Cyrkówka MariannaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Cyrkówka Marianna
Cyrkówka Marianna
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,40  54,72 
Cyrkówka Marianna
Cyrkówka Marianna
Audiobook
Czyta Katarzyna Tatarak
36,90  27,31 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tatuś opowiada, jak się cieszył, gdy zobaczył, jak Niemcy uciekają, i cieszył się, gdy ruscy oswobodziciele wkraczali. Niedługo potem jednak znowu się martwił, bo o Ruskich szybko przestało się mówić jak o oswobodzicielach. Dlaczego? A bo za często wpadali do gospodarstw, a potem dziewuchy płakały, jeśli nie zdążyły się na czas schować. Wpadali też do domów, najpierw przed starym zdejmowali czapkę, po czym wynosili gary z zupą, kaszę, słoninę, co się suszy nad piecem, chleb jak był. Tatuś znowu płacze, aż w końcu zasypia z tych wzruszeń, z policzkami od łez wilgotnymi.

Dorzucam do ognia i siadam za wielkim stołem wytartym do białości, żuję drugiego kartofla, starając się nie przełykać za szybko. Czekam, bo zaraz wrócą wszyscy, ci wszyscy, którzy przeżyli, mamusia na pewno. Patrzę w oczy Matce Bożej Dobrej Rady, co z obrazu czuwa nad kuchnią i nad całym domem. Ma koronę, przytula Jezuska, dwie piękne święte buzie obok siebie, oczy pokolorowane na błękitno. Obraz wisiał w poprzednim mieszkaniu, wisi i w tym, a na nim opiekunowie nasi święci, bo dobra rada człowiekowi zawsze potrzebna. Tatuś posapuje za piecem, tamci pewnie zaraz wrócą, na pewno są jeszcze jacyś „tamci”, kartofle się same nie obrały. Jestem w domu, a nie umiem się uspokoić, odpocząć. Podrywam się, do okna podchodzę, czekam. Ale ustać nie mogę, stopy świerzbią, podłoga uwiera, gdzie oni wszyscy, myślę, kartofle pachną jedzeniem, kuchnia pachnie zakurzonym majerankiem i tatusiem, ciasno mi tu nagle i powietrza brakuje. Wychodzę przed dom, stąd prędzej ich wracających zobaczę, lecz ziemia podwórza wchodzi mi między palce, na podwórzu doły i górki, kto wie, co tutaj w wojnę zakopano, a może kogo, i nawet tatusia o to nie spytam, gdy śpi, a na pytania płacze. I w domu źle, i na podwórzu nieznośnie, wzrok mój pada na jabłonkę kwieciem obsypaną i już wiem, gdzie przycumuję. Szorstkość kory koi stopy, płatki się osypują, siadam wreszcie na trzeciej od dołu gałęzi, przytulam się do pnia, lepiej z góry na to wszystko patrzeć. Tu poczekam.

Mój nowy dom wśród gałęzi, przewiewny i trochę niewesoły

Odkąd wróciłam, ciągle siedzę na jabłoni przed domem.

Niby ciepło, słońce, ptaki śpiewają, ziemia woła pracy. Ale aż mnie mrowi, gdy stawiam stopę na błocie czy piachu, na drodze czy łące. Mrowi, bo ciągle myślę, co w tej ziemi może być. Nie tylko łańcuszki srebrne dwa i srebrna moneta jeszcze z czasów carskich, co wszystko dziadziuś zakopał, gdy przyszli Niemcy. Teraz dziadziusia nie ma, a nikt nie pamięta, gdzie schował, więc wszyscy ciągle biorą się za kopanie, a przez to całe podwórze i pół sadu jest w dziurach.

Mówią mi w domu, że żadnych trupów w obejściu ani w sadzie nie zakopywali, ale co z tego. I tak czuję, że w ziemi, poza srebrem, kryją się martwi ludzie, przed wojną obecni tylko na cmentarzach, a po wojnie leżący wszędzie, myślę, że więcej ich teraz na świecie niż żywych. Leżą skuleni albo wyprostowani, zakopani, przysypani albo tylko wsiąkający w ziemię, coraz bardziej, z każdym ciepłym dniem. Przez wojnę niejednego trupa widziałam, niejednego dotykałam, na niejednego stąpnęłam, a potem myłam z niego nogę w strumieniu, a zapach chodził za mną przez wiele dni, bo bauerka spod Królewca nie dawała nam mydła, a sama woda na ślady śmierci nie pomagała. Chodziłam ze śmiercią na skórze jeszcze długo, aż się wtarła do środka.

A teraz już nie chcę więcej śmierci w sobie, więc wolę nie wychodzić poza obejście, poza dom i jabłonkę, gdy ziemia jest pełna martwych ciał, czasem aż w stopach mnie od tego swędzi i po podwórzu tylko po kamieniach skaczę. Może byłoby łatwiej, gdybym chodziła w butach. Ale nie mam butów. Tamtych, które dostałam od chłopaka na Zalewie Wiślanym, gdy zdjął je z jakichś trupów, jedne sam założył, drugie zdjął i podał mnie, więc tamtych butów, co pierwszego dnia zzułam i ustawiłam w sieni, nie chcę już nosić, oddałam je Jankowi. Pierwsze buty po wojnie dostanę od… Ale nie uprzedzajmy wypadków.

„Nie uprzedzajmy wypadków” – jak ja lubiłam to zdanie, gdy czytałam książki. „Nie uprzedzajmy wypadków” zawsze oznaczało, że w książce zdarzy się jeszcze dużo ciekawych rzeczy. Więc nie uprzedzajmy.

Ciągle jest maj czterdziestego piątego, już mówiłam. A ja, gdy rano wychodzę z domu, zaraz włażę na jabłoń, taką wygodną do wspinania, a do siedzenia jeszcze wygodniejszą. Tam sobie owijam stopy szmatką, żeby nie marzły, i siedzę. Mam trzydzieści lat i całymi dniami siedzę na drzewie, co za wstyd dla rodziny.

Nazywam się Marianna Razik, i gdy siedzę na jabłonce, mielę pracowicie ziarna na mąkę w młynku do kawy, co go mamusia w okupację za ciężkie pieniądze na rynku w Strzegowie kupiła. Inaczej byśmy mąki w wojnę wcale nie mieli, bo Niemcy zabrali wszystko z młyna, wszystkie te żarna, cały sprzęt, a jeśli co zostało, to potem wywieźli Ruscy i młyn na koniec nie wiadomo po co spalili. Siedzę więc na jabłonce i mielę grubo mąkę do woreczka, tyle pracy, tyle pracy, żebyśmy wszyscy zjedli chleb, z mąki, do której dodamy otręby, utłuczone żołędzie, wymoczone przez parę dni, żeby pozbyć się goryczki, a jak jeszcze będzie za mało, to ziemniaków domieszamy, żeby chleb był ciężki, sycący. Będziemy go kroili cieniutko, żeby starczyło dla wszystkich i na długo.

Przekładam korbkę do lewej dłoni, prawa już boli, i kręcę, kręcę, żeby się na coś przydać swoim na tej jabłonce, z której rzadko schodzę ku utrapieniu wszystkich, a mamusi najbardziej.

Nazywam się Marianna Razik, jedenaste dziecko Barbary z domu Kacprzak i Franciszka Razików, co gospodarowali w Jeżewie-Wesel na sześciu morgach. Morga to taki dawny sposób mierzenia pola, akurat tyle, ile jeden rolnik może zaorać, pracując od rana do południa, z jednym zaprzęgiem. Na te nasze ziemie temu jednemu, nawet zmęczonemu i nie pierwszej młodości rolnikowi starczyłyby więc trzy dni orki, takiej od rana do zachodu. Sześć mórg to na nasze dzisiejsze jakieś trzy hektary może, sama pani widzi, jak mało, a na tyle nas to już było bardzo mało, choć z tych nas jedenastu czwórka zmarła w dzieciństwie, nawet ich poznać nie zdążyłam. Ale dalej było nas siedmioro dzieci. Dlatego najpierw dziadziuś, a potem tatuś, żeby dorobić, strugali ludziom z kilku powiatów kołowrotki i krosna, motowidła i inne przedmioty tkackie, dlatego Janek im w tym pomagał, bo zawsze do drewna miał smykałkę, dlatego my, wszystkie prawie dzieci, rozjechaliśmy się do pracy, kiedy tylko podrośliśmy. Ja, gdy szło mi na piętnasty rok, też poszłam na służbę. W ślad za siostrą pojechałam do Warszawy cudze dzieci bawić, bo moja pani pytała jej panią, czy u nas na wsi nie znajdzie się ktoś odpowiedni do dzieci, byle czysta i czytać umiała. Byłam czysta i lubiłam czytać, więc się nadałam.

Kosztem wielu wyrzeczeń oraz od lat zbierając te grosze, co przysyłaliśmy my, ich dzieci, trzy lata przed wojną mamusia i tatuś kupili gospodarkę w Mdzewie, bliżej Ciechanowa, i tam się pobudowali. Wystawili dom z czerwonej cegły, do którego zjeżdżaliśmy się na święta. Janek urodził się po mnie, jako ostatni, dwunasty. „Mamuśka”, mówił do mnie, gdy już się nauczył mówić, dlatego niektórzy ludzie we wsi mówili, że jest mój. Głupoty gadali, przecież kiedy się rodził, miałam dziesięć lat. Ale był mój, bardziej niż ktokolwiek w życiu, do czasu, kiedy poznałam Franciszka. Ale i potem może. Mój Janek. Mój Franciszek. Bardziej oni moi niż ja sama swoja. Jeszcze wszystko wytłumaczę, nie uprzedzajmy wypadków.

Przed domem stoi jabłonka. Mamusia mówi, że odkąd zaczęła się wojna, drzewko nie rodzi, choć wiosną, czyli właśnie teraz, co roku kwitnie, ale potem śnieg z płatków opada i na drzewie zostają puste koszyczki po kwiatach, a potem już nic, ani jabłuszka. Ale gałęzie jabłonki są wygodne dla stóp, wygodne dla moich bioder, siadam, przytulam się do pnia, obejmuję go udami, opieram stopy, trwam, broniona drzewem. Wdycham zapach kory, niewyraźny, bezpieczny. Nie widać mnie w tych kwiatach, dobrze mi, woreczek z mąką i młynek trzymają się przywiązane do gałęzi, dłonie bolą od korbki, ale kręcę, żeby się na coś przydać. Bo inaczej na co ja komu, na tej jabłonce, wśród opadniętych płatków.

Mamusia właśnie przyszła pod jabłonkę, żeby zabrać woreczek z mąką. Ostrożnie go związuję u góry i odczepiam od gałęzi. Schodzę niżej, żeby go bezpiecznie włożyć mamusi w ręce, a ona podaje mi drugi, pusty. Bardzo się posunęła przez wojnę, już całkiem siwiutka, zgarbiona, jakby na plecach niosła cały ciężar świata tego.

– Martwię się, córko – mówi. – W twoim wieku już męża miałam, dzieci, gospodarką się u teściów zajmowałam, krówkę mieliśmy swoją. A ty tylko siedzisz na drzewie, odkąd do domu wróciłaś, ile to już, z tydzień będzie?

Dom? Dzieci? Kto wie, co powinnam mieć, a czego nie, gdy świat się rozsypał przez sześć wojennych lat i ciągle nie może się pozbierać. To co dopiero ja. Przecież już miałam dwa życia, które mi się nie całkiem udały.

– Kubę Krupę spotkałam na jarmarku. Mówił, że nawet lepiej, że starsza jesteś, bo już nie głupoty ci w głowie. Cieszy się, że wróciłaś. Weźmie cię taką, jaką jesteś. Za żonę cię taką chce, tak mówi.

Kuba Krupa, chłopak, z którym we wsi, w której się trzydzieści lat temu rodziłam, pasałam krowy i co jakiś czas mówiliśmy sobie, że kiedyś będziemy mężem i żoną.

– Jaką mnie chce?

– Dziwną cię weźmie. Dziwną. Nie przeszkadza mu, tak mówi.

– Co mu nie przeszkadza?

– Nic. Chce cię, Marianka, rozumiesz? Szacunkiem cię obdarzy, tak mówi.

– Swata nie przysłał.

– A kto ma głowę do swatów teraz, po wojnie? Przecież nie on, co sam czwórką dzieci się teraz zajmuje. Żona go odumarła i sam z dzieciakami został. Pytał mnie o ciebie. O chłopa teraz trudno, sama wiesz. Poginęły chłopy, zmarnowały się, Krupa przynajmniej dwie nogi ma, dwie ręce, chałupę ma, stodołę, gospodarkę. Nie wybrzydzaj, córko. Idź za niego. Zaraz skończysz trzydzieści lat, pamiętaj.

 

– Ale czy on ma jabłonkę? Żebym miała na czym siedzieć.

– Przestań, córuś. Nie wypada. Nie możesz wiecznie siedzieć na drzewie jak psotne chłopaczysko, zejdź do ludzi. Bo już nigdy chłopa nie znajdziesz.

Nie mówię nic, wtulam się w pień.

– Coś się stało, córuś, tam, jak byłaś na robotach, tak? Stało się, dobrze mówię? Tyle lat cię w domu nie było, a nic nie mówisz, co się z tobą działo.

Wchodzę wyżej po gałęziach. Wiem, że teraz nikt mnie nie zauważy. Mamusia też.

– Bo dlaczego ty nie chcesz mówić, co się stało. A Janek wszystko opowiada, co mu się przydarzyło, gdy był z daleka od domu. Dziewczyny też opowiadają. Tylko ty taka kolczasta jak jeż jaki. I cicha.

Wchodzę jeszcze wyżej na drzewo, bose stopy szorują o korę, jestem wysoko nad ziemią. Tu czuję się czysta i bezpieczna. Mamusia wzdycha i odchodzi z woreczkiem mąki, com ją zmieliła.

A ja rozmyślam, jakie będzie moje życie z Kubą Krupą i jego dziećmi. Myśmy przed wojną przeprowadzili się tutaj, do Mdzewa, on został w starej naszej wsi, Jeżewie-Wesel, tam się ożenił, tam spłodził czwórkę dzieci, tam jakimś cudem przeżył wojnę, on i jego dzieciaki, tylko żona mu przy piątym porodzie zmarła. Na szczęście zmarło i dzieciątko, mówi mamusia, i tak ma chłop biedy z tymi czterema gębusiami do wykarmienia. Nawet nie potrafiłabym wyliczyć imion jego maluchów. Nie wiem też, czy będę umiała je pokochać, mieszkać z nimi, cerować im ubrania, nalewać im maślanki, lepić pierogi, wyczesywać włosy, czy coś się znowu nie zalęgło, zaganiać do pacierza, do kościoła, do szacunku dla ojca i macochy. Dla macochy, czyli dla mnie. Będę umiała?

Nie wiem też, czy będę potrafiła siadać z nim na krawędzi łóżka, zdejmować spódnicę, kłaść się obok niego, kochać na głośno albo na cicho, jak niegdyś mamusia z tatusiem. Bo Kuba Krupa na pewno nie jest już tym chudym chłopaczkiem, z którym pasałam krowy i paliłam bardzo dymne ogniska, dorzucając dużo wilgotnych liści, żeby nas meszki, komary i bąki nie żarły. Zresztą z tamtym chłopaczkiem też nie chciałam się kochać, raczej wolałam biec obok niego gdzieś daleko, jak najszybciej. I tak biegaliśmy, uciekając chmarom bąków, śmiejąc się na cały głos. Właśnie to z nim lubiłam robić, dlatego mu obiecywałam, całe lata temu, że będę jego żoną.

Pamiętam twarz Kuby nad dymiącym ogniskiem na pastwisku, tamtą, młodą. Teraz na pewno ma ją poważniejszą i zgięte plecy. Nie jestem pewna, czy chcę żyć jego życiem. Ale może już nie czas na to, bym miała swoje własne życie, skoro dwa mi się nie udały, może został tylko czas na to, bym pomagała w życiu cudzym. Tak sobie myślę, siedząc na jabłonce, i staram się nie ruszać, bo każdy mój ruch powoduje opadanie delikatnych płatków. Czy jestem tu szczęśliwa? Jestem tu bezpieczna. To czasem oznacza to samo.

Janek struga krosienko na podwórku, przy nim stosik strużyn, pójdą na podpałkę, tacy już jesteśmy na wsi, że nic się nie marnuje. Widzę, że Janek dużo pamięta z nauk dziadziusia i tatusia, musi pamiętać, bo dziadziusia już przecież nie ma, a tatuś tylko leży, więc nikt inny ludziom krosienka nie wystruga.

Mamusia suszy żołędzie na piecu, zaraz będzie je tłuc w moździerzu, do chleba, nie za dużo, żeby gorzkie nie było, ale trochę, bo ciężkie i pożywne. Obok stoi zaczyn chlebowy pod ściereczką, rośnie. Mąką ode mnie mamusia najpierw zakwas nakarmi, zakwas musi zjeść najpierw, zakwas co rano je w domu pierwszy, potem je reszta rodziny.

Siostry poszły na łąkę przerzucać siano, żeby równo schło, pierwszy pokos tej wiosny. Ich córki zostały w domu, Antolka zamiata podwórko, a tamte dwie młodsze udają, że jej pomagają. Tatuś, jak zawsze, leży pod pierzyną, tyle mu zostało, ciepło, pierzyna, co się ją w ziemiance udało schować przed kacapami i trochę wilgocią trąci. Wielu młodych w czasie wojny umarło, wielu starych też, a tatuś przetrwał całą, teraz sobie spokojnie umrze, gdy już ma nadzieję na lepsze jutro dla nas, jego potomków. Umierać z nadzieją i pod pierzyną, nawet taką pachnącą ziemianką, wielu się nie udało, a jemu się uda. I tyle u nas dzisiaj dobrego.

Wieczorem zejdę z jabłonki i po kamieniach przekicam do domu. Już wiem, że z domu został głównie zapach i ściany, dobre i tyle, gdy reszta się rozeszła. Najpierw po Niemcach, potem po partyzantach z lasu i znowu po Niemcach, a na koniec po Rosjanach i znowu po leśnych. W ich plecakach, zawiniątkach znikały garnki, puste i z zupą, kasza, słonina, co się suszy nad piecem, chleb, jak jest. Mąka, śmietana, masło, ziemniaki, kury, świnie, gdy jeszcze były. Poduszki, pierzyny, prześcieradła, noże i widelce. Lampy naftowe i nafta. Wszystko wyniosą, więc nie wiadomo, czy zostawiać coś na później, na zaś, na czarną godzinę, na głód, jak obyczaj chłopski każe, czy jeść od razu, żeby mieć w sobie, w brzuchu, na zdrowie swoje, a nie ciągle w cudzych workach. Tylko tych ziół znad pieca nie ruszają, na co im. Więc wiszą. Pachną. To jedno jak przed wojną.

Tatuś ciągle leży na zapiecku, nie wstaje. Jak mu się podłoży poduszki pod plecy, widzi obraz z Matką Najświętszą, zdjęcie swoje ślubne z żoną pokolorowane i co się dzieje w domu. Ale teraz się tatusiowi nie podkłada poduszek, bo Ruscy zabrali.

– Derkę mi podłóż. Słomy mi podłóż – prosi tatuś.

Podkładam derki, żeby miał wyżej, żeby chociaż jeszcze tyle miał z życia, że z serca domu może patrzeć na te kobiety z jego krwi. Bo same teraz w domu córki, wnuczki, z chłopaków jeden Janek został. Inni synowie nie wrócili z poniewierki, przepadli na robotach, wsiąkli w obozie, a może ciągle idą do domu i dojść nie mogą. Janek nie był na robotach, bo zamiast niego, rodzynka, chłopaka teraz w domu jedynego, pojechałam ja, Marianna, ulubiona tatusiowa córka. Niegdyś ulubiona, bo teraz tatuś, wiecznie na zapiecku leżący, nie wiadomo, czy jeszcze kogoś szczególnie lubi, czy tylko wodzi po nas smutnym spojrzeniem.

Mówią, że już nieraz wszystkim wydawało się, że tatuś właśnie dzisiaj umrze, od dawna jedną nogą gdzie indziej. O gromnicę prosił, kładł się prosto, ręce składał, wzdychał, że po co żyć, skoro świat taki straszny. Poleżał, poleżał, a potem zapowiadał, że może pożyje jeszcze z tydzień, bo chciałby zobaczyć, jak dzieci jego z wojny, z poniewierki wracają, że przeżyły, że przeżyły ich dzieci, które kiedyś będą mieć swoje dzieci. Bo to taka ziemska nieśmiertelność, że dzieci, wnuki i prawnuki, i tak aż w nieskończoność, nie do ogarnięcia myślą, bo nieśmiertelność musi być nieskończona przecież.

I tak czekając na te wszystkie powroty, tatuś porozumiewał się ze swoim Aniołem Stróżem (gdzie ja z Panem Bogiem mówić będę, chłop prosty, Anioł Stróż mi wystarczy), żeby wytargować jeszcze tydzień, jeszcze kolejny, i tym sposobem doczekał mojego powrotu. Ale zupełnie na nic, żadnej z tego radości, bo tatuś dobrze widzi, że córka jego, Marianna, zdziwaczała po wojnie i z drzewa nie schodzi. Ale może jeszcze kto inny z dzieci, wnuków wróci, na to tatuś liczy i ciągle jeszcze nie umiera.

Mijam tatusia, który patrzy smutno w ścianę obok pieca, i wchodzę do izby sypialnej. Kuchnia dzieli z nią ścianę piecową, dzięki temu i w pokoju jest całkiem ciepło. Przy ciepłej ścianie sypia Janek, bo długo chorował i słaby jest ciągle. Nad Jankiem wisi na obrazku Anioł Stróż, który prowadzi dzieci przez kładkę. Na sienniku przy drugiej ścianie położą się wieczorem Rozalka i jej córka, Kostka. Na kolejnym, dużo większym, córki Józki, Basia i Antolka, siennik mają większy, to i w poprzek się pomieszczą. Na ścianie naprzeciwko drzwi znowu Matka Boska z Dzieciątkiem na ręku, obok nasz pan Jezus Chrystus, kolorowy, piękny, z rumieńcami, błękitnymi oczami i długimi złotymi lokami, bo jakie ma mieć loki pan Jezus, tylko złote, takie najpiękniejsze. Pod tym obrazem łóżko, jakoś się ostało, na nim siennik. Kiedyś sypiali tu rodzice, teraz mamusia idzie spać do kuchni, do tatusia, na wszelki wypadek, jakby mu się w nocy miało pogorszyć. Na łóżku więc ląduje wieczorem Józka. Jej mąż nie wiadomo gdzie się podziewa, nie wrócił jeszcze po wojnie, ale ona czuje, że już nie żyje, w sercu, głęboko, ma niestety takie przeświadczenie. Dlatego miejsce obok Józki zajmuję od powrotu ja, Marianka. Tylko jakoś nie umiem z nimi w domu zasnąć, w ogóle trudno mi w domu wysiedzieć, bo tatuś patrzy na mnie z wyrzutem, Janek z troską, a mamusia jakby coś wiedziała.

Pójdę więc od nich, co noc właściwie idę od nich z chodnikiem ze szmatek pod pachą, kicam po podwórku, żeby jak najmniej ziemi dotykać, ale żeby dotrzeć do stodoły. Co z tego, że tam zimno, przecież skulę się, wtulę w chodnik, zatkam uszy papierkami, żeby mi się skorki nie wkręciły, i zaczekam, aż mi się stopy zagrzeją, bo z zimnymi trudno wejść w sen. Pachnie sianem, co go tylko wspomnienie w powietrzu zostało, pachnie słomą, którą jakoś Ruscy oszczędzili, bo konie jej nie żrą, mam też stąd blisko na belkę, co się na niej wszystkie siostry i ich dzieci w wojnę chowały. Po wojnie też się czasem chowają, bo ciągle nie ma spokoju, wojna nie wojna, ale o niczym smutnym nie chcę myśleć, najlepiej wcale, spać tylko głęboko i niech się nic nie śni.

A rano wstanę, wrócę do domu, twarz umyję, wyplączę szmatki z włosów, uczeszę się, ułożę loki, jak mnie kiedyś nauczyła pani dentystka w Warszawie, wtedy gdy jeszcze mogłam o sobie powiedzieć: Nazywam się Marianna Razik i mam dziewiętnaście lat. A potem? Potem pewnie znowu pójdę z młynkiem na jabłonkę.

Teraz mam już trzydzieści i tak na pewno wiem tylko jedno: jak się nazywam. Więcej nic.


Dane jej było przeżyć przymusowe roboty w Wejherowie, gdzie została ranna odłamkiem w głowę. Kiedy opuściła szpital, wojna akurat się skończyła i Marianna wróciła do Mdzewa.

Teresa Kaczorowska, Artystka w zimnej stajence, [w:] Nie odpłyną rzeki snu, Ciechanów 1998

Po wkroczeniu Niemców siostrę i brata Marianny wzięto na przymusowe roboty, a ona sama musiała używać najróżniejszych wybiegów, by pozostać w domu i móc pomagać rodzinie. Kiedy wreszcie pojawiły się pierwsze oznaki końca wojny i nadciągał front ze wschodu, do kopania okopów zabrano młodszego brata Marianny. Przebywał w obozie pracy pod Szczytnem i tam poważnie rozchorował się. Pragnąca go ratować Marianna zgłosiła się do pracy przy okopach w zamian za zwolnienie brata. Przy końcu grudnia zarządzono ewakuację obozu pracy pod Królewiec. […] Prowadzony przez żandarmów konwój robotników dotarł po miesiącu w okolicę Królewca i stamtąd został skierowany nad morze. Ponieważ na początku lutego 1945 panowały silne mrozy i Zatoka Gdańska była skuta lodem, nakazano konwojowi przejście po lodzie w kierunku Gdańska. Przeprawa owa okazała się tragiczna: wskutek bombardowań, ostrzału i załamującego się lodu zginęło wielu Niemców i Polaków. Półżywa, skrajnie wycieńczona Marianna po wielu dniach gehenny dotarła do brzegu.

Końcowe epizody okupacyjne to jej pobyt w obozie pracy w Wejherowie, ucieczka stamtąd, praca w niemieckim domu starców, wkroczenie Armii Czerwonej. Po rozlicznych perypetiach Marianna, wędrująca od Gdańska z grupą warszawiaków, 13 maja wróciła do domu.

Tadeusz Baraniuk, Życie moje. Malarstwo Marianny Razik, artystki cyrkowej,

Płock 1996 (katalog wystawy)

Obóz spod Królewca w lutym 1945 ewakuowano przez Zatokę Gdańską. Konwój zbombardowano, Marianna dryfuje samotnie na krze. Załoga niemieckiego kutra ratuje jej życie, ale odstawia do kolejnego obozu. Uciekły we cztery (najsłabsza zginęła). Z fałszywymi papierami pracowała w niemieckim domu starców. Czuła litość. 13 maja 1945 Marianna wróciła do domu.

Grzegorz „Ciacho” Rybacki, Taniec muskułów,

„Nowa Wieś” 1997, nr 5

[…] jej udziałem stał się koszmar powrotu samotnej kobiety, w wielotysięcznym tłumie, zdanej na przypadkowych ludzi, raz dobrych, a często podłych i bezwzględnych. Okupacyjne zdarzenia opowiada z przejęciem, jakby jeszcze raz przeżywała koszmar tamtych lat. Jak dziś twierdzi, oddała się w ręce Opatrzności i tylko dzięki Niej powróciła szczęśliwie do domu.

Irena Kotowicz-Borowy, Włodzimierz Dżbik, W „krainie” Marianny Razik, „Poradnik Sołecki »Gospodarz«” 1997, nr 7

Pojawia się przybysz, a ja jeszcze nie wiem, że zaraz rozpocznie się moje czwarte życie

Dzień ciepły od rana, i smutny od rana, bo niby po wojnie, a śmierci ciągle dużo. Właśnie do Rybickich przyszła depesza, że ich syn Marian zginął pod Berlinem. Pamiętam Mariana dobrze, bo w dzieciństwie często chodziliśmy do dworu pasać krowy. W zimne poranki uwielbiał grzać bose nogi w świeżym krowim łajnie. Mnie, panience, nie przystało, więc tylko patrzyłam, zazdroszcząc, a Maniek nie krępował się nigdy, miesił smakowicie palcami stóp łajno i wzdychał, że ciepło i błogo. Teraz płaczę, że już nóg nie pogrzeje, bo właśnie samochód Czerwonego Krzyża przywiózł matce kilka listów syna, dwa zdjęcia i wiadomość o jego śmierci. Pofatygowali się z tym aż do domu, widać kimś ważnym był w tym polskim wojsku. Żadna pociecha to jednak dla matki, żadna, jej zawodzenie słychać od chwili, gdy pojawił się samochód, a z niego wysiadł mundurowy.

 

Staram się nie słuchać płaczu Rybickiej, mamusia poszła ją pocieszać, a ja oczy wytarłam, siedzę na jabłoni, pracuję pilnie przy młynku. I nagle zamieram w pół ruchu. Bo na drodze widzę ciemną, wysoką postać i kurz dookoła, a wszystko przesuwa się spod lasu do wsi. Ktoś idzie do nas! Może ktoś z naszych, co przeżył, może brat któryś, siostra, bratanek, siostrzeńcy, modlę się do nie wiem kogo, ale już stąd widzę, że postać jest wysoka, a my, Raziki, wszystkie raczej takie nieduże i naraz nadzieję strach zastępuje.

Bo obcy, obcy do wsi idzie! Tyle kurzu, że nie widać, ile osób, ale psy szczekają, alarm! Dzieci wiedzą, że w takim wypadku, gdy obcy we wsi, dziewczynki mają pobiec w pole albo do lasu, a chłopcy biegną do domu, ostrzec matki, babki, ojców, dziadków, żeby pochowali jedzenie, zamknęli kury w ziemiance ze świniami, przystawili ziemiankę dzieżą, że niby tam nic nie ma, taka sobie górka, albo śmieciami przysypali, że to sterta śmieci tylko. Potem dzieciaki same się mają schować, razem z matkami i babkami. Gorzej, że Ruscy znają już wszystkie te nasze sztuczki, nauczyli się naszych sposobów łatwiej niż Niemcy, Niemców łatwiej było okiwać, a Ruscy są podobni do nas, dlatego idą jak po sznurku do studni, do ziemianki, do piwnicy, znajdują ziemniaki, dziewczyny, kiełbasę, kobiety, bimber, dziewczynki, smalec, dzieci, tak czasem nawet dzieci. Nikt o tym jednak nie mówi, w końcu pójdą, a wtedy odcierpi się i żyje się dalej, do doktora czasem którąś zawiezie, a czasem samo przejdzie i zapomnieć trzeba.

Ale ja nie o Niemcach, nie o Ruskich przecież chcę mówić, tylko o mężczyźnie, który właśnie wtedy, w maju czterdziestego piątego, wchodzi do naszego Mdzewa. O wysokim mężczyźnie, który kryje się w chmurze kurzu zbliżającej się do wsi, a dzieci i baby się przed nim chowają. Od paru lat boją się wszystkich obcych nadchodzących drogą, nawet tych chudych i wygłodzonych, bo nawet ci polują nie tylko na jedzenie.

Przybysz nadchodzi wolno, szura stopami, a ma je wielkie, dlatego tyle kurzu podnosi, jakby ich ze czterech szło. Wygląda jak kościół w Warszawie, ten wysoki i strzelisty, Najświętszego Zbawiciela. Wygląda jak stojak na wiertło u mojej dentystki, bo chyli się ku przodowi, tak właśnie myślę, gdy podchodzi bliżej. W ogóle nie wygląda, tak stwierdzam, gdy już znajdzie się całkiem blisko i wcale go nie widać zza brudu, zza brody, zza włosów, zza podniesionego kołnierza kapoty. Idzie boso, u pasa kołyszą mu się drewniaki. Spodnie ma w paski, brudne, jakby piżama, myślę. Wtedy jeszcze nie wiem, że to spodnie z obozu, wtedy przecież jeszcze u nas na wsi nikt nie wie, co znaczy ubranie w takie paski. Kapotę na grzbiecie przybysz ma jak zdartą z trupa, brudną od ziemi i czegoś jeszcze brunatnego. Potem się dowiem, że naprawdę zdjął ją z chłopa, który martwy leżał przy drodze i już nigdy mu nie miało być ciepło. A do tego wszystkiego przybysz utyka, więc ta cała wysoka wieża w tumanach kurzu chwieje się za każdym krokiem.

Nie schodzę z jabłonki, wtulam się tylko w pień. Przybysz może przyszedł sam jeden, bosy, chudy, a u pasa ma uwiązane tylko drewniaki, ale wszyscy obcy niosą tu ból i głód, tegośmy już zdążyli się przez te sześć lat nauczyć. Nowo przybyły rozgląda się, w końcu przystaje pod naszą furtką, co to oznaczyliśmy ją kołem od kołowrotka, że warsztat dryjarski ciągle tu jest, choć dziadziusia już nie ma, a tatusia już prawie nie ma. Mężczyzna zagląda na podwórko, do góry nie patrzy, tylko przed siebie, ale i tak wtulam się w pień. Marianno, szepczę, on zaraz pójdzie, a na razie możesz nie oddychać.

Mamusię widziałam jeszcze przed chwilą, jak biegła od Rybickich, jak zaganiała do stodoły dziewczynki, pewnie już kulą się na belce pod sufitem, dziękując Bogu i dziadziusiowi, że belkę schowano za załomem. Siostry z rana poszły na łąkę, siano przewracać, i jeszcze nie wróciły, tatuś umiera w łóżku, jeden Janek stoi w podwórzu, chudy, z uszami wielkimi jak u sarny i gapi się na przybysza z rozwartymi ustami, przez co wcale nie wygląda na swoje dwadzieścia lat.

– Pochwalony Jezus Chrystus. Dacie wody? Z drogi jestem – pyta przybysz.

Woda, o wodę prosili Niemcy, kiedy stąd szli, za młodzi albo za starzy na żołnierzy, za chudzi na mundury. Mamusia im dawała pić i nawet nie pluła do środka, mając nadzieję, że gdzieś tam, w świecie, ktoś się podzieli wodą z jej dorosłymi dziećmi, żeby mogły dotrzeć wreszcie do domów. Natomiast Ruscy właściwie nigdy nie prosili o wodę, tylko o wódę, choć zawsze było znać, że dużo już jej wypili.

Ten chce wody jak Niemiec, ale mówi po polsku i nie ma munduru. Polak więc chyba. Widzę, że Janek boi się odejść od furtki i iść do studni, stoi więc przy płocie i myśli, co tu zrobić, aż mu uszy czerwienieją.

– Dziadziuś może są? – pyta przybysz.

– Dziadziuś nie żyją.

– A ojciec?

Nie mów prawdy, Janku, mów, że tatuś są w stodole czy gdzie, że zaraz wyjdzie, że obroni gospodarstwo – zaklinam go w myślach.

– Chory przecież.

– A matka jest?

– A poszła.

– To kto jest?

– A ja jestem. – Janek nie ustępuje z furtki ani na krok i stara się nie zerkać na stodołę, gdzie mamusia i dziewczynki, ani na jabłonkę, gdzie ja. Młody on może ten mój brat, ale przemyślny, dzielny ten mój Janek, stoją tam obaj: człowiek wieża z jednej strony furtki i chłopak patyk z drugiej. – A pan to do kogo przyszli?

– Do Razików.

– Do Razików? A pan to kto?

– Krewniak. No daj mi, chłopcze, wody, bom z drogi i dawno nie piłem.

I widać, że chce wejść za furtkę, ale Janek nie ustępuje z przejścia, choć wygląda przy tamtym jak słupek wbity przy kościelnej wieży, niewidoczny prawie. I wtedy, widzę to z jabłoni, wtedy na progu domu staje się cud, pierwszy z cudów tamtej niezwykłej wiosny. Na progu naszego domu pojawia się chwiejący się chudy, siwy mężczyzna z gołymi nogami, okryty derką spływającą w fałdach do ziemi, jak sam Pan Bóg, taki dostojny – myślę, bo wejrzenie ma groźne i dumne. Mężczyzna wspiera się na czymś, co nie jest laską, nie jest nawet kijem, tylko strzelbą, i już trochę nie wiem, kto to wyszedł bronić naszego domu, jakiś święty może, bo przecież niemożliwe, żeby tatuś, tatuś na wymarciu, właśnie wstał z łóżka i jeszcze skądeś wziął broń.

Przybysz od razu skłania głowę przed starym człowiekiem, dzień dobry, gospodarzu, spragniony jestem, czy mogę wody dostać. Krewniak wasz jestem, Razik, Razik z Raciąża. Tatuś stoi wsparty na strzelbie, bo to jednak on, widzę już teraz. To tatuś umierający wstał bronić łóżka, domu, Janka, krowy, kur, rodziny, a do tego wyczarował skądś strzelbę, nie ma wojny, a ciągle domu, rodziny bronić trzeba, może już zawsze tak będzie.

Jeszcze nie wiem, że strzelbę to jeszcze dziadziuś wystrugał z drewna dla dzieci do zabawy, poczernił smalcem wymieszanym z popiołem, żeby lepiej wyglądała. Jeszcze nie wiem, że wskrzeszony przez Franciszka tatuś będzie żył, będzie jeszcze długo żył.

Ale nie uprzedzajmy wypadków.

To właśnie tego majowego dnia w czterdziestym piątym wszystko znowu zaczyna się dziać, począwszy od tego, że tatuś ożywa, żeby bronić obejścia. Przybysz natomiast chwieje się pod furtką, za wysoki, za bardzo oddalony od ziemi, za wątły, obcy zupełnie, skulony z zimna, choć przecież słońce majowe świeci. Stoi pokornie pod furtką, tatuś na niego patrzy, wsparty na strzelbie z drewna, a Janek wraca od studni z chochelką wody. Przybysz pije szybko i zaraz widać, że chciałby jeszcze. Janek biegnie po następną chochelkę i wraca wolno, żeby kropli nie uronić. Tymczasem widzę z góry, że do domu kierują się z łąki siostry, a każda trzyma drewniane grabie w garści. Z przodu tatuś, udawana strzelba i Janek, z tyłu krzepkie kobiety i grabie. Przybysz prostuje się, staje się jeszcze wyższy, a drewniaki postukują mu u pasa. Dopiero teraz widzę, że on też się boi. Boi się starca i kobiet znękanych wojną, więc ja od razu przestaję się go bać. Za dużo strachu naraz na świecie też się nie zmieści.