Boznańska. Non finito

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Boznańska. Non finito
Boznańska. Non finito
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,80  55,84 
Boznańska. Non finito
Boznańska. Non finito
Audiobook
Czyta Danuta Stenka
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

Ważniejsi świadkowie

Boulevard Montparnasse 49. PARYŻ

Początek lat trzydziestych ubiegłego wieku. Pracownia. Mrok

KRAKÓW 1865 i później

Dowód

Rodzice

Dom

Początek

Melancholia

Nowe technologie

Non finito

„Dziwny człowiek”

Baraneum

Boulevard Montparnasse 49. PARYŻ

Początek lat trzydziestych ubiegłego wieku. Pracownia. Rano

Didaskalia

MONACHIUM. Jesień 1885 i później

Walizka

Podróż

„Koniec uwieńczy wszystkie trudy”

Wielkie miasto

Wątpliwość

„Zakopcone sadzą malarstwo”

Dziewczynka

Zmartwienie

Drganie

Śmierć matki

Japonka

„Niech pan tak zostanie!”

Didaskalia

Boulevard Montparnasse 49. PARYŻ

Początek lat trzydziestych ubiegłego wieku. Pracownia. Popołudnie

MONACHIUM. KRAKÓW. PARYŻ. 1894–1907

Fotografia

Malweib

Little pig

Jedyny

Z zimną krwią

Didaskalia

Wystawa

Bileterka

Kij żebraczy

Tajemnica

Didaskalia

Powódź

„Panna de Boznańska zmierza donikąd”

Przeprowadzka

Trzecia osoba dramatu

„Śmierć była tuż przy mnie”

Siostry

Montparnasse

Boulevard Montparnasse 49. PARYŻ

Lata trzydzieste ubiegłego wieku. Pracownia i okolice. Po zachodzie słońca

KRAKÓW. PARYŻ. 1908–1939

Tylko tapeta i wanna do ustawienia

Autoportret

Portret starca

„A kysz!”

Didaskalia

Pejzaż przychodzi do Olgi

Dramat

Didaskalia

Nożyczki

Pani Profesor

Gdyby nie wojna…

Spazm szaleństwa

Nationalite: Austriaczka

Bieda

„Ja, niżej podpisany”

Strata

Prośba

„Cóż Pani powiedzieć o Polsce?”

Chmielarczyk

Studnia

Smutno

„Okoliczność, że jest Żydem, jest mi najzupełniej obojętna”

Pyta, mogła pytać

Lato 1930. Podróż tam

Oczy

„Odczuć mały dreszczyk przerażenia”

Lato 1931. Podróż tu. Paryż

„Przyjedź i obudź nas z uśpienia”

Procesja gapiów

System

Dobre wychowanie

„To Murzynka jakaś”

Spadek

Komitet

Pastele

Kontrola

Boulevard Montparnasse 49. PARYŻ

Pracownia. Noc

Kalendarium

Źródła cytatów

Podziękowania

Informacja o autorach i źródłach ilustracji

Przypisy

© Copyright by Angelika Kuźniak

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2019

Opieka redakcyjna: KATARZYNA KRZYŻAN-PEREK

Konsultacja: URSZULA KOZAKOWSKA-ZAUCHA

Redakcja: ANNA MILEWSKA

Korekta: WOJCIECH ADAMSKI, EWA KOCHANOWICZ, EWELINA KOROSTYŃSKA, ANNA RUDNICKA

Opracowanie graficzne wersji papierowej: OLGIERD CHMIELEWSKI, MAREK PAWŁOWSKI

Projekt okładki: OLGIERD CHMIELEWSKI

Fotografia wykorzystana na okładce

Olga Boznańska w krakowskiej pracowni z pieskiem Kwi-Kwi, w tle Portret kobiety (Portret doktorowej Boczarowej), fot. nieznany, 1930/1931, Narodowe Archiwum Cyfrowe

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-07111-3

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dobry malarz maluje dwie sprawy: człowieka i wnętrze duchowe.

LEONARDO DA VINCI

(tłum. Stanisław Sielski)

Można powiedzieć, że każdy portret [Olgi Boznańskiej] to zwierzenie, a nawet spowiedź.

 

(Anonimowy krytyk, 1913)

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

WAŻNIEJSI ŚWIADKOWIE

MAJA (w dokumentach Maria) BEREZOWSKA

Malarka i graficzka. Artur Maria Swinarski nazywał ją – trafnie – seksrealistką. W rysowaniu aktów i scen miłosnych, w dowolnej konfiguracji, była niezrównana. Miała dwie patronki – Maję, Matkę Buddy, i Marię Egipcjankę, która po ucieczce z rodzinnego domu oddawała się rozpuście w Aleksandrii. Żeby odpokutować grzechy, latami żyła później samotnie na pustyni Jordan, okryta jedynie własnymi włosami. „Czy może być coś piękniejszego jak nagie ciało i włosy do pięt?” – pytała Berezowska. Bywała w pracowni Boznańskiej.

Współzałożycielka Komitetu Pomocy dla Olgi Boznańskiej (druga wersja nazwy pojawiająca się w listach – Komitet Opieki nad Olgą Boznańską).

HELENA BLUMÓWNA

Historyk sztuki, monografistka twórczości Boznańskiej. Znała Olgę osobiście. Była w jej paryskiej pracowni.

IZABELA BOZNAŃSKA

Młodsza siostra Olgi. Utalentowana muzycznie, chwalił ją Ignacy Jan Paderewski. Z wykształcenia chemiczka. Studiowała w Genewie i na Sorbonie. Miała dyplom z mineralogii. Podobno – tak twierdzą świadkowie – Iza przez jakiś czas pracowała jako jedna z asystentek Marii Skłodowskiej-Curie. Najbardziej prawdopodobny jest 1908 rok, ponoć wtedy pisała pracę doktorską.

Ze względu na brak emocjonalnego dystansu do Olgi Boznańskiej należy ją uznać – w wielu przypadkach – za świadka stronniczego.

Popełniła samobójstwo.

EDWARD CHMIELARCZYK

Zarządca domu Boznańskich przy ulicy Wolskiej w Krakowie, radca rachunkowy z biura podatkowego. Boznańska za pracę płaciła mu niewiele, a czasami nic. Jeśli już – to obrazami.

JÓZEF CZAJKOWSKI

Malarz, architekt. Świadek ważny, ma z Olgą wiele wspólnego. Jeden z bohaterów dramatu miłosnego (szczegóły później). Może również oddać pewne usługi jako „reflektor”.

JÓZEF CZAPSKI

Artysta malarz, pisarz. Bywał w pracowni Boznańskiej na Boulevard Montparnasse. Boznańska uznawała go – jeśli Czapskiemu wierzyć – za niezwykle atrakcyjnego. „Przytuliła się do mnie i mówi: Jaki pan jest ładny, ma pan blond włosy i takie czerwone oczy”.

Uwaga: zeznania Czapskiego – istnieją na to dowody – są w wielu wypadkach podkoloryzowane. W tekście autorka zachowała należytą ostrożność.

GERTRUDA DZIEWICKA

Przyjaciółka Olgi. Nie miały przed sobą tajemnic. Gertruda była pół-Angielką. Jej ojciec po powstaniu listopadowym schronił się w Wielkiej Brytanii, gdzie założył rodzinę. Często bywała w Krakowie. Nie mówiła po polsku. Zarabiała, ucząc angielskiego w domach arystokratycznych w Polsce i Rosji. Z Olgą korespondowała po angielsku.

KONSTANCJA DYGATOWA

Przyjaciółka od zwierzeń i duchowych „wynurzeń”, nieco egzaltowana, gorąca entuzjastka twórczości Boznańskiej.

ADAM GERŻABEK

Malarz, krytyk sztuki. Bywał w pracowni Olgi. Opublikował obszerne wspomnienie.

JULIA GRADOMSKA

Przyjaciółka Olgi. Pod koniec życia mieszkała w pracowni Boznańskiej przy Wolskiej.

FELIKS JASIEŃSKI, ps. „Manggha”

Kolekcjoner sztuki i admirator talentu Boznańskiej. Na ulicach Krakowa pojawiał się we wspaniałym stroju Beduina. W swoim mieszkaniu na rogu Świętego Jana i Rynku Głównego prowadził wykłady z historii sztuki. Olga portretowała go w pracowni przy Wolskiej.

FRANCISZEK MĄCZYŃSKI

Architekt, trzecia osoba dramatu miłosnego. Zaprojektował między innymi Dom pod Globusem na rogu ulic Długiej i Basztowej w Krakowie. Dzisiaj mieści się tam siedziba Wydawnictwa Literackiego. Jest też autorem projektu gmachu Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie – Pałacu Sztuki przy placu Szczepańskim 4.

LUDWIK PUGET

Rzeźbiarz. Pan Lulo. Przez jakiś czas administrował kamienicą Boznańskich. Nie ostatni raz był „dozorcą domu”. Podczas drugiej wojny światowej skonstruował dzwonek na drucie przy bramie, bramę zamknął na klucz i brał od każdego – gość nie gość, rodzina nie rodzina – 20 groszy za otwarcie. Na drzwiach u siebie przybite miał dwie wizytówki. Na jednej napisane: Baron Ludwik Puszet du Puget, artysta rzeźbiarz, dzwonić raz. A na drugiej: Ludwik Puszet, dozorca domu, dzwonić dwa razy.

FRANCISZEK KSAWERY PUSŁOWSKI, ps. Sawa

Tłumacz, kolekcjoner. Niezbyt skory do wydawania pochlebnych opinii o innych. Nazywał Boznańską Mademoiselle Oleńciuś. Studiował filozofię i historię sztuki w Berlinie. Olga namalowała jego portret w mundurze oficera ułanów polskich.

W kwietniu 1914 roku Ksawery pisał do Boznańskiej: „Niechże mi Pani coś opowie o moim portrecie. Spodziewałem się, że dostąpi tego zaszczytu i zostanie wystawiony. Czuję się bardzo dumny, gdyż jeszcze bardziej dumny musi być mój wizerunek, i będę brzęczał jak natrętna mucha, krążąc wokół Pani triumfalnego rydwanu”.

WŁADYSŁAW EMANUEL PUSŁOWSKI, ps. Nelo

Syn Zygmunta Pusłowskiego. Starszy brat Franciszka. Ukończył studia matematyczne na Sorbonie. Olga miała do niego niezwykłą słabość. Bywał w jej pracowni na Wolskiej.

ZYGMUNT PUSŁOWSKI, ps. „Pusio”

Ojciec Franciszka Ksawerego i Władysława Emanuela. Jego trzeci syn Włodzimierz popełnił samobójstwo. Właściciel dóbr i zakładów przemysłowych, kolekcjoner i mecenas sztuki. Bibliofil. Człowiek nader kulturalny. Przyjaźnił się z ojcem Marcela Prousta. Ekscentryk. Interesował się spirytyzmem, a także skandalami z życia słynnych dam francuskich. Zbierał o nich anegdoty.

ARTUR RUBINSTEIN

Pianista. W pracowni Boznańskiej przy Boulevard Montparnasse dawał minikoncerty. Boznańska namalowała dwa jego portrety.

W jej pracowni równocześnie portretował go Roman Kramsztyk. Obrazy Olgi zaginęły podczas drugiej wojny światowej. („Mój portret en pied był wspaniały i natychmiast też przystąpiła do malowania następnego, z półprofilu”).

Zachowało się kilka listów między Boznańską a Rubinsteinem. W jednym z nich pianista usprawiedliwia swoją nieobecność na umówionym posiedzeniu: „Jestem nieznośny, że tak późno piszę – nie mogłem tego wcześniej uczynić. Cały dzień jakiś nieudany. Czy można przyjść jutro? Przyjdę, na wszelki wypadek”. Z jego pamiętnika wiadomo, że najstarsza córka zaprzyjaźnionego małżeństwa rumuńskiego, Marguerite – z rodziną tą spędzał czas na wspólnym muzykowaniu – pewnego ranka pojawiła się z walizeczką w hotelu, w którym mieszkał, bo chciała z nim zostać na zawsze. Rubinstein przez wiele godzin ją pocieszał i namawiał, skutecznie, do zmiany decyzji.

MARCIN SAMLICKI

Malarz, kolorysta. Świadek istotny. W zeznaniach precyzyjny i konkretny. Zostawił po sobie pamiętnik, w którym opisywał spotkania z Boznańską. Pozował Oldze „jako umrzyk do czoła – to do nosa – ust – do cienia na twarzy”.

IZABELA STACHOWICZ, ps. Czajka

Pisarka. Była pierwowzorem Heli Bertz z powieści Witkacego Pożegnanie jesieni: „[…] św. Teresa zmieszana pół na pół z żydowską sadystką, mordującą w kokainowym podnieceniu białogwardyjskich oficerów”.

Świadek z dużym poczuciem humoru. Spostrzegawczy.

ZOFIA STRYJEŃSKA

Malarka. Świadek o niebywale ciętym języku. I równie ciętym poczuciu humoru.

JAN SZYMAŃSKI

Radca Ambasady Polskiej w Paryżu. Opiekował się Olgą w ostatnich latach jej życia. Świadek doskonały, wyrażał się jasno i rzeczowo. Choć – autorka zachowała należytą czujność – lubił wyolbrzymiać sprawy.

JERZY WALDORFF

Pisarz, publicysta, krytyk. I ta jego skromność! „Po polsku mówiłem o wiele lepiej niż cały rząd wraz z prezydentem Bierutem na czele”[1] – opowiadał. Zgoda. Jego zeznania są barwne i sugestywne.

[Aby uprościć relację, niektórzy świadkowie zostali pozbawieni imienia i nazwiska].


Olga Boznańska w swojej paryskiej pracowni. Boulevard Montparnasse 49, 1936


Początek lat trzydziestych ubiegłego wieku.

Pracownia. Mrok

Wystarczało lekkie szarpnięcie klamki, by drzwi ustąpiły. Pierwszym, co uderzało po ich otwarciu, był słodkawy, duszący zapach półzwiędłych kwiatów. I ostry papierosowego dymu. Według wiarygodnych zeznań świadków (świadek Adam Gerżabek, świadek Jerzy Waldorff oraz świadek Marcin Samlicki) zapach stawał się bardziej intensywny, kiedy po pokonaniu trzech schodków przechodziło się z pierwszego, pozbawionego okien pomieszczenia, do pracowni.

Mrok zacierał kontury przedmiotów. Ustawione gęsto, bezładnie, pokryte warstwą kurzu i pajęczyn („zwisały szarymi girlandami” – Waldorff), sprawiały, że ogromna pracownia wydawała się niewielką norą.

W ciemnościach krzątała się drobna postać. Z „sinoczarnym wałem włosów wysoko w kok zaczesanym” (zeznanie Zofii Stryjeńskiej), z jakimś „accroche-cœur (zalotny loczek) przy uszach” (świadek anonimowy) oraz „gunią na szczupłych ramionach klamrą spiętą” (Konstancja Dygatowa), co chwilę znikała za stosem rupieci. Świadkowie (Stryjeńska, Gerżabek) są zgodni: kobieta „niczym posąg wyjęty na chwilę z ciemności piramidy” przypominała „któregoś z Ramzesów”.

Twarz miała bladą, pokrytą „zielonkawym makijażem” (zeznanie Alicji Halickiej, malarki), przesadnie upudrowaną, „co czyniło ją – zdaniem Artura Rubinsteina – podobną do pierrota”. Zmęczoną nieco. „Trochę mysią” (Jarosław Iwaszkiewicz, pisarz), ze śladami egzemy i skórą delikatnie napiętą na chudych kościach policzkowych. Czoło kobiety – według świadków – „fałdowało się w coraz dalsze, półkoliste kręgi, jak obręcze na wodzie po wrzuceniu do niej kamieni”. Oczy miała nieduże, głęboko osadzone. Nad nimi „wyraziste brwi, jak półksiężyce” (Bertha Fenberg, dziennikarka amerykańska). Malowała je „węglem lub czymś w tym rodzaju”.

W kąciku jej ust tlił się papieros. Według Jana Szymańskiego paliła „nerwowo, namiętnie”. Około trzydziestu papierosów dziennie. Właściwie powinna trzymać obok siebie wiadro z wodą na niedopałki. Rzadko – a wtedy było to dość powszechne – używała lufki. Głęboko się zaciągała.

Zgięta wpół, może nie z trudnością, ale jednak z niejakim wysiłkiem, wygarniała popiół z żelaznego pieca, który stał na środku pracowni. Świadek Gerżabek zauważył, że jeśli piec „źle się rozpalał, normalnie spokojna i opanowana, potrafiła […] w irytacji bić piec pogrzebaczem i kopać nogą”.

Zmęczona siadała na krześle, na którym zazwyczaj, z cygarem, siadywał jej świętej pamięci ojciec. Przy oknie.

Naftowa lampa rzucała liche światło.

Na stole obok stał „maleńki czarny pieseczek, brzydki” (świadek Marcin Samlicki). Dokładniejsze oględziny potwierdziłyby, że to Boby la Beaute, jej ukochany ratler. „Nieforemny”, „podobny do legendarnego Taraska”. Tkwi w tym porównaniu pewna przesada. Smok z Tarascon miał bowiem głowę lwa, sześć niedźwiedzich łap, tułów wołu pokryty skorupą żółwia. Oraz długi ogon z żądłem skorpiona.

Boby, „chory na sklerozę”, „gruby jak salceson”, według świadków za życia „tylko szczekał, wylegiwał się i robił nieporządek”. Nawet w omnibusie. Kiedy wzywano policjanta, kobieta tłumaczyła, że „bilet wizytowy”, który Boby właśnie zostawił, jest potrzebą „najnaturalniejszą w świecie i odczuwają ją wszyscy bez wyjątku”, „nawet i pan, panie policjancie”.

Po śmierci Boby’ego kazała go wypchać. Teraz, w pracowni, czule głaszcze te „żałosne szczątki” (Jan Szymański).

Z uwagi na rzeczowość pozostaje jeszcze tylko podać kilka szczegółów dotyczących ubioru kobiety. Świadek Artur Rubinstein jest pewny: wokół szyi nosiła boa, „prawdopodobnie aby ukryć podwójny podbródek”. Natomiast świadek Józef Czapski twierdzi, że „miała na piersiach takie długie waty, które jej wisiały, bo wypadały z podszywanego stroju”. Rozłażący się materiał spinała dodatkowo agrafkami. A ponieważ na brzegach i plecach można było zauważyć ślady butelkowej zieleni, należy przyjąć, że wyblakła już suknia dawniej miała ten właśnie kolor. Jest rzeczą niemal pewną (zgodne zeznania świadków): to ta część garderoby, do której kobieta była szczególnie przywiązana. Bo to suknia od „szanownego taty”. Podobno powiedziała nawet, że chciałaby, „kiedy nadejdzie pora”, zostać w niej pochowana.

Jest jeszcze coś, co potwierdzają świadkowie: kobieta miała na sobie malarski fartuch.

 


Wnętrza krakowskiej i paryskiej pracowni Olgi Boznańskiej utrwalone przez nią na obrazach


Rodzina Boznańskich: Adam i Eugenia z córkami – Olgą (stoi z lewej) i Izą. Kraków ok. 1872

KRAKÓW

1865 I PÓŹNIEJ


Dowód

W tym miejscu może powstać wrażenie, że bohaterką opowieści jest anonimowa, dotknięta artretyzmem dziwaczka.

Żeby tego uniknąć, warto cofnąć się o kilkadziesiąt lat.

Do Krakowa 1865 roku.

To tu 15 kwietnia, w sobotę, rodzi się dziewczynka. Na chrzcie 6 czerwca otrzymuje imiona Olga Helena Carolina.

Mamy na to dowód: metrykę wystawioną przez parafię kościoła Świętego Floriana w Krakowie. Po śmierci Olgi znaleziono ją w pracowni.

Pewności nie mamy natomiast co do miejsca urodzenia. Wszyscy powtarzają, że dziecko przyszło na świat w należącym do hrabiego Piotra Myczkowskiego (w zeznaniach pojawia się też nazwisko Moszyński) Domu pod Pawikami.

Autorce mimo usilnych starań nie udało się potwierdzić istnienia takiej kamienicy. A sama Olga po latach mówiła, że chodzi o inną, Pod Pawiem, przy ulicy Świętego Jana. Kamienica stoi do dziś. Może więc trzeba przyjąć tę wersję.

Rodzice

Eugenia Apolonia Mondant[2] i Adam Nowina Boznański. Rodzice Olgi. Im należy się bliższa charakterystyka.

Informacji dostarczają sztambuchy, notatniki. Bruliony – podczas pierwszej wojny światowej Olga z braku papieru robi je sama, skleja przypadkowe kartki. Listy nadgryzione przez myszy. Nawet prześwietlone odbitki zdjęć.

Eugenia pierwszą córkę rodzi późno. Ma ponad trzydzieści lat. Do Polski przyjechała z Francji, z Valence, w 1854 roku. Od razu zaczęła pracę jako nauczycielka języka francuskiego i rysunku w szkole prowadzonej przez siostry norbertanki w Imbramowicach. Cztery lata później, może pięć, przeniesiono ją do Krakowa, na Zwierzyniec. Również do szkoły przyklasztornej. Trzecim miejscem pracy Eugenii był jeden z arystokratycznych domów w Krakowie (brak bliższych danych). To prawdopodobnie tu poznała przyszłego męża, Adama Boznańskiego herbu Nowina, młodszego od niej o trzy lata geometrę i inżyniera budowlanego.

Ponieważ z tamtego czasu zachowało się niewiele dokumentów, nikt już nigdy się nie dowie, jak dokładnie wyglądało ich pierwsze spotkanie.

Eugenia Mondant – matka Olgi, ok. 1865

Adam Boznański – ojciec Olgi, ok. 1865

Eugenia nie jest urodziwa (autorka subiektywnie po obejrzeniu fotografii). Jeśliby zastosować przesadne i złośliwe słownictwo: ma ciemnowłosą głowę z haczykowatym nosem, osadzoną na niezbyt efektownym korpusie. Ale robi wrażenie na Adamie. Skromna, pobożna. Wiele godzin w ciągu dnia przesuwa między palcami ziarenka różańca, przez chwilę myśli nawet o wstąpieniu do zakonu. W archiwum Boznańskiej zachował się jej oprawiony w brązową skórę zeszyt. Na okładce oprócz inicjałów wytłoczono złoty krzyż. Dedykacja sugeruje, że Eugenia zeszyt dostała w Imbramowicach 19 stycznia 1859 roku. Do niego w wolnych chwilach przepisuje modlitwy. Po francusku, bo po polsku do końca życia będzie mówiła raczej kiepsko. Biegle za to zna niemiecki.

Adam pochodzi z rodziny ziemiańskiej. Jej herb Nowina, zwany też Złotogoleńczykiem, tak opisywano: „W polu błękitnym białe ucho kotłowe końcami skierowane ku górze, między nimi miecz odtłuczony (dawniej krzyż) rękojeścią prosto do góry, końcem w dół. W klejnocie nad herbem noga zbrojna złota, w kolanie zgięta, niby klęcząca, stopą w lewo skierowana”.

Geneza herbu nie jest całkiem jasna. Jedni mówią, że rotmistrz Nowina, syn kotlarza (stąd w herbie kotłowe ucho), służył Bolesławowi Krzywoustemu. W 1121 roku, po przegranej bitwie z Rusinami, oddał księciu swojego konia. Sam trafił do niewoli w Czechach. Kiedy skuto go za nogę z hetmanem, rotmistrz obciął ją do kolana. Hetman uciekł z nogą Nowiny przywiązaną do pasa. Dopiero po trzech dniach rotmistrz wezwał straże. Czesi docenili jego męstwo, opatrzyli ranę i pozwolili wrócić do Polski. Tam Krzywousty z wdzięczności dodał do herbu klejnot z nogą zakutą w zbroję ze złota. Inni mówią, że Nowina stracił nogę, broniąc swego pana na Psim Polu albo w boju z Haliczanami. A złoty goleń i klejnot herbowy dostał od króla, który Nowinę więził. Król docenił jego miłość do ojczyzny.

Kiedy Adam, „człowiek głęboko kulturalny” (opinia Franciszka Ksawerego Pusłowskiego) – na zdjęciu z tego okresu krępy, lekko bryłowaty, z zarostem – żeni się z Eugenią, Boznańscy nie posiadają już wielkiego majątku. Ojciec Adama, zasłużony w walkach powstańczych, w akcie zgonu syna figuruje jako „nauczyciel jazdy konnej”.

Ślub Eugenii i Adama, potwierdzony w magistracie, odbył się w Krakowie w roku 1862, 7 lutego.

Ona ma lat dwadzieścia dziewięć, on – dwadzieścia sześć.

Dom

Część łąki leżącej przy drodze Wolskiej między ulicą Czapskich a Retoryka w Krakowie Adam Boznański kupuje dwa lata po narodzinach Olgi.

Tu, pod numerem 21, staje ich dom.

Patrząc od strony Błoń, można podziwiać wieże kościoła Mariackiego i wieżę ratuszową. Od strony Plant rozpościera się widok na kopiec Kościuszki, usypany w latach 1820–1823 „rękami ludu krakowskiego przy udziale wszystkich warstw społecznych”. W dniu odczytania aktu erekcyjnego pierwszą taczkę ziemi na kopiec powiozła – przy dźwiękach orkiestry grającej pieśni narodowe – światowej sławy śpiewaczka Angelica Catalani. W gazetach pisano: „Tak się zmieszały wszystkie stany, że obok damy wiózł ziemię mnich ubogi, to wojskowy, to znów Izraelita, żadnej tam nie było różnicy”.

W Archiwum Państwowym w Krakowie w zespole Akt Budownictwa zachował się odpis aktu własności domu. Oraz jego projekt. Widać na nim jednopiętrowy budynek na planie prostokąta. Dwutraktowy, z sienią i klatką schodową pośrodku. Plany nie są sygnowane, nie wiadomo więc, kto jest ich autorem. Olga Boznańska, po latach, w liście do Edwarda Chmielarczyka, ówczesnego administratora budynku, twierdzi, że jej ojciec. Możliwe, choć z pewnością nie on nadzorował budowę. Bo aż do roku 1873 Boznańscy mieszkali poza Krakowem.

Sanok, Szczawne, Kulaszne, Łupków – te miejscowości Olga zapamiętała z dzieciństwa. Adam Boznański pracował wtedy jako inżynier przy budowie Pierwszej Węgiersko-Galicyjskiej Kolei Żelaznej. Łączyła prowincje austro-węgierskie po dwóch stronach Karpat. Pod samym grzbietem gór wydrążono tunel o długości czterystu szesnastu metrów. Do końca życia Adama na ścianach jego gabinetu – obok widoku Innsbrucku, malowanych przez Olgę obrazów: Panny w czarnym kostiumie i jej pierwszego olejnego Autoportretu z Monachium (w kapeluszu z cieniem na twarzy), a także dyplomu z wiedeńskiego konserwatorium jej o trzy lata młodszej siostry Izy – wisiało również osiem fotografii kolei łupkowskiej.

Gdy Boznańscy sprowadzają się do Krakowa, naprzeciwko ich domu działa olejarnia Teodora Baranowskiego (w zbiorach Muzeum Historycznego w Krakowie znajduje się jego portret namalowany przez Olgę). Dzięki niewielkiej maszynie parowej wyrabia się tam olej z lnu i rzepaku, zwykły, ale też maszynowy, używany przez kolej, kopalnie i huty, oraz olej rafinowany do oświetlenia i pokost. Poza tym przy Wolskiej stoi jedynie kilka prostych budynków. Dopiero w połowie lat siedemdziesiątych dziewiętnastego wieku wzniesiono tu pierwszą okazałą budowlę – należący do rodziny Ogińskich, a później Potulickich piętrowy pałac z ogrodem, poprzedzony podjazdem.

Wolska, choć słabo zamieszkana, jest popularną ulicą. Mieszkańcy Krakowa w ciepłe dni ciągną tędy na Wolę Justowską. Na wieś. Co niedziela u wylotu ulicy, przy tak zwanym spalonym moście, pierwszej przeprawie przez Rudawę, stają furmanki. Dzięki nim lżej przede wszystkim kobietom. Wcześniej musiały przechodzić przez wodę po kamieniach – w krynolinach albo tiurniurach, ściśnięte w talii gorsetem. Nie lada atrakcją jest na Woli Justowskiej pałacyk muzeum (obecnie willa Decjusza) należący do rodziny Kuczkowskich, hrabiny Henrietty Ewy Ankwiczówny (rzymskiej miłości Adama Mickiewicza – śladem tego uczucia jest wątek Jacka Soplicy w Panu Tadeuszu; poeta uwiecznił Ewę również w III części Dziadów) i jej męża Kazimierza. Ściany udekorowano tu polichromiami, a sklepienie sieni na parterze – sztukaterią. Do tego zbiór gobelinów, w ogrodzie zaś mały pawilon i fontanna tryskająca wśród kwiatów.

Na Wolskiej woźnice urządzają sobie czasem „krakowskie hetki”, czyli wyścigi, „które niejednego Anglika – jak donosi konserwatywny «jaśniepański» dziennik «Czas» w 1860 roku – zawstydziłyby zręcznością swą”.

U wylotu Wolskiej na Błoniach raz na jakiś czas lokuje się cyrk. Ten Barnum & Bailey Circus jest oszałamiający. Półdzicy kowboje chwytają na lassa prawdziwe bawoły. Są walki z Indianami, baseny pełne aligatorów, słonie, wielbłądy i lwy.

Ponieważ kamienica Boznańskich jeszcze istnieje – dzisiaj to ulica Piłsudskiego 21 – i wizja lokalna kosztowała niewiele trudu, autorka przeprowadziła takową.

Ustalono, że małe podwóreczko jest tu nadal. Zniknął za to znany z fotografii ogródek. Został jedynie spłacheć – a ściślej mówiąc: spłachetek – zieleni. Nie ma śladu po dzikim winie i altance, która stała pod murem. W ganku oficyny do dziś widać toczone tralki z drewna – jeśli nie oryginalne, to do nich zbliżone. W budynku frontowym – powtarzam za Aldoną Sudacką, historyczką sztuki – wymieniono je tuż po drugiej wojnie światowej na metalowe i – co tu kryć – zupełnie bez stylu. Jeszcze za życia Olgi w związku z podniesieniem terenu – jak słusznie zauważyła Sudacka – zlikwidowano niskie dwustopniowe schody, które prowadziły do wejścia. Na fotografii z 1900 roku Olga stoi na nich w towarzystwie ojca.

Boznańscy zajmowali piętro wysokiego na około kilkanaście metrów, a więc niskiego, domu. Nie jest jasne, czy całe, czy tylko część poszerzoną o dwa pokoiki nad boczną sienią. Może były to pokoje Olgi i Izy. Prawdopodobnie jeden z nich przebudowano potem na pracownię Boznańskiej.

Przed domem przy Wolskiej 21 w Krakowie, Olga pierwsza z lewej

Świadek Franciszek Mączyński (jego szczegółowa charakterystyka ze względu na istotną rolę odegraną w życiu bohaterki nastąpi później) w liście z 1902 roku opisuje, bardzo ogólnie, wygląd mieszkania. Wiemy więc, że z sieni wchodzi się bezpośrednio do „pokoju wstępnego”, który jest jednocześnie gabinetem Adama Boznańskiego. Stąd drzwi prowadzą do salonu z kominkiem. Blisko przejścia – widać to na jednym z archiwalnych zdjęć – stoi pianino, nieodzowny rekwizyt mieszczańskiego domu. Iza, utalentowana muzycznie, i Olga z pewnością nieraz grały na nim, może nawet na cztery ręce.

Olga (z lewej) i Iza Boznańskie

Dom od początku ma przynosić dochód. Z tyłu posesji Boznański każe wybudować piętrową oficynę i przeznacza ją na wynajem. Standard mieszkań jest dość niski. Ale typowy dla epoki. Ubikacje na zewnątrz, oddzielone od siebie cienkimi murowanymi ścianami. Waterklozety i kanalizację wprowadzono dużo później. Czynsz? Najniższy – trzydzieści koron miesięcznie. Najwyższy – sto. Dla porównania: ówczesna średnia dniówka niewykwalifikowanego murarza to dwie i pół korony, kwalifikowany dostaje o trzy i pół korony więcej.

Boznańscy nie są bardzo zamożni, ale dobrze im się żyje.

W roku 1876 ojciec Olgi otrzymuje dodatkowo – co odnotowuje dziennik „Czas” 29 października – „z Namiestnictwa nominacyę na budowniczego”, a rok później zaczyna pracować jako rzeczoznawca sądowy. Oszacowuje nieruchomości w Krakowie. Legitymuje się pieczątką: „Adam Boznański, inżynier i budowniczy, znawca techniczny – sądownie zaprzysiężony”.

Początek

Ile Olga ma lat, kiedy pierwszy raz rozkłada arkusz papieru i zaczyna rysować? Sześć. Uczy ją matka. I fakt ten nie jest w tamtej epoce niczym nadzwyczajnym. Według Heleny Blumówny „zachowane prace [Eugenii Boznańskiej] kwalifikują ją jako poprawną rysowniczkę”.

Eugenia choruje na gruźlicę. Biednych leczono wtedy psim łojem albo roztworem kwasu karbolowego i nadmanganianu potasu. Bogatszych – klimatem. Raz do roku jeździ więc z córkami do Zakopanego, Szczawnicy, Rabki albo – w przypadku lepszej kondycji finansowej – do Karlsbadu, może nawet do Szwajcarii.

Do Zakopanego (tak to sobie wyobrażam) zabierają zapasy herbaty, cukru, świec – na wszelki wypadek. Obuwie nie do zdarcia, z mocnej skóry, na grubej podeszwie. Ciepłą bieliznę, wieczory bywają chłodne. Kapelusze i parasolki, słońce w górach mocno pali. Oraz prowiant na drogę, bo jedzie się długo.

Do listopada 1884 roku kolej żelazna dochodzi tylko do Krakowa. Jedno- lub dwukonną furmankę, zwaną budką, najmują więc jeszcze w mieście, na Rynku Kleparskim. A potem, nie mogąc nawet nóg rozprostować, tłuką się po marnych – w większości – drogach prawie dwa dni, z przerwą na nocleg. Nawet po wydłużeniu linii kolejowej aż do Chabówki pozostawało jeszcze kilka godzin na góralskim wozie. Tylko białe płótno rozpięte nad głowami chroniło przed spiekotą, kurzem i deszczem.

Noclegu szukają już na miejscu. „Ci górale to szaleńcy – pisała Eugenia w liście do córki, gdy w późniejszych latach Olga często zostawała w Krakowie z ojcem, bo miała coraz więcej zamówień na portrety, a z matką w góry jeździła Iza – tyle jest pustych kwater, a oni domagają się nieprawdopodobnych cen: stu sześćdziesięciu florenów za dwa pokoje bez kuchni. Za dwa pokoje na strychu nad oborą pewna kobieta miała czelność zażądać stu siedemdziesięciu florenów, a nawet nie mają tam schodów, tylko drabinę”.

Floren, czyli złoty reński. Za złoty siedemdziesiąt można kupić w tamtych czasach pudełko „pudru książęcego” z łabędzikiem, czyli puchem łabędzim, którym przygładza się włosy i ściera puder z twarzy. Prawie dwa złote kosztuje „proszek peruwiański dra Wruna” na choroby nerwowe: „melancholię, na bojaźń bez przyczyny, histeryczne kurcze”. Trochę droższe są „pigułki kokowe prof. Samsona”. Za pudełko trzeba zapłacić dwa złote reńskie. Warto – jak głosi reklama w prasie – bo leczą „cierpienia płuc i szyi”.

Podczas gdy Eugenia łyka lód (powszechny zwyczaj przy suchotach), może leży też w specjalnym worku pod kocem na balkonie, reguluje oddech i patrzy na ośnieżone szczyty, Olga zaludnia kartki pasterzami, dziećmi i kobietami w długich sukniach. Maluje jeźdźca na koniu i chłopów podczas prac polowych. Są nawet nokturny. Pojawia się także (dużo później, bo w 1886 roku) naszkicowany ołówkiem „stary, zgrzybiały Sabała” ze swoimi gęślikami. Na niektórych wczesnych rysunkach przez łąkę biegnie pies, pasą się na niej barany. Widać – choć obrazki dziś lekko już wypłowiały – że wykańczała je z dużą starannością. Na wielu widnieje podpis „Nowina”.

Jeden z wczesnych, dziecięcych rysunków Olgi

Melancholia

Do Krakowa, „klaustrofobicznego miasta”, którego mieszkańcy, „pokryci patyną wieków”, snują się „w melancholijnym zaduchu” (opinia świadka anonimowego), panie Boznańskie wracają po kilku tygodniach.

Załóżmy, że jest rok 1877 albo trochę później.

W wielu krakowskich domach na bambusowej etażerce obok pucharków z Karlsbadu czy szklanych kul z wtopionym kwiatem leżą oprawione w aksamit lub safian sztambuchy.

To czas, kiedy wszyscy deklamują wiersze. Sztambuchy ma także Olga. Pismo eleganckie, trochę wymyślnych zawijasów. Trudno zgadnąć po konturach liter, jaką stalówkę miało pióro i czy atrament był drogi. Przepisuje do sztambuchów wiersze Juliusza Słowackiego, Adama Asnyka, Odę do młodości Adama Mickiewicza. Ceni też piszącego po francusku Maurice’a Maeterlincka, czyta go w oryginale. Jego dramat Peleas i Melisanda z bohaterką pogrążoną w wewnętrznym smutku stanie się jej zapewne (za kilka lat, bo powstał w 1892 roku) szczególnie bliski.

Wiersze układa też sama. Jest w archiwum kilka kartek z poezją. Bez podpisu. Autorka nie zaryzykuje stwierdzenia, że to dzieła Olgi. Choć pisane w większości jej ręką. Notatki to w ogóle sprawa problematyczna, ponieważ duża ich część, na przykład spośród zapisków paryskich, to dzieło kogoś innego. Wśród nich są odpisy modlitw oraz pism społeczno-politycznych.