Cyrkówka MariannaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Cyrkówka Marianna
Cyrkówka Marianna
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,40  54,72 
Cyrkówka Marianna
Cyrkówka Marianna
Audiobook
Czyta Katarzyna Tatarak
36,90  27,31 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Podnoszę głos, dochodzi do kulminacji:

– A teraz, Polsko, zrzuć kajdany, odrzuć precz okupanta!

Arnoldo z coraz luźniejszych okowów wysmykuje się jak wąż. Werbel jest coraz głośniejszy, ale nagle urywam w pół dźwięku, kładę dłoń na membranie, żeby całkowicie uciszyć dźwięk.

– Polska jest wolna!

Gong! Arnoldo zrzuca z siebie łańcuchy z donośnym brzękiem. Ludzie krzyczą z radości i nawet płaczą. Wszystkie oczy na niego, na mnie, na nas. Brawa! Biało-czerwona szarfa!

– Zrzuciła faszystowskie kajdany! – krzyczę, głos mi się łamie, ale oni tego nie słyszą, bo szaleją, płaczą, biją brawo!

Ach, jak ja to lubię! Przez chwilę wszyscy mają inne życie, gdzie sprawy są czarowne, gdzie się zapowiadało, że się zwycięży, potem się wkłada w to wszystkie siły, aż twarz czerwienieje, a potem się z Bożą pomocą zwycięża.

Arnoldo się kłania, rozwiązuje szarfę, rozciąga ją nad głową, jego skóra lśni, a szarfa jaśnieje i czerwienieje, triumfuje nad sceną. Zaczynam deklamować:

Jak wyglądała nowa Polska,

gdy z martwych powstała…

Głos mi się łamie, bo sama mam łzy w oczach. Ale nie należy się wstydzić emocji na scenie, mówi zawsze Arnoldo. Emocje są ważne i dobrze się oglądają. Akordeonista polecony przez Tytoniową nie umie się już opanować i jednak wyskakuje z Pierwszą Brygadą. Ludzie wstają, śpiewają, płaczą, pełen sukces.

Wszyscy się ogrzali wzruszeniami i śmiechem, jesteśmy zadowoleni.

Odprowadzani przez rozbawione dzieciaki idziemy spać do Tytoniowej. Nie doszła na przedstawienie, bo nie miała z kim zostawić drobiazgu. Obiecuję, że jutro wejdzie za darmo ze wszystkimi dzieciakami. Dziś wpływy były takie, że możemy sobie na to pozwolić.

– Mogę ugotować kaszy na pani ogniu?

– A czemu nie. Mleka pani też potrzebuje?

– Nie, dziękuję, ja nam stopię słoninę soloną na skwareczki.

Woń skwarków wywabia z głębi domu kolejne chude istotki z cieknącymi nosami. Z trudem poznaję w nich tamte wojownicze postacie, co to z rana strzelały do siebie trzymając pepesze z patyków.

– A to może i dzieci z nami zjedzą?

Kiedy mam, nie żałuję nikomu. Mnie też kilka razy nie pożałowano, dzięki temu (i Panu Bogu) żyję. Nadal ludzie nam nie żałują, często dzielą się tym, co mają.

– Dzieci zjedzą, tak, moje dzieci zjedzą wszystko.

Po jedzeniu myjemy się. Masuję Arnoldowi ramiona, jego piękne mięśnie, myję go szorstką szmatką, zawsze tak robimy po występie. Potem jeszcze reperuję jego ubranie, gawędząc z Tytoniową. Wstążki naszywam tam, gdzie się rozdarło, zahaftowuję ozdobnie dziurki i pęknięcia. Arnoldo po myciu wyszedł na ganek, siada tam po turecku, dłonie otwiera ku niebu i medytuje. Cisza. Gwiazdy.

– On ma siłę stamtąd – tłumaczę Tytoniowej.

– Z nieba?

– Też. Ale w ten sposób szuka jej w środku siebie.

– Jak można mieć siłę ze środka? Siłę się bierze z jedzenia, z pracy.

– Tak robią zwyczajni ludzie. A Arnoldo jest niezwyczajny.

– Piękne imię…

– Bardzo piękne.

Tytoniowa wzdycha.

– A da się z tego wyżyć? Z tego… bycia artystami?

– Przecież żyjemy. – Śmieję się. – I wie Tytoniowa, jakie to zajmujące? Co dwa, trzy dni jesteśmy gdzie indziej. Nigdy nie wiemy, co nas spotka.

– Nie boicie się tak jeździć w obce miejsca?

– Za okupacji siedzenie we własnej wsi też nie było bezpieczne.

– Ale u siebie przynajmniej człowiek wie, gdzie się w razie czego schować.

Milczę, choć myślę, że to prawda.

– Ale niech pani się nie boi. Gdyby co, ja zawsze pani powiem, gdzie się schować – obiecuje Tytoniowa i obie pukamy w niemalowane.

– A zaśpiewa pani jeszcze raz tamtą piosenkę? – prosi córka gospodyni.

– Mamy swoje zasady: nie występujemy po występie. Numer się wtedy zużywa. I to przynosi pecha.

– A co to pech?

– Nieszczęście. Nieszczęście dla artystów to występować za darmo. Musisz mi zapłacić.

– Ale ja… – denerwuje się mała.

– Nie może być inaczej. Za zapłatę zaparz mi tych ziółek, co wszyscy tu pijecie. Pachną poziomką.

– Bo to poziomkowe liście.

Dziewczynka, posapując, leje chochlą gorącą wodę na liście, a potem zanurza mi w środku łyżkę, z której jeszcze nie całkiem zlizała miód. Dar serca, rozumiem. Idę po bębenek, a łyżeczką uderzam w swoje bransoletki, bardzo lubię ten dźwięk. Mała zaczyna skakać. Jak można było jej mówić „Dawaj, pohulamy”? Przypominają mi się poranne zabawy dzieci, ale wyrywam tę myśl jak chwast, bo właśnie Arnoldo przychodzi z podwórza i dołącza do nas z harmonijką. Ani się obejrzeć, a już stoją ludzie za oknami, za płotem stoją ludzie i słuchają naszego koncertu za darmo, a może nawet więcej ich, niż było na przedstawieniu.

Arnoldo kończy szalonym, mocnym tremolo, które urywa w pół nuty i wszystkich zostawia głodnych następnych dźwięków. Wychyla się przez okno i basem, który tak lubię, grzmi:

– Chcecie więcej? Przyjdźcie jutro na przedstawienie. Siódma wieczorem, w waszej szkole!

– Jeszcze! – krzyczą dzieci. – Grajcie jeszcze!

– Powiedzcie rodzicom, żeby wam dali parę groszy jutro na występ. Dzieci płacą połowę. A my dzisiaj odpoczywamy, żeby wam jutro pięknie zagrać i zaśpiewać. Występowanie bez zapłaty przynosi pecha.

I Arnoldo zamyka okno, bo już chłodem wieje z dworu.

W drugiej izbie zaczyna płakać dziecko, skrzypi łóżko, dzieciak staje cały mokry w drzwiach, piżama splamiona w kroku, cieknąca. Tytoniowa wzdycha.

– Wszystkie sikają do łóżek po wojnie. Takie złośniki.

Już rozumiem, dlaczego prała te prześcieradła, dlaczego w takich ilościach.

– Złośniki? Nie, co też Tytoniowa mówi.

– Kiedyś dzieci nie sikały do łóżek. Ja, kiedy byłam mała – w życiu. Matka nie musiała prać pościeli co rano.

– A wie Tytoniowa, ile dzieci siusia do łóżek? Teraz, po wojnie? Wszędzie, gdzie śpimy, są takie dzieci. One z nerwów to robią, bo widziały rzeczy, których dzieci nie powinny oglądać. Wszędzie, gdzie pojedziemy, jakieś dzieci sikają do łóżek. Gdyby te przemoczone sienniki ułożyć jeden na drugim, sięgnęłyby księżyca, tyle ich jest.

– Brezent im podkładam, jak idą spać, to szeleszczą jak cały oddział żołnierzy. Bo nie nastarczyłabym słomy na te sienniki. Idź spać bez prześcieradła, jak taka sikawa jesteś, z brezentu zetrę ścierką, prać nie będę musiała. Ale na samym brezencie się odparzają, też niedobrze, więc już im położę to prześcieradło. Czasem mi się wydaje że całe moje życie śmierdzi siuśkami.

Gładzę ją po ręku, potem smaruję jej dłonie smalcem, wcieram w tę biedną, spracowaną, wygarbowaną praniem skórę, aż ręka przestaje drgać, podskakiwać. Spoczywa.

Arnoldo już śpi na naszym sienniku nakrytym połatanym prześcieradłem. Moja mamusia tak samo odnawiała prześcieradła: przecinała wzdłuż na pół, i to, co było na brzegu, dawała do środka, a wytarty środek szedł na boki. Taka jest moc śpiącego ciała, że z czasem dziurę potrafi wytrzeć w środku grubego płótna. Zawsze o tym myślę, gdy wydaje mi się, że nic nie znaczę dla świata. Szew na środku prześcieradła trochę uwiera w plecy, rozdziela nasze ciała, mnie od Arnolda, który wzdycha przez sen, wierci się, składa usta, jakby miał grać na organkach. Albo ucałować niebo.

Albo mnie. Może to ja właśnie mu się śnię, Marissa, jego ukochana. Wtulam się w niego, bo ciepły jest, mocny i żywy, plecy ma twarde, mocarne. Wstrzymuję oddech, wsłuchuję się w niego i podłapuję rytm, oddychamy razem, powoli. Wspólnie.

Takie to z nas małżeństwo. W podróży.


Po latach namalowała właśnie ten dzień. Na obrazie podzieliła go na trzy kadry. Na pierwszym ciemnowłosa dziewczyna w błękitnej sukience i potężny mężczyzna w ciemnym stroju ze zwiniętym łańcuchem w ręku klęczą w lesie, niedaleko drogi, obok ustawili dwie walizy. W dłoniach złote girlandy. A może różańce? Błagają o podwózkę? Nie, raczej modlą się, żeby powiodło im się w miasteczku, tak myślę, albo raczej – bo dlaczego miałoby się im nie powieść – skupiają myśli przed występem.

Na kolejnym kadrze, pod spodem, Arnoldo w barwnej pelerynie, czerwonej kokardzie pod szyją i czerwonej czapce sprasza widzów na występ. Teraz właśnie doszedł przed szkołę, z podwórza patrzą na niego małe główki, wszystkie ubrane na niebiesko, i jedna, wyższa postać, czyli pani nauczycielka. Arnoldo przed płotem wygląda jak papuga najkolorowsza, co sfrunęła w szaro-granatowy świat. Na pelerynie wypisano: „Ja i Ty. Sport. Kultura. Beczka śmiechu”.

Prawa strona obrazu jarzy się światłem: to już ich występ. Kurtyna w pasy została rozsunięta i związana obfitymi kokardami. A na scenie oni. Arnoldo wielki, zwalisty, w rękach trzyma zwój metalowego łańcucha. Na spodniach z czerwonymi lampasami ma fartuszek, na głowie biało-czerwoną krajkę, podobną jest przepasany. Pewnie zaraz będzie owijał się łańcuchami, a potem je z siebie zrywał. Z drugiej strony, zza kulis, wygląda tajemnicza postać z kurą na smyczy. Może to sam Arnoldo, tym razem w numerze komicznym. W samym centrum sceny stoi szczupła postać kobieca w sukni w kwiaty do samej ziemi. Ręce unosi ku niebu, więc wiemy, że właśnie recytuje. I nawet wiemy co, bo wypisano to nad jej głową:

– Niechaj pokojem zakwitnie świat cały.

A przed nimi, w półcieniu, całe rzędy ludzkich główek. Wszyscy wpatrzeni w scenę, w artystów.

Marianna Razik, Cyrk rodziny Razików. Występ duetu, 1986,

olej na płótnie, 80x146 cm, Muzeum Etnograficzne w Płocku

część pierwsza matka boża bolesna

Dwa lata wcześniej.

 

Mdzewo.

Jabłoń kwitnie, przeze mnie osypują się płatki.

Wszyscy mówią, że tydzień temu skończyła się wojna.

Na duszy jednak ciągle niewesoło

Nazywam się Marianna Razik. Jeszcze niedawno miałam piętnaście lat i gruby warkocz. Lubiłam chodzić boso i zbierać jagody. Zanim słońce przesunęło się wyżej na niebie, już miałam pełne wiadro. Lubiłam płukać pranie w strumieniu, aż kostniały nogi, a bielizna pachniała świeżością. Lubiłam iść rano z krowami na pastwisko, żeby je tam przywiązać łańcuchem do palika wbitego w ziemię, a potem włóczyć się po łące ze stopami w rosie odprowadzana wilgotnym krowim spojrzeniem. Lubiłam też, bardzo lubiłam chodzić do szkoły, chociaż wiadomo było, że są rzeczy ważniejsze niż siedzenie nad książkami, na przykład sadzenie ziemniaków. W szkole na koniec dostałam nagrodę, książkę Mała księżniczka, i przeczytałam ją tyle razy, że mogłam opowiadać ją z pamięci. Wtedy wiedziałam, że za jakieś dwa, trzy lata wyjdę za mąż, za chłopca z gospodarką, będę mu doić krowy, rodzić dzieci i piec drożdżowe w niedzielę, mało cukru, bo drogi, ale dużo kruszonki, bo mąka i masło przecież własne. Będziemy zasypiać razem i wstawać razem, będziemy dzielić troski i radości, pracę i czas niedzielny. A potem pochowam męża, a ja, coraz grubsza, z żylakami i trochę bez zębów, bo po jednym stracę na każde dziecko, będę bawić wnuki, czytać im Małą księżniczkę, uczyć je, jak należy obchodzić Matki Boskiej Zielnej i Matki Boskiej Gromnicznej, a jak Zielone Świątki i zwykłe niedziele. Będę im opowiadać, że w wigilijną noc należy iść do zwierząt z opłatkiem, ale nie takim zwykłym, tylko barwionym popiołem, bo to przecież zwierzęta. Będę pilnować porządku świąt i zwykłych dni, bo wszystko ma swój ład. Wnuki będą coraz większe, ja coraz starsza, coraz częściej w łóżku przy ciepłej ścianie, będą się o mnie troszczyć, a ja będę powoli odchodzić, aż całkiem umrę. Wtedy mnie umyją i z gromnicą przy łóżku będą całą noc czuwać przy mnie z sąsiadami, żeby rano ponieść mnie na cmentarz w Dąbrowie, gdzie co niedziela zajrzą do mnie po kościele na trzy Wieczne odpoczywania.

Tak miało być, tylko że w domu nie za bardzo było co jeść, więc gdy mi szło na piętnasty rok, zgodziłam się do pracy w domu nauczyciela w sąsiedniej wsi Dłużyce. Ach, jak ja się cieszyłam, że idę pracować do nauczyciela, pewnie będzie miał w domu książki, może czasem coś wytłumaczy, na pytania odpowie, a miałam ich dużo. Ale nie odpowiadał na pytania, zresztą wkrótce nie miałam na nie siły, cały dzień przy dziecku, a gdy spało, sprzątałam, doiłam krowy, robiłam twaróg, karmiłam świnie, czyściłam obórkę i chlewik, pełłam buraki, warzywniak cały w ogóle, przerywałam marchew, rzodkiewkę czy co tam jeszcze do zrobienia było, no i pranie, raz w tygodniu, sama pani wie, ile jest roboty w domu. A nauczyciel płacił niewiele, nic prawie, tyle że jeść dawał. Tam się nauczyłam, że nie ma co się cieszyć na zapas.

Potem służyłam to tu, to tam. Często zmieniałam pracę, gdy mi się coś nie podobało, bo ja zawsze honorowa byłam, nie dawałam sobą pomiatać. Ale poczytać mogłam dopiero w majątku u Potockich pod Warszawą. Tam było trochę książek na regale dla służby. Wrzos taki piękny… Dzikuska jeszcze bardziej… Siedziałam na łóżku i nocami płakałam nad tymi książkami. Tam było ciekawie, dużo ludzi, było od kogo się uczyć, no i ta Dzikuska… Ale kiedy mi kazali czyścić buty młodym oficerom, co mnie w policzki szczypali i w dekolt zaglądali, znowu się pohonorowiłam. Nic nikomu nie powiedziałam, spakowałam rzeczy i wróciłam piechotą do rodziców. Ile to kilometrów? A co ja autobus jestem, żeby liczyć? Dwa dni szłam, w nocy przespałam się w jakiejś stodole, nawet nie pytałam, czy można, od tyłu weszłam, o świcie wstałam i poszłam, nikt nawet nie zauważył. I tak się nauczyłam, że martwić się na zapas nie trzeba, zawsze człowiek jakoś sobie poradzi, nie tak, to inaczej.

Nazywam się Marianna Razik. Jeszcze niedawno miałam dwadzieścia lat i służyłam w różnych domach w Warszawie. Już nie nosiłam warkocza, co noc za to zawijałam włosy na papiloty z papierków. Już nie chodziłam boso, tylko w starych pantoflach mojej pani, pięknych, czarnych, błyszczących jak kuperek muchy. Stopy miałam tylko trochę od pani większe, więc nie bardzo bolało, za to pięknie wyglądało. Gdy pierwszy raz wysiadłam w Warszawie na dworcu i szłam potem ulicą, to wszystkim, jak u nas na wsi, mówiłam „Dzień dobry”. Spoglądali zdziwieni, czasem odpowiadali, ale tylu ich było, że w końcu stanęłam oniemiała. Nikogo tu nie znałam, pierwszy raz w życiu nikogo na ulicy nie znałam. Mogłam zadrzeć spódnicę i wypiąć się na wszystkich, a już drugiego dnia nikt by mnie palcem nie pokazywał, że tyłek goły mój widzieli, bo po drodze chodziliby zupełnie inni ludzie. Taka myśl dodawała mi odwagi.

Szybko nauczyłam się drogi na dworzec i z dworca, w każdą stronę wyglądała inaczej. Umiałam też dojść z domu, gdzie bawiłam cudze dzieci, do domu, gdzie zajmowała się cudzymi dziećmi moja siostra. Widywałyśmy się zawsze w niedzielę przed południem, razem jechałyśmy do domu, do rodziców, sióstr i braci. Wieczorem wracałyśmy, ja już się cieszyłam, bo dziewczynki mojej kolejnej pani miały tyle pięknych książek, czytałam im i czytałam! Że Kubuś Puchatek, że Staś, Nel, Kali i Mea, że Alicja w Krainie Czarów, że nowe szaty cesarza i księżniczka na ziarnku grochu. Potem kładłyśmy sobie z dziewczynkami ziarnka grochu pod materace, ale żadna z nich nie miała potem siniaków, a już ja na pewno nie, jak ktoś jest ze wsi, to na pewno nie jest księżniczką, ale kładłam.

Minęło trochę czasu przy dzieciach, gdy pani poprosiła, żebym ścięła warkocz, bo pomoc dentystyczna musi jakoś wyglądać. I tym sposobem awansowałam. Pani poprosiła też, żebym pomalowała paznokcie, bo schludnie i światowo będzie. Nie umiałam, więc pani mi sama malowała. Lubiłam dotyk zimnego pędzelka na paznokciach, lubiłam podnosić rękę i patrzeć, jak prześwieca przez nią światło na różowo, a przy paznokciach na czerwono, tyle miałam w sobie koloru, potem używałam dłoni ostrożnie, żeby nie uszkodzić farby. Boso chodziłam tylko po swoim pokoju, bo miałam swój pokój, pierwszy raz w życiu, malutki, przy kuchni, wszystko miał malutkie, łóżko, okienko, kuferek pod łóżkiem, krzesło tylko zwyczajne, na nim wieszałam ubranie przed snem. Pani reperowała pacjentom zęby. Jestem jedną z pierwszych dentystek w Polsce, mówiła z dumą, a ja mieszałam fleczer, wycierałam ślinę, podawałam gaziki, wodę, czasem nawet przytrzymywałam pacjentowi głowę, niech pani jeszcze trzyma, takie silne, takie ciepłe, takie miłe ręce, mówili. Wiedziałam też wtedy, że kiedyś któryś z pacjentów poprosi mnie o tę rękę na zawsze. Tylu chciało się umawiać, ale ja ciągle nie i nie, bo czekałam na tego jedynego. Wiedziałam, że będzie starszy, piękny, bogaty, będzie miał nazwisko zakończone na -ski i lśniące zęby naprawione przez moją panią, będzie mieszkał w alei Przyjaciół albo w alei Róż, to były najpiękniejsze nazwy ulic w Warszawie. Pójdziemy do ślubu u Wizytek, a potem będę miała piękne suknie, peniuar, będę mu rodzić dzieci, będę miała służącą i będę dla niej dobra, będziemy jedli dużo cukru i masła, a nawet czekoladę i sardynki, będziemy się kochać, dzielić radości i troski, a potem go pochowam, a sama zostanę w fotelu w ciepłym salonie, będę patrzeć na bawiące się u moich stóp wnuki, i w tym fotelu kiedyś umrę, otoczona kochającą rodziną. Pochowają mnie na Powązkach pod elegancką płytą z piaskowca, będą tam chodzić co roku na Wszystkich Świętych, żeby odmówić trzy Wieczne odpoczywania i zapalać świeczki.

Takie właśnie miało być moje drugie życie, tylko że wcześniej zdarzyła się wojna i pani kazała mi uciekać do Mdzewa, do swoich.

Wojna. To było moje trzecie życie. Staram się go nie pamiętać i właściwie mi się udaje.

Nazywam się Marianna Razik i teraz mam trzydzieści lat. Jest rok 1945, maj, i mówią, że właśnie skończyła się wojna. Od nas Niemcy odeszli w styczniu, gdy przyszli Ruscy. Nie mam warkocza ani butów, z papilotami też nie za bardzo, kręcę włosy tylko nad czołem, dwa papierki, jeden nad drugim. Nie mam też pojęcia, jaka przyszłość mnie czeka. Chłopcy z gospodarką potracili nogi, ręce, zdrowie albo i życie, a niektórzy poszli do lasu. Modlimy się, żeby sobie o nas nie przypomnieli, bo co wpadną do domu, to ogołocą komorę i kurnik. Panowie z nazwiskami na -ski zginęli w powstaniu warszawskim albo siedzą w Londynie. Ja w końcu, po długiej poniewierce, wróciłam do domu, za którym tak tęskniłam przez tę całą wojenną zawieruchę. Tyle że zupełnie nie umiem się tu odnaleźć.


Mając 15 lat, w ślad za siostrą wyjechała do Warszawy. Zamieszkała w wynajętym pokoju na Pradze i aż do wybuchu II wojny pracowała jako pomoc w zakładzie dentystycznym. Mimo spędzonych w stolicy lat niewiele korzystała z uroków wielkomiejskiego życia. Nie chadzała do kin czy teatrów, natomiast często odwiedzała siostrę, na niedziele zaś wyjeżdżała do rodzinnego domu.

Tadeusz Baraniuk, Życie moje. Malarstwo Marianny Razik, artystki cyrkowej,

Płock 1996 (katalog wystawy)

Wkrótce Marianna, po ukończeniu szkoły podstawowej, jako młoda dziewczyna wyjechała do Warszawy na służbę do pilnowania dzieci. Trafiła do warszawskiej dentystki Niszleruk, która zatrudniła ją jako pomoc w gabinecie dentystycznym.

Anna Pałuba, Wspomnienia o Mariannie Razik – malarce ludowej,

„Strzegowskie Zeszyty Historyczne” 2010, nr 1

– Potem poprzez rodzinę trafiłam do Warszawy – opowiada dziś w Mdzewie, popijając kawę. – Po zmianie kilku domów zostałam pomocą dentystyczną u jednej pani doktor. Traktowała mnie jak siostrę, byłam tam szanowana. Ale wybuchła wojna.

Teresa Kaczorowska, Artystka w zimnej stajence, [w:] Nie odpłyną rzeki snu, Ciechanów 1998

Wracam.

Mdzewo. Mój dom od tysiąc dziewięćset trzydziestego czwartego, gdy się tatuś z mamusią tutaj pobudowali, gdy nas tu sprowadzili, mój dom, który przecież kocham

Każdy, kto przebywał choćby przez jakiś czas w Mdzewie, tęskni za tą ziemią jak oszalały. I ja tak miałam. Bo gdzie łąka albo ozimina wygląda jak zielony, wygładzony obrus na płaskim stole? Płaskie mazowieckie ziemie, horyzont widać daleko, daleko, a gdy mgła, wydaje się, że go wcale nie ma i człowiek aż chciałby iść i dojść gdzieś, gdzie indziej. I wrócić zaraz przecież też by człowiek chciał. Choć ziemia tu marna, może przez to na polach raczej żyto niż pszenica, raczej ziemniaki niż buraki. W lasach piach, więc rosną głównie sosny i kurki, a nie dęby i borowiki, ale za to piękne sosny i dorodne kurki. Gdzieniegdzie podmokłe łąki, trochę bagien, strumyki kawałek stąd, z jednej i drugiej strony. Cztery kapliczki, na wszystkich końcach wsi, bo w cztery strony się Mdzewo rozchodzi. Remiza strażacka w środku, bo nic gorszego niż pożar nas nie może spotkać. Tak przynajmniej się wszystkim wydawało po wielkiej wojnie. Wtedy, gdy wszyscy mieli pewność, że następnej nigdy już nie będzie, bo ludzie nie będą tacy głupi dwa razy.

Rodzice wybrali tę wioskę, żeby się pobudować, bo było tu spokojnie, a ziemia niedroga. Las dookoła, daleko od świata, rytmy miejscowe, raczej tygodnia, pór roku, świąt, narodzin i śmierci, zwyczajne, a nie te wielkie, co zmieniają losy całych krajów. Mało kto z obcych tu zaglądał, z przybyszy z zewnątrz dwa razy do roku pojawiał się ksiądz dobrodziej, raz wiosną, na święcenie pól, a drugi raz zimą, z kolędą. No i Cyganie kotlarze, ale nikt od nich nie kupował garnków, bo za co, w każdej chałupie już jakiś garnek przecież był. Przestali przyjeżdżać, czasem się tylko w lesie zatrzymywali, ale to już dalej, za strumieniem. Nawet żniwa wszyscy świętowali pięć kilometrów dalej, w Dąbrowie, bo tam była nasza parafia. W Mdzewie wszyscy sami swoi i wszystko po staremu, ze zmian tylko komuś się zmarło czasem albo mostek spróchniał. No i dzieci się rodziły, co chwila. Nierzadko też umierały. Poza tym pomór kur był raz. Gutowskiemu się stodoła spaliła i wszyscy się bali, że ogień przejdzie na kolejne domy, ale strażacy poradzili i nie przeszedł. Susza zboże do cna wypaliła i był to rok, gdy chleb piekło się z fasoli lub z kartofli, jeśli komu ziarna z zeszłego roku nie zostało. Pionkowie dobudowali do domu werandę, ale już na schodki im zapału nie starczyło, więc latami się wchodziło po desce położonej jednym bokiem na podwórzu, drugim na ganku.

Teraz we wsi zrobiło się inaczej, myślałam sobie, gdy wracałam z wojennej poniewierki, gdy stopa za stopą wlokłam się do wsi, zmarznięta, głodna, obolała, na ostatnich nogach, byle do domu dojść, a dalej wyobraźnia nie sięgała. Teraz we Mdzewie było jakby ktoś wyłączył kolor. Jak w kinie, gdzie ludzie na filmie mają szare policzki i czarne usta, do czego długo się trzeba przyzwyczajać. Tu też świat stał się czarny, tylko trochę przyprószony szarością. Sczerniałe domy, wypalone pola, opalone brzegi sosnowych lasów i piach, zieleń też jakaś wypłowiała, zmęczona. Wlokłam się gościńcem i patrzyłam na boki. Chałupa Pielachów – nie ma. Ząbczyka – nie ma. Matusiaków – czarna z przodu, stodoła z tyłu też nie przetrwała. U Pionków nie było już deski do wchodzenia na werandę, nie było też werandy, bo i domu nie było, nie było nawet pewności, gdzie dom ich stał, wszystko popiołem przysypało, jakby nikt tam nigdy nie mieszkał. Nawet psy we wsi nie szczekały, a kiedyś się przecież z każdym przybyszem niosło, od budy do budy. Teraz psów nie było słychać, wiedziałam, że pewnie zjedzone, zastrzelone, rozpierzchłe. Koguty i krowy też się nie odzywają, kury nie plączą się po drodze, gęsi się nie kolebią, nawet gołębie Stolarskich nie latają. A, przypomniało mi się, przecież Niemcy zabronili hodowli gołębi, żeby przypadkiem nie okazały się pocztowe i nie przenosiły informacji. Choć może śmierć gołębi nie miała nic wspólnego z pocztą i Niemcami, lecz z głodnymi brzuchami dzieci Stolarskich, więc wszystkie poszły na rosół.

 

Tak czy siak, Mdzewo już nie było bezpiecznym zakątkiem, gdzie dzieci wespół z kurami, gęsiami i krowami kłębiły się na Nawrociach za remizą w samym środku wsi, zimą przecież też. Nawrocia, łąka zwana tak, bo krowy tam nawracały. Teraz krów nie było, nikogo nie było. Nawrocia puste, na drodze nieliczne w piachu ślady ludzi, żadne – zwierząt, pojedyncze – wozu. W tych chatach, które jeszcze stały, też się w piecach nie paliło. Wymarła wioska, pomyślałam, ale już nawet nie miałam siły płakać.

I nagle zauważyłam cieniutką strużkę dymu. Szła do góry, szarawa na tle lasu. I druga, równie cienka. Więc jednak w Mdzewie tliło się jakieś życie, bo życie to ciepły piec i jedzenie na nim, o tym w maju czterdziestego piątego nie trzeba było nikogo zapewniać. Żeby tylko stał nasz dom, żeby tylko byli tam moi, żeby tylko – myślałam i wlokłam się do domu, starając się nie myśleć i nie czuć nic. I udawało mi się, do chwili, gdy zrozumiałam, że jeden z domów, które wysyłają w niebo wiadomość: „Jednak żyjemy!”, to nasz dom.

Nasz dom! Nieduży, ale murowany, duma ojca mojego i matki mojej, przez nich pobudowany jeszcze przed wojną, gdy planowali żyć na swoim długo i szczęśliwie. Drzwi grube, drewniane, okute sztabami, które wykuwał Sokół, co miał kuźnię na Dąbrowie. Skobel też on wykuwał. Teraz skobla nie było, zastąpiono go kołkiem, ten metalowy stał się już pewnie częścią jakiegoś ruskiego czołgu albo karabinu. Dom zamknięto tylko na skobel i zaraz zrozumiałam, dlaczego. Bo lepiej, żeby Ruscy tylko dom okradli, niż spalili, jak to robili ze złości, gdy się do środka nie mogli dostać.

Skobel w drzwiach oznaczał też, że nikogo nie ma w środku. Ale przecież w piecu się pali, więc żyją, na pewno żyją, wyszli tylko na chwilę, zaraz wrócą, zaraz zobaczę ich wszystkich, mamusię i tatusia, siostry i braci, i Janka, brata mojego ukochanego, za którego pojechałam na roboty, bo on zawsze słabował i wszyscy się bali, że już z robót nie wróci. Weszłam po schodkach na ganeczek, wyciągnęłam skobel, położyłam na niskiej belce nad drzwiami, schyliłam nieco głowę, kłaniając się domowi, wszystkim z rodziny, także tym, którzy zmarli, i weszłam do sieni.

Stoi tu chłód, zawsze stał, bo zamiast desek na podłodze zostawiono ziemię z powbijanymi gęsto kamieniami. Tak się specjalnie w wiejskich chałupach robi, żeby jedzenie w sieni się nie psuło. Gdy chłodniej, zupa może na drugi dzień zostać, tak samo kartofle albo twaróg, chyba że są wielkie upały, wtedy i tak wszystko kwaśnieje. Ale dzisiaj nic do jedzenia niestety tu nie zostało.

W sieni zzuwam buty, tu zawsze wszyscy je zostawiają, przy garnkach z żurem i kompotem, tu obcieka z nich śnieg, woda wsiąka w ziemną podłogę, tu opada z nich kurz. Po tej najgorszej ze wszystkich wojen skórzane buty mają ci, co je zdjęli martwym ze stóp, o tym staram się nie myśleć, gdy je zzuwam, pierwszy raz od wielu dni, i dalej wchodzę w samych już tylko onuckach, pończoch już dawno nie mam.

Z sieni wiedzie dwoje drzwi. Na prosto wchodzi się do komórki, to mały chłodny pokoik z oknem na stronę północną, tu się nie grzeje, więc teraz, w maju, gdy chłodne noce, będzie tu całkiem zimno. Czasem w komórce mieszkają kurczęta, latem sypiają dzieci albo odchowuje się kózkę, jak matka jej nie chce karmić. Ale zimą, a i wiosną, gdy chłodniej, lepiej od razu wejść z sieni w prawo, do kuchni. Tu już jest ciepło. Ściany trochę błękitne, od farbki do bielizny, co ją rodzice wrzucili do wapna przed malowaniem, bo przecież wszyscy wiedzą, że na błękitnym muchy mniej siadają. Piec w kuchni rozgrzany, grzyby się nad nim suszą, już suche na wiór, ale wiszą i pachną, obok mięta, melisa, piołun, majeranek, zioła tu zawsze wisiały. I zawsze się kruszyły, wpadały do kompotu, wszyscy jedli potem kompot z majerankiem, trochę wtedy smakował jak flaki, ale nikt nie wybrzydzał, bo wszyscy ciągle głodni, niech będzie z majerankiem, byle był.

I nagle słyszę stęknięcie zza pieca. Aż podskakuję, wojna sprawiła, że człowiek ani na chwilę strachu się nie pozbywa, boi się w dzień i w nocy, nawet przez sen się boi, ale tu, wszedłszy do domu, ja się bać przestałam.

A niesłusznie, bo ktoś tu jest, teraz słyszę ciężki oddech, ale jak to, skoro na skobel było zamknięte. Łapię za patelnię, co nad piecem wisi i ruszam na zapiecek, bo stamtąd dźwięki dochodzą. Za piecem jest takie miejsce na szerokiej ławie, tam zawsze ciepło, najcieplej w domu. Zawsze spał tam ten, kto najstarszy albo ten kto najmłodszy, bo się za wcześnie urodził i chudy był jak mysz, wszystkie żyłki na wierzchu. Teraz jednak na zapiecku nijakiego dziecka nie było, tylko w pościeli rozbebeszonej starzec niechlujny, siwy i nastroszony, znajomy jakby, kochany chyba.

– Dzień dobry, dziadziusiu – mówię.

Ale zaraz sobie przypominam, że to przecież nie może być mój świętej pamięci dziadziuś, co zmarł był pod koniec wojny, gdy byłam na robotach i list w tej sprawie do mnie dotarł. Skoro nie on, to…

– Tatuś?

Nie wierzę, że on, siłacz i opiekun, zmienił się w starca, co ledwie się do siedzenia na łóżku podnosi, co siwą szczeciną cały porośnięty, zielony na twarzy, chudy i bez życia.

– Marianka?

A ja podchodzę do pieca, gdzie z boku wisiało zawsze lusterko, nieco zamglone, zarysowane, ale wisiało. Patrzę. Widzę chudą dziewczyninę o zapadniętych oczach i gorzkich kreskach przy ustach, z włosami sztywnymi z brudu i sterczącymi na wszystkie strony. Patrzę jej w oczy i nie rozpoznaję.

– Tak, to ja, tatusiu. Wróciłam.

Całuję starca w policzek. Pachnie umieraniem.

Siadam obok i próbuję poczuć się jak kiedyś, gdy rodzice byli całym światem i gdy przy nich było bezpiecznie. Uczucie nie wraca.

Boję się o to pytać, ale jednak mówię:

– Powiedzcie, tatusiu, czy wszyscy od nas żyją?

Tatuś kręci się niespokojnie, popatruje na mnie z niepokojem. Nie mogę się przyzwyczaić, że zrobił się taki stary i bezradny.

– Marianna? – upewnia się.

– Ja, córka wasza, tatusiu. Powiedzcie, czy wszyscy z rodziny żyją.

– Przecież ja nie wiem.

– Jak to tatuś nie wiedzą?

– Nie powracali przecież. – I łzy w oczach. Tatuś ma oczy całe czerwone dookoła, jakby te łzy przydarzały mu się nie po raz pierwszy.

– Mamusia żyje?

– No chyba tak, przecież przed chwilą z domu wyszła.

I płacze, teraz już na całego. Odwracam się, wstaję, nie chcę na to patrzeć. On też by nie chciał, gdyby był tym dawnym sobą, sprzed wojny. Rozglądam się. Na kuchni garnek, w nim kartofle, jeszcze ciepławe. Jakaś kobieca ręka je obrała, cieniutko i starannie, ani jednego oczka nie zostawiła. Mamusia, mam nadzieję. Zjem chociaż jednego. Chciałoby się je pchać w usta garściami, napchać się po wręby, ale wiem, że po takim głodzie jeść trzeba mało i powoli, widziałam już takich, co zjedli od razu szybko i dużo, a potem od tego umarli. Tak, widziałam takich, co umierali z głodu, a także takich, co umierali od jedzenia. Od wszystkiego można umrzeć, to też już widziałam. I zaraz staram się o tym wszystkim zapomnieć, gryząc dokładnie kartofel, starając się za szybko nie przełykać, bo skoro tyle przeżyłam, znaczy powinnam żyć dalej. Ściereczka czysta wisi na poręczy u pieca, złożona wzdłuż na trzy. Tak, mamusia żyje, ona zawsze tak ściereczkę składała. I do serca napływa ulga.