Krew Zeusa. Przeklęci. Tom 1

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Mindy

– Meredith


* * *


Thomasowi i Jessice.

Jesteście magią mojego życia,

biciem mojego serca,

krwią w moich żyłach.

– Angel

W jej łonie widzę wszystkich bytów przędzę:

Kochanie wiąże jednolitym splotem

To, co oddzielnie stoi w świata księdze.

– Dante Alighieri, Boska komedia, Raj, pieśń XXXIII (tłum. Edward Porębowicz)

Rozdział 1
Kara

Gorsze od bycia demonem jest tylko noszenie nazwiska Valari. Jako przedstawicielka obu tych klanów muszę wysłuchiwać każdego najmniejszego szeptu, mijając grupki studentów po wejściu do sali wykładowej.

– To Kara Valari.

– Że też jej się chce.

– Najgorszy sort.

Nie zwalniając kroku, odszukuję ich twarze. Czasami patrzenie ludziom w oczy to jedyny sposób, żeby się zamknęli. Komentujący jeden po drugim odwracają wzrok.

Za szeptami łatwo się schować. Tak samo jak za sprośnymi tekstami, których nie słyszy nikt oprócz mnie i facetów mruczących je pod nosem. Nie muszę nawet na nich patrzeć, by wiedzieć, że nie jestem zainteresowana. W ich przypadku kontakt wzrokowy tylko by skomplikował sytuację.

Dla dobra edukacji wszystkich obecnych wchodzę po schodkach i wyszukuję miejsce na samym końcu sali z nadzieją, że zapomną o mojej obecności. Gdy siadam, jakaś blondynka przede mną udaje, że robi sobie selfie. Oczywiście ze mną na drugim planie. Nie mogę się doczekać opisu.

Studiuję na University of Alameda już trzeci rok, ale niektórzy zdają się niezmiennie podekscytowani faktem, że chodzą na zajęcia z celebrytką czwartej ligi. Najgorszy jest zawsze początek nowego semestru. Po dłuższej przerwie od uczelni moja tolerancja ma niebezpiecznie niski poziom, istnieje też duże prawdopodobieństwo, że nazwisko Valari jest przedmiotem nowych hollywoodzkich plotek, tyleż szkodliwych, co przelotnych.

Naturalnie nie jestem tu jedyną, która urodziła się w sławnej rodzinie. Mój dziadek był jednym z najgłośniejszych scenarzystów swojego pokolenia, ale statuetki na jego kominku już dawno odeszły w zapomnienie. Obecnie nasza rodzina wciąż przyciąga blask fleszy, ale z dużo mniej chwalebnych powodów. Nasza reputacja wszędzie się za mną ciągnie. Nie mogę przed nią uciec, podobnie jak przed swoją biologią.

Szukając notatnika i długopisu w drogim skórzanym plecaku, wypuszczam powietrze ze ściśniętych płuc. Czuję, jak nieujarzmione emocje próbują się przebić przez fasadę spokoju, i w duchu sięgam po nieznane mi dotąd pokłady samokontroli.

Podnoszę głowę na dźwięk trzaśnięcia drzwi, które ucisza wszystkie szepty.

Nawet z mojego podwyższenia strzelista sylwetka wchodzącego do sali mężczyzny robi wrażenie. Jego wyraz twarzy skrywa wbity w ziemię wzrok, a usta przysłania broda, równie złocista jak związane w węzeł na karku włosy. Choć nie trzeba go nikomu przedstawiać, czuję, że zaraz padnie jego imię.

Kilka sekund później ciszę przerywa stłumiony syk, wydłużone echo jego imienia na ustach studentów, na których jeszcze przed chwilą gościło moje.

Maximus.

W kilku długich krokach profesor Maximus Kane dociera na szeroki drewniany podest z przodu sali i ostrożnie kładzie na biurku plik materiałów. Przechodzi mnie znajomy dreszcz zaintrygowania. Odłożyłam ten kurs na ostatni rok, najlepsze i najgorsze zarazem zostawiając sobie na koniec. Pierwsze to najjaśniejszy punkt mojej przygody ze studiami, drugie – zupełnie inne życie, które rozpocznę po ich ukończeniu, a któremu jak najdalej do kaganka oświaty.

Górująca nad salą postać głośno odchrząkuje, uciszając ostatnie szepty. Wzrok wciąż ma wbity w notatki na biurku, dając publice jeszcze chwilę na oswojenie się ze swoją imponującą posturą. Skubię wnętrze wargi, bo nie pozostaję nań obojętna. Jedynymi profesorskimi elementami w wyglądzie profesora Kane’a są okulary w ciemnych oprawkach i nudny sweter-bezrękawnik seksownie opięty na białej koszuli z kołnierzykiem, która wygląda, jakby przy pierwszym gwałtownym ruchu miała pęknąć w szwach.

– Witam na zaawansowanym kursie literatury średniowiecznej – zaczyna głębokim, posępnym głosem. – Skoro tu jesteście, powinniście mieć już odpowiednią wiedzę, by przystąpić do dogłębnej analizy Boskiej komedii Dantego, na którą poświęcimy większość semestru. Jeśli jednak znaleźliście się tu przypadkiem, przemyślcie jeszcze raz, czy ten kurs na pewno jest dla was. Moje wymagania względem waszych wysiłków są takie same jak na każdym innym kursie. Nie marnujcie mojego czasu, a ja nie zmarnuję waszego.

Zaciskam zęby na wardze odrobinę mocniej, żeby skupić się na bólu. Nigdy nie uciekałam przed wymagającymi wykładowcami. Wprost przeciwnie, zawsze ich wybierałam żądna wyzwań. Dodatkowym bonusem było wyprowadzanie innych studentów z równowagi piątkami i wysoko ustawioną poprzeczką.

Tutaj jednak jestem dla Dantego. Do tej pory myślałam, że słynący z nieziemskiego wyglądu profesor filologii angielskiej będzie łagodnym olbrzymem, wyrozumiałym i wnikliwym intelektualistą o łagodnym głosie i charakterze jaskrawo kontrastującym z uderzającą fizycznością. Jakże się pomyliłam! Moja wewnętrzna masochistka odmawia mroczną modlitwę, by przy wystawianiu ocen okazał się równie surowy.

– Nie będę na tym kursie jedynie wykładowcą – ciągnie. – Jestem waszym profesorem, ale uważajcie mnie raczej za przewodnika wskazującego godne uwagi motywy. Jeśli zdacie się wyłącznie na moją interpretację, pozbawicie się nauki płynącej z dzieła Dantego, nakreślonego przez niego kręgu wiedzy. Jego poemat to wędrówka w głąb siebie. – Na chwilę przerywa i zaciska w zamyśleniu usta. – „Wędrówka” jest tu słowem kluczem.

Ściąga lekko brwi i poprawia okulary na nosie.

– Kolejna kwestia: ile osób zapoznało się z fragmentami Komedii na innych kursach?

Prawie wszyscy podnoszą rękę. Oprócz mnie.

Wykładowca rozgląda się po sali i robi mi się gorąco, gdy na ułamek sekundy zatrzymuje wzrok na mnie.

– To konwersatorium, będę więc wymagał od was udziału w dyskusji. Zacznę już teraz. Abstrahując od znajomości tekstu, co pociąga was w Dantem?

Tajemniczym sposobem na sali robi się jeszcze ciszej, jakby wszyscy przestali oddychać, żeby nie ściągnąć na siebie niechcianej uwagi. Uśmiecham się pod nosem, bo umiem z łatwością nie tylko wychwytywać szeptane słowa, ale i wyczuwać ludzki niepokój, od lekkiego ukłucia strachu do eksplozji paniki.

Spojrzenie profesora pada na blondynkę przede mną.

– Może pani? Co panią tu sprowadza?

Blondynka wzdycha ze śmiechem i odgarnia włosy za ucho, unosząc wstydliwie ramię.

– Nie wiem. Słyszałam dużo dobrego o tym kursie.

– Och, profesorze Maximusie… – intonuje falsetem któryś ze studentów i przez salę przechodzi fala śmiechu.

Złociste kąciki ust wykładowcy nieznacznie się unoszą. Bez wątpienia sama jego obecność byłaby w stanie wypełnić salę studentkami zafascynowanymi raczej jego wyglądem niż analizą literacką. Szybko się opanowuje, unosi brodę i nasze spojrzenia się spotykają.

Czuję, jak cała się czerwienię.

– To pani pierwsze spotkanie z Dantem. Dlaczego postanowiła pani spędzić następne cztery miesiące, rozkładając Komedię na czynniki pierwsze?

Powietrze gęstnieje od nerwowego wyczekiwania. Nie mojego, ale czuję zmianę atmosfery na sali. Po chwili przedłużającej się ciszy profesor unosi brew i przekrzywia głowę, dając mi znak, żebym coś powiedziała. Cokolwiek.

– Wędrówka Dantego po zaświatach niezmiernie mnie fascynuje – mówię, oczywiście wywołując parsknięcia śmiechu na sali.

Profesor wsuwa swobodnie ręce do kieszeni czarnych spodni, które ledwie mieszczą jego uda. Jak na nauczyciela akademickiego jest niesamowicie wysportowany.

– Która część tak panią fascynuje? Wędrówka przez ciemność czy ku światłu?

Mrugam i znowu napotykam jego wzrok. Zastanawiając się nad jego słowami, zaciskam palce na notatniku. Pytanie sprawia wrażenie osobistego, jakby wiedział o mnie coś – może właśnie to – czego nie powinien.

– Dziwne pytanie. – Nie potrafię ukryć obronnego tonu.

Na jego twarzy pojawia się przelotne drgnienie.

– Naprawdę? Zauważyłem, że mroczne motywy często pociągają ludzi swoją brzydotą. Są też tacy, którzy rozkoszują się przejściem na drugą stronę.

Siedzę jak mumia, nie chcąc mu powiedzieć, co naprawdę myślę. Że nie ma bladego pojęcia, o czym mówi. Że w porównaniu do rzeczywistości dywagacje na temat alegorii są jak bajeczka na dobranoc. Przynajmniej tak mi mówiono. Może i wygląda jak bóg, ale jestem prawie pewna, że mam lepsze źródła wiedzy o piekle niż on.

– Wyduś to z siebie, Valari – woła ktoś.

Moje nozdrza się rozszerzają.

Marszcząc brwi, profesor spogląda w kierunku zgarbionego chłopaka w drugim rzędzie.

– Słucham?

– Ona tylko prowadzi rozeznanie, panie profesorze. To Valari – odpowiada chłopak z cwanym uśmieszkiem. – Wie pan, oni wszyscy pójdą prosto do piekła.

Sala wybucha śmiechem. Zalewa mnie fala gorąca, gdy zaczynam obmyślać sposoby, jak mogłabym go tam posłać.

– Wyjdź. – Ostry nakaz profesora przecina hałas.

Chłopak śmieje się skrępowany.

– Tylko żartowałem.

 

– Nie interesuje mnie to. Wyjdź.

Winowajca otwiera usta, by zaprotestować, ale profesor wskazuje drzwi.

– Nie będę się więcej powtarzał. Wynocha z moich zajęć.

Strach wraca na salę, wypełniając te kilka nerwowych chwil, gdy chłopak zabiera rzeczy i wychodzi ze zranioną dumą. Profesor rzuca mi intensywne spojrzenie – zbyt intensywne, by było przepraszające – i zastanawiam się, czy ten złośliwy komentarz nie ubódł go bardziej niż mnie.

Gdy tylko drzwi zamykają się z trzaśnięciem, przechodzi płynnie do tematu zajęć. Zagłębia się w życie i czasy Dantego, naświetlając historyczny kontekst jego twórczości. Robię notatki, usiłując się skupić na jego uwagach o tym florenckim wygnańcu, który pod pewnymi względami przypomina samego profesora. Jest w nim dużo więcej, niż mogłoby się zdawać, i nie waha się rozpocząć wędrówki. A przynajmniej tyle odczytuję z jego aury. Kiedy próbuję rozszyfrować jego intensywne spojrzenia, obawiam się, że nie różnię się od innych studentek, które padły ofiarą jego uroku.

Godzinę później, gdy zadaje nam lekturę i wypuszcza z zajęć, czuję niemal ulgę. Czekam, aż rzędy się opróżnią, i dopiero wtedy wstaję. Ściera tablicę, odwrócony plecami do sali. Jestem już przy drzwiach, gdy nagle słyszę, jak mnie woła:

– Panno Valari.

Odwracam się.

– Czy mogę prosić na słówko?

Podchodzę do niego, ściskając rączkę plecaka.

– Słucham, panie profesorze.

– Maximusie – poprawia. – Wszyscy i tak w końcu mówią mi po imieniu.

Opiera się o biurko przy podeście. Z niedopiętej przedniej kieszeni jego miękkiej skórzanej teczki zwisa plastikowy breloczek z Thorem. Ten drobiazg zupełnie nie pasuje do stojącego przede mną mężczyzny, ale domyślam się, że pewnie nie może uciec przed różnymi porównaniami. Więc po co z nimi walczyć?

– Dobrze – odpowiadam z lekkim uśmiechem.

– Udział w tym seminarium wymaga zatwierdzenia. Proszę wybaczyć, ale nie pamiętam, bym go pani udzielił.

Uśmiech znika mi z ust. Wciąż dobrze pamiętam, jak czarowałam jego asystenta, by podpisał mi zgodę na udział w zajęciach, choć nie spełniałam wymogów.

– Udzielił mi go Matthew. Pana nie było w gabinecie. Zapewnił mnie, że wszystko jest jak trzeba.

Przez chwilę przygląda mi się w zamyśleniu. Z bliska mogę w pełni podziwiać jego oczy, tak jasne i modre, że ich cienie są niemal niedostrzegalne. Nauczyłam się, że cienie prawie zawsze składają się z sekretów. Nie boję się ich, choć nie szukam. Ale nie wiedzieć czemu jestem ciekawa, z czego składają się te należące do niego.

– Prowadzę także niezaawansowane kursy z literatury – mówi, przerywając mi rozmyślania. – Dlaczego nigdy pani nie widziałem?

– Moim polem specjalizacji jest starożytność.

Kiwa w milczeniu głową, po czym przelotnie taksuje mnie wzrokiem i pośpiesznie go odwraca.

– Przepraszam za to wcześniejsze wywołanie do tablicy. Nie wiedziałem, kim pani jest.

– Dziękuję, że mnie pan bronił. Ale nie potrzebuję specjalnego traktowania. Moja mama nie zadzwoni do dziekana ani nic takiego.

– Nie dlatego to zrobiłem. Nie toleruję nękania na zajęciach. Niewiarygodne, jak często muszę egzekwować tę zasadę.

Wierzę mu i mój szacunek do niego jeszcze bardziej wzrasta.

– Jeszcze raz dziękuję.

Nachyla się i podaje mi zszyty plik kartek.

– Proszę nie zapomnieć sylabusa.

Gdy po niego sięgam, nasze palce się dotykają. Tak przelotnie, że gdyby nie nagłe mrowienie, które rozlewa się po całej mojej ręce, pomyślałabym, że tylko mi się zdawało. To dziwny rodzaj energii, jeszcze nigdy się z takim nie spotkałam – przynajmniej u ludzi.

Otwieram szeroko oczy i cofam się, przyciskając sylabus do piersi. Nasze spojrzenia się spotykają i przez chwilę się boję, że on też to poczuł. Przełykam z trudem ślinę, próbując coś powiedzieć, ale jego niemy wzrok odbiera mi mowę.

– Do zobaczenia w środę, panno Valari.

Rozdział 2
Maximus

– Kane!

Pomimo szumu rozbijających się o brzeg fal, skrzeczenia mew i niosącej się tego popołudnia po Venice Beach głośnej muzyki rockowej przez otwartą siłownię Muscle Beach Gym dociera do mnie wołanie mojego najlepszego przyjaciela. Podnoszę wzrok znad maszyny, na której ćwiczyłem przez ostatnie pięć minut, ściągając brwi, gdy Jesse macha pogodnie do stałych bywalców okupujących worek bokserski.

– Panie North! – wołam do niego. – Spóźnił się pan.

– I co w związku z tym? – pyta przeciągle ze złośliwym uśmieszkiem, wykręcając wózkiem, który jest praktycznie jego przedłużeniem. Przynajmniej dla większości znajomych. Ale nie dla mnie, człowieka, który pamięta go bez wózka.

Człowieka, przez którego na nim wylądował.

Z tego powodu i miliona innych jest mi raczej bratem niż przyjacielem i wiem, że ja jemu też.

– Znowu bujasz w obłokach? – Gwałtownie wyhamowuje.

– Może. – Odpowiadam, a przed oczami staje mi jak żywy obraz pewnej brunetki. Gdy tylko dotknąłem Kary Valari, moją surową samokontrolę opanowała feeria barw.

Jedno muśnięcie palców. Jedna wymiana energii. Jeden dreszcz. Tyle wystarczyło, by przebić się przez moje bariery i zafundować mi wielogodzinną obsesję na punkcie naszej krótkiej rozmowy. Tak, do diabła, to już dwudziesta czwarta godzina.

Na pewno nie puszczę farby przed Jessem. Nie przyznam się do tego nawet przed samym sobą. Ta dziewczyna to zakazany owoc. Jestem młody jak na wykładowcę University of Alameda, ale wciąż nim jestem. Jej profesorem. I abstrahując od jej wieku, nazywa się Valari. Dorastała pośród jedwabnych pościeli, marmurowych podłóg i osobistej służby.

Moje dzieciństwo to spanie na sofie, kuchenne linoleum i makaron z serem z pudełka, który czekał ciepły na mamę, gdy wracała z dwunastogodzinnego dyżuru w szpitalu. Czynsze w Los Angeles nie są niskie, ale mama zawsze nalegała, żebyśmy zostali w mieście. Powtarzała, że to najbezpieczniejszy wybór, czego nigdy nie rozumiałem. Co takiego nam groziło? Czyż to nie ja byłem potworem, którego trzeba było trzymać z dala od innych?

– Co powiesz o tej? – Jesse kiwa głową w kierunku odkrytych trybun w pobliżu siłowni. Choć są stałym elementem krajobrazu z uwagi na odbywające się tu często zawody w podnoszeniu ciężarów, przez większość dni okupują je tylko ciekawscy turyści i napalone autochtonki. Jesse odrzuca do tyłu głowę, bez skrępowania popisując się przed nimi swoimi gęstymi czarnymi falami. Nie spuszcza wzroku z dwóch piersiastych rudzielców w czwartym rzędzie. „Piersiaste” to duże niedopowiedzenie, ale w takich kobietach gustuje i nie mnie oceniać jego grzeszne przyjemności.

– Nie jestem zainteresowany.

– Na pewno? – dopytuje. – Bo od twojego ostatniego razu minęło chyba z dziesięć lat. – Wskazuje wyciąg, który przed chwilą zwolniłem. Jego poziomy drążek, normalnie zakrzywiony tylko na końcach, teraz przypomina olbrzymią podkowę.

– Cholera.

– Nie żebym narzekał. Tamte słodkie truskaweczki nie patrzą już na nikogo innego. – Mruży oczy, przyglądając mi się badawczo. – Ale jeśli nasz lokalny Samson musi oczyścić umysł…

Przerywam mu, przy okazji nadwyrężając sobie kark.

– Jeśli nazwiesz mnie tak jeszcze raz, powiem im, że śpiewasz pod prysznicem piosenki Nickelback.

Przenosi uwagę z powrotem na trybuny.

– Przy odrobinie szczęścia ta nimfa z prawej wkrótce sama się o tym dowie.

– Ktoś jest dziś graczem.

– A ktoś unika tematu. – Walcząc z popołudniowym słońcem, próbuje przyszpilić mnie wzrokiem. – Ktoś, kto od dawna nie wygiął stalowego drążka, jakby to był wycior do fajki.

Od dawna, czyli od lat. Kilkunastu. Które przeżyłem zadowolony. Usatysfakcjonowany. A nawet… szczęśliwy.

Ale nigdy wyciszony. Już się z tym pogodziłem. Ten jeden element układanki nigdy mi na to nie pozwoli. Wytłumaczenie, dlaczego jestem tak… inny. Bo jestem. Nie bez powodu trzymam się kurczowo świata pergaminów, książek i przewidywalności, zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz. Stabilizacja oznacza kontrolę. A kontrola powstrzymuje mnie przed zrobieniem tego, co właśnie zrobiłem z tym wyciągiem.

Gdyby ten drążek był ludzką kończyną… Na przykład Jessego…

Tłumię dreszcz. Jak to się do diabła stało, że straciłem kontrolę – tak szybko, tak drastycznie?

Odpycham wspomnienia, wracając spojrzeniem do drążka, który wygląda jak nieudane rękodzieło.

– Zmęczenie materiału – mruczę pod nosem, skutecznie omijając temat mojej rozpraszającej studentki. – Pięćdziesiąt metrów od Pacyfiku… Gotowy przepis na korozję. Nic dziwnego, że nie czułem wysiłku.

– Ty nigdy go nie czujesz – utyskuje Jesse, ale ironiczny uśmieszek wraca na jego twarz już po paru sekundach, gdy dzisiejsza wersja rudzielca z jego marzeń kroczy w naszą stronę.

– Zdaje się, że przyszłyśmy w idealnym momencie – mówi. Piersiasta seksbomba i jej przyjaciółka wyglądają na zadowolone z siebie tak samo jak z nas. W swoich zwiewnych sukienkach i markowych okularach przeciwsłonecznych na co dzień są raczej zwierzyną niż myśliwymi, ale chyba podoba im się ta zamiana ról. I to bardzo.

Otwarcie ignoruję ich próby flirtowania. Nie mogę sobie pozwolić, by kolejny raz utracić kontrolę. Gdy ją wyłączam, dzieją się złe rzeczy, czego dwa jaskrawe dowody mam przed sobą: wygięty w podkowę drążek na wyciągu i wózek pod moim najlepszym przyjacielem.

Jesse posyła im powitalny uśmiech, gdy opierają się o jasnoniebieską barierkę otaczającą siłownię.

– W waszym przypadku każdy moment jest idealny.

Tym gładkim jak atłas tekstem ewidentnie kupuje rudzielca.

Dziewczyna oblizuje wargi, jakby osiadła na nich słodycz jego słów.

– Uuu, jaki wygadany. Musisz być czyimś agentem albo poetą.

– Tak się składa, że jestem naukowcem. W przeciwieństwie do Yeatsa czy Hughesa mogę opowiedzieć wam wszystko o supernowej Betelgezy, strefie subdukcji Cascadia czy wybrzuszeniu galaktycznym.

Kątem oka rzucam mu pogardliwe spojrzenie.

– Wybrzuszenie? Pierwsze słyszę.

Nie pozostaje mi dłużny:

– Co nie znaczy, że coś takiego nie istnieje, do cholery.

Rudzielec unosi okulary w brokatowych oprawkach i zsuwa je na głowę.

– Kupiłeś mnie już tą Betelgezą, przystojniaku. To… gdzie się wybieracie po treningu, chłopcy? – pyta.

– I czy macie ochotę na towarzystwo? – dodaje jej koleżanka.

Kręgosłup mi sztywnieje, ale ukrywam to, ścierając z karku nieistniejący pot. Choć nowa znajoma Jessego i jej przyjaciółka są miłe, nie mam najmniejszej ochoty zabawiać ich przez kilka godzin tylko po to, by na koniec ze skrępowaniem odmówić nocnej wizyty u jednej z nich.

Nie piętnuję Jessego za jego swobodne podejście do seksu, po prostu go nie podzielam. Co dziwne, jakoś przez to nie cierpię. Na takiej godowej karuzeli tylko zakręciłoby mi się w głowie. Zdobywanie kobiety jest dużo bardziej pociągające. Odkrywanie jej sekretów. I skarbów.

Do diabła, może Jesse ma rację. Może rzeczywiście jestem z innej planety. Albo przynajmniej z innej epoki.

– Oj – cedzę z uśmiechem przez zaciśnięte zęby z nadzieją, że przypomina to bardziej skruchę niż zatwardzenie. – Strasznie mi przykro, ale za parę godzin musimy gdzieś być. Zamknięta impreza. W śródmieściu.

Nawet się przy tym nie jąkam, bo to prawda. Dziś jest wielki wieczór Sarah i Reg, które są dla mnie jak rodzina. Nie może nas tam zabraknąć. Przygotowuję się w duchu na rozczarowanie Jessego, ale na jego twarzy nie pojawia się żaden grymas.

– A tak. – Posyła im jeszcze jaśniejszą wersję swojego elektryzującego uśmiechu. – Wieczór książkowo-filmowy z Melorą Hall w Recto Verso.

Obie dziewczyny patrzą na niego tak, jakby chciały zedrzeć z niego ubranie, i momentalnie mam ochotę go zabić.

– Idziecie na tę imprezę z Melorą Hall? – dopytuje wielbicielka Jessego.

– Serio? – piszczy jej koleżaneczka.

– I to w Recto Verso. Uwielbiam ten lokal!

– Prawda? Jest taki uroczy!

Podczas gdy one wymieniają okrzyki zachwytu, my wymieniamy znaczące spojrzenia.

„Uroczy?” – odczytuję z ruchu warg Jessego.

„Że co, kurwa?” – odpowiadam w ten sam sposób, robiąc wielkie oczy.

Przynajmniej w tym się zgadzamy. Obaj jesteśmy dumni ze wszystkiego, co nasze przyjaciółki księgarki stworzyły na skrzyżowaniu Spring i Piątej, i z uznania, jakim cieszą się od trzydziestu lat, i słowo „uroczy” raczej tu nie pasuje. Wytwórnia filmowa wybrała Recto Verso, żeby dzięki intelektualnej atmosferze modnej księgarni zaskarbić sobie względy literackich i filmowych snobów.

 

– To… mamy do was prośbę, drogie panie. – Jesse zawiesza głos dla efektu. – Raczej nie będą chcieli wpisać na listę gości Wenus i Afrodyty, więc…

– Jestem Misty! – woła pierwsza.

– A ja Kristy! – dodaje druga.

– Jakżeby inaczej – mruczę pod nosem, by słyszał to tylko mój przyjaciel.

– Idealnie – odpowiada gładko. Z kieszeni dresów zdążył już wyjąć telefon i teraz podaje go Misty. – Dla pewności wpiszcie mi się do kontaktów, z nazwiskami i numerami telefonów. Na wypadek gdybym musiał do was napisać w sprawie imprezy albo coś.

– Albo coś – powtarzam nieco głośniej, na dokładkę parskając śmiechem.

– A tak przy okazji – rzuca Jesse, gdy dziewczęta wpisują się do jego kontaktów – jestem Jesse, a to Maximus.

– Och, znam Maximusa. – Kristy trzepocze do mnie rzęsami. – Trzy lata temu skończyłam University of Alameda. Twój kurs literatury francuskiej był wart każdej porannej pobudki.

Odchrząkuję i znowu się uśmiecham przez zaciśnięte zęby.

– Cóż… cieszę się, że dobrze wykorzystałaś czas spędzony na naszej uczelni.

– A ja jestem pewny, że wszyscy dobrze wykorzystamy dzisiejszą imprezę – wtrąca zgrabnie Jesse.

Posyłam mu wdzięczne spojrzenie. Byłem zmuszony zacząć prowadzić na wpół pustelniczy tryb życia. Z tego samego powodu z niego zrobił się prawdziwy lew salonowy.

– Powiedzmy o wpół do ósmej? – dodaje. – Impreza zaczyna się o siódmej, ale kto by przychodził na czas?

– Zatem o wpół do ósmej. – Misty uśmiecha się do niego promiennie. – A teraz musimy iść do domu zrobić się na bóstwo.

– Ooo tak. – Kristy kiwa głową niczym kotek na sprężynce z samochodowej deski rozdzielczej. – Koniecznie. – Mruga do mnie. – Od stóp do głów.


Trzy godziny później uśmiechnięta od ucha do ucha Kristy prezentuje się w dużo bardziej skąpym wdzianku. Razem z Misty przedzierają się przez tłum w Recto Verso. Jesse i ja zdążyliśmy już zaklepać kąt w głębi księgarni, który Sarah i Reg zamieniły w zaprawiony atmosferą Los Angeles ołtarzyk swojego kraju ojczystego. Przed marmurowym kominkiem, w którym nigdy nie płonie ogień, stoi kilka niepasujących do siebie kozetek i wysoki regał zastawiony brytyjskimi bibelotami i efekciarskimi drobiazgami rodem z Hollywood.

Zajmujemy z Jessem miejsca pod kamiennymi kolumienkami kominka, skąd obserwujemy korowód ludzi sunących na drugi koniec księgarni. Inni goście stoją zbici w grupki w kącikach czytelniczych, wokół rzeźb rodem z książek i tuneli z książkowych „cegieł” prowadzących do miejsca, w którym Melora Hall pozuje do zdjęć. Skórzane grzbiety powieści z działu kolekcjonerskiego stanowią idealne wyszukane tło dla tej uroczej, czarującej pisarki o wielkich zielonych oczach i cerze barwy mokki, która ze wszystkimi serdecznie się wita.

– Cześć! – woła do nas Misty, której ewidentnie brakuje tchu. I dobrze, bo nie powinna robić dziś zbyt głębokich wdechów. Podobnie jak Kristy wygląda, jakby z trudem wbiła się w swoją czarną sukienkę koktajlową.

– O, cześć. – Powitanie Jessego jest zaprawione nutą zaskoczenia, zapewne z powodu soczystego buziaka w usta, który właśnie od niej dostał. – Wyglądasz bosko.

– Ach, dziękuję. – Misty chichocze, ale zauważywszy błysk flesza, milknie i skupia uwagę na celebrytce po drugiej stronie sali. – O Jezu! – Chwyta Jessego za rękę i wykręca ją we wszystkie strony świata. – Melora Hall naprawdę tu jest!

Jesse się śmieje, a ja mu wtóruję. Choć odliczam sekundy do odhaczenia imprezy i wymknięcia się do biura Sarah na resztę wieczoru, wiszące w powietrzu podekscytowanie jest odrobinę zaraźliwe.

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki z tłumu wyłania się nasza przyjaciółka.

– Nie widziałaś jeszcze reszty gości – mówi z wyraźnym londyńskim akcentem.

Jej głos wystarcza, by ukoić moje nerwy. Tego wieczoru Sarah – kobieta, która od niepamiętnych czasów prowadzi moją ulubioną księgarnię – postawiła na pasteloworóżowy sweterek, szare trykoty i opalizujące martensy. W jej siwych włosach biegnie z przodu pojedyncze ciemnoróżowe pasemko. Jest jedyną kobietą na świecie, która jednocześnie roztacza aurę brytyjskiej belferki i byłej punkówy.

– Misty, Kristy, mam przyjemność przedstawić wam panią Sarah Reitz-Nikian – mówi Jesse. – Jest połową zajebistej pary właścicielek tej księgarni.

Kristy się uśmiecha.

– Miło panią poznać.

– Mnie również, moja droga – odpowiada Sarah.

Ale Misty nie idzie w ślady przyjaciółki. Z zaintrygowaniem patrzymy, jak jej szczęka niemal uderza o podłogę.

– P-p-przepraszam – wykrztusza wreszcie. – Wy-wybaczcie. Ale kurczę, nie żartowaliście z tą resztą gości!

– Co? – Kristy nachyla się do niej, wykorzystując okazję, by przesunąć ręką po moim brzuchu. – Co się stało, skarbie?

– Nie co – odpowiada Misty – tylko kto. O rany, to chyba naprawdę ona.

– Kto? – Kristy naciska mi na żebra, udając, że potrzebuje oparcia, i staje na palcach w swoich szpilkach. – Gdzie?

– Tam!

– Gdzie? A, już widzę. O rany!

Z czystej ciekawości podążam wzrokiem za ich rozgorączkowanymi spojrzeniami do działu tak dobrze mi znanej starożytności.

Od razu ją rozpoznaję, bo jej obraz od dwudziestu czterech godzin nieprzerwanie nawiedza moją wyobraźnię. Jej słodka twarz. Jej drobne ciało, którego nie powinienem taksować wzrokiem, tak jak wtedy, gdy zostaliśmy sami w sali wykładowej.

– Nie wierzę. – Kristy wstrzymuje oddech. – To Kara Valari. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz pokazała się publicznie.

Biorę głęboki wdech przez nos, szukając sposobu, by odwrócić ich uwagę, która powinna być skierowana na gwiazdkę wieczoru, a nie na samotną piękność należącą do jednej z najbardziej skandalizujących hollywoodzkich dynastii. Sądząc po jej zwyczajnym stroju, panna Valari nie przyszła tu dla rozgłosu.

– Jak sądzicie, co tu robi? – pyta zafascynowana Misty.

Sarah krzyżuje ręce na piersi i ogląda się przez ramię.

– Jej siostra, Kell, przyjaźni się z wieloma dzisiejszymi gośćmi, w szczególności z panną Hall. Też musi się gdzieś tu kręcić.

Na tę wieść Kristy prawie dostaje zawału. Odrywa się ode mnie i na powrót przykleja do Misty. Jak jeden mąż wyciągają szyje, próbując wyłowić z tłumu drugą z panien Valari.

Do diabła.

Taki zwrot akcji to idealna okazja do ucieczki, ten pomysł jednak kompletnie wywietrzał mi z głowy. Nie wchodzi w grę, gdy na horyzoncie jest Kara Valari.

Ściskam serdecznie Sarah, gratulując jej frekwencji, po czym daję Jessemu znak, że zaraz wracam. Co w tej sytuacji może, ale nie musi być prawdą.

Wykorzystując swoje gabaryty, toruję sobie drogę przez tłum, dopóki nie dzieli mnie od niej tylko kilka osób. Z przygryzioną wargą i ściągniętymi brwiami wpatruje się w najwyższą półkę regału.

Nie zwracając uwagi na tłoczących się wokół ludzi, wspina się na palce i wyciąga rękę, ledwie zahaczając palcami o grzbiet książki, którą chce zdjąć z półki.

Lawiruję między ostatnimi gośćmi i staję tuż przy niej. Ale gdy zdaję sobie sprawę z tego, co zrobiłem, jest już za późno.