Cyrkówka MariannaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Cyrkówka Marianna
Cyrkówka Marianna
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,40  54,72 
Cyrkówka Marianna
Cyrkówka Marianna
Audiobook
Czyta Katarzyna Tatarak
36,90  27,31 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Mamusiu…

– No wiem, córuś. Wszystko się jeszcze poukłada.

– Mamusiu, wybaczcie. Ja nie mogę iść za Krupę.

– Co?!

– Nie mogę.

I chowam twarz w ręce.

– Zejdź z tego skopka wreszcie, zachowuj się jak człowiek. Popatrz mi w oczy, jak takie głupoty wypowiadasz. Popatrz matce w oczy.

Zsuwam się ze skopka, już pod stopami ziemia, na niej trawa. Powtarzam sobie, że trawa dzieli mnie od ziemi, ale już mnie stopy mrowią, swędzą, podnoszę je, bo ustać nie mogę. Parę kroków w bok i jest kamień, wspinam się na niego, przysiadam na nim, kulę się. Chłodny, niemiły, nierówny, ale oddziela mnie od tego, co pod spodem.

– Co ty wyprawiasz! – mówi mamusia. – Skaczesz po drzewach, po skopkach, po kamieniach, jak wariatka.

Kowal wyszedł na ganek, ma pewnie dość czekania w chałupie, rozgląda się, gdzie jesteśmy, oczy mruży.

– Wyjdziesz wreszcie za mąż, znormalniejesz, normalnie będziesz chodzić, jak każdy, mąż ci z głowy te głupoty wybije, potrzeba ci tego, Marianka.

– Nie pójdę za Krupę, mamusiu. Nie pójdę. Zabijcie mnie, ale nie pójdę.

I znowu płaczę, kulę się na kamieniu, nieprzyjemnym i zimnym dla stóp, i płaczę. Niech mnie mamusia przytuli, proszę. Niech powie, że jeszcze będzie dobrze. Ale ona tylko sarka nosem i wraca na ganek, do kowala łagodzić, tłumaczyć, przekonywać.

Zimno na tym kamieniu, tak zimno, że i stopy kamienieją. Kowal idzie do furtki, ogląda się to na mamusię, to na mnie. Krupa się dowie, że gdy swaty od niego przyszli, stałam na kamieniu z boku podwórza i płakałam. Pewnie mu się to nie spodoba.

Z tej córki już nic nie będzie, myśli mamusia, widzę to stąd. Aż dziw, ile można wyczytać ze zmarszczonych brwi, z szarych oczu z krótkimi rzęsami dookoła, z ust zaciśniętych w maleńki kwiatuszek. Chce mi się podbiec do niej i przeprosić, że jestem, jaka jestem. I przemykam do niej do domu, fruwam na palcach nad podwórkiem, żeby się przed nią wytłumaczyć.

Wchodzę do kuchni. Tatuś podniesiony z łóżka, stoi, opiera się o krzesło, marszczy brwi. Ile to zmarszczeń przeze mnie przybyło w rodzinie.

– Koniec siedzenia na drzewie, córko! Koniec tego całego zamieszania wokół ciebie, zaczynasz normalne życie, praca, jak człowiek, dość tego! Nie chcesz męża, to w pole idź albo u kogoś pracy szukaj! Co za świat jakiś, żeby dziewuchy starszych nie słuchały, matki, ojca.

Do jego krzyku dołącza mamusia:

– Na drzewie siedzieć całymi dniami, myślałby kto. Wszyscy wojnę przeżyliśmy, nikogo nie oszczędzała, ale jakoś ciągniemy dalej, a nie dziwaczymy. Nie chcesz iść za Krupę? Teraz i on pewnikiem za ciebie nie chce, jak się kowal tu u nas napatrzył. Ale to już nie moje zmartwienie, robiłam, co mogłam, żeby cię jakoś urządzić w życiu, ale ty nie i nie! Radź sobie sama, córko. Radź sobie sama, bo ja już ci nic nie poradzę, nie pomogę, jeść tylko mogę dać, jeśli starczy, więcej nic.

Mamusia ma łzy w oczach, płakać zaczyna nade mną, nad sobą może też trochę, bo czymże ona sobie zasłużyła na taki los, na taką córkę z drzewa. Tatuś ciągle chmurny stoi oparty o krzesło, małe gapią się gdzieś z kąta, nie lubią krzyku, ale kto lubi, ja takich nie znam. Tak, to może łączy wszystkich ludzi na świecie: nie lubią krzyku. Po co w takim razie Pan Bóg stworzył krzyk? Czasem nie rozumiem tego wszystkiego. A po co masz rozumieć, głupia dziewczyno z Mdzewa, gdy mamusia krzyczy i wyrzeka, a tatuś marszczy brwi. Po co mam rozumieć, skoro niedobra jestem, źle zrobiłam, rodzinie ulżyć nie chciałam.

– A ty słyszysz w ogóle, co mówię? – nagle znowu słyszę mamusi przemowę. Cały środek jej mówienia gdzieś mi uciekł.

Spuszczam tylko głowę, bo kłamać nie wolno.

– Mówię, że jeszcze z Krupą rozmówię się. Ciebie po tym wszystkim nie weźmie, to może Rozalkę chociaż.

– Mnie?! – Rozalka trochę się przestrasza, trochę cieszy. – To razem byśmy mieli piątkę dzieci. A jeszcze, nie daj Boże, znowu zaciążę…

– Myśmy mieli więcej i daliśmy radę. Zresztą wcale nie jest powiedziane, że Krupa cię weźmie, rozmówię się z nim, nic pewnego nie mam przecież, po tym, co nam twoja siostra nawywijała.

Mamusia krzyczy, tatuś chwieje się, ale nie pozwala, bym pomogła mu usiąść, nie ja. Ale zaraz przyskakuje Rozalka, jej pozwala wziąć się pod ramię, zaprowadzić na łóżko. Z niej jest dobra córka, ze mnie dziwaczna i zbuntowana.

Wychodzę z kuchni, zostawiam ich bez słowa, nieładnie, ale już chyba nie będzie ładniej, cokolwiek powiem.

Kilka kroków i już jestem na kamieniu na środku podwórza. Jeszcze dwa razy tyle i zaraz na jabłoni będę. Tylko siły nabiorę, tu, na tym kamieniu, z dala od ziemi.

Kręcę głową, wycieram nos. I policzki, bo czegoś mokre.

I coraz bardziej mokre. Patrzę w niebo.

Pada.

Nigdzie nie ma miejsca dla mnie. I coraz bardziej pada.

Ślizgam się na kamieniu, chwieję, przywieram do niego jak żaba, nie zejdę, nie zejdę przecież. I wtedy, właśnie wtedy, musi wracać ze sławojki Franciszek, który idzie w deszczu wyprostowany jak topola i łyka krople, inne spływają mu z podbródka, płyną po szyi, żeby zatrzymać się na ciemnym trójkącie na piersi, i spłynąć w dół, na ciemny trójkąt nad paskiem od spodni.

– A Marianna też lubi moknąć? – pyta.

Tylko kręcę głową, nie umiem do niego mówić, kiedy jestem blisko i mogę spojrzeć mu w oczy, kiedy widzę oba ciemne trójkąty na jego ciele.

Zrzuca derkę z bioder i trzyma ją nade mną. A mnie stopa ześlizguje się z kamienia, wpada w błoto, aż krzyczę.

– Stało się Mariannie coś w nogę? – niepokoi się Franciszek, a derka drży mu w za długo uniesionych rękach. Podnoszę stopę i próbuję znowu wejść na kamień, ale jest mokry i śliski.

Z okien na deszcz patrzą siostry, szwagierka i mamusia, patrzy nawet tatuś, jak próbuję tłumaczyć krewniakowi, że nie mogę dotykać ziemi. Łykam deszcz, zatyka mi nos i usta, Franciszek też łyka, jesteśmy mokrzy i śliscy jak traszki.

Muszę powiedzieć, muszę mu powiedzieć, że aż mnie mrowi, gdy stawiam stopę na błocie czy piachu, na drodze czy łące. Muszę mu powiedzieć, że nie chcę więcej śmierci w sobie, więc wolę nie dotykać gruntu pełnego martwych ciał osób, które znałam i których nie znałam. I to wszystko chcę wytłumaczyć Franciszkowi, ale nie znajduję słów, tylko obcieram mokre usta mokrą dłonią, żeby wcisnąć je do środka, bo mamusia powtarza mi cały czas w głowie, gdzieś głęboko we mnie: nie dziwacz, Marianko.

Wysuwam stopę, dotykam błota, jest zimne i śliskie. Wzdrygam się, cofam stopę, zaczynam ją obcierać o kamień, o drugą łydkę, trzęsę się.

– Ziemia jest pełna zmarłych – mówię tylko. Franciszek kiwa głową. Tak, on rozumie. – I dlatego nie mogę chodzić po ziemi.

I wtedy on mnie chwyta, łapie w pasie silnymi, wielkimi dłońmi, podnosi do góry i niesie na ganek. Trochę się zasapał. Stawia mnie na deskach podłogi, a ja trzymam nogę, jakby była obca, więc nabiera w wielką garść wody, co sika z rynny, i obmywa mi stopę, obie stopy, i znowu nabiera, i znowu, moje stopy jak ptaszki w gniazdku jego dłoni.

– Wejdźcie, wysuszcie się – mówi Józka, która właśnie wyszła z sieni. Podaje płócienko do wytarcia Franciszkowi, mnie jakąś szmatkę także. – Wejdźcie, bo choróbsko jakieś złapiecie.

Franciszek zrzuca koszulę, wyciera się.

W domu pachnie wilgocią, jak zawsze, gdy pada, piec trochę kopci, trzeba będzie przeczyścić komin. Pachnie melisą i tatusiem.

Stoję tam, obok Franciszka, podsuwa mi krzesło, jakby był eleganckim panem z Warszawy, garbi się trochę, gdy widzi, że Józka, Antolka, nawet mamusia, wszystkie patrzą na lśniący od wilgoci jego tors.

– Przepraszam za mój strój. – Narzuca na ramiona płócienko, a Józka pożera go wzrokiem.

Patrzę na stopy, które mi oczyścił z ziemi. On też na nie zerka.

A potem Józka podaje mu suchą koszulę, po dziadziusiu, i wyciera mu kark, plecy, włosy ściereczką. Dokładnie, raz przy razie. Leciutko, ale stanowczo. Jakby dawała znak: jesteś mój.

Franciszek daje się jej wycierać, ale patrzy na mnie. Przylepiają się nasze spojrzenia, wrastają w siebie. Józka tego nie widzi. Nikt nie widzi, tylko my.

I tak się grzeję spojrzeniem ciemnych oczu, tak się grzeję, że mi aż do nocy starcza. Gdy zasypiam, wspinam się na tym spojrzeniu do nieba, wyrastają mu liście i gałązki, a ja idę po nim w górę i wiem, że dobrze idę.


Sen. Byłam na moście, dookoła przepaść, krzyczałam ratunku, przyfrunął mężczyzna, porwał mię na swe ręce i pofrunął ze mną.

Z zapisków Marianny Razik. Kalendarzyk ze snami,

Muzealia, Izdebka Pamięci Marianny Razik, Strzegowo

Czasem przecież próbuję chodzić, jak normalny człowiek, staram się, ale ciągle nie wychodzi

Dziś od rana Franciszek zasypuje dziury w podwórzu, te co rodzina tam wyryła, szukając sreber zakopanych przez dziadziusia. A gdy już ziemię wyrówna, układa na niej płasko kamienie, ścieżkę taką montuje, żeby błota tyle do domu nie nosić, żeby wozem łatwiej było jechać, żeby przejść łatwiej, gdy pada. Tak mówi, tak tłumaczy mamusi i tatusiowi. Tatuś zawsze chciał te chodniki ułożyć, odkąd kupili tę gospodarkę, ale jakoś trudno mu było nowych sąsiadów zwołać do pomocy, a potem, gdy już nie byliśmy nowi w tej wsi, wszyscy się przyzwyczailiśmy, że na podwórku albo piach, albo błoto, zależy, czy padało.

A teraz kamienie na ścieżkach układa sam Franciszek. Patrzą na niego moje obie siostry, zerkają na niego, z okien, z ganku, na spocony tors, na silne ramiona, na moc, jaką ma, żeby przenosić kamienie, jakby były to kawałki drewna. Patrzy na niego mamusia. Tylko tatuś nie patrzy, struga coś kozikiem, przytulony do pieca, byle cieplej, choć przecie ciepło, ale starzy zawsze bardziej marzną.

 

Janek chodzi za Franciszkiem, podaje mu mniejsze kamienie, szuka płaskich, podaje młot, szpadel.

– Ojca mu brakuje – mówi mamusia.

– Przecież jest tatuś w domu.

– Ojca. Takiego jak dawniej. Silnego.

Już ułożyli dwie ścieżki, do wygódki i do stodoły. Teraz Franciszek pracuje nad jeszcze jedną, do jabłonki.

– A tu po co? – pyta mamusia. – Tędy się wcale tak często nie chodzi, pracy Franciszka szkoda przecież.

Ale już się domyślam, po co ta ścieżka, a może i wszystkie ścieżki, jakie dzisiaj ułożył. Już się domyślam i aż mi w brzuchu coś trzepocze. To chyba serce.

– Skoro już tak układam, to niech i ta ścieżka będzie. Niech wszędzie można dojść po twardym. Do Marianny też.

Mamusia kręci głową, ale przecież dla krewniaka nie ma w sobie nic poza wdzięcznością i szacunkiem, tego ma mnóstwo, bo też i krewniak dał nam wszystkim nowe życie, całemu domowi, podwórzu, Józce, co włosy stroszy, Rozalce, co w papierkach na kosmykach śpi, dziewczynkom, co chodzą za nim krok w krok. Jankowi, co widzi, jak powinien żyć mężczyzna, który był złamany, ale się podniósł.

– Obiad będzie niedługo – mówi mamusia jeszcze, bo nie śmie się krewniakowi sprzeciwić, i wraca do chałupy.

Franciszek pracuje pode mną, pochylony, Janek wbija mocniej kamień za kamieniem.

– Teraz będę chodzić jak wszyscy – zapowiadam i słucham, jak to brzmi. Przerażająco niestety, aż się wzdrygam. Zsuwam jednak nogi z gałęzi, już palcami sięgam kamiennej ścieżki. Zimny ten kamień, nijak nie chce się rozgrzać od mojego ciała. Janek patrzy na mnie głowę przechyliwszy.

– Niech Marianna chwilę poczeka. – Franciszek odkłada kamień, wyciera dłonie w portki, znika w stodole. Wraca zaraz, pochyla się przede mną i kładzie coś u moich stóp zwisających z drzewa. Drewniaki, te, z którymi do nas przyszedł. Tatuś z okna patrzy i chyba nie rozumie, ale ja zaczynam płakać, łzy płyną sobie cicho, a z każdą ubywającą jestem lżejsza.

– Sam je zrobiłem. W Stutthofie. Dobrze służyły. Daję je teraz Mariannie. Żeby nie miała ziemi na stopach.

Wiem, że nie wolno mi odmówić. Dał mi wszystko, co miał, dlatego mi nie wolno. Wycieram oczy i nos.

– Ja Franciszkowi bardzo dziękuję.

Zsuwam się z gałęzi, podaje mi rękę, żebym nie straciła równowagi, gdy staram się trafić stopami w wielkie drewniaki. Wsuwam stopę jak palec w obrączkę. Wsuwam drugą. Stoję w nich, wielkich, grubych, drewno jest cieplejsze niż kamień, wygłaskane. Daję krok, drugi, po podwórzu, po tych kamieniach, co naukładał mężczyzna, który tyle razy mi się śnił. Idziemy za rękę, a ja czuję, że jestem wreszcie wolna. Tak dużo teraz oddziela mnie od ziemi: warstwa drewna, warstwa pracy Franciszka, warstwa jego przeszłości, już mnie nie mrowią stopy, gdy chodzę w jego wielkich drewniakach. Nic to, że sapogi ciążą, gdy wreszcie jestem wolna. Puszczam jego rękę. Franciszek przystanął, patrzy na mnie, a ja idę, chodzę po podwórku, coraz szybciej, coraz mocniej tupiąc, i nic mnie nie mrowi, nic nie boli, nic nie wsiąka. Chodzę. Schodzę z kamieni na piach, na błoto. Chodzę.

– Cud, cud się stał! – krzyczą moje siostrzenice. – Ciotka Marianna wyszła z domu, ciotka Marianna zeszła z drzewa, ciotka Marianna idzie po drodze.

Drugi cud w naszym domu, odkąd pojawił się Franciszek. Po zmartwychwstaniu tatusia. Trzeci, jeśli liczyć ciągnięcie wozu bez konia.

Jestem wolna, mogę iść do wsi, mogę iść nad strumień płukać bieliznę, mogę chodzić po podwórku, po warzywniaku i sadku. Mogę iść do Krupy do Jeżewa i przeprosić, że za niego nie pójdę. Mogę wszystko, więc wychodzę za furtkę i idę, wreszcie idę drogą, wreszcie widzę wiosnę, łąki widzę kwiatami usiane, pola widzę, całe zielone, domy widzę, psy szczekają, ludziom się kłaniam, zadziwionym trochę. Tak, to ja, Marianna dziwaczka Razik z drzewa. Czasem tylko kopnę się niechcący w kostki, na których tworzą się purpurowe ranki, ale co tam ranki na kostkach, gdy zmarli zasiedlający ziemię już nie mają nade mną władzy. Chodzę. Dochodzę do kapliczki, skłaniam głowę przed krzyżem, przed Mateńki Najświętszej obrazkiem, to ja, Marianna, i dziękuję za wszystko. Za wolność dziękuję. Jej dziękuję, z małym Jezuskiem na rękach, i samemu Jezusowi, który pod spodem, w figurce obecny dorosły stoi, też dziękuję.

Słyszę szybkie, mocne kroki. Ktoś za mną biegnie. Cień dociera do mnie pierwszy, jest tak długi, że już wiem. Franciszek. Sięgam mu do połowy ramienia, zawsze byłam nieduża, a przy nim mogę być malutka, jeszcze mniejsza, przy nim się tego nie boję. Staje obok i też na kapliczkę spoziera, ale mówi do mnie przecież.

– Ja też, musi wiedzieć Marianna, miałem w sobie kiedyś taki lęk. Tyle że Marianna bała się ziemi, a ja bałem się być daleko od ziemi. Tak było.

Franciszek? Bał się czegoś? Trudno uwierzyć.

Wspieram się o płotek przy kapliczce, dziewczyna z chłopakiem na rozdrożu, tak tu sobie stoimy, jak chłopak i jego panna. Franciszek patrzy to na moje stopy w drewniakach, to na moją twarz, gdy ocieram łzy.

– Bardzo się bałem, jak Marianna. Więc rozumiem. Gdy wszedłem gdzieś wyżej, wysoko, to aż mnie w stopach mrowiło. Nie wiem, skąd mi się to wzięło, ale ani na drabinie, ani na dachu, ani na drzewie siedzieć nie mogłem. Ale nie chciałem, żeby kierował mną taki lęk, nie chciałem mieć tej przypadłości. No i zacząłem się zastanawiać, jak mogę się rozprawić z lękiem wysokości. Pewnie powinienem wejść gdzieś wysoko i wytrzymać ile się da. Ale co, na dach chałupy wejść? Wszedłem, spojrzałem w dół. Musiałem złapać się komina, tak było strasznie, ale stałem, stałem i patrzyłem w dół. Nie było łatwo, choć łatwiej, niż gdy wyobrażałem to sobie, stojąc pod drabiną. Dopiero po chwili zaczęły mnie mrowić stopy, jakby mi się pod nimi paliło. Więc oddychałem.

– Buczał Franciszek? – upewniam się.

– A buczałem. Przy każdym wydechu, dla rozluźnienia. Musi Marianna kiedyś spróbować. Wchodziłem na ten dach przy każdej okazji, siadałem na nim, łapałem się komina i oddychałem. Ale wiedziałem, że to za mało. Znaczy wejść na dach chałupy to za mało, za nisko. Wynalazłem sobie więc inne miejsce: najwyższy komin w okolicy, w cegielni w Raciążu. Wysoki był tak, że widać go było zewsząd. Z zewnątrz uzbrojono go w metalowe klamry dla kominiarza, a co dziesięć metrów wbudowano dodatkowe oparcie dla pleców. Złapałem za klamry i zacząłem się wspinać. Dobrze mi szło, wszedłem już na jedną trzecią wysokości. I wtedy popełniłem straszny błąd: spojrzałem w dół. Od razu zakręciło mi się w głowie, nogi mi tak zdrętwiały, zamrowiły, że o mało nie spadłem.

– Boże! – wykrzykuję, a potem się martwię, że użyłam imienia boskiego nadaremno. Ale Franciszek nie zwraca na to uwagi, przejęty własną opowieścią.

– Przez kilka minut łapałem psychiczną równowagę, zastanawiając się, czy nie lepiej powrócić na ziemię, ale zamknąłem oczy, złapałem się mocno i oddychałem.

– Bucząc?

– Bucząc, Marianno. I nie ma się z czego śmiać. Bo to naprawdę pomaga.

– Wiem, Franciszku. – Spuszczam głowę, ale śmiech perlisty we mnie wzbiera, bo już widzę krewniaka na tym kominie, jak go trzyma w objęciach i buczy. Zaciskam usta, ale nie ma rady, bo śmiech, gulgocząc, pojawia się na moich wargach. Parskam.

Franciszek gromi mnie spojrzeniem, że on takie poważne opowieści, a ja co, i wiem, że ma rację, ale śmiech ma swoją, więc aż się zanoszę, tak mną wesołość trzęsie, tylko drewniaki przy ziemi mnie trzymają.

Oczywiście dzieciaki nie mogą przegapić, że dziwaczka z drzewa zeszła, że siłacz pod kapliczką stoi, że im wesoło, więc zaraz się przy nas gromadzi cała banda bosych zasmarkańców, co też się chichrają. Wreszcie i Franciszek nie wytrzymuje, zaczyna nam wtórować. Po raz pierwszy słyszę jego śmiech, trochę jak burza, trochę jak rżenie konia i tak mnie to zadziwia, że sama milknę.

On w końcu też. Tylko dzieciaki nam w twarze zaglądają, nosami smarczą, gatki podciągają do góry. Przez wojnę tyle się ich narodziło, że już nie wiem które czyje.

– Oj, Marianno! – mówi Franciszek. – Oj, Marianno.

Zerkam na niego i widzę, że twarz ma jakby inną. Miększą może. Albo weselszą.

Dzieciaki się gapią. Sama tak kiedyś biegałam po wsi i szukałam tylko, czym by tu można się zabawić.

– Przepraszam. A przecież nawet nie wiem, jak Franciszek zszedł z tego komina, bo się śmiałam bez sensu. Ale nie z tego, co Franciszek mówił. Nie z tego.

– Nie zszedłem. Nie zszedłem, tylko znowu zacząłem iść w górę, tylko już starałem się nie patrzeć w dół. I aby zachować równowagę ducha, powtarzałem sobie głośno tabliczkę mnożenia. Przez sześć i pełzłem w górę, przez siedem i znowu pełzłem. Dużo czasu upłynęło, zanim wdrapałem się na szczyt. Zatrzymałem się tam, spojrzałem na chwilę w dół, bo bez tego by się nie liczyło. A zaraz potem zamknąłem oczy i znowu wróciłem do tabliczki mnożenia. W stopach mrowiło, ale już mniej. I oddech starałem się pogłębić, przy płytkim człowiek boi się bardziej, zapamiętaj to, Marianno. Dumny byłem, bo potwierdziło się moje przekonanie, że siłą woli można zdziałać wiele rzeczy, które – wydawałoby się – są nieosiągalne.

– Tabliczka mnożenia pomogła?

– Tak, bo nie skupiałem się na strachu.

– A zamiast tabliczki mnożenia mógłby być różaniec?

– A pewnie. Jeśli Marianna jednak obie ręce trzymałaby na klamrach, nie na paciorkach.

– To może wiersze lepiej by pomogły?

– Także. Jeśli Marianna zna jakiś na pamięć.

– O, całkiem dużo nawet. „Już wstążkę pawilonu wiatr zaledwie muśnie, cichemi gra piersiami rozjaśniona woda…”.

– „Jak marząca o szczęściu narzeczona młoda, zbudzi się, aby westchnąć, i wnet znowu uśnie…” – kończy strofę Franciszek.

I jestem pewna, że to kolejny znak. Bo Krupa na pewno nie zna tego wiersza. Żadnego nie zna, poza tymi, co się w kościele śpiewa. On książek od nauczycielki nie pożyczał jak ja. On nie mieszkał w Warszawie, gdzie można było czytać wszystko z regałów u pani dentystki. A Franciszek – ciągle jeszcze nie wiem, gdzie był przez całe swoje życie, poza tym, że nosił ciężary w cyrku, wiem jednak, że czytał, czytał kiedyś to samo co ja.

Ludzie patrzą za mną, za nami, gdy wracamy od kapliczki. Dzieciaki lecą za nami, bo Franciszek już jest słynny we wsi, jego ramiona, jego siła, jego wozu z torfem ciągnięcie. Mdzewianie wszyscy na gankach siedzą, pod lipkami, przy płotach, na drogę patrzą, bo większość korzysta z długiego dnia i dla oszczędności nie świeci po domach, karbid do lampek też kosztuje, choć mniej niż świece czy nafta, a na drodze zawsze coś ciekawego człowiek zoczy. Kłaniam się grzecznie wszystkim, Franciszek też, dzieciaki nas przedrzeźniają. Dobrze, że nie jestem sama, to nikt mnie o swaty nie zapyta, co to wczoraj u nas były. Idziemy. Wdycham jaśmin, co gdzieniegdzie przy chałupach rośnie, z mojej jabłoni nawet nie widziałam, że już zakwitł, że już pachnie. Słońce zachodzi na różowo i czerwono, zapada coraz niżej, jak moje stopy w piach, stawiam stopę za stopą w drewniakach, czuję, że to, co oddziela mnie od podłoża, jest mocne i bezpieczne. Jeszcze będzie dobrze, myślę.

Od naszej furtki gościńcem idzie Józka. Włosy ma rozpuszczone, usta czerwone od pomadki, moja to pomadka, jeszcze z Warszawy, poznaję kolor, cud, że przetrwała całą wojnę. Na Józce wygląda dużo piękniej niż na mnie. Biodra Józki rozkołysane, ale idzie powoli, żeby nic nie uronić z zawartości kubka, który niesie w ręku. Powoli, ostrożnie, przybliża się do nas, w kolorach, w swojej urodzie, jak jakaś święta z napojem, jak wróżka z wodą żywą nadchodzi drogą.

– Mam dla Franciszka mleka koziego świeżo udojonego, tak na siłę. I na dobry sen – mówi i patrzy na mnie, dając mi znak: Idź. Idź już.

Rozumiem: wszyscy są za tym, żeby to ona szła za Franciszka. Może nawet i Franciszek jest za tym.

Więc wracam do domu, wlokę się właściwie, jak już dawno się nie wlokłam drogą do domu, a potem i przez podwórko. Człapię bez lęku przed ziemią, w tych wielkich sapogach, wolno, noga za nogą, stukam w kamienie.

Widzę, że Józka zatrzymała się przy płocie, czeka, aż Franciszek wypije mleko. Chce Franciszka teraz tylko dla siebie, dzieciaki odpędza. Wchodzę na ganek, do domu, zimniejsza sień, cieplejsza kuchnia, światło.

– A w coś ty się ubrała, dziwaczko jedna?! – To mamusia.

Zapomniałam zostawić drewniaki w sieni, tak mi przypasowały do stóp.

Franciszek.

I Józka, tak bardzo gorąca

Ciemno. Już siedział w swojej stodole, w siadzie skrzyżnym z wyprostowanym kręgosłupem na odwróconym skopku, już skupiał się na oddechu, aż tu skrzypnęły drzwi, zawiało chłodem z podwórza i cień jakiś wionął do niego, i zakrył mu chłodnymi dłońmi oczy, i zachichotał, i wcale nie miał głosu Marianki.

 

– Ćśśśś, to ja, Józka. Franiu, to ja.

I dalejże tłamsić go, zgniatać, przytulać się do jego pleców rozhuśtanymi piersiami, miękkie były jak puchowe poduszki i jak one duszące.

– Franiu, Franiu – powtarzała, w ucho mu powtarzała, na gorąco i wilgotno, prychliwie i chichotliwie. Szukała dłońmi w nim czegoś, co wcale nie chciało się przy niej obudzić, bo może już w ogóle nigdy nie miało takiego zamiaru. Ciało się odbudowywało przez ostatnie tygodnie, czuł się silniejszy, ale tam, pod brzuchem, nie pojawiało się nic, żadne chętki. Cisza, mróz.

– Franiuś, nie podobam ci się? Przecież to ja, Józka – szeptała mu w szyję. A on czuł, jakby kto go spętał ciepłymi, miękkimi linami. Wyszarpnął się, wysunął z jej długich rąk, odsunął, wstał wreszcie. Piersi wyszły jej górą z koszuli, dwie ciemne plamki patrzyły na niego, gdy Józka kuliła się na podłodze. Żal mu jej było, ale nie mógł. Nawet z żalu, nawet z sympatii, nie. Coraz ciężej miał w płucach, coraz zimniej w ciele. I jeszcze głowa zaczynała boleć.

– Nie podobam ci się?

– To nie tak – odpowiedział. – To nie tak.

Nie chciał przecież jej skrzywdzić, już i tak los to zrobił, los czyli wojna, odbierając młodej, gorącej kobiecie męża. Nie chciał jej poniżyć. Ale nie umiał, nie chciał jej dogodzić.

– Zostałem ranny podczas wojny – wytłumaczył. – Ciężko ranny. Od tamtej pory nie wiem, czy jestem w pełni mężczyzną.

To jej nie zrani. To nie spowoduje, że jutro przyjdzie tu inna z sióstr albo matka, która też czasem lubiła mu zetrzeć poślinionym palcem smugę sadzy z policzka, i one też będą próbować.

– Józka, przykro mi. Nie potrafiłbym ci dogodzić.

– Ale chciałbyś. Chciałbyś, prawda?

– Chciałbym – skłamał. Czasem kłamstwo lepsze jest od prawdy. Ładniejsze. Cyrk jest na przykład takim kłamstwem, które jest od prawdy piękniejsze. Cyrk. Każdy cyrk. Mój cyrk. Mój świętej pamięci cyrk, spalony namiot, skradzione konie, martwi ludzie; do Franciszka znowu wracały niechciane wspomnienia.

Józka zakryła piersi koszulą, wepchnęła ją bez zapinania za spódnicę. Podeszła do niego, wspięła się na palce, a że nie sięgnęła, chwyciła w obie dłonie jego głowę, przyciągnęła do siebie i znowu zaczęła szukać mokrymi wargami jego warg.

Odwrócił głowę, żeby pocałować ją w policzek jak siostrę. Gładził ją po głowie. Odejmował jej dłonie od swoich uszu. Prostował się, byle dalej od jej ust z własnymi. Chciał, żeby wyszła, żeby mu dała spokój. Ale ona tuliła się do jego boku, wciskała pod ramię, ciepła, pachnąca kobietą, miękka, pełna nadziei, że to właśnie ona przebudzi jego męskość.

– Józka, nie rób tak. Wtedy mi jeszcze trudniej.

Nie ustępowała. Więc w końcu, taką uczepioną, poprowadził do wrót stodoły, do wyjścia, gdzie wypchnął ją na wonne czerwcowe powietrze. Niegrzecznie, ktoś by powiedział. I może miałby rację.

Zasłonił sobą szparę we wrotach. Józka patrzyła na niego, oczy jej się szkliły w świetle księżyca, potem odwróciła się i pobiegła do domu.

Nareszcie sam.

Marianka: źle śpię, tej nocy śnię, że czekam na pociąg

– No i w tajemnicy trzymał, że chłop z niego felerny – szepcze mi w nocy Józka, pociągając nosem. – W tajemnicy trzymał, że nie może robić tego, co chłopy lubią najbardziej. To co mnie z takiego? Nie chcę męża, co to nie przydusi do siennika, nie ukocha. I jeszcze dzieci. Miałby tylko moje, a swoich nie. A przecież wiadomo, że nic tak chłopa nie przywiąże, jak gdy mu syna dasz przecież. Co mnie z niego takiego?

Tulę ją i wyczuwam, że oczy ma mokre.

– Nic z niego nie będzie. Ze mną z nim razem nic. Mam rację, Marianka?

– No ćśśś, ćśśś, już dobrze.

– Od razu wiedział, że męża z niego nie będzie, a udawał, pewnie śmiał się ze mnie w tej swojej głupiej stodole, że mu przy stole podsuwam najlepsze kąski.

– Ćśśśśś.

– W tajemnicy trzymał, co za draństwo, prawda?

– Ćśśśśś, siostrzyczko.

Wreszcie wtula się we mnie jak dziecko z mokrą buzią i zasypia spokojnie.

Mnie tylko gorzej spać, przewracam się z boku na bok, myślę. To chyba znak. Może ostatni przed tym, co mam zrobić. Pan Bóg daje znaki, ale potem już trzeba samej działać. I śnię o pociągu, o podróży w nim mojej i już wszystko wiem.

O świcie mówię mamusi:

– Nie mogę u was siedzieć dłużej na łaskawym chlebie.

Mam nadzieję, że zaprzeczy, ale milczy. Więc ciągnę dalej:

– Pojadę do Warszawy, podejmę pracę u mojej pani dentystki, będę wam dosyłać pieniądze, jak kiedyś, przed wojną. Dobrze będzie, mamusiu? Dobrze będzie?

Tak się dopominam, żeby spojrzała na mnie i powiedziała, że dobrze wymyśliłam. Brak mi tego, bo odkąd wróciłam, ani razu na mnie nie popatrzyła inaczej niż z troską czy gniewem.

– Pieniądze będę przysyłać. Ulżę wam. Dobrze, mamusiu?

– A jedź, co mi do tego. Jeśli się na wsi przez jakiś czas nie pokażesz, może zapomną o tych swatach. Może gadać przestaną.

I wzdycha tylko, wcale na mnie nie patrząc.

Franciszek. Niełaska

Rano wstał, ochlapał się pod studnią, pierwsze momenty są trudne, ale potem od tego mrozu przychodzi wewnętrzne ciepło, człowiek wyciera się i coraz mu goręcej, krew szybciej krąży, zachciewa się żyć. Nałożył koszulę, wszedł do chaty, ale dzisiaj nie przywitały go uśmiechy. Józka waliła garnkami, matka nie patrzyła na niego, gospodarz leżał z zamkniętymi oczami, odgradzał się od tego zamieszania, tylko małe krzyczały, że wujek, wujek. Spytał, czy drewna nanieść.

– Naniesione – odparła Józka twardo, jakby właśnie zamachnęła się polanem.

Żadnego siadaj, jak to na ogół mówiły, żadnego: żur dzisiaj i kartofle, ale z serca. Głodny był, aż ssało, ale czuł, że nie powinien siadać za stołem. Raczej wyjść. A może nawet wyjechać.

I żal mu się zrobiło, że to koniec, bo przecież dobrze mu tu z nimi było.

Wyszedł na podwórko i rozejrzał się za Marianną, ale jabłonka pusta stała, już nawet bez kwiatów.

Mlecze plamią sokiem zapaskę: brunatne plamy początku

Kwiaty z jabłonki opadły, stoi smutna, bo ja, zamiast tulić się do pnia, gonię kozę na pastwisko. Już mogę, gdy od ziemi dzielą mnie Franciszkowe drewniaki. Inwentarz zawsze był pasany przez dzieciaki, ale teraz mamy tylko jedną kozę, pilnowanie jej to poważne zajęcie, a nie coś, co byle dziecko mogłoby robić. Gdyby szli Ruscy czy partyzanci, odprowadzę ją szybko do lasu, schowamy się obie w zaroślach, mordę przytrzymam, żeby nie zameczała.

Przykucam obok kozy, w niebo się gapię, trochę myślę o mamusi, że zła i smutna, trochę o Józce i o tym, że jutro trzeba mi do Warszawy, ale bardziej skupiam się na tym, co Józka o krewniaku powiedziała, a już najbardziej tęsknię za widokiem coraz gładszego, pełniejszego ciała Franciszka, za widokiem jego nosa, ramion, na których prężą się piłki mięśni, oczu zapadniętych, postaci prostej, która coraz mniej się garbi. W środku czuję ból i wzniosłość, tęsknotę za czymś innym niż teraz i tutaj. Kozula skubie mi koło stóp, taka sprytna, że nawet nie muśnie drewniaka jęzorem, którym trawę zagarnia. Ostatni dzień w Mdzewie, las, koza, tęsknota.

I nagle ktoś dotyka moich pleców. Aż podskakuję. Bo przegapiłam, nie upilnowałam kozuli naszej i zabiorą, znowu zabiorą, a nawet może i mnie ubiją, jak dziadziusia. Żegnam się z życiem, podrywając się na równe nogi, i obracając, żeby spojrzeć śmierci w oczy.

Zrazu nie wiem, czy mi się zdaje, czy prawdę widzę, tak wytęsknioną. Bo oto przede mną, poderwaną na równe nogi, nie stoi obcy żaden, lecz Franciszek. Słaba nagle, znowu opadam na pieniek, nie śmiem podnieść na niego wzroku, bo zaraz wyczyta, że o nim myślałam. A może nawet wyczyta, co myślałam.

Więc lepiej sama mu powiem. Nabieram oddechu, wzdycham do Najświętszej Mateńki i:

– Chciałam krewniaka o coś spytać. Poprosić. O coś bardzo, bardzo dla mnie ważnego. I niech mnie Franciszek źle nie zrozumie, że to ja, dziewczyna, wypowiadam takie słowa.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?