rza­ne­go, krę­cą­ce­go się w po­bli­żu, to ko­niecz­nie daj znać.

– Do­brze, oczy­wi­ście. – Ski­nę­łam gło­wą.

Od­wró­ci­ła się na pię­cie, wy­cią­gnę­ła ko­mór­kę i po­now­nie za­czę­ła fo­to­gra­fo­wać drze­wa. Ja tym­cza­sem ze­bra­łam za­ku­py i we­szłam do domu. Le­d­wie za­mknę­łam za sobą drzwi, za­dzwo­nił te­le­fon.

– O co cho­dzi z tym zdję­cia­mi?

Dzwo­ni­ła moja naj­lep­sza przy­ja­ciół­ka i są­siad­ka z na­prze­ciw­ka – Anka – nie­pra­cu­ją­ca księ­go­wa, zaj­mu­ją­ca się obec­nie do­mem i trze­ma uro­czo roz­piesz­czo­ny­mi có­recz­ka­mi w wie­ku od pię­ciu do ośmiu lat. Na pew­no wi­dzia­ła, jak roz­ma­wia­łam z Grosz­kow­ską, bo więk­szość swo­je­go ży­cia spę­dza­ła w kuch­ni, gdzie go­to­wa­ła, myła i pra­ła nie­zli­czo­ne po­kła­dy ubrań po swo­ich trzech nie­let­nich dziew­czyn­kach. Tuż przy zle­wo­zmy­wa­ku mia­ła pa­no­ra­micz­ne okno z wi­do­kiem na nasz dom i więk­szość Le­śne­go Ką­ci­ka. By­łam prze­ko­na­na, że w przy­szło­ści to wła­śnie ona zaj­mie miej­sce Grosz­kow­skiej i bę­dzie ob­ser­wo­wać każ­de­go miesz­kań­ca.

Na na­szym osie­dlu kuch­nie są ser­cem domu. To tu­taj przy­go­to­wu­je się po­sił­ki i spę­dza naj­wię­cej cza­su z ro­dzi­ną, bo w tych sza­lo­nych cza­sach, mi­ja­ją­cych głów­nie w bie­gu, tyl­ko pod­czas po­sił­ków mamy szan­sę spo­tkać wszyst­kich do­mow­ni­ków przy wspól­nym sto­le. U więk­szo­ści są­sia­dów wła­śnie ku­chen­ny stół był miej­scem od­ra­bia­nia za­dań, spo­tkań z są­siad­ka­mi, wie­czor­nej her­bat­ki czy pod­pi­sy­wa­nia waż­nych do­ku­men­tów. Ten z po­zo­ru bła­hy me­bel był świad­kiem wszyst­kich waż­nych wy­da­rzeń w ży­ciu nie­mal każ­dej ro­dzi­ny.

Roz­ma­wia­jąc z przy­ja­ciół­ką, sta­nę­łam przy sto­le. Od­ru­cho­wo za­czę­łam zbie­rać ta­le­rzy­ki i kub­ki po szyb­kim śnia­da­niu.

– Grosz­kow­ska twier­dzi, że w nocy wi­dzia­ła zło­dzie­ja umy­ka­ją­ce­go z na­sze­go osie­dla z na­rę­czem ga­łę­zi – oświad­czy­łam, wkła­da­jąc sztuć­ce do zmy­war­ki. – Po­noć był ubra­ny na czar­no i miał ko­mi­niar­kę.

– Pew­nie zno­wu po­pi­ja­ła i jej się to wszyst­ko przy­wi­dzia­ło – mruk­nę­ła Anka.

– Ale po­wie­dzia­ła, że to było ja­koś koło dru­giej – przy­po­mnia­łam so­bie.

– No wła­śnie. – Za­śmia­ła się. – To jest jej ulu­bio­na pora bra­ta­nia się z bu­tel­ką. Ofi­cjal­nie na­zy­wa to „le­kar­stwem”.

– Ale skąd masz pew­ność? – Za­pe­rzy­łam się tro­chę.

Praw­dę mó­wiąc, nie sza­la­łam na punk­cie Grosz­kow­skiej, bo czę­sto by­wa­ła zło­śli­wa i zbyt na­chal­na, ale by­łam prze­ko­na­na, że jest to wy­nik sa­mot­no­ści, a to bar­dzo zmie­nia ludz­ki cha­rak­ter. Nie­któ­re sa­mot­ne oso­by sku­pia­ją się wte­dy na so­bie, inne na­to­miast pust­kę wy­ni­ka­ją­cą z bra­ku ro­dzi­ny wy­peł­nia­ją zbyt du­żym za­in­te­re­so­wa­niem ży­ciem są­sia­dów. Grosz­kow­ska zde­cy­do­wa­nie na­le­ża­ła do tej dru­giej gru­py.

– Bo co kil­ka dni ku­pu­je wy­so­ko­pro­cen­to­wą na­lew­kę w mo­no­po­lo­wym, w cen­trum mia­sta. – Znów się za­śmia­ła. – Bie­dacz­ka my­śli, że le­piej ku­po­wać da­le­ko od domu. A tak się skła­da, że tam pra­cu­je moja ku­zyn­ka…

 

– Och, ro­zu­miem – wes­tchnę­łam, nie­co roz­cza­ro­wa­na za­cho­wa­niem sta­rusz­ki spod trzy­nast­ki.

Bio­rąc pod uwa­gę czę­sto­tli­wość za­ku­pu na­lew­ki oraz fakt, że są­siad­ka pije ją sama… cóż… w środ­ku nocy może być po pro­stu na tyle pi­ja­na, żeby wi­dzieć przede wszyst­kim znie­kształ­co­ne ob­ra­zy pod­su­nię­te przez al­ko­hol, a nie re­al­ne zda­rze­nia.

– Po pro­stu jest sama. Chy­ba czu­je, że nie ma dla kogo żyć – stwier­dzi­ła na­gle Anka. – Pew­nie Wi­gi­lię też spę­dzi sama. W po­przed­nich la­tach nikt do niej nie przy­je­chał. Nie ma bli­skiej ro­dzi­ny. A li­sto­nosz przy­no­si jej tyl­ko ra­chun­ki i ulot­ki re­kla­mo­we. Wiem, bo kil­ka razy od­bie­ra­łam pocz­tę.

– Może do­brze by­ło­by ją za­pro­sić na Wi­gi­lię? – za­sta­no­wi­łam się na głos. – Do nas w tym roku przy­jeż­dża tyl­ko mój tata. Ro­dzi­ce Piotr­ka lecą do cór­ki. Miesz­ka w Ir­lan­dii.

– Cóż, my też spę­dza­my świę­ta sami, bo u bra­ta dzie­cia­ki za­cho­ro­wa­ły na ospę… – Prze­rwa­ła, bo na­gle wpa­dła na pe­wien po­mysł. – Słu­chaj, a może urzą­dzi­li­by­śmy Wi­gi­lię wspól­nie? By­ło­by nas wię­cej, we­se­lej. Tak po­win­no się spę­dzać świę­ta. Ja przy­go­to­wa­ła­bym część po­traw… im­pre­zę zro­bi­li­by­śmy u cie­bie, bo masz więk­szy sa­lon i kuch­nię… oczy­wi­ście po­mo­że­my ci sprzą­tać…

Spoj­rza­łam na ku­chen­ny stół. Słu­cha­jąc ko­le­żan­ki, prze­je­cha­łam wierz­chem dło­ni po zma­to­wia­łym bla­cie i za­sta­no­wi­łam się, czy uda się zmie­ścić przy nim aż je­de­na­ście osób?

Przez śro­dek bla­tu bie­gła ciem­na li­nia, łą­cze­nie dwóch czę­ści. Gdy się je roz­su­nie i doda scho­wa­ny pod spodem ele­ment, przy sto­le spo­koj­nie może za­siąść dwa­na­ście osób.

– Poza tym my­ślę, że je­śli za­pro­si­my Grosz­kow­ską do jed­nej ro­dzi­ny, to ona nie zgo­dzi się przyjść na ko­la­cję. Co in­ne­go, gdy jej po­wie­my, że ro­bi­my Wi­gi­lię wspól­nie. Ro­zu­miesz?

Na­gle w my­ślach przy­zna­łam jej ra­cję. Na­sza star­sza są­siad­ka była, ow­szem, wścib­ska i lu­bi­ła się wpra­szać do czy­je­goś domu, ale tyl­ko wte­dy, gdy wi­dzia­ła, że są w nim jesz­cze ja­cyś inni go­ście. Wpa­da­ła wte­dy i zo­sta­wa­ła „przy oka­zji”. Po pro­stu lu­bi­ła za­mie­sza­nie. Wów­czas mo­gła po­znać wię­cej plo­te­czek z ży­cia nie tyl­ko ro­dzin, ale rów­nież osie­dla i ca­łe­go mia­stecz­ka.

– To do­bry po­mysł – przy­zna­łam wresz­cie. – Wiesz? Jesz­cze dzi­siaj po­roz­ma­wiam o tym z Piotr­kiem, jak tyl­ko wró­ci z pra­cy.

– Na pew­no też bę­dzie za. – Ro­ze­śmia­ła się. – Prze­cież nasi mę­żo­wie cią­gle uma­wia­ją się na piwo albo wspól­ne oglą­da­nie me­czu.

– I dzie­cia­ki po­ba­wią się ze sobą – do­da­łam.

– No pew­nie. – Wciąż chi­cho­ta­ła. – To zrób­my tak: po­ga­daj­my dzi­siaj z na­szy­mi słod­ki­mi po­łów­ka­mi, a rano dasz mi znać. Wpad­nę do cie­bie przed po­łu­dniem, żeby usta­lić, co ja przy­go­to­wu­ję, do­bra?

– W po­rząd­ku. To do ju­tra.

– Pa, pa.

***

Na­stęp­ne­go dnia Ania przy­bie­gła do mnie, le­d­wie tyl­ko za sa­mo­cho­dem Piotr­ka zdą­ży­ły opaść drob­ne pył­ki śnie­gu. W ra­mio­nach dzier­ży­ła dużą mi­skę przy­kry­tą kra­cia­stą ście­recz­ką oraz re­kla­mów­kę z ja­ki­miś sło­ika­mi.

– Zo­sta­łaś sama? – za­py­ta­ła, za­glą­da­jąc do sa­lo­nu. – Dzie­cia­ki w szko­le?

– Tak, po­je­cha­ły z Piotr­kiem. Nie wi­dzia­łaś?

– Wi­dzia­łam. – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Ale wo­la­łam się upew­nić. Mam przy­go­to­wa­ne cia­stecz­ka, trze­ba je te­raz po­sma­ro­wać kon­fi­tu­ra­mi i po­łą­czyć…

Wzię­łam od niej mi­skę i zaj­rza­łam do środ­ka. Była peł­na aro­ma­tycz­nych okrą­głych cia­ste­czek.

– Prze­ga­da­łaś te­mat Wi­gi­lii? – do­py­ty­wa­ła. – Ro­bi­my wspól­nie?

– Tak. – Uśmiech­nę­łam się. – I za­pra­sza­my Grosz­kow­ską. Na pew­no bar­dzo się ucie­szy.

– Oj, nie wąt­pię. – Po­de­szła do okna w kuch­ni i zer­k­nę­ła na uli­cę, któ­rą z tego miej­sca było do­sko­na­le wi­dać. – Mo­że­my to zro­bić na­wet te­raz, bo zno­wu oglą­da cho­in­ki. Chy­ba jej za­czy­na od­bi­jać. Mi­ja­łam ją, mó­wi­łam „dzień do­bry”, a ona nic. Chy­ba była sku­pio­na na li­cze­niu igli­wia.

Po­de­szłam do Anki i wyj­rza­łam zza jej ra­mie­nia. Rze­czy­wi­ście, pani Ma­ria za­cho­wy­wa­ła się co naj­mniej dziw­nie. Ob­cho­dzi­ła każ­dą cho­in­kę do­oko­ła, schy­la­ła się, jak­by szu­ka­ła grzy­bów, za­glą­da­ła mię­dzy gę­ste ga­łę­zie. Krę­ci­ła gło­wą i mo­gła­bym przy­siąc, że cmo­ka­ła przy tym z nie­za­do­wo­le­nia. Pod­pie­ra­ła się rę­ka­mi, po czym wy­ko­ny­wa­ła ob­rót, uważ­nie oglą­da­jąc okna każ­de­go z do­mów.

– Rze­czy­wi­ście, chy­ba nie jest z nią do­brze – stwier­dzi­łam.

Na­gle Grosz­kow­ska spoj­rza­ła pro­sto w moje okno. Za­nim zdą­ży­ły­śmy od­sko­czyć, zo­ba­czy­ła nas i zde­cy­do­wa­nym kro­kiem ru­szy­ła w kie­run­ku furt­ki.

– Spra­wa za­pro­sze­nia za mo­ment roz­wią­że się sama – po­wie­dzia­ła Anka, wi­dząc, jak star­sza pani for­su­je bram­kę i za­ska­ku­ją­co szyb­kim truch­ci­kiem po­ko­nu­je chod­nik aż do sa­me­go gan­ku.

– Znik­nę­ły ko­lej­ne trzy ga­łę­zie – po­wie­dzia­ła Grosz­kow­ska, le­d­wie otwo­rzy­łam drzwi. – To skan­dal!

Zer­k­nę­łam na sto­ją­cą nie­co da­lej Ankę. Z krzy­wym uśmie­chem zna­czą­co po­pu­ka­ła się w czo­ło. Całe szczę­ście, że pani Ma­ria tego nie wi­dzia­ła.

– Może ja­kiś czas temu ktoś je usu­nął? – Sta­ra­łam się ja­koś wy­tłu­ma­czyć brak ga­łą­zek. – Kie­dyś sama ob­cię­łam kil­ka przed moim do­mem, bo igły zżół­kły.

– Pew­nie psy z są­sied­niej uli­cy ob­si­ka­ły. – Grosz­kow­ska wpa­ro­wa­ła do mo­je­go domu. – O, wi­dzę, że masz go­ścia. Jak miło…

– Dzień do­bry. – Anna uśmiech­nę­ła się zde­cy­do­wa­nie zbyt słod­ko.

– A tak się wła­śnie za­sta­na­wia­łam, co to za krą­gła twarz po­ja­wi­ła się w oknie. Bo na męża Iwon­ki mi to nie wy­glą­da­ło. Wiesz… zbyt peł­na. A te czar­ne wło­sy…

Rze­czy­wi­ście Ania była oso­bą o dość buj­nych kształ­tach i pu­co­ło­wa­tej twa­rzy. Przy­ja­ciół­ka sta­ra­ła się ukryć swe „buj­no­ści”, no­sząc pół­dłu­gie czar­ne wło­sy i gru­bą, cię­tą na skos grzyw­kę. Taka fry­zu­ra do­da­wa­ła jej uro­ku. Po­tra­fi­ła też tak do­brać ubra­nia i ko­lo­ry do swo­jej fi­gu­ry, że za­wsze wy­glą­da­ła ład­nie. Na­wet idąc do ogród­ka, żeby wy­ple­wić chwa­sty.

– Pi­je­cie może her­ba­tę? – za­py­ta­ła sta­rusz­ka, mi­ja­jąc trosz­kę na­bur­mu­szo­ną Ankę i kie­ru­jąc się pro­sto do kuch­ni.

– Jesz­cze nie. – Po­dą­ży­ły­śmy za nią.

– Chęt­nie bym się tro­chę roz­grza­ła. – Ścią­gnę­ła kurt­kę i za­wie­si­ła na opar­ciu krze­sła. – Wpraw­dzie mro­zu dzi­siaj nie ma, ale mimo wszyst­ko ziąb daje się ko­ściom we zna­ki.

Bez sło­wa włą­czy­łam eks­pres i przy­go­to­wa­łam trzy kub­ki.

– Bę­dzie taka ka­wu­sia ze spie­nio­nym mle­kiem? – za­py­ta­ła Grosz­kow­ska. – Bar­dzo mi ostat­nio sma­ko­wa­ła.

– Po­sta­ram się zro­bić iden­tycz­ną.

– Z nią jest jak z dziec­kiem – szep­nę­ła mi do ucha Ania. – Może się le­piej za­sta­nów­my, czy na­praw­dę chce­my ją za­pro­sić.

– Za­pro­sić na co?

Nie mia­łam po­ję­cia, ja­kim cu­dem Grosz­kow­ska zna­la­zła się tuż przy nas.

– Cóż… – Za­ło­ży­łam ręce na pier­si. – Pla­nu­je­my zor­ga­ni­zo­wać wspól­ną Wi­gi­lię. To zna­czy moja ro­dzi­na i ro­dzi­na Ani. I po­my­śla­ły­śmy, że…

– Och, to wspa­nia­le. – Sta­rusz­ka kla­snę­ła w dło­nie. – Są­siedz­ka wie­cze­rza! Na pew­no będę! O któ­rej zbiór­ka?

– Zbiór­ka? – Anka zmarsz­czy­ła brwi.

– No, zbiór­ka przy sto­le – wy­tłu­ma­czy­ła Grosz­kow­ska.

– Jesz­cze usta­li­my – wtrą­ci­łam.

– Na ra­zie mu­si­my wszyst­ko przy­go­to­wać – szyb­ko do­da­ła Anka.

– Mogę zro­bić bi­gos – ucie­szy­ła się sta­rusz­ka. – Za­cznę go­to­wać jesz­cze dzi­siaj, żeby do­szedł do Wi­gi­lii. To wspa­nia­łe da­nie, cho­ciaż wy­zwa­la póź­niej ogrom­ne gazy. Cza­sa­mi aż po­bo­le­wa od tej ka­pu­sty brzuch, o tu­taj, na dole… a po­tem rwie jesz­cze ni­żej…

– Wie­rzy­my – z nie­sma­kiem prze­rwa­ła jej Anka.

– I przy­go­tu­ję ku­tię – do­rzu­ci­ła pani Ma­ria. – Wy, mło­de po­ko­le­nie, na­wet nie wie­cie, co to jest.