Złodziej duszTekst

Z serii: Seria o Dorze Wilk #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Uśmiechnęła się na widok chłopaków, taksowała ich spojrzeniem pełnym nadziei. Podeszła sprężystym, radosnym krokiem.

– Cześć, jestem Joasia. Który z was jest MOIM aniołem?

Naprawdę wyraźnie zaakcentowała zaimek dzierżawczy. Uniosłam brwi, rozumiejąc coraz lepiej, z czym Joshui przyjdzie się zmierzyć. Współczułam mu. Zrezygnowany przyznał, że to on jest aniołem, przedstawił też Mirona i mnie. Patrzyła na mnie z wrogością. Na Boginię Matkę, czy jako nastolatka też byłam taka nieznośna? Zapewne tak, błogosławiona niepamięć!

– Fajny lokal – rzuciła. – Poproszę piwo.

– Jesteś niepełnoletnia – odpowiedział Joshua, ale w głosie brakło mu siły, która upewniłaby dziewczynę, że to jego ostatnie słowo.

– To co? Nie żyję przecież, więc mogę napić się piwa!

– Nie, takie są prawa. Leon nie straci licencji przez twoje kaprysy. – Miron był bardziej zdecydowany.

On poradziłby sobie bez problemu, ale to Joshua musiał się z nią zmagać. Po jego nieszczęśliwej minie wiedziałam, że wolałby u mego boku ścigać maga porywacza. Sam złapał moją rękę i uścisnął ją, jakby prosząc o pomoc. Pogłaskałam wierzch jego dłoni pocieszająco, a oczy dziewczyny wypalały dziury w mojej twarzy.

– Muszę iść. Joshua, przykro mi, na pewno dasz radę.

Podniosłam się z krzesła.

– W realnym świecie jest już czwarta, a rano muszę iść do pracy. Zobaczymy się jutro, prawda?

– Tak, przez następne trzydzieści sześć godzin jeszcze się będziemy widzieć – powiedział tak smutno, że serce prawie pękło mi z żalu.

Nie wiedziałam, jak mu pomóc, na pewno nie dopuszczono by mnie przed Trybunał. Zresztą co miałabym im powiedzieć? Zostawcie go w spokoju, bo serce mi się kraje, gdy widzę, jak się męczy? Miron wstał i podał mi kurtkę.

– Odprowadzę cię – powiedział spokojnie, zapewniając Joshuę spojrzeniem, że wróci do Pierwiosnka.

Pożegnałam się z aniołem, chyba pierwszy raz dobrze przyjął mój uścisk, nawet przytulił mnie nieco mocniej, niż sama zamierzałam. Pod skórą czułam, że chce coś powiedzieć, ale się powstrzymuje. Coś innego, niż „trzymaj się”, które w końcu wykrztusił.

Dziewczynie tylko kiwnęłam głową i wyszliśmy z Mironem na zewnątrz.

Noc była piękna, niebo rozgwieżdżone, delikatny wietrzyk łaskotał mnie po twarzy. Przez chwilę zachowaliśmy milczenie. Nasze kroki wyrównały się, jak zawsze, kiedy szliśmy razem. Wiedziałam, co wyczytałby z tego znawca mowy ciała, ale tylko się uśmiechnęłam.

– Nie musisz mnie odprowadzać – powiedziałam. – Mogłeś zostać z Joshuą.

– Nie mogłem. Obiecałem cię chronić, a obietnice traktuję poważnie.

– Chyba nie myślisz, że gdzieś tu czai się mag, by mnie dopaść? Jestem płotką, Miron. Nie mam mocy, której wykradzenie mogłoby kogoś kusić.

– Jesteś też policjantką wynajętą przez Starszyznę do złapania porywacza i mordercy. Już samo to sprawia, że opłacałoby mu się ciebie usunąć.

– Pewnie jeszcze o tym nie wie, plotki nie wędrują tak szybko w świecie bez komórek.

– Dziś może jeszcze nie wiedzieć, jutro to już inna sprawa.

Był zasępiony. Nie wiedziałam, czy z mojego powodu czy Joshui. Miał wiele na głowie. Objęłam go ramieniem w pasie i przytuliłam. Chciałabym móc rozwiązać wszystkie nasze problemy jakąś magiczną formułą. Oddał uścisk i przyciągnął mnie bliżej, tak że przez warstwy ubrań czułam ciepło jego ciała. Nadnaturalni zawsze są cieplejsi niż śmiertelnicy. Nasze ciała odpowiedziały na zmianę położenia, nie szliśmy już jednocześnie z tej samej nogi, ale jak w lustrzanym odbiciu, więc wszystko wydawało się bardziej płynne i takie… kompatybilne. Skarciłam się w duchu za to, że znów pomyślałam o Mironie jak o facecie, nie przyjacielu, ale nie odsunęłam się. Było mi zbyt wygodnie i przyjemnie.

Odprowadził mnie do mieszkania. Spacer w środku nocy przez całe Bydgoskie z nim u boku był czymś niezwykłym. Rzadko korzystał z Bramy – zbyt wiele energii zabierało mu tworzenie iluzji: zmiana fizyczności, ukrywanie aury, która go otaczała. Nie lubił używać magii, nie lubił się męczyć. Teraz jednak szedł ze mną Bydgoską, wyglądając jak człowiek – cholernie atrakcyjny, dodam – i ciekawie się rozglądał.

Po prawej, raz po raz, między niskimi blokami i potworkami z lat siedemdziesiątych, pojawiały się śliczne kamieniczki i domy z kunsztownymi drewnianymi zdobieniami na ścianach, z dekoracyjnymi belkami stropowymi, balkonikami i wykuszami. Po lewej rozciągała się zieleń parku Bydgoskiego, który uwielbiałam. Jeszcze jeden powód, dla którego zawsze szukałam mieszkania w tej okolicy.

– Kiedyś, jak to wszystko się uspokoi – powiedziałam cicho – jak złapiemy złych gości, odeślemy samobójcze nastolatki, uporamy się z nadnaturalną polityką, zorganizuję nam nocny piknik tu, w parku. Wezmę mnóstwo jedzenia i alkoholu i cała nasza trójka będzie się świetnie bawić.

– Uspokoi? Możemy na to jeszcze długo, długo czekać. Chyba że wyłączysz z tego zastrzeżenia uporanie się z polityką. – Uśmiechnął się. Podobał mu się pomysł pikniku. – Czemu w nocy, nie w dzień?

– Żebyście nie musieli zmieniać kształtu i mogli wyluzować. Mało kto tu zagląda nocami, a jeśli już pojawia się jakaś ludzka duszyczka, to zwykle jest tak pijana, że gdyby następnego dnia opowiedziała kumplom o jednym kolesiu ze skrzydłami, drugim z rogami i wiedźmie ze świecącą skórą na dodatek, nikt by nie uwierzył.

– Chyba nikomu by nie uwierzyli. – Uśmiechnął się.

Nawet nie zauważyłam, kiedy znaleźliśmy się przed moim blokiem. Miron wszedł ze mną, obejrzał dokładnie mieszkanie, jakby spodziewał się w szafie znaleźć zamachowca. Dopiero wtedy pożegnał się i wrócił do Szatańskiego Pierwiosnka.

Wykąpałam się. Wsypałam kawy do ekspresu i nalałam wody, rano wystarczy wcisnąć guzik. Położyłam się spać. Nie zjadłam kolacji, choć od śniadania właściwie nie miałam w ustach nic, co nie byłoby drinkiem.

Alkohol na większość nadnaturalnych nie działa tak jak na ludzi. Uspokaja nas, odpręża, ale musiałabym wypić naprawdę ogromną ilość, by odczuć ślad upojenia. Po całej nocy pijaństwa przeszłabym każdy test sprawnościowy poza badaniem krwi – ale nikt by nie uwierzył, że laboratorium się nie pomyliło, widząc na wynikach kilka promili i mnie, stąpającą równiutko po linii, z palcem na czubku nosa, czarującą rozmową policjanta z drogówki.

Próbowałam zasnąć, byłam potwornie zmęczona, ale nie mogłam. Liczyłam barany, medytowałam, odpływałam myślami w miłe, relaksujące miejsca, ale nie zasypiałam. Z tyłu głowy wciąż czułam pulsowanie, strach. To nie był mój strach, tylko Katii.

Nim się spostrzegłam, był ranek, więc zwlekłam się z łóżka i zaczęłam się ubierać do pracy. Prócz maga mordercy miałam na głowie też ciało Pauliny Kozanek, choć przyznaję, przez ostatnie godziny nie myślałam o niej nawet przez sekundę.

Rozdział 5

Próbowałam się skupić, odgonić natarczywą myśl, że powinnam być teraz zupełnie gdzie indziej, robić coś innego.

Paulina Kozanek nie żyje, smutne, ale nie zmienię tego. Moim obowiązkiem jest odnaleźć zabójcę, choć dziś nie czułam zwykłego dreszczyku podniecenia związanego z rozgryzaniem zagadki. Najchętniej ożywiłabym Kozanek i zapytała prosto z mostu, kto ją zabił i dlaczego, by mieć tę sprawę z głowy i zająć się tym, co dosłownie spędzało mi sen z powiek, czyli porwaniem Katii i innych. Nie mogłam jednak iść tym skrótem, bo jedyną znaną mi osobą, która mogłaby wskrzesić i przepytać Kozankową, była Katia. Zaklęty krąg, szybkie rozwiązanie pierwszej sprawy wymaga rozwiązania drugiej, w której nie da się iść na skróty.

Pozostawała mi więc solidna i czasochłonna robota policyjna. Piłam już trzecią kawę, by się choć trochę uspokoić, ale akurat dziś reagowałam na nią prawie po ludzku.

– Będziesz miała wrzody przed trzydziestką.

Podskoczyłam, słysząc głos tuż za plecami.

– Już mam trzydziestkę i ani śladu wrzodów, więc chyba mi to nie grozi, ale dziękuję za troskę.

– Ty ich nie masz, ja będę mieć więcej przez ciebie – mruknęła Anita, siadając na moim biurku. Była drobniejsza ode mnie, ciemnowłosa, z delikatną twarzą i czekoladowymi oczyma. Chodzący dowód na to, jak podstępna bywała natura – uroda Anity nijak się miała do jej charakteru. Wielu przegrywało tylko dlatego, że nie doceniło jej siły. Spodziewali się miłej dziewczynki, a trafiali na litą skałę. Gdyby ciało miało manifestować charakter, Anita wyglądałaby jak posąg z Wyspy Wielkanocnej. Nigdy nie chciałabym jej poważnie podpaść.

– Wpadłam na Wita dziś na parkingu.

Wit był szefem wydziału wewnętrznego. Podejrzewałam, że coś ich kiedyś łączyło, na ile moja magia miłosna skutecznie odczytuje mikroskopijne drgnięcia ust, gdy Anita wypowiada jego imię.

– Przyznał, że poddawany jest naciskom. Są siły, którym zależy na uziemieniu twojego tyłeczka na wieki.

Żukrowski miał silnych przyjaciół, jak widzę. Warto wiedzieć, kiedy ostatecznie go dorwę, chętnie sprawdzę, który z jego znajomków ma podobne zboczenie.

– Niejeden już próbował, Anito, a mój tyłek nadal ma się dobrze. Co Żukrowski napisał w pozwie?

– Nieuzasadnione użycie przemocy fizycznej i psychicznej, zastraszanie, czynna napaść, przeszukanie bez nakazu. To ostatnie ignoruj, papiery miałaś bez zarzutu. – Uśmiechnęła się drapieżnie. Sama dopilnowała, by nakaz był niezatapialny.

– Nie oszczędzał chłopak na atramencie – warknęłam, choć teoretycznie niemal wszystko, co napisał, było prawdą. Zwłaszcza to o zastraszaniu i czynnej napaści.

– Możesz już dziś przyjść z prawnikiem, możesz odmówić składania zeznań, wiesz o tym.

– To będzie jak proszenie się o rozpalenie stosu. Muszę przyjść i przedstawić moją wersję wydarzeń. Owszem, uderzyłam go, ale sprowokowana groźbami karalnymi. Moje słowo przeciw jego. Nie użyłam broni, jeden cios w twarz i popchnięcie na ścianę to za mało, by mówić o zagrożeniu życia.

 

Nie wspomniałam o zaklęciu i o tym, że jeśli chcę, moja siła zdecydowanie przekracza ludzką normę. By nie budzić zdziwienia, kiedy podczas pościgu czy bójki powalam faceta o trzydzieści kilo cięższego, regularnie chodzę na siłownię, często z kimś z komisariatu. To dostarcza mi alibi, choć prawda jest taka, że w moim przypadku siła pięści więcej ma wspólnego z siłą mej aury niż z ilością podnoszeń wykonanych pod okiem instruktora.

Anita patrzyła na mnie uważnie, jej czekoladowe oczy wwiercały się we mnie. Mogę jej nie mówić wszystkiego, ale nie ukryję tego, że jednak coś ukrywam. Wielokrotnie pod tym spojrzeniem pękałam i śpiewałam jak na spowiedzi. Kilka wieków temu mogłaby być na etacie w inkwizycji. Dobrze, że nie przyszło jej do głowy przesłuchać mnie na okoliczność tego, kim jestem.

– Czy on naprawdę groził Mai?

Przytaknęłam. Wszyscy znali Maję i Malinę, dwie córki Krzyśka, policjanta z drogówki. Były oczkiem w głowie połowy policjantów z komisariatu, w większości podstarzałych rozwodników (rzuconych przez żony, które miały dość ich pracy w policji) lub młodszych, którzy wciąż odwlekali myśl o rodzinie do czasu, aż zaczną zarabiać więcej. Wielu z nich wejdzie do kategorii podstarzałych rozwodników, nim ich pensje pozwolą na racjonalne planowanie dziecka, chyba że zaliczą w międzyczasie wpadkę.

Sama byłam dzieckiem mundurowego, przez lata każdy człowiek w mundurze był dla mnie wujkiem lub ciocią, a po przedszkolu czy po szkole spędzałam godziny w komisariacie, stukając na maszynie do pisania, otoczona nianiami z kajdankami przy paskach. Tamci policjanci wariowali na moim punkcie tak samo, jak teraz my wariowaliśmy na punkcie Mai i Maliny.

Jako matka chrzestna młodszej, byłam na uprzywilejowanej pozycji. I właśnie dlatego była ze mną w parku, kiedy ten świr bawił się w podglądacza. Co oznacza, że gdyby małej coś się stało, byłaby to moja wina. Ten fiut zasłużył na każdą sekundę cierpienia, jaka go czeka i jaką ma już za sobą.

– Nie myśl o tym – powiedziała spokojnie moja szefowa, choć w jej oczach zobaczyłam zimny błysk. – Na pewno nie w czasie przesłuchania. Miałaś minę płatnego zabójcy. Komisji dyscyplinarnej nie spodobałby się ten uśmiech.

Zaśmiałam się. Naprawdę myślałam, jak dużą radość sprawiłoby mi wyrywanie mu kończyn jak musze skrzydełek. Nie mam na to dość siły, ale mam kilku znajomych, którzy zrobiliby to dla mnie i oblizaliby się z przyjemnością.

– Postaram się myśleć o czymś cnotliwym w czasie przesłuchania.

Zaprezentowałam swój firmowy uśmiech. Potrząsnęła głową, ale kąciki jej ust uniosły się lekko.

– Spalą cię na stosie, czarownico. – Nie, nie wiedziała, to tylko taka figura stylistyczna. Może ludzie domyśliliby się, gdyby nie zakładali z góry, że to po prostu niemożliwe. – Powiedz mi, co sądzisz o sprawie Kozanek i jakie masz plany. Dotarłaś tam pierwsza, więc właściwie to twoja sprawa.

– Czy to oznacza, że mogę wyznaczać zadania kolegom, jeśli tego wymaga dobro śledztwa?

Pomyślałam o Nowakowskim i bieganiu po przychodniach i uśmiechnęłam się złośliwie. Anita spokojnie przytaknęła. Dzielnie znosiła dowodzenie jednostką wyrzutków, czyli tych, którzy byli dość dobrzy, by nie wywalić ich na zbity pysk, ale zbyt kłopotliwi, by ktokolwiek prócz Anity chciał się podjąć dowodzenia. Po cichu w komendzie nazywali ją poskramiaczką dzikich zwierząt. Zwierzętami byliśmy oczywiście my. Medium z temperamentem, narkoman, lump i wariat. Kolejny haczyk tkwi w tym, że większość z nas jest równa stopniem. Tylko szefowa przytłacza nas liczbą gwiazdek, ale ona zwykle nie bierze bezpośredniego udziału w dochodzeniach, zbyt wiele czasu zajmują jej papierki i polityka. Dlatego niedawno przydzielili nam Jacka i Placka – by choć ci dwaj, na całą jednostkę, przyjmowali rozkazy bez marudzenia i targowania się. Ja byłam jedyną kobietą, co dla niektórych oznaczało, że choć równa stopniem, powinnam im parzyć kawę, tylko po to, by zrealizować moją kobiecą potrzebę robienia dobrze facetom, którzy mnie otaczają. Ale dupek, który tak myślał, właśnie dziś będzie ganiał po aptekach i przychodniach. Witkacy nie miał problemów z moją płcią, więc to z nim będę przesłuchiwać świadków i podejrzanych. Teraz, gdy nie ma Szaraka, który zawsze miał się za samca alfa (dopóki nie przekonał się, że alfą była jego żona), łatwiej było rozdzielić zadania.

Jacek już wczoraj zaprosił większość osób, które chcieliśmy zobaczyć, na przesłuchanie czy też „spisanie protokołu” – piękny eufemizm. Zawołałam Witkacego i poszliśmy do pokoju przesłuchań.

Jacek przyprowadził drobnego i nieco anemicznego czterdziestolatka, który okazał się synem zamordowanej.

Jedno spojrzenie pozwoliło mi nabrać przekonania, że nie jest tym, kogo szukamy. Pozory na ogół mylą, ale stawiałam dolary przeciw orzechom, że nie tym razem. Poznaję ofiarę, gdy ją spotykam. Andrzej Kozanek był zastraszony i zahukany, coś mi mówiło, że żeniąc się, wpadł z deszczu pod rynnę.

– Czy mógłby nam pan powiedzieć o swojej mamie coś, co mogłoby pomóc w odnalezieniu zabójcy? – zapytałam spokojnie, starając się, by mój głos brzmiał ciepło i niezobowiązująco. – Z kim utrzymywała bliższe kontakty? Czy miała wrogów? Z kim jadała podwieczorki?

Patrzył na mnie, jakbym pytała go o cywilizacje pozaziemskie.

– Ja nie wiem – wyjąkał. – Nie widziałem mamy od… – zawahał się – trzech lat.

– Hm, co było powodem zerwania więzi? – Wątpiłam, czy w ogóle była jakaś więź. Zaczerwienił się i wpatrywał tępo w blat biurka.

– Mama obraziła Zuzannę, moją żonę, nie chciała przeprosić, powiedziała, że po jej trupie – wyjąkał, prawie cały czas na wydechu.

Biedak. Szłam o zakład, że po swoim trupie seniorka Kozanek nadal nie przeprosiła synowej.

– O co poszło? – spytałam, choć nie sądziłam, by to było istotne.

– O kaczkę – sapnął, świadom, jak to głupio brzmi.

– O kaczkę? – Z trudem zachowałam kamienną twarz.

– Mama powiedziała, że Zuzanna zmarnowała kaczkę, przyrządzając ją tak, że smakowała jak stare obuwie faszerowane wymiocinami. To był świąteczny obiad, była tam też rodzina Zuzanny.

Zaczynałam rozumieć, jaką dokładnie kobietą była Paulina Kozanek.

– Czy doszło do rękoczynów?

Zaprzeczył.

– Nie. Zuzanna powiedziała, że póki mama nie przeprosi, nie ma wstępu do naszego domu i lepiej, żeby już wyszła. Mama wyszła, trzasnęła drzwiami tak, że witraż całkiem się potłukł. – Milczał chwilę, skubiąc skórki przy paznokciach. – To była naprawdę smaczna kaczka – dodał po chwili. – Mama po prostu nie lubiła drobiu.

I synowej, dodałam w duchu, ale nie powiedziałam tego na głos.

– Z kim przyjaźniła się pana mama?

– Mama nie znała tego czasownika. – Skrzywił się. – Mama miała wrogów, często niezdających sobie nawet sprawy, że zaliczyła ich do tej kategorii.

– Jakiś przykład, żebym wiedziała, o czym pan mówi?

– Wszyscy niekatolicy, premier, prezydent, zwolennicy lewicy, rozwodnicy, pary mieszane rasowo, homoseksualiści, Żydzi, Rosjanie, Niemcy, Ukraińcy, ekspedientki poniżej trzydziestego roku życia, dziwki, czyli właściwie wszystkie niemężatki, małe dzieci, rodzice małych dzieci, właściciele psów… To tylko najkrótsza lista, jaka przychodzi mi na myśl, mogłaby być znacznie, znacznie dłuższa.

Przytaknęłam. Pięknie, może powinnam wezwać na przesłuchanie premiera? Był na liście zaraz za niekatolikami…

Zerknęłam na Witkacego, jak na melancholijną jednostkę był teraz podejrzanie wesoły, a jego próby zduszenia śmiechu były bardzo nieudolne. Chyba nie miał w tym zbyt wielkiego doświadczenia. Uśmiechnęłam się, widząc jego zarumienioną twarz.

– Jeśli chcecie się czegoś dowiedzieć o zwyczajach mamy, porozmawiajcie z Sabiną Świderek, była najbliżej tego, co normalni ludzie określiliby przyjaciółką mamy. Jest też Urszula Bromska, spotykały się w związku z organizacją.

Uniosłam brwi, nie wiedziałam, że Kozanek była członkinią jakiejś organizacji.

– Koło Przyjaciół Radia Maryja. Mama była bardzo… zaangażowana.

Przytaknęłam. Sąsiedzi doświadczyli tego na własnej skórze.

– Dobrze, panie Andrzeju. Ostatnie pytanie: gdzie pan był w… – zerknęłam we wstępne ustalenia Bogny – czwartek, piętnastego września?

Pomyślał chwilę, w końcu sięgnął do torby po mały notes, przekartkował kilka stron zapisanych drobnym maczkiem. Podejrzewałam, że terapeuta kazał mu prowadzić dziennik. Z taką matką na pewno potrzebował terapii.

– Od czternastego do dziewiętnastego byliśmy z żoną na Słowacji, jej siostrzenica wychodziła tam za mąż. Wziąłem kilka dni urlopu więcej, bo nigdy nie było okazji, by wyjechać z kraju. – Spojrzał na wpisy z wyjazdu. – Wie pani, to dziwne, mama dzwoniła do nas zaraz pierwszego dnia, ale zapomnieliśmy uruchomić roaming, właściwie nawet nie wiedziałem, że trzeba coś takiego zrobić, i dopiero jak wróciliśmy, odebraliśmy nagranie na poczcie głosowej.

– O co chodziło?

– O piwnicę. – Potarł twarz. – Chciała, bym przyszedł zabrać jakieś rzeczy, chyba należały do taty.

– Pana ojciec utrzymywał z mamą kontakty po rozwodzie?

Pokręcił głową. Jakoś mnie to nie dziwiło.

– Mama odnosiła się do nowej żony taty jeszcze gorzej niż do Zuzanny. Rozwiedli się piętnaście lat temu, chyba przez cały ten czas tata nie próbował nawet zadzwonić. Rozwód był… – zawahał się – naprawdę brudny. Tata wyjechał, mieszka w Łodzi. Myślę, że świadomość, że mama nie lubi jeździć pociągiem, pocieszała go i nie czuł, że musi uciec za granicę. – Na jego ustach zagościło coś na kształt uśmiechu.

– Pan został w Toruniu. – Nie było to pytanie, ale byłam ciekawa, co sprawia, że zostaje się w zasięgu takiej kobiety.

– Jestem adiunktem na Wydziale Humanistycznym UMK, nie zrezygnowałbym z tej pracy… Poza tym gdy Zuzanna się jej postawiła… – przełknął na samo wspomnienie świątecznej awantury – zrobiło się tak… spokojnie. Mieliśmy powód, by trzymać się z daleka.

Musiałam się uśmiechnąć. Podziękowałam mu za rozmowę. Witkacy był gotowy, by pobrać odciski palców. Wierzyłam, że Andrzej Kozanek nie zabił matki, ale trzeba było wyeliminować jego odciski z tych zebranych w mieszkaniu.

– Nie sądzę, by ocalał tam choć jeden mój odcisk. Nie byłem tam trzy lata, w tym czasie mama co najmniej trzy tysiące razy przetarła każdy centymetr mieszkania. Była bardzo pedantyczna – powiedział, czerniąc palce.

– Zauważyłam.

– Czy to bardzo źle o mnie świadczy, że kiedy zadzwoniliście, poczułem… ulgę? – Zaczerwienił się po cebulki włosów.

– Szczerze? Nie wiem, ale rozumiem, czemu pan ją poczuł. Proszę się tym nie zamartwiać. Nie powinna mieć po śmierci władzy nad pana emocjami czy poczuciem winy. Podejrzewam, że wystarczająco długo grała na nich za życia.

– Oj, tak – westchnął i wyszedł, żegnając się z nami bardziej jak z terapeutami niż z policją.

– Ti, kiedy słyszałem, jaka ta baba była, zacząłem wierzyć w sprawiedliwość boską – powiedział Witkac, gdy zostaliśmy sami.

– Wiem, o co ci chodzi, ale jeśli Pan Bóg nie zesłał osobiście anioła do sprzątnięcia Kozankowej, musimy znaleźć tego, który ją zabił, nawet jeśli zamiast kajdanek miałabym mu ochotę przypiąć order. – Uśmiechnęłam się.

Anioły nie zabijają przez zadanie dwóch kłutych ran w tętnicę, są bardziej dosadne. Zresztą Joshua wiedziałby coś o takim zleceniu. Sama myśl wydała mi się jednak humorystyczna, więc nie przestawałam się uśmiechać. Z trudem opanowaliśmy wesołość, nim weszła kolejna osoba.

Sabina Świderek była sąsiadką Kozanek, mieszkała naprzeciwko, a ze słów syna ofiary wynikało, że była szalona albo święta, skoro przyjaźniła się ze zmarłą.

– Dzień dobry. – Dygnęła przed nami jak pensjonarka.

– Proszę, pani Sabino, proszę usiąść.

Przycupnęła bardzo skromnie na krawędzi krzesła. Całkiem białe włosy ułożyła w pukle (bez wątpienia robiła sobie trwałą ondulację), twarz bez makijażu była blada i dość mocno pomarszczona. Mogła mieć sześćdziesiąt, sześćdziesiąt pięć lat. Drobne ciało otulał kostiumik z tweedu, spod żakietu wystawał kołnierzyk bluzki. Intuicja mówiła mi, że nim przeszła na emeryturę, pracowała jako księgowa lub urzędniczka. Splotła palce na torebce i czekała, aż zadam pytanie.

– Pani Sabino, jak dobrze znała pani Paulinę Kozanek? – Spodziewałam się usłyszeć, że „jak zły szeląg”, ale Sabina zastanowiła się chwilę, zanim udzieliła odpowiedzi.

 

– Byłyśmy sąsiadkami, jedynymi starszymi osobami na klatce… Chyba do pewnego stopnia byłyśmy przyjaciółkami albo przynajmniej ja starałam się nią być. – Coś przemknęło przez jej oblicze, ale nim to uchwyciłam, twarz wyrażała znów jedynie spokój.

– Z kim pani Paulina jadała podwieczorki?

– Hm, zależy, czasem ze mną, czasem z panią Ulą lub innymi paniami z koła…

– A piętnastego września? Z kim wtedy była umówiona?

Cień zaskoczenia pojawił się na twarzy Sabiny.

– Nie wiem właściwie… Nie ze mną.

– Jak to się stało, że przez ponad tydzień nie zajrzała pani do sąsiadki? – To było rzeczywiście dziwne.

– Cóż, posprzeczałyśmy się dwa dni wcześniej. – Świderek zmarszczyła brwi. – Była bardzo niemiła.

– Proszę przybliżyć nam powód sprzeczki.

– Och, drobiazg, jak zawsze z Pauliną. Mój wnuk miał przyjechać, cieszyłam się na tę wizytę, ale Paulina… cóż, nie wyrażała się dobrze o moim chłopcu. Przeszkadzało jej, jak wygląda czy gdzie się uczy. Adaś studiuje na Politechnice Łódzkiej. Paulina uważała, że powinien iść do Wyższej Szkoły Kultury Medialnej. Nie chciała słuchać, że chłopca to nie interesuje. Czepiała się. To dobry chłopiec. Kocha babcię, odwiedza, to więcej, niż ona mogła powiedzieć o swoim synu. Później nie zaglądałam do niej, bo piętnastego przyjechał Adaś, został na kilka dni, tydzień właściwie. Taka wizyta, nim się zacznie rok akademicki, bo wtedy to mu się trudno wyrwać… Nie pomyślałam, by zajrzeć do Pauliny.

Zanotowałam kilka szczegółów.

– Czy domyśla się pani, kto to mógł zrobić? Kogo pani Kozanek wpuściłaby do domu?

Zastanowiła się dłuższą chwilę.

– Chyba tylko kogoś z koła… może syna? Nie wiem.

– A z sąsiadów?

– Och nie. – Zaśmiała się na samą myśl. – Nie ma takiej możliwości. Większość z nich uważała za grzeszników lub swoich wrogów.

– Stąd ewangelizacja radiem?

Pokiwała głową.

– Mówiłam, że narobi sobie tylko wrogów, ale nie słuchała. Zwłaszcza młodzi ją denerwowali, że żyją na kupie jak szczenięta, bo ich tam trójka, dwóch chłopaków i dziewczyna, ale mili tacy, magisteria piszą, egzaminy zdają, a ona im tak przeszkadzała… Cały czas musieli z zatyczkami w uszach chodzić, nawet nie słyszeli, że listonosz dzwonił do drzwi, to nieraz u mnie coś tam dla nich zostawiał. To dobre dzieci, wie pani, jak mój Adaś przyjechał, to nawet gdzieś go zabrali potańczyć. Nikt z nimi kłopotów nie miał, tylko Paulina. Piąty rok mieszkają, to się już wszyscy do nich przyzwyczaili, spokojni tacy, ona na polonistyce, to czyta bez przerwy, latem w kółko ją na balkonie widziałam z książką, jej chłopak jest romanistą, a ten drugi, Robert, na prawie. Uczą się ciągle… Paulinie przeszkadzało, że oni tam bez ślubu mieszkają, ale kto tam się teraz do ślubu spieszy? Spiesz się do ołtarza, to potem i rozwód szybko pójdzie. Miłe dzieciaki.

Musiała ich lubić, bo uśmiechała się, mówiąc o nich. Może na co dzień przypominali jej o Adasiu.

Cóż, najwidoczniej panie Sabina i Paulina dobrały się na zasadzie przeciwieństw, święta i diablica. Właściwie większość diablic, jakie znałam, mogłaby się od Kozanek wiele nauczyć. Może poza Bragą, ale ona była jednak nieprzeciętna w byciu wredną suczą, prawdziwy talent.

Pobraliśmy od starszej pani odciski palców, nie protestowała. Po wszystkim wyjęła nawilżane chusteczki z torebki i wytarła ślady tuszu.

Gdy zamknęły się za nią drzwi, potarłam twarz.

– Witkac, naprawdę nie żałuję, że ta kobieta nie żyje, rozumiesz?

– Aż za dobrze. Gdy złapiemy tego, kto to zrobił, pół dzielnicy będzie przysyłać paczki do więzienia.

Kolejny był sąsiad z góry, ojciec małego dziecka. Kilkakrotnie skarżył się na Kozanek policji i spółdzielni. Gdy wszedł, lekkim krokiem, około trzydziestoletni, niewysoki, ale ładnie zbudowany, pomyślałam, że tak wygląda człowiek, który wygrał w totka.

– Zanim państwo zapytają – powiedział, siadając – nie zabiłem tej kobiety, moja żona też nie. Ale nie będziemy po niej płakać. Kwiatów na grobie też raczej nie zostawię.

– Wie pan, że to nie najlepiej wygląda, gdy pan tak otwarcie się cieszy z jej śmierci?

– Nic na to nie poradzę. Gdy wczoraj ten młody policjant nam o tym powiedział, Boże, skakałem z radości, dziś trochę przeszło, ale nie dość, bym był w stanie udawać, że jest mi przykro. Myślcie, co chcecie, ale jestem po prostu szczęśliwy.

– Proszę powiedzieć, jak wyglądały wasze relacje?

Zaśmiał się na samo słowo „relacje”.

– Ta wiedźma doprowadzała mnie i żonę do szału… – Obruszyłam się na tę wiedźmę, ale nie powiedziałam nic. – Cały dzień, od dziewiątej do dwudziestej, puszczała to cholerne radio na cały regulator. Administracja umyła ręce, bo to nie cisza nocna, policja przyjechała ją pouczyć, ale nic nie zrobiła. Ja mam małe dziecko, niespełna roczne. Mała śpi w ciągu dnia, ale przez ten hałas cały czas płakała. Musiałem wyciszyć jej pokój. Cały jest obklejony wytłoczkami od jajek, żeby Ola mogła spać. Teraz, gdy nie ma już Kozankowej, może zrobimy tam studio nagraniowe. – Zaśmiał się ubawiony. Nie wiem, czy bardziej myślą o studiu czy znów ogarnęła go czysta radość z wypowiadania słów „Kozankowej już nie ma”. Witkacy znowu dusił się ze śmiechu.

Odwróciłam głowę, by nie zarazić się chichotem.

– Co pan i żona robiliście piętnastego września?

– Nic, to, co zwykle. Ja byłem w pracy, Marta z Olą w domu, pewnie na spacerze. Nawet byliśmy zdziwieni, że tak cicho, ale pomyślałem, że wiedźma wyjechała. Potem kilka dni nadal było cicho i myślałem, że może policja wreszcie wysłuchała naszych skarg.

Zmarszczyłam czoło, coś mi nagle zaskoczyło.

– Jak to? Cały dzień była cisza? Nie od późnego popołudnia?

– Nie, od rana, zwykle zaczynała nadawać, jeszcze nim wyszedłem do pracy, tym razem już wtedy było cicho, dziewczyny idą na spacer koło południa, Marta napisała mi po powrocie SMS-a, że cud trwa.

– Zgadza się pan dać nam próbkę odcisków?

– Jasne, nigdy nie dotykałem nawet klamki zewnętrznej jej drzwi. – Wzruszył ramionami. – Powiem wam jedno: ktokolwiek to zrobił, mogę mu się dorzucić na adwokata. Nikt za nią płakać nie będzie.

O tak, tego akurat byłam już pewna. Przesłuchania studentów poszły szybko i bezproblemowo. Mieli alibi na większość dnia, pomagali wyremontować mieszkanie znajomych. Kilku świadków mogło potwierdzić, że od rana malowali ściany i przenosili rzeczy ze Świętopełka na Batorego. Również kierowca wynajętej ciężarówki mógł świadczyć na ich korzyść.

Nie mieliśmy właściwie nic. Nowakowski wrócił z wyprawy po aptekach i przychodniach. Kozanek miała kartę w dwóch. Lekarz, którego odwiedzała najczęściej, przyznał, że wypisał jej trzy z pięciu leków, ale nie łącznie – on je zmieniał. Ona u innych lekarzy prosiła o kontynuację leczenia, ci zaglądali w kartę, widzieli, że i owszem, dostawała coś takiego, więc wypisywali receptę. Nie powinno się tak zdarzyć, ale nie było to nic dziwnego. W drugiej przychodni przepisywano jej dwa inne środki, nie było przeciwwskazań, by je łączyć, więc nie groził jej sprzeciw lekarza. Sprytna babka. Rysował mi się obraz kobiety, która nie tylko zawsze wie, czego chce, ale potrafi od świata wyegzekwować swoje roszczenia. Po trupach, ale czy do własnego trupa? Czy to była zbrodnia z namiętności, nienawiści, by być precyzyjnym? Jak na typowy afekt było niewiele przemocy, ktoś, kto zabija w chwili porywu, zwykle ma potrzebę zadania więcej niż dwóch lekkich ciosów. Ich śmiertelność wydawała się raczej przypadkowa. Hm, coś mi umykało.

Przekazałam Nowakowskiemu dane Urszuli Bromskiej, miał do niej jechać z Plackiem. Ostrzegłam, by był ostrożny, ostatnie, czego potrzebujemy, to by sprawa stała się polityczna, a dla ludzi pokroju Bromskiej wszystko było polityczne. Nie chciałam, by Kozanek przyczyniła się do wystąpień w stylu tych sprzed kilku miesięcy, gdy po zamachu na kogoś luźno związanego z partią prezes jedynego prawego ugrupowania określił to mordowaniem opozycji. W tym kraju takie rzeczy zdarzały się na porządku dziennym. Od zwykłego zabójstwa do politycznej afery jest blisko. W Toruniu może nawet bliżej. Nowakowski wysłuchał ostrzeżenia, ale po jego minie widziałam, że nic sobie z niego nie robi. Jak zawsze, niechlujny i odpychający. Żałowałam, że nie ma Szaraka, był dobry w takich sytuacjach. Potrafił oplątać świadków swoim urokiem osobistym i wydobyć dokładne i wiarygodne zeznania szybciej niż ktokolwiek z nas. Wydawało się wręcz, że wszyscy chcą mu powiedzieć wszystko, o co tylko zapyta. Prawdziwy dar w naszej robocie. Dar, który teraz marnuje się gdzieś w pokoju bez klamek. Kolejny raz zastanawiałam się, czy jest jakiś niekonwencjonalny sposób, by mu pomóc, jakiś mały magiczny seans… coś, co mogłoby zniechęcić go do samobójstwa. Tyle że musiałabym jakimś cudem załatwić zgodę na widzenie i tłumaczyć potem, dlaczego pacjentowi tak się poprawiło, gdy przekroczyłam próg…