PapuszaTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

An­ge­li­ka Kuź­niak

Pa­pu­sza


Wszel­kie po­wie­la­nie lub wy­ko­rzy­sta­nie ni­niej­sze­go pli­ku elek­tro­nicz­ne­go inne niż jed­no­ra­zo­we po­bra­nie w za­kre­sie wła­sne­go użyt­ku sta­no­wi na­ru­sze­nie praw au­tor­skich i pod­le­ga od­po­wie­dzial­no­ści cy­wil­nej oraz kar­nej.

Pro­jekt okład­ki AGNIESZ­KA PA­SIER­SKA / PRA­COW­NIA PA­PIE­RÓW­KA

Fo­to­gra­fia na okład­ce © by AGNIESZ­KA TRA­CZEW­SKA

Co­py­ri­ght © by AN­GE­LI­KA KUŹ­NIAK, 2013

Re­dak­cja MAG­DA­LE­NA BU­DZIŃ­SKA

Ko­rek­ty ZU­ZAN­NA SZA­TA­NIK / D2D.PL, ALI­CJA LI­STWAN / D2D.PL Pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny, re­dak­cja tech­nicz­na i skład RO­BERT OLEŚ / D2D.PL

ISBN 978-83-7536-654-9

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: MAG­DA­LE­NA WOJ­TAS / VIR­TU­ALO SP. Z O.O.

Spis treści

  Dedykacja

  Motto

  1

  2

  3

  4

  5

  6

  7

  Od autorki

  Bibliografia

  Źródła fotografii

  Przypisy

Agniesz­ce Zwol­skiej, mo­jej przy­ja­ciół­ce

Nie przy­szłam do was po wa­sze pie­niąż­ki, […] przy­cho­dzę, że­by­ście czar­nej nocy nie czy­ni­li w bia­ły dzień.

Pa­pu­sza

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

– Zdję­łam z gło­wy czar­ne, bo to już rok, jak umarł.

W domu umi­rał, pod pie­rzy­ną, na du­żej po­dusz­ce. Zej­szła się cała ro­dzi­na z Go­rzo­wa: Waj­sy, Dę­bic­cy. Trzę­słam się wte­dy, jak­bym nogi w lo­dzie sku­te mia­ła. A jak śmierć sta­nę­ła przy jego łóż­ku, nie było mnie przy nim, bo po­szłam do kuch­ni na­pić się her­ba­ty. Usły­sza­łam krzyk, przy­bie­głam szyb­ko i zo­ba­czy­łam, kto sie­dzi przy sta­rym Cy­ga­nie. Nikt jej nie wi­dział, a ja wi­dzia­ła. Za­wo­ła­łam, tak roz­pacz­li­wie, tak na cały dom: „Daj­cie mu mle­ka, ra­tuj­cie!”.

Ale wszyst­ko na nic. Tyl­ko zim­ny wiatr się ze­rwał i już Dyź­ko do in­ne­go świa­ta na­le­żał.

Pa­trzy­łam mu na twarz. Po­marsz­czo­na była jak wy­su­szo­na słoń­cem zie­mia, ust nie miał wca­le, tyl­ko otwar­tą dziu­rę. I cał­kiem był do sie­bie nie­po­dob­ny.

Od tam­te­go dnia je­stem phi­vli, wdo­wa.

Z tego domu Dyź­ko umarł, z ni­cze­go wię­cej, bo dwie woj­ny ca­lu­sień­kie prze­żył, nie raz na go­łej zie­mi spał, we mchu, we bło­cie, i był zdro­wy. A tu jak się po­ło­żył, tak nie wstał.

W cho­ro­bie zmie­nił się bar­dzo. Mę­czył mnie po­dejrz­li­wo­ścia­mi, miał gry­ma­sy i ner­wy. Psy­chi­ki do­sta­wał, jak­by go co na­wie­dza­ło, rzu­cał ta­le­rzem albo szklan­ką. Nie­mo­żeb­nie było tak żyć. Razu jed­ne­go sam dok­tór po­wie­dział: „Dziw­ne, że pani nie za­bił”. A ja na to: „Niech pan bie­rze ode mnie, co chce, ale męża ra­tu­je, on czło­wiek do­bry, tyl­ko cho­ry, a kto cho­ry, ten do­broć gubi”.

Chcia­łam się sama po­ło­żyć w po­ście­li, ale Dyź­ko gor­szy ka­li­ka, sta­ru­teń­ki był, na dwa­dzie­ścia czte­ry lata star­szy ode mnie. Sta­wy miał po­wy­krę­ca­ne, trze­ba mu było usłu­żyć. Jak sam nie mógł cho­dzić, to go na ple­cach no­si­łam. I do po­ko­ju, i do kuch­ni, i na po­dwó­rek. Zli­czyć te wszyst­kie kro­ki, to ja so­bie my­ślę, że z pół świa­ta obej­szłam.

Edzio Dę­bic­ki z na­szej ro­dzi­ny po­wie­dział póź­niej przy wszyst­kich: „Dzię­ku­ję cio­ci, że wuj miał do­gląd”. A prze­cież kto miał dać Dyź­ko­wi sta­ra­nie jak nie ja?

Ko­bie­ty umy­li go, ubra­li, mu­sie­li się śpie­szyć, nim cia­ło nie ochłó­dło. Na gło­wę na­rzu­ci­li chu­s­tę z dziu­rą. Tą dziu­rą du­sza mia­ła do nie­go wró­cić, jak­by chcia­ła. Do kie­sze­ni każ­den Cy­gan we­pchał mu pi­nią­dze. Żeby z gołą ręką nie pusz­czać na tam­ten świat. Igłę, pa­pie­ro­sy i grze­bień też ze sobą za­brał.

Nad trum­ną nie ma pie­śni. I nie ma or­kie­stry. Pa­li­my świ­ce, tyle, żeby w pa­rze nie szło zra­cho­wać. I jak nie­bosz­czyk leży, nic ro­bić nie wol­no. Ani myć się, ani cze­sać. Cy­ga­ny na­wet bro­dy nie golą. Tyl­ko sie­dzą, śmie­ją się, piją wód­kę i opo­wia­da­ją strasz­ne hi­sto­rie, na przy­kład o wę­żach, co lu­bią wy­sy­sać mle­ko z pier­si ma­tek. Że nocą wśli­zga­ją się do łóż­ka i piją aż do krwi. Jak jeź­dzi­li­my jesz­cze w ta­bo­rze, sama ro­bi­łam dy­mem krąg za­klę­ty, żeby się gad nie prze­ci­snął, do­ko­lut­ka z za­pa­lo­ną szma­tą cho­dzi­łam po obo­zie.

Wąż to zły znak, tak jak sowa, ptak umar­łych. Jak sły­chać jej krzyk, już wszyst­kie Cy­ga­ny wie­dzą, że śmierć jest bli­sko. Przy­się­gam Bogu, że chwi­lę przed tam­tym też hu­cza­ła. Może gdy­by ja ją zła­pa­ła i do ognia żyw­cem wrzu­ci­ła, Dyź­ko do te­raz by tu w dru­giej izbie lagą o pod­ło­gę stu­kał, żeby mu co przy­nieść. Ale umarł. Le­żał dzień, dru­gi, a na trze­ci za­nie­śli go na cmen­tarz. Było wia­do­me, że się nie roz­my­ślił. Kop­czyk ukle­pa­li, krzyż we­tknę­li i zo­stał sta­ry Cy­gan w zie­mi.

Wró­ci­łam do domu, usia­dłam na pro­gu i po­pa­trzy­łam po pu­stej izbie. Po­tem po­ściel, co w niej umi­rał, spa­li­łam po­dług oby­cza­ju.


Pa­pu­sza w miesz­ka­niu w Go­rzo­wie Wiel­ko­pol­skim. Lata sie­dem­dzie­sią­te

Krót­ko się taka po­ściel pali.

Mó­wią mi te­raz lu­dzie: „Nie płacz, pani, pła­czem męża nie obu­dzisz”. Ale ja nie mogę się od tego żalu ode­rwać. Ile ja ślo­zów wy­la­ła, mój Boże, mo­gła­bym się ską­pać jak we wo­dzie. Bo to jest tak: kie­dy umi­ra sta­re drze­wo – pła­cze cały las, kie­dy umi­ra sta­ry Cy­gan – pła­czą wszyst­kie gwiaz­dy. Jedź, mężu, tra­de, w obcą kra­inę, spo­tka­my się na księ­ży­cu albo na krza­ku ja­gód, a może wca­le, kto wie.

Jak umi­rał, o jed­no tyl­ko pro­sił: „Ka­mie­nia mi na grób nie kładź. Tam i bez tego będę miał cięż­ko, le­piej kwia­ty po­sadź. Jak nie do mnie, to choć do tych kwia­tów przyj­dziesz, żeby je pod­lać”.

Cho­dzę co nie­dzie­la i no­szę mu świe­że ga­łąz­ki. W Za­dusz­ki też by­łam, ubra­łam się lek­ko, a na mo­gił­kach taki mnie mróz chwy­cił, że su­chą tra­wę rwa­łam i w rę­kach pa­li­łam. Nie mo­głam się ru­szyć z miej­sca, jak­by mi kto ja­kie cza­ry za­dał. Nie wiem, skąd to na­gle. Czy kto dla mnie źle chciał? Lu­dzie pa­trzy­li i mó­wi­li: „Bied­na Wajs”. Go­rącz­ki ta­kiej do­sta­łam, że po­tem trzy razy na dzień, za prze­pro­sze­niem, bie­li­znę zmie­nia­łam, siły cał­kiem odej­szły i jak pierw­sze­go li­sto­pa­da się po­ło­ży­łam, tak do­pie­ro wczo­raj, a to już trzy mie­sią­ce, wsta­łam, bo ksiądz po ko­lę­dzie cho­dził.

I żeby nikt z Cy­ga­nów nie przy­szedł…? A ja tak lu­bię swo­ich. Jak cho­re, to ku­pu­ję cze­ko­la­dę, po­ma­rań­cze, do szpi­ta­la idę. U mnie taki cha­rak­ter, że lu­bię dać bied­niej­sze­mu. Py­tam: „Może trze­ba za­nieść cu­kier­ka dla dziec­ka? A może kto głod­ny? Może nie ma na chleb?”. Idę do nich, po­ni­żam się, prze­pra­szam. A za co, to sama nie wiem.

Czte­ry dni umi­ra­łam z gło­du. Nikt do mnie nie przy­szedł.

1

Tego roku, kie­dy zdej­mu­je z gło­wy czar­ne, ma chy­ba sześć­dzie­siąt trzy lata, sama nie jest pew­na. Czas w tej opo­wie­ści to czas cy­gań­ski i trud­no mu ufać. Za­py­taj Cy­ga­na o kwie­cień, od­po­wie: „To jak kwit­ną ja­błon­ki”. Wrze­sień? „Jak ko­pa­li kar­to­fle”. O lata py­tać nie war­to. Nikt ich w ta­bo­rze nie li­czył.

Krą­ży opo­wieść, że chło­pi koń­czy­li zbie­rać zbo­że z pól w dniu, w któ­rym się ro­dzi­ła, po­dob­no 17 sierp­nia. Po­dob­no, bo po­ja­wia się rów­nież inna data: 10 maja.

Nie­pew­ny jest też rok tego zda­rze­nia. Jed­ni mó­wią, że był to 1910. Inni – że dzie­wią­ty. A w an­kie­cie człon­kow­skiej do Związ­ku Li­te­ra­tów Pol­skich na­pi­sa­no: Bro­ni­sła­wa Wajs, 1908. Gdzie się uro­dzi­ła? Dziś już nikt nie po­wie. Może w le­sie, pod gwiaz­da­mi, bo tam się dzie­ci ro­dzi­ło. Może na­wet praw­dą jest, że nie­da­le­ko Płoń­ska. W do­ku­men­tach po­da­wa­no: Lu­blin albo Si­ta­niec. Nie ma tam jed­nak żad­nych śla­dów.

 

Jej przy­szłość zde­cy­do­wa­ła się trze­ciej nocy po na­ro­dzi­nach. Cy­ga­nie opo­wia­da­ją, że wte­dy zja­wił się duch. Wy­li­czył do­bro, któ­re ją spo­tka, zło, któ­re prze­ży­je. Ostrzegł. Mat­ka dziec­ka spo­dzie­wa­ła się wi­zy­ty, bała się, więc tej nocy była z nią sta­ra Cy­gan­ka. Słów du­cha ni­ko­mu nie mo­gły po­wtó­rzyć. Szep­ta­ły tyl­ko mię­dzy sobą: „Albo bę­dzie z niej wiel­ka duma, albo wiel­ki wstyd”.

Z lasu za­nie­śli dziew­czyn­kę do wsi i ochrzci­li.

Ale w ta­bo­rze nikt nie wo­łał: „Bron­ka!”. Mó­wi­li: „Prze­ślicz­na!”.

Przez tę uro­dę na­zy­wa­li ją Pa­pu­sza, co po cy­gań­sku zna­czy „lal­ka”.

– Mama mó­wi­ła do mnie „la­lu­nia”. A zdro­wa by­łam, te ręki ta­kie, pier­siąt­ka ta­kie! Szczu­pła by­łam. Ta bu­zia taka ru­mia­na, wło­sy duże, jak dzie­dzicz­ka ja­kaś, plo­tłam je w war­ko­cze. (Nie obe­tnie ich do koń­ca ży­cia). Lu­bi­łam tań­czyć, śpie­wać, we­so­ła by­łam bar­dzo. Za­wsze w spód­ni­cy jak z kwia­tów uszy­tej, w ko­lo­rze cze­re­śni, zwin­na jak wi­wiór­ka le­śna, po­mi­mo że czar­na.

Raz na­wet, je­śli wie­rzyć temu, co za­pi­sa­ła w pa­mięt­ni­ku (za­cho­wa­ło się pra­wie dwie­ście stron), zo­sta­ła kró­lo­wą za­ba­wy. Była już żoną Dyź­ka. Za­brał ją ze sobą, bo grał w or­kie­strze („Miał swój ze­spół, pięt­na­ście lu­dzi”).

Byle kto nie mók pszyjść. Tyl­ko gru­ba ryba, bo za­ba­wa była po za­pro­sze­niu. Bar­dzo pięk­na sa­lo­wa mó­zy­ka. Je­den Pan dy­rek­tor szko­ły, ka­wa­lier w śred­nim wie­ku, bar­dzo pszy­stoj­ny był król, a ja kró­lo­wą zo­sta­łam. Do­sta­łam żywe kwia­ty i po­ma­rań­czy dzie­sięć, czte­ry dóże cze­ko­la­dy, per­fó­my trzy fla­ko­ni­ki, a sto­lik był za­ło­żo­ny róż­nym trón­kiem i tor­ta­mi. Szyb­ko roz­sła­wi­ło się po ca­łym mie­ście i cy­gan­ki były bar­dzo za­zdro­sne i złe na mnie. A sta­re cy­ga­ny pat­szy­li jak wil­ki, a ja Bogu du­cha nie win­na.

Oj­ciec. W jej opo­wie­ściach nie ma na­zwi­ska ani imie­nia. Był z Cy­ga­nów Pol­ska Roma, z War­mi­ja­ków i z Ber­ni­ków. Pa­pu­sza pi­sa­ła, że z ojca lep­sza ro­dzi­na, ale nie spo­sób zro­zu­mieć dla­cze­go. Sami Cy­ga­nie plą­czą się w wy­ja­śnie­niach. Zmarł na Sy­be­rii (po­noć tra­fił tam za kra­dzie­że). W pa­mięt­ni­ku jest jesz­cze jed­no zda­nie: Mia­łam pięć lat i oj­ciec pszy­szedł, a ja się go ba­łam, bo nie rzył z nami. Nic wię­cej.

Czę­sto, znacz­nie czę­ściej Pa­pu­sza mówi o mat­ce. Ka­ta­rzy­na, z domu Zie­liń­ska. Po­cho­dzi­ła z ga­li­cyj­skich Cy­ga­nów, ale wę­dro­wa­ła z wo­łyń­ski­mi. Kil­ka lat po śmier­ci ojca Pa­pu­szy wy­szła dru­gi raz za mąż. Za Jana Waj­sa, stry­jecz­ne­go bra­ta Dyź­ka. Bie­dę z nim mia­ła, bo był pi­jak i w kar­ty grał. Tra­cił wszyst­ko, co przy­no­si­ła ze wsi. Je­śli nie star­cza­ło pie­nię­dzy na wód­kę, ciął jej ple­cy ba­tem. Aż po­wie­trze ję­cza­ło, aż żmi­je jej na ple­cach po­ro­sły. I nikt sło­wa nie po­wie­dział w obro­nie. Bo Cy­gan może zro­bić z żoną wszyst­ko, co mu do gło­wy strze­li. Prze­grać w fer­bla. Mor­dę otłuc. Przy­du­sić nogą gar­dło. Spo­nie­wie­rać jak ścier­wo ja­kieś.

Mat­ka Pa­pu­szy chcia­ła męża dzieć­mi uła­go­dzić. „Dużo dzie­ci – dużo szczę­ścia”, mówi cy­gań­skie przy­sło­wie. Ro­dzi­ła je z upo­rem. Naj­pierw Prze­mka, a po­tem jesz­cze czwo­ro: Ja­ni­nę, Ju­lię, Ta­de­usza i Win­cen­te­go. Nie po­mo­gło. Rany na ple­cach go­iły się ty­go­dnia­mi.

Pa­pu­sza pa­mię­ta mat­kę, jak sie­dzi w kuc­ki przy ogni­sku. Mię­dzy ko­la­na­mi trzy­ma kurę. Krew z od­rą­ba­nej gło­wy jesz­cze ka­pie, kie­dy ostrym, szpi­cza­stym no­żem wy­dłu­bu­je z niej oczy. Chwy­ta je w dwa pal­ce i ostroż­nie zszy­wa w jed­no, „na płask”. Od­ci­na so­bie tro­chę wło­sów z war­ko­cza na ogon, po­tem szyb­kim ru­chem wy­ła­mu­je ku­rze pa­zu­ry i robi z nich rogi. Szy­ku­je ben­go­ro, dia­beł­ka, wró­żeb­ny re­kwi­zyt.

Scho­dzą się inne Cy­gan­ki. Jed­na się śmie­je i na­śla­du­je chłop­kę z koń­ca wsi. Że­gna się trzy razy krzy­żem, splu­wa za sie­bie i krzy­czy: „Zgiń, prze­pad­nij, siło nie­czy­sta!”. I opo­wia­da, jak jej wrzu­ci­ła do szklan­ki z wodą mu­ło­ro, trup­ka z wo­sku. Bla­dy, jak to umar­ły, wy­pro­sto­wa­ne nogi i ręce skrzy­żo­wa­ne na pier­si.

– „Ktoś ma umrzeć w tym domu”, mó­wię chłop­ce. „To jest woda od zmar­łe­go, śmierć wam ona nie­sie. Trze­ba ją wy­lać na cmen­ta­rzu. Dom ten jest w mocy cza­rów, mogę zło wy­pę­dzić, ale po­łóż, pa­niu­siu, pie­niąż­ki albo je­dze­nie”. Dwa peł­ne to­boł­ki od niej przy­nio­słam. Dla głu­pie­go nie mam li­to­ści. Wszyst­ko mu we­zmę i tyl­ko po­śmie­ję się z jego bie­dy.

Mat­ka skoń­czy­ła już ro­bić pierw­sze­go dia­bła. Małą Pa­pu­szę ob­la­tu­je strach, za­sła­nia oczy, bo on jak­by ży­wym wzro­kiem spo­glą­da. W garn­ku topi się oga­rek świe­cy, ko­bie­ta roz­cie­ra w pal­cach zwę­glo­ne drew­no i mie­sza je z wo­skiem. Po­da­je Pa­pu­szy ta­lię po­dar­tych kart. Dziew­czyn­ka wy­dzie­ra czer­wo­ne ser­ca i robi z nich kul­ki na oczy dla czar­ne­go dia­bła. Tro­chę nie­chluj­nie. Zbyt jej się śpie­szy, cze­ka na nią Adaś, pierw­sza mi­łość.


1963 rok

Był w mo­ich la­tach, mie­li­śmy po dzie­sięć, kie­dy­śmy się ba­wi­li, że­śmy niby mąż i żona. On mnie bił, niby wy­sy­łał na wróż­by na wieś, ja coś pszy­no­si­łam w to­boł­kach, na­wet so­bie ro­bi­li­śmy miesz­ka­nie, ta­kie małe bót­ki sta­wia­li­śmy.

Bie­gną przed sie­bie, omi­ja­ją ścież­ki w le­sie. Nocą cho­dzi po nich dia­beł. Le­piej li­cha nie ku­sić. Sły­szą za ple­ca­mi, jak sta­ra Cy­gan­ka zło­rze­czy. Wy­ma­chu­je no­żem, bo ja­kaś mło­da mę­żat­ka prze­szła przed dy­sz­lem wozu. (Cy­ga­nie wie­rzą, że to przy­no­si nie­szczę­ście).

Nad je­zio­rem bia­ło, jak­by śnieg spadł. Na ga­łę­ziach su­szą się ko­szu­le, wo­kół lata puch z po­du­szek. Przed każ­dą Cy­gan­ką co naj­mniej trzy mi­ski: na bab­skie szma­ty, na mę­skie i jed­na do płu­ka­nia. W je­zio­rze woda nie pły­nie, więc prać w nim nie wol­no. Gdy­by tak się zda­rzy­ło, wy­star­czy póź­niej łyk i jest się ma­ger­do, ska­la­nym. A wte­dy ani jeść wśród swo­ich nie moż­na, ani, jak to w cy­gań­skim zwy­cza­ju, pić z jed­ne­go kie­lisz­ka. Jak­by za­ra­za przy­lgnę­ła. Nikt na­wet ręki nie poda. Wszyst­ko usta­lo­ne w ma­ge­ri­pen. Tak na­zy­wa się ich nie­pi­sa­ne pra­wo. Dzie­ci nie do­ty­czy, ale w ta­bo­rze za­sa­dy wdy­cha się z po­wie­trzem.

Cy­gan­ki pio­rą w mi­skach i ga­da­ją. Po­dob­no wczo­raj trzy­sta kro­ków stąd lu­dzie ze wsi zna­leź­li ob­ce­go Cy­ga­na. Le­żał twa­rzą do zie­mi, na szyi ślad po ko­sie. Mała Pa­pu­sza zna te hi­sto­rie o nie­bosz­czy­kach. Że wy­ła­żą z ką­tów, z pa­mię­ci, z wy­obraź­ni. Po­ka­zu­ją się lu­dziom. Ale nig­dy w swo­jej wła­snej po­sta­ci.

Czło­wiek musi się bro­nić. Kła­dą więc Cy­ga­nie przed snem pod po­sła­nie, pod mech sie­kie­rę, wi­de­lec albo nóż.

*

Od śmier­ci Dyź­ka Pa­pu­sza miesz­ka sa­mot­nie. W Go­rzo­wie Wiel­ko­pol­skim, przy ru­chli­wej uli­cy Ko­sy­nie­rów Gdyń­skich. W domu z ce­gły, jed­no­pię­tro­wym, nu­mer dwa­dzie­ścia. W miesz­ka­niu nu­mer dwa. Na par­te­rze. Drzwi po pra­wej stro­nie, sko­bel za­miast zam­ka.

Ma po­kój i nie­du­żą ko­mór­kę. Ła­zien­ki Pa­pu­sza nie ma, ale – jak mówi – to mała bie­da, bo gdy Cy­ga­nie żyli w le­sie, tam żad­nych ła­zie­nek nie było.

Z ko­ry­ta­rza wcho­dzi się od razu do kuch­ni na sta­ry, jesz­cze po­nie­miec­ki piec. Strasz­nie kop­ci. W środ­ku pół­mrok. W oknie na gwoź­dziach su­szą się pęki traw, ga­łę­zie i zio­ła. Jest by­li­ca, boże drze­wo, mat­ka wszyst­kich ziół. Bie­drze­niec prze­ciw za­ra­zie. Bab­ka na rany. Od za­uro­cze­nia po­de­rwa­niec. So­ba­cza li­li­ja, naj­lep­sza na ku­rzaj­ki. Lub­czyk – zie­le mi­ło­śni­cze, łza tę­czy, ku­rzy­ślad na me­lan­cho­lię. Ży­wo­kost od zła­mań i po­tłu­czeń (wy­star­czy zmie­szać z ku­rzym tłusz­czem i okła­dać bo­lą­ce miej­sca). Skrzyp na pa­dacz­kę, czo­snek na za­wro­ty gło­wy, ka­tar, od­ci­ski i ból uszu. Są i po­krzy­wy.

– Jak świe­że, pcham w nie ręce – mówi Pa­pu­sza. – Ale jak po­ma­ga, to tyl­ko na chwi­lę. Na sło­tę tak mnie rwie, że wy­trzy­mać nie mogę. Pró­bu­ję pal­cy zgi­nać, a one jak mar­twe. Do bani cho­dzi­łam, tu, w Go­rzo­wie, go­rą­ce ką­pie­le bra­łam. Po szy­ję aż. Nic nie po­ma­ga.

Ma zmę­czo­ną twarz, lek­ko się gar­bi. Wło­sy, wciąż jesz­cze ciem­ne, za­pla­ta w war­ko­cze i zwią­zu­je z tyłu gło­wy. Kie­dy się uśmie­cha, za­wsze smut­no, prę­ży się bli­zna na jej twa­rzy. Bie­gnie od oka, przez cały po­li­czek, na ukos, aż do szyi.

Ślad po sa­mo­są­dzie.

Przed woj­ną na Wo­ły­niu Pa­pu­sza spo­ty­ka­ła się za ple­ca­mi Dyź­ka z in­nym Cy­ga­nem (By­łam trosz­kę kó­kiet­ka. Czy to moja wina, że by­łam?). Miał żonę Lolę i dzie­ci. To wła­śnie Lola ciach­nę­ła ją brzy­twą.

Uchy­la­ją się drzwi do po­ko­ju. A tam jak w ta­bo­ro­wym wo­zie. Roz­grze­ba­ne łóż­ko, ster­ty pie­rzyn i po­duch. Stół na­kry­ty chu­s­tą z ko­ron­ki. Kil­ka krze­seł. Ko­mo­da, lu­stro. Na ścia­nie ko­lo­ro­wy dy­wan, ob­ra­zek z Mat­ką Bo­ską Cy­gań­ską, pta­sie pió­ra. Od daw­na nikt tu nie re­mon­to­wał.

– Cza­sem ktoś przyj­dzie i pyta: „Jak to było, pa­mię­tasz, pani Pa­pu­sza?”. Pa­mię­tam. Pa­mięć, dzię­ki Bogu, nie za­tar­łam.

*

Z kil­ku ta­kich spo­tkań, rów­nież przy Ko­sy­nie­rów, za­cho­wa­ły się na­gra­nia: fil­mo­we i ra­dio­we. Wie­le ama­tor­skich. Ra­zem kil­ka­na­ście go­dzin. Z róż­nych lat (ostat­nie z 1986, rok przed jej śmier­cią).

Pra­wie za­wsze za­czy­na­ją się tak samo. Od zdzi­wie­nia.

– Ze mną po­roz­ma­wiać przy­szli? Są po­ety, są wier­sze ślicz­ne, ba­śnie za­chwy­ca­ją­ce, ale ja ni­czym nie je­stem. Na­uki żad­nej nie po­sia­dam, żad­nej szko­ły. Co może po­wie­dzieć sta­ra Cy­gan­ka po­dob­na do praw­dziw­ka za­po­mnia­ne­go w je­sien­nym le­sie? Je­stem dziew­czy­na bied­na, spod krza­ku. Ner­wo­wa, du­szę mam ma­lut­ką. Je­stem zwy­czaj­ny czło­wiek, może gor­szy od wszyst­kich. – Pa­pu­sza mówi to szep­tem i szep­tem do­da­je: – Za­chodź­cie.

Go­ści lubi. Jak Dyź­ko żył, to by­wa­ło, że dwa­dzie­ścia osób na­raz go­ści­li. Dziś (1973) „zło­śna” jest tyl­ko, gdy pu­ka­ją bez za­po­wie­dze­nia. Tyle razy pro­si­ła, żeby uprze­dzać, a tak nie ma czym przy­jąć. Pół bie­dy, je­śli z obia­du zo­sta­ło kil­ka ziem­nia­ków. Pa­pu­sza pod­sma­ża je na mar­ga­ry­nie i po­da­je na bla­sza­nym ta­le­rzu.

Mil­czy przez chwi­lę. A póź­niej „otwie­ra całe swo­je wnę­trze z praw­dzi­wą uf­no­ścią dziec­ka. Mówi po pol­sku pięk­ną, śpiew­ną pro­zą po­etyc­ką, sil­nie zme­ta­fo­ry­zo­wa­ną” – wspo­mi­nał dzien­ni­karz Zdzi­sław Mo­raw­ski.

– A wszyst­ko z ta­kim wschod­nim za­śpie­wem – do­da­je Ja­nusz Ko­niusz, pro­za­ik i po­eta.

Tyl­ko raz jej opo­wieść się ła­mie. Gdy ktoś pyta o „cy­gań­skie ko­dek­sy”. Pa­pu­sza wzdy­cha na to i mówi:

– Z tego za­po­mnie­nia tak wzdy­cham.

Nic ga­dziom (nie-Cy­ga­nom) nie zdra­dzi.

Miej­sca. Twa­rze. Hi­sto­ria jak w bły­skach. Zwo­dzi ją pa­mięć, szcze­gól­nie sła­ba do dat. To, co mówi, wy­wo­łu­je nowe py­ta­nia. Nie na wszyst­kie znaj­dę od­po­wiedź. Są więc w mo­jej opo­wie­ści o Pa­pu­szy zda­rze­nia praw­do­po­dob­ne, praw­dzi­we i wie­le zna­ków za­py­ta­nia. Nie zdą­ży­łam z nią po­roz­ma­wiać. Mia­łam trzy­na­ście lat, gdy umar­ła.

*

Do wie­czo­ra jesz­cze ze czte­ry go­dzi­ny (na­gra­nie jest sta­ran­nie opi­sa­ne: „Maj 1973, go­dzi­na czter­na­sta”). Sły­chać, jak Pa­pu­sza na­le­wa wodę do garn­ka. Od­su­wa fa­jer­ki, do­kła­da drwa pod kuch­nię. Woda już wrze. Jest her­ba­ta. Być może po­ziom­ko­wa, jej ulu­bio­na. Kasz­le. Prze­pra­sza:

– Wy­star­czy, że wiatr po­wie­je w złą stro­nę i już dym gry­zie gar­dło. – Otwie­ra okno. Żali się: – W ad­mi­ni­stra­cji by­łam, pro­si­łam, żeby kto przy­szedł, za­ra­dził na ten piec, ale nikt nie przy­szedł. Może dla­te­go, że ja nie do­ku­czam? Inne Cy­ga­ny cho­dzą, wy­kłó­ca­ją się. A mnie po co? My­ślę so­bie: może tam cza­su nie mają, może pra­cu­ją. – Za­my­ka okno. – Mnie – ści­sza głos – ten Go­rzów zjadł. Ben­zy­na dusi, po­wie­trze złe. Do­bre lu­dzi dali miesz­ka­nie, ale wziąć sło­wi­ka w klat­kę za­mknąć, to on wszyst­ko tra­ci. Choć pięk­nie śpie­wa, to jemu jest smut­no. I te ścia­ny ta­kie cięż­kie nade mną. A ja cy­gań­ska cór­ka, las mi zdro­wie daje. Je­cha­łam ta­bo­rem, to czu­łam się jak kró­lo­wa Bona. Do mnie na­le­że­li per­ły ran­nej rosy. Moje były gwiaz­dy zło­te. Dziś co we wło­sy wplo­tę?

 

Nuci: „My, Cy­ga­ny, my, ma­gna­ty, za­zdro­ści nam ten bo­ga­ty, za­zdro­ści nam nie­ba, wody i na­szej czar­nej uro­dy”.


1963 rok

– W ma­jo­wym słoń­cu ja­go­dy zbi­ra­łam, czar­ne jak łzy cy­gań­skie. Na ga­łąz­kach się huś­ta­łam. Ży­łam wod­nym szu­mem i jego sre­brzy­stym dźwię­kiem. Śpie­wać na­uczył mnie wiatr, ru­cza­je pła­kać. A jak lipy kwi­tły, to aż mnie za­ty­ka­ło, tak miód było czuć. W gó­rach też cud­nie. Je­cha­li­my po­to­kiem, pie­nił się, ska­kał, cho­dził po ka­mie­niach, w desz­czu groź­niał, roz­le­wał się, wszyst­kich nas po­to­pić chciał. Cy­gan­ka zej­szła z wozu na dro­gę i tań­czy­ła. Cze­mu? Bo jej ra­dość była. Ka­wa­łek chle­ba su­che­go ugry­zła, wody się na­pi­ła i była szczę­śli­wa. Z go­ły­mi rę­ca­mi je­chał czło­wiek po świe­cie. Cza­sem tyl­ko coś po­mie­niał, parę gro­szy wziął. Wy­wró­żył. I szedł da­lej za tym chle­bem że­bra­czym. Po pięć­dzie­siąt wo­zów jeź­dzi­ło u nas. Pol­skę znam od koń­ca do koń­ca.

To wszyst­ko nie moż­na wy­drę­żyć ze ser­ca.

Ale kto to zro­zu­mi? Może tyl­ko ci, co lu­bią przy­ro­dę, świat, sta­re daw­ne ży­cie prze­pa­mię­tu­ją w so­bie.

*

Tam­te dni wra­ca­ją do niej nocą.

Kie­dy Pa­pu­sza nie może spać (a czę­sto nie może), idzie do kuch­ni. Z gwoź­dzia na ścia­nie zdej­mu­je lam­pę. Do­le­wa naf­ty, czy­ści szkło, bo z wczo­raj okop­co­ne. Pod­krę­ca, rzad­ko na cały knot. Prąd w domu jest, ale ona cią­gle boi się „słoń­ca w ża­rów­ce”.

Ci­cho. Cza­sem tyl­ko sły­chać, jak są­siad na pię­trze (nie-Cy­gan) tłu­cze swo­ją żonę. Kłó­cą się. Niech się kłó­cą, nie jej spra­wa.

Pa­pu­sza przy­sy­pia obok pie­ca.

Cze­ka.

– Nocą przy­cho­dzą do mnie gila, pio­sen­ki – mówi. – Z lasu przy­cho­dzą. Zla­tu­ją się we­so­łe jak sta­do wró­bli. Drę­czą, dzwo­nią, wo­ła­ją. Raz śpią ze mną, a raz spać nie dają. Mię­dzy jed­ną a dru­gą sły­szę cy­gań­ską mu­zy­kę, skrzyp­ki, arfy, gi­ta­ry, ka­sta­le­ty. I ja wte­dy tań­czę. Tań­czy Cy­gan­ka jak liść na wie­trze, jak dym z ogni­ska, jak słoń­ca pro­myk we­so­ły, go­rą­cy. I na­gle wszyst­ko prze­pa­da w ci­szy, a ja pła­czę i tu mnie boli, pul­sy… Dok­tór po­wie­dział, aże­by ja nig­dy już wier­szy nie pi­sa­ła. Za­bro­nił mi przyj­mo­wać te pio­sen­ki w domu, bo mnie za­bi­ja­ją. Tyl­ko gdzie się przed nimi scho­wam? Praw­dę po­wie­dzieć, ja je­stem za­do­wol­nio­na, jak przy­cho­dzą. Od razu cały ta­bor stoi mi przed ocza­mi.

Wi­dzi wozy i ogni­ska na po­la­nie. Palą się byle jak, ga­łę­zie na­mo­kły od desz­czu. Mat­ka mó­wi­ła Pa­pu­szy, że tak pło­nie cy­gań­ska bie­da.

Jest lato. 1918 rok. A może to był 1920? Pa­pu­sza już nie pa­mię­ta. Oko­li­ce Grod­na („moje ulu­bio­ne mia­sto. Miesz­ka­li­my tam pięć lat”).

Wszę­dzie dzie­ci. Bie­ga­ją wo­kół na­mio­tów, ba­wią się w ber­ka na smo­lan­ki. Temu, kto prze­gra, sma­ru­ją twarz sa­dzą. Albo w że­bra­nie. Wy­cią­ga­ją przed sie­bie ręce i za­wo­dzą: „Daj, pani, chle­ba, daj”. Mała Cy­gan­ka, czer­wo­na od krzy­ku, wy­ry­wa się mat­ce. Ko­bie­ta przy­ci­ska dziec­ko do pier­si i przy­kła­da do ucha dziew­czyn­ki po­krzy­wę (do­brze znie­czu­la). Cy­gan­ka może nie mieć bu­tów, ale kol­czy­ki musi mieć.

Adaś (ten sam, z któ­rym Pa­pu­sza ba­wi­ła się w dom) woła dzie­ci do na­mio­tu.

Po­ka­zu­je „film cy­gań­ski”: ska­cze na jed­nej no­dze, a cień na ścia­nie robi to samo.

Po­nad­trzy­dzie­sto­let­ni Dyź­ko Wajs w dzie­cię­cym wspo­mnie­niu Pa­pu­szy to sta­rzec. Ma żonę, pu­cho­wą pie­rzy­nę i parę koni. Ma też wóz. Ro­bio­ny na za­mó­wie­nie, z „błot­ni­ka­mi jak wy­gi­na­ne wa­chla­rze” (więk­szość Cy­ga­nów jeź­dzi­ła wte­dy zwy­kły­mi fur­man­ka­mi: drew­nia­ne koła, za­miast da­chu – płót­no roz­pię­te na me­ta­lo­wych ob­rę­czach). Gdy mała Pa­pu­sza zwra­ca się do Dyź­ka, to za­wsze z sza­cun­kiem – „wuju”. Czę­sto przy­wo­zi jej cze­ko­la­dę z mia­sta.

Pa­pu­sza wi­dzi go, jak sie­dzi na zwa­lo­nym pniu so­sny i płu­cze ba­ra­nie je­li­ta w wo­dzie z po­pio­łem. Robi stru­ny do har­fy. Mu­szą być cien­kie, więc roz­ci­na je­li­to na dwa pa­ski. Koń­ce na­wią­zu­je na gwoź­dziu i na mo­kro skrę­ca. Po­tem na­stęp­na stru­na i na­stęp­na. Po kil­ku dniach, kie­dy są już su­che, po­le­ru­je je pę­da­mi skrzy­pu po­lne­go.

Wie­czo­rem, po ko­la­cji (kura, pie­czo­ne ziem­nia­ki) wszy­scy zbie­ra­ją się przy jed­nym ogni­sku. Mu­zy­kan­ci w ze­spo­le Dyź­ka się zmie­nia­ją, ktoś umie­ra, ktoś się za­ko­chu­je i od­cho­dzi do in­ne­go ta­bo­ru, ale in­stru­men­ty za­wsze są ta­kie same: „skrzyp­ce, kon­tra­bas, bę­ben, cym­ba­ły, akor­de­on, wio­lon­czyl. Ze trzy arfy”.

Naj­star­sza jest har­fa Dyź­ka. Fran­cu­ska, fir­my Érard, zna­nej na ca­łym świe­cie. Ma „ze sto pięć­dzie­siąt lat” i szyj­kę za­koń­czo­ną głów­ką w zło­tej ko­ro­nie. (Może i nie była zło­ta, ale dla­cze­go Pa­pu­szy nie wie­rzyć? Wie­le lat póź­niej, ze dwa­dzie­ścia albo i wię­cej, już jako żona Dyź­ka, bę­dzie ukry­wać w niej pie­nią­dze przed mi­li­cją). Ta­bo­ro­wa le­gen­da gło­si: na tej har­fie przod­ko­wie Waj­sów gra­li dla kró­lo­wej Ma­ry­sień­ki. Na do­wód dała im do­ku­ment z kró­lew­ską pie­czę­cią. Nie ma po nim śla­du, po­dob­no za­gi­nął w cza­sie woj­ny.

Pa­pu­sza: – Wszyst­kim się do tej arfy oczy rwa­li. Mia­ła ta­kie coś, że jak Dyź­ko do­ty­kał strun, a ręki miał de­li­kat­ne i bar­dzo wiel­ką du­szę miał, to węże słu­cha­li, a Cy­gan­ki i Cy­ga­ny pła­ka­li po pas.

Męż­czyź­ni tań­czą ko­za­cza­ka. Ko­bie­ty two­rzą krąg. Mała Pa­pu­sza na­śla­du­je mat­kę. Uno­si ręce nad gło­wę. Nie­ru­cho­mie­je. Bo­sy­mi sto­pa­mi ude­rza o zie­mię. Opusz­cza ręce. Cy­ga­nie wy­bi­ja­ją rytm. Ude­rza­ją dłoń­mi w cho­le­wy, pier­si, uda, go­le­nie. Po­krzy­ku­ją. Dziew­czyn­ka przy­klę­ka na tra­wie, gło­wę od­chy­la do tyłu. Po­trzą­sa ra­mio­na­mi. Co­raz szyb­ciej i szyb­ciej.

Mu­zy­ka cich­nie póź­no w nocy.

– Pa­mię­tam, że znad rze­ki szła mgła – opo­wia­da Pa­pu­sza. – Psy tak wyli, że aż prąd po ple­cach cho­dził. Rże­li ko­nie. Może to za­mor­do­wa­ny Cy­gan za­pla­tał im war­ko­cze w grzy­wach? Ale ja nie bała się ni­ko­go. Ani ży­wych, ani umar­łych. Ni­ko­go. Na­wet jak wil­ki przy­cho­dzi­li, ta­kie oczy mie­li zie­lo­ne bar­dzo, ja chcia­łam ich gła­skać i mnie nie gryź­li. Przy­się­gam Bogu, że nie. Bo wszyst­ko, co w le­sie żyje, to sio­stry moje i bra­cia. A jak Cy­ga­ny spa­li, szłam nad wodę. Się­ga­łam dna, w ręce chwy­ta­łam ryby. Ja­kiś błysk w wo­dzie mnie draź­nił i my­śla­łam, co ta woda robi, tak mknie. Za­wsze coś wi­dzia­łam. Jak gwiazd­ka za­glą­da do nas, jak mi­go­ce, drży jak ser­ce dziew­czy­ny, jak roz­cza­ro­wa­ne jej oczy. Świat jest bar­dzo uro­czy­wy. Ska­ły, drze­wa, wszyst­ko mi im­po­no­wa­ło.

Coś ta­kie­go mia­łam od dziec­ka, ale nie wie­dzia­łam, co to zna­czy. Bez na­uki czło­wiek ma śle­pe oczy. Ma­mu­sia też nie umia­ła nic. Pro­si­łam, aże­by mnie dała do szko­ły. Nie chcia­ła słu­chać. No to zbi­ra­łam róż­ne pa­pie­ry, cza­sem ze śmie­ci wy­cią­ga­łam. I ry­so­wa­łam na nich wę­gla­mi, co wi­dzę. Tyl­ko li­ter nie, bo nie zna­łam.

*

Dnia, w któ­rym za­czę­ła uczyć się pi­sać, Pa­pu­sza nie za­po­mni nig­dy. Tak mówi i się uśmie­cha (na na­gra­niu ten uśmiech sły­chać wy­raź­nie).

Mat­ka bu­dzi­ła ją „rów­no ze słoń­cem”. Mała Pa­pu­sza wsta­wa­ła, wy­cho­dzi­ła z na­mio­tu, wy­gła­dza­ła po­gnie­cio­ną spód­ni­cę.

Nie pa­mię­ta, czy tam­te­go dnia to mat­ka za­plo­tła jej war­ko­cze. I czy po­gła­ska­ła po gło­wie. (Choć czu­ło­ści ra­czej nie było. „Mia­ła za cięż­ko, aże­by mnie, naj­star­szą, tu­lić”). Pa­mię­ta, że sta­nę­ła przed nią i po­wtó­rzy­ła dwa razy: „Nie mo­żesz mar­no­wać oka­zji. Z pu­sty­mi rę­ka­mi Cy­gan­ce nie wol­no wró­cić do ta­bo­ru”. Po­ucza­ła: bądź chy­tra i fał­szy­wa.

Na spód­ni­cę Pa­pu­sza na­ło­ży­ła far­tuch. Sama szy­ła, na okręt­kę. Pod nim na sznur­kach ko­ły­sa­ły się pu­ste jesz­cze „zło­dziej­skie kie­sze­nie”. Wszyst­ko dla ochro­ny, trze­ba od­dzie­lić łup od spód­ni­cy. Ko­bie­ta od pasa w dół jest nie­czy­sta. Nie­czy­ste sta­je się też to, cze­go do­tknie choć­by rąb­kiem spód­ni­cy. Moc ka­la­ją­ca Pa­pu­szy jesz­cze nie dzia­ła (cią­gle ma dzie­sięć, może dwa­na­ście lat), ale le­piej się za­bez­pie­czyć.

W obo­zie zo­sta­wa­li star­cy, dzie­ci. I męż­czyź­ni. Mó­wi­ło się, że Bóg stwo­rzył ich w nie­dzie­lę. Do tego z rę­ka­mi róż­nej dłu­go­ści. Wy­star­czy obie wy­cią­gnąć w lewo i oka­zu­je się, że pra­wa się­ga za­le­d­wie do łok­cia le­wej. To ja­sne: nie da się z ta­ki­mi rę­ka­mi pra­co­wać.

Od spry­tu Cy­ga­nek za­le­ża­ło, czy bę­dzie co wło­żyć do garn­ka.

Grod­no. Kil­ka ki­lo­me­trów pie­szo od ta­bo­ru.

W la­tach dwu­dzie­stych ubie­głe­go stu­le­cia to już spo­re mia­sto. Pra­wie sześć­dzie­siąt ty­się­cy miesz­kań­ców (sześć­dzie­siąt pro­cent to Po­la­cy, trzy­dzie­ści sie­dem – Ży­dzi, trzy pro­cent – Bia­ło­ru­si­ni). Są tu te­le­fo­ny, elek­trycz­ność (od 1912 roku) i most że­la­zny (1909). Kil­ka szkół, te­atr. Cer­kiew z dwu­na­ste­go wie­ku, ko­ściół far­ny, dwa wa­row­ne zam­ki, sy­na­go­ga.

Na tar­gu strasz­ny tłok. Na­wo­ły­wa­nia, krzy­ki. Han­dlo­wa­no czym po­pad­nie. Mat­ka­mi Bo­ski­mi i Je­zu­sa­mi wśród apo­sto­łów, pest­ka­mi sło­necz­ni­ka, ma­ścią na od­ci­ski, smo­la­ka­mi, szu­wak­sem do bu­tów, garn­ka­mi, oseł­ka­mi do noży, świe­ca­mi z łoju. Moż­na było ku­pić buty z łyka, ko­sze na ziem­nia­ki, na­wet krze­sła. Ząb wy­rwać na po­cze­ka­niu (są w ar­chi­wach i ta­kie zdję­cia). Ktoś opo­wia­dał hi­sto­rie o zbó­jach, smo­kach i złych dzie­ciach, co mat­kę wy­gna­ły. Cy­gan­ki od­czy­ty­wa­ły z kart albo z ręki, co się zda­rzy ju­tro, za dzie­sięć lat, za sto. Wi­dzia­ły prze­szłość, do­bre i złe uczyn­ki. Kre­śli­ły na dło­niach klien­tek znak krzy­ża mo­ne­tą, któ­rą od nich do­sta­ły. Mó­wi­ły: „Całą praw­dę je­den Bóg zna, a Cy­gan­ka tyle, co w kar­tach”.