Martwy sezonTekst

Z serii: Garstka z Ustki #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Maria robiła wszystko, by jej pomóc. Ale miała coraz gorsze przeczucia.

Gdy zasypiała, po trzeciej nad ranem, okienko komunikatora wciąż było puste.

Rozdział 2

Trzy dni wcześniej

Tamara wybudzała się powoli. Narkoza obklejała ją miękkim welonem i sprawiała, że unosiła się między światami. Przytomność wracała na chwilę, czuła swoje obolałe ciało i smród środków dezynfekujących i szpitala, ale już po minucie zanurzała się w ciepłej zupie ze wspomnień i dziwnych obrazów, produkowanych przez ululany opiatami mózg.

Gdy wreszcie zdołała wbić się zębami w rzeczywistość, skupiła się na tym, by otworzyć oczy. Powieki miała spuchnięte i ciężkie jak po przepłakanej nocy. Przez cieniutką szparę wpadało jasne światło. Świadomość ciała wracała stopniowo, jakby najpierw obudziły się zakończenia nerwowe tam, gdzie ból był najsilniejszy, w nogach i na biodrze, a dopiero potem życie docierało do reszty ciała. Ból przysłaniał wszystko, silniejszy z każdą minutą, w miarę jak ustępowało działanie leków. I jedyne, co w pierwszym momencie czuła poza nim, to pieszczotliwe, delikatne muśnięcia na policzku i włosach, budzące jakieś stare wspomnienia dawne tęsknoty.

Dotarło do niej, że nie zostawił jej samej z tym koszmarem. Westchnęła i próbowała coś powiedzieć, ale język miała sztywny jak kołek, a gardło obolałe po intubacji. Jęknęła rozpaczliwie, a on jakby zrozumiał bez słów, przyłożył jej do ust kubek z dzióbkiem niekapkiem, z jakich piją małe dzieci. Wzięła łyk zimnej wody i poczuła ulgę tak silną, że oczy jej się zaszkliły. Chwyciła się strzępów przytomności i wiedząc, że wkrótce znów odpłynie w zupę z obrazów i emocji, szepnęła:

– Zabierz mnie do domu, proszę.

Za cicho, by dobrze usłyszał. Pochylił się nisko, niemal przytykając ucho do jej warg.

– Powtórz, kochanie, nie zrozumiałem – poprosił.

Rude, kręcone i nieco przydługie włosy połaskotały ją po twarzy. Od niemal dwóch dekad pachniały tym samym ziołowym szamponem. Zaskoczyło ją, że po tylu latach pamiętała ten zapach tak wyraźnie. Wszystko, co udało jej się zakopać głęboko w pamięci, teraz wydawało się zadziwiająco świeże. Może nawet uczucia, pomyślała z niepokojem.

– Chcę do domu. Nienawidzę szpitali – szepnęła, nasycając każde słowo wolą i prośbą.

Pokiwał głową, ale wciąż próbował racjonalnie jej wytłumaczyć, dlaczego to niemożliwe.

– Jesteś ranna, miałaś operację…

Zacisnęła palce na jego swetrze, przyciągając go jeszcze bliżej.

– Zabierzesz mnie do domu albo poradzę sobie sama!

Gdy próbowała mówić głośniej niż szeptem, jej głos brzmiał ochryple i zgrzytliwie, ale pasował do wykazywanej determinacji.

Patrzył na nią przez chwilę, jakby sprawdzał, czy mówiła poważnie. A potem westchnął i powiedział:

– Dobrze, Tamaro. Najszybciej, jak to możliwe. Ale nie myśl, że będę cię wykradał ze szpitala oknem. W tej samej sekundzie, w której dostaniesz od lekarza zielone światło, zabieram cię do domu.

Popłakała się. Nie chciała być w tym miejscu ani minuty dłużej. Nie chodziło o ten szpital, ale o samą ideę szpitala. Za dużo wspomnień, za dużo zbiegów okoliczności, za dużo warstw czasu nakładało się na siebie. Wszystko najgorsze, co spotkało ją w życiu, wiązało się ze szpitalami. Już sam zapach środków dezynfekujących, chemiczna woń kroplówek i leków, wywoływały z pamięci obrazy, które spychały ją na krawędź histerii.

Wydawało jej się, że wciąż słyszy zgrzyt rozdzieranej i miażdżonej karoserii, metaliczny zaduch krwi i smród spalonych włosów. Ale nie była w stanie ulokować tego zdarzenia w czasie. Czy wspomina wypadek sprzed kilkudziesięciu godzin, czy ten sprzed dwudziestu czterech lat? Ten, po którym z obrażeniami trafiła do szpitala, czy tamten, z którego wyszła właściwie bez szwanku, ale w którym straciła rodziców?

Nie miała pewności, ale czuła się tak, jakby tamten ból nigdy jej nie opuścił, jakby zamknęła go w pudełku, obkleiła je taśmą i wcisnęła najgłębiej, jak się dało, a teraz nagle je odnalazła, otwarte i wciąż pełne.

Zapach szpitala przypominał o kolejnej dotkliwej stracie. Oddział onkologiczny, jej siostra, wyniszczona chorobą, z łysą głową obwiązaną indyjską chustką, błagająca ją, by pomogła wychować jej córeczkę…

Wepchnęła wspomnienia do pudełka. Nie mogła tego rozpamiętywać, nie mogła do siebie dopuścić rozdzierającego smutku i bólu, silniejszego nawet od tego fizycznego, który dręczył ją teraz. Musiała myśleć racjonalnie, musiała wiedzieć, na czym stoi.

– Jak źle jest? – zapytała spokojnie.

Wciąż nie w pełni czuła swoje ciało. Zdołała poruszyć palcami u rąk, ale nie miała pewności, czy rusza tymi u nóg. Może czucie jeszcze nie całkiem jej wróciło, a może…

– Nie tak źle, jak właśnie pomyślałaś. Masz złamaną nogę, otwarte złamanie z przemieszczeniem kości piszczelowej, więc musieli założyć kilka śrub. Ale lekarz przysięga, że jeśli pozwolisz jej się spokojnie pozrastać, a potem będziesz grzecznie ją rehabilitować przez kilka tygodni, zatańczysz na naszym weselu bez większych przeszkód.

– Naszym weselu? – Ominęło ją więcej, niż sądziła.

– Tak właśnie. Gdy pojawi się lekarz, potwierdź moją wersję. Jesteśmy zaręczeni, kilka miesięcy przed ślubem. Wieloletni związek i w ogóle sielanka.

– Uderzyłeś się w głowę? – zapytała. To niewykluczone, przecież też brał udział w wypadku.

– Szwedzi są bardzo tolerancyjni. Nie musimy być małżeństwem, żebym mógł ci towarzyszyć w sali pooperacyjnej. Wystarcza, że jestem wieloletnim partnerem. Inaczej nie byłoby mnie tu teraz. A ty obudziłabyś się samiuteńka. Małe, białe kłamstwo, żebyś mogła uniknąć tej przykrości.

Znał ją dobrze, wiedział, czego się bała najbardziej. Patrzył, jak łzy spływają jej po posiniaczonym i poocieranym policzku. Ulga wynikająca z tego, że żyje, że jest przytomna, była obezwładniająca. Usiadł na miękkim krześle, na którym spędził ostatnich siedemnaście godzin, niemal bliski omdlenia.

Gdy zobaczył ją chwilę po wypadku, myślał, że to koniec. Leżała poskręcana jak lalka, twarz w całości pokrywała jej świeża krew, z nogawki dżinsów wystawała złamana kość. Niemal wszyscy wyszli z wypadku bez szwanku. Niegroźne otarcia, jakieś siniaki. Ale gdy ciężarówka zahaczyła o ich busik, spychając go z drogi, Tamara odbiła się w jego wnętrzu jak piłeczka kauczukowa.

Teraz więc spełniłby każde jej życzenie. Nawet gdyby oznaczało to siłowanie się z krokodylem nilowym czy szukanie karafki, do której musiałby wcisnąć słonia. Ale, uświadomił sobie, jej prośba tylko pozornie wydawała się prostsza.

– Tamaro, gdzie właściwie jest dom, do którego chcesz jechać? Czy to Łódź? – zapytał ostrożnie.

Dwanaście lat wcześniej, w czasie wielkiej awantury, wykrzyczała mu w twarz, że nie potrzebuje domu, nie ma korzeni, jest małym nomadą w wielkim świecie i kocha każdą minutę swojej wędrówki. Zarzucała mu, że proponując jej małżeństwo i dom, próbuje ją usidlić. Wyrzuciła go ze swojego życia, trzaskając mu drzwiami przed nosem. Odpuścił na jakiś czas. Znał ją. Wściekłej Tamary nikt i nic nie było w stanie przekonać. Czuł się zły i zraniony, bo odrzuciła go z taką łatwością, jakby nic dla niej nie znaczył. A gdy wyleczył zranione ego i wszystko przeanalizował, zrozumiał, jak odmiennie pojmowali pewne rzeczy, słowa, zobowiązania.

Nie tyle się poddał, ile odłożył walkę. Dał jej czas i przestrzeń, których tak potrzebowała. Rzucił się w wir pracy. Poświęcił się czemuś, w czym był dobry i doceniany. Przywykł, że niekiedy, gdy czuje się zbyt zmęczony, by się kontrolować, jego myśli same znajdują drogę do Tamary. I nagle, którejś upalnej nocy w Casablance (bo widać musiał sięgnąć dna worka z sentymentami), dotarło do niego, że tej przestrzeni między nimi są tysiące kilometrów, a do tego jakiś czas temu stuknęła dziesiąta rocznica tamtej kłótni. Jego stosunek do Tamary właściwie się nie zmienił, choć przez te lata praktycznie nie utrzymywali kontaktu. Nie wyleczył się i raczej nie zanosiło się na cudowne ozdrowienie. Każdą kobietę przewijającą się przez jego życie porównywał do niej. Przez co był nieuczciwy wobec nich i wobec siebie. Od czasu do czasu dostawał od wspólnej znajomej „aktualizacje”, niczym mały biuletyn z życia Tamary. Tego, czy ona też pytała: „Co u Czarka?”, nie wiedział.

Przez tych dwanaście lat jego życie zmieniło się niewiele, tyle że za tę samą robotę płacili mu lepiej, a hotelowe pokoje były ładniejsze i z klimatyzacją. Niekiedy odkrywał w brodzie sztywniejszy, srebrny włosek.

Ona, z tego, co słyszał, w tym czasie dokonała w swoim życiu rewolucji.

To też się u niej zmieniło. Dziś szeptała słowo „dom” z tęsknotą. Jakby nie chodziło o miejsce, ale o rodzinę. Może czekał za długo i ułożyła sobie życie z kimś innym? Czy jego źródło przemilczałoby taki detal? Niewykluczone. Robił wszystko, aby jego pytania brzmiały lekko i niezobowiązująco. Ot, grzecznościowe i rzucane mimochodem zapytanie o starą znajomą.

Przez kilka miesięcy, które spędzili w skandynawskim raju, starał się być przyjacielski i profesjonalny. Nie wypytywał, bo bał się odpowiedzi. Nie wysyłał sygnałów, które mogłyby wzbudzać napięcie, przeszkadzać im w pracy. Miał nadzieję, że wymuszona projektem bliskość wystarczy, by pobudzić tęsknotę, urobić grunt pod coś, co planował „na potem”.

Co, musiał przyznać, połamane kości, śruby i szpital komplikowały wręcz dramatycznie.

Więc czym jest dom, Tamaro? Gdzie on jest? – zastanawiał się, wpatrując się w jej twarz.

Zamknęła oczy i intensywnie szukała odpowiedzi na pytanie, które przed chwilą jej zadał. Mówiąc „dom”, czuła tęsknotę, ale nie bardzo wiedziała za czym. Jej myśli wciąż się plątały na skutek niedawnej narkozy i leków. Nie, nie chodziło o Łódź. To już zamknięty rozdział. Lubiła to miasto. Pod pewnymi względami było dla niej idealne. Nieprzeciążone historią, ale bogate. Nieco przygnębiające, ale też pulsujące jakąś witalnością miejsca, które nie skostniało w wyobrażeniu o samym sobie… Ale Łódź nigdy nie była domem, była przystankiem. Nic już jej tam nie trzymało.

 

Sprzedała studio fotograficzne, wypowiedziała umowę najmu mieszkania, spieniężyła albo rozdała większość swoich rzeczy. Nieliczne sprzęty warte zachowania zmieściły się w niewielkim pomieszczeniu magazynowym wynajętym na rok. Rok, przez który miała się zastanawiać, co z nimi zrobić.

Ale gdzieś przecież musiała mieć jakiś dom, prawda? Bo jeśli nie, to za czym tak tęskniła? Gdzie chciała być? Nie powiedziała Czarkowi, żeby zabrał ją stąd gdziekolwiek, a mimo to naciskała, że to ma być dom… Już prawie wpadła w panikę, ale mózg usłużnie podsunął jej wspomnienie twarzy. Uśmiechnęła się z czułością. Oczywiście. Jej dom to nie miejsce. To Magda. Jej mała kotwica na tym świecie.

– Ustka, zabierz mnie do Ustki – poprosiła.

– Niech będzie Ustka – zgodził się bez protestów.

Nie tak to zaplanował, nie zamierzał jednak darowanej łasce zaglądać w zęby. Znał Tamarę doskonale. Gdyby chciała, dostałaby się do Ustki bez jego pomocy. Była wystarczająco zdeterminowana, by wypisać się ze szpitala na własne życzenie. To, że sama nie mogła prowadzić, też raczej nie stanowiłoby dla niej przeszkody. Wystarczyłoby, żeby poprosiła o pomoc kogoś z ekipy projektu albo zaczepiła pierwszą lepszą osobę na korytarzu szpitala. Tamara, gdy tylko chciała, potrafiła być bardzo przekonująca. Zwłaszcza teraz, z nogą w gipsie, ze szwami w brwi i na czole, otarciami i siniakami, wyglądała jak siedem nieszczęść i bez trudu zagrałaby na czyimś współczuciu.

Doceniał, że dopuściła go tak blisko. Tamara nie przyjmowała rzeczy takimi, jakimi były, jeśli ich nie akceptowała. Gdyby chciała się go pozbyć, zrobiłaby to. A jednak poprosiła, by zabrał ją do domu. To dawało mu nadzieję na trzeci akt ich historii, który najwyraźniej miał się rozegrać w Ustce.

Nigdy nie orientował się za dobrze w tych wszystkich aktach, więc nie potrafił ocenić: czy dwunastoletnia przerwa oznacza, że mieli już trzy akty za sobą, a teraz zaczynają od początku, czy może Parki policzą mu to jako najdłuższy antrakt w historii?

Jednego był pewien – to jeszcze nie koniec.

*

Lekarka wybiła Tamarze z głowy pomysł z wypisaniem się na własne żądanie. Wytłumaczyła jej, że jest po operacji, a wstrząśnienie mózgu, nawet lekkie, jak w jej przypadku, zawsze stanowi zagrożenie. Poza tym ciągle ma sączek w ranie i świeże szwy. W takim stanie jej miejscem ma być szpital, nie prom. Gdyby wystąpiły jakieś komplikacje, nie mogłaby liczyć na szybką pomoc.

– Naprawdę nie dba pani o to, czy przeżyje? Nikt na panią nie czeka, poza narzeczonym? – zapytała angielskim bez śladu akcentu, jakim mówiło wielu dobrze wykształconych Szwedów. – To tylko kilka dni – dodała.

I znów Tamarze stanęła przed oczami Magda, więc tylko smętnie pokiwała głową i nie wykłócała się o szybszy wypis. Kilka dni to bardziej dwa dni czy tydzień? Nie miała odwagi zapytać.

Zresztą tak naprawdę czuła się fatalnie. Przez kolejny dzień głównie spała odurzona morfiną, a jej sny były pełne koszmarów i poczucia dojmującej straty i samotności. Gdy się budziła, Cezary siedział niezmiennie w fotelu przy łóżku.

– Powinieneś iść się przespać – powiedziała.

– Nie ma sensu wynajmować pokoju w hotelu, skoro i tak siedzę z tobą cały dzień – odpowiedział tylko.

Nie chciał jej zostawiać. Dręczyły ją koszmarne sny, dodatkowo stymulowane chemią – jęczała, płakała, wierciła się niespokojnie. Z pojedynczych słów, które wypowiadała przez sen, nie potrafił wywnioskować, czy śniła ich wypadek, czy może ten sprzed lat.

Drugiego dnia była przytomniejsza. Lekarka nie kryła zadowolenia z postępów pacjentki. Przychodziła kilka razy dziennie i zaglądała przez wycięte w gipsie okienko, by się upewnić, że nie ma zakażenia czy innych powikłań. Sprawdzała płyn, który sączył się z nogi do małego woreczka, a potem delikatnie zakładała opatrunki z gazy. Może nie chciała, żeby pacjentka zaglądała tam samowolnie? Jakby Tamara w ogóle miała ochotę widzieć tę ruinę, która kiedyś była jej nogą.

Pani doktor zredukowała też dawki leków przeciwbólowych i przeciwzakrzepowych.

– Normalnie poleżałaby pani u nas co najmniej tydzień, ale widzę, jak pani śpieszno. Jeżeli w ciągu najbliższych dwóch dni nie wystąpią żadne komplikacje i jeśli sączek okaże się niepotrzebny, możemy pomyśleć o wypisie – powiedziała.

– Czyli mogę rezerwować bilety? – zapytał Cezary.

– Tylko jeśli to bilety na prom. Latanie wykluczone, póki kości się nie pozrastają. Unieruchomienie i tak zwiększa ryzyko zakrzepicy – odpowiedziała lekarka.

Cezary starał się nie patrzeć, gdy sprawdzała stan szwów pod opatrunkiem. Widział, jak to wyglądało tuż po operacji. Jak charakteryzacja z horroru. Krwawa pręga wzdłuż goleni, szwy, ciemne strupy, opuchlizna. Wyobraźnia podsuwała mu obraz żywych kości kontrastujących z zimną stalą śrub, którymi je połączono.

Nalegał, aby Tamarze założono najlżejszy i najbardziej nowoczesny opatrunek gipsowy. Była tak drobna, że tradycyjnego piętnastokilogramowego gipsu mogłaby zwyczajnie nie unieść. Proponował, że za to zapłaci, przyzwyczajony do realiów polskich szpitali, gdzie w ramach refundacji przysługiwała tylko opcja podstawowa, a wszystko powyżej niej było „ekstra”. Administratorka szpitala uśmiechnęła się do niego pobłażliwie i zapewniła, że Tamara dostanie najlepszą opiekę medyczną bez dodatkowych opłat. Chyba podejrzewała, że próbował ją przekupić. Żenujący moment, bo w życiu nie dał łapówki i chyba nie wiedziałby nawet, jak to zrobić. Doceniał, że wszyscy członkowie projektu Scandinavia mieli wykupione ubezpieczenie zdrowotne, więc Tamara nie skończyła z długami.

A nawet gdyby, nie powiedziałby jej o tym. Zarobił w życiu dość, by miał go zrujnować zwykły rachunek szpitalny. Przynajmniej dopóki nie będzie potrzebował operacji wyrostka robaczkowego w USA.

Po zmniejszeniu dawki leków przeciwbólowych Tamara była znacznie przytomniejsza. Jej oczy przestała przesłaniać opiatowa mgła i Cezary szybko zauważył, że zaczyna myśleć o tym, co pamięta sprzed obudzenia się w szpitalu. Próbowała sobie przypomnieć wszystko, co się stało, ale miała luki w pamięci. Nie wiedziała, czy wskutek urazu głowy, czy utraty przytomności.

– Czarek, czy ktoś zginął?

– W sumie to ty oberwałaś najmocniej. Mikael doznał wstrząśnienia mózgu, gdy uderzył głową w boczną szybę, ale już go wypisali. Reszta ma tylko otarcia, mnóstwo siniaków, kilka szwów. Nic, co zostawiłoby porządniejszą bliznę. Wszystkich już wypuścili z obserwacji, tylko ty musiałaś być operowana.

Uwierzyła mu, nigdy jej nie okłamywał. Pamiętała jak przez mgłę to gwałtowne uderzenie, zgrzyt metalu, szalony pęd, który ją porwał. Stary system pasów biegnących na ukos przez ciało, ale nietrzymający w talii, nie zdołał go zatrzymać. Obijała się po wnętrzu busa jak piłeczka w maszynie losującej LOTTO. Stary wóz miał siedzenia tak obszerne, że aby wygodnie się oprzeć, musiała siedzieć po turecku. Może gdyby włożyła pod tyłek podkładkę dla dzieci, pas znajdowałby się na odpowiedniej wysokości.

– A ty? Siniaki? Otarcia? – zapytała.

Uśmiechnął się i uniósł lewą dłoń, demonstrując palec wskazujący oklejony cielistą taśmą kinezjologiczną. Coś w połączeniu tego drobnego urazu i jego poważnej miny sprawiło, że się roześmiała. Złapała się za żebra, bo zabolały. Na szczęście nie były połamane, jedynie stłuczone i tkliwe.

– Ty się nie śmiej, jeśli dobrze pamiętam, zaliczyłem tę poważną kontuzję, próbując cię złapać, gdy leciałaś na mnie jak kula wystrzelona z armaty. Nie wykluczam, że następnym razem postaram się o fotelik dziecięcy dla ciebie. Taki z pasem, którego nie zdołasz sama odpiąć. W tamtym momencie byłaś dla mnie większym zagrożeniem niż ciężarówka.

– Całe pięćdziesiąt kilo wagi – zauważyła.

– Wystrzelone z armaty, przypominam. Jeśli chcę stukać w klawiaturę laptopa, muszę to robić tymi palcami – powiedział, prostując palce środkowe. – Wiesz, jak to wpływa na mój stosunek do pracy?

Znów się roześmiała, przewidująco obejmując żebra. I tak zabolało. Nagle dotarło do niej coś, o czym powinna pomyśleć dużo wcześniej.

– Magda już pewnie wydzwania do konsulatów i komisariatów policji w całej Szwecji… Masz moją komórkę?

– Twój telefon nie przetrwał. Jeśli pamiętasz numer, możesz dzwonić z mojego.

Wyciągnęła rękę po aparat, ale szybko ją cofnęła.

– Nie, lepiej nie teraz. Kiedy wyjdę ze szpitala. Zapyta, gdzie jestem, i zwariuje do cna, gdy jej powiem, a nie mogę jej okłamać. Od razu wyczuje. To dziecko jest jak wykrywacz kłamstw. Nie chcę, żeby się zadręczała bardziej, niż to konieczne.

– Myślisz, że teraz się nie zadręcza? Rozmawiałyście prawie codziennie, a od czterech dni milczysz…

Więcej, uświadomiła sobie. Wcześniej przez dwa dni nie mogła się dodzwonić, bo byli tak daleko od wież przekaźnikowych, że jej polski telefon nie łapał zasięgu. Nie rozmawiała z Magdą prawie tydzień.

Wiedziała, że Cezary ma rację, a Magda się niepokoi. Ale wciąż pamiętała, co jej siostrzenica powiedziała krótko po pobiciu. Nadal lekko odurzona lekami przeciwbólowymi, wymamrotała, że nienawidzi szpitali, bo zabrały jej mamę.

Nie chciała budzić takich skojarzeń w i tak nazbyt aktywnej wyobraźni dziewczyny.

Cezary lekko się skrzywił. Było trochę spraw, które musieli dograć, zanim stawią się w Ustce, na progu Magdy Garstki. Przedłużające się milczenie nie wydawało się najlepszym rozwiązaniem, ale Tamara nigdy nie reagowała dobrze na naciski. Gdyby ktoś wynalazł sposób przekształcania jej siły charakteru i uporu na energię, problem odnawialnych źródeł energii przestałby istnieć. Była bardziej stabilna niż wiatr i słońce, bardziej intensywna niż fale oceanu.

I jeśli czegoś się nauczył przez ich wspólne lata, to tego, że czasami łatwiej omijać przeszkody, niż iść na czołowe zderzenie.

*

Zostawił ją dopiero, gdy zasnęła. Upierała się, że powinien odpocząć, teraz, gdy ona czuje się już znakomicie. A przynajmniej na tyle dobrze, by przy porannym obchodzie dostać zielone światło i wyjść ze szpitala.

– Nie masz nic do załatwienia, zanim wsiądziemy na prom? Spakowany i gotowy? – podjudzała.

Miała rację. Musiał się umyć, zjeść coś innego niż gotowce z kafeterii czy automatu, ogarnąć się. Od czterech dni koczował w szpitalu. Nikt mu nie powiedział słowa, ale jeszcze chwila, a pielęgniarka zaczęłaby go polewać płynem dezynfekującym.

Tym bardziej że po drugiej stronie Bałtyku czekał go prawdziwy test – czujne oko Magdy Garstki. Po trzech miesiącach wspólnej podróży wiedział, jak kluczowa będzie dla Tamary jej opinia.

Wynajął pokój w hoteliku najbliżej szpitala. Wykąpał się, przebrał w czyste ciuchy, zamówił jedzenie do pokoju. Nie czuł się na siłach wychodzić. Odpalił komputer i zdał reszcie zespołu relację z postępów Tamary w powrocie do zdrowia. Wszyscy byli przejęci wypadkiem i zamartwiali się o nią jak o członka rodziny w potrzebie. Gdyby nie twarda postawa pielęgniarki, najchętniej koczowaliby jak on, na podłodze szpitalnej sali. Cezary miał fory jako fikcyjny narzeczony. Pozostałych odesłano do domu.

Wahał się. Wprawdzie Tamara nie chciała się kontaktować z siostrzenicą do czasu opuszczenia szpitala, ale Czarek mógł sobie wyobrazić, jak przedłużające się milczenie ciotki znosi dziewczyna, która doznała w życiu tylu strat.

Po tym, jak przed laty rozstali się z Tamarą, próbował zrozumieć, co poszło nie tak. Zapisał się na terapię. I pojął, jak doświadczenie straty zmienia ludzi. Nie kontaktował się ze swoim bratem od kilku tygodni, wiedział jednak, że Daniel nie tylko to przeżyje, ale pewnie nawet nie zauważył milczenia z jego strony. Żaden z nich nie dostawał ataku paniki tylko dlatego, że abonent był czasowo niedostępny.

Nie znał numeru Magdy, ale znalezienie jej na Facebooku zajęło mu całe trzy i pół minuty. Patrzył na zdjęcie dziewczyny tak podobnej do Tamary, jakby była jej córką. Tak samo filigranowa, te same wielkie, pełne życia i humoru oczy, te same niesforne włosy kręcące się w dziwaczny sposób, jakby jeszcze minutę wcześniej plątały się na poduszce. Czuł się trochę jak stalker, kiedy kliknął na album ze zdjęciami. Uśmiechnął się, widząc je obie, Magdę i Tamarę, ciasno się obejmujące, roześmiane i odstawione, chyba podczas jakiejś imprezy rodzinnej. Może podczas tego wesela, na którym – jak wiedział – była latem, jeszcze przed wyjazdem do Islandii.

 

Wciąż się wahał. Wiedział, że mógł za to oberwać od Tamary. Ale nie chciał, by Magda się zamartwiała. Poza tym potrzebował jej pomocy w ustaleniu szczegółów przyjazdu do Ustki.

Więc kliknął w ikonkę „Napisz wiadomość”. Przedstawił się, napisał, że jest przyjacielem Tamary, wyjaśnił, że ta ma uszkodzony telefon, ale podaje jej swój numer, gdyby chciała zadzwonić, bo od rana będzie stale przebywał z nią na promie. I że w ciągu kilku dni powinni dotrzeć do Ustki. Chętnie przyjmie wskazówki, gdzie rezerwować noclegi. Jedyne zastrzeżenie – miejsce noclegowe musi mieć choć minimalne udogodnienia dla osób niepełnosprawnych.

Wcisnął enter i wysłał wiadomość, być może przypieczętowując swój los.

Patrzył teraz na tekst i zastanawiał się, czy mógł go napisać lepiej. Specjalnie nie wspomniał o wypadku i szpitalu, żeby nadmiernie nie niepokoić dziewczyny. Czy będzie się zastanawiała, czemu to on napisał, a nie Tamara? Pewnie tak. Czy w ogóle przeczyta wiadomość, która zapewne trafi do folderu „Inne”? Nie miał pojęcia. Mógł tylko czekać.

Po niecałej godzinie dostał odpowiedź: „Nie znam cię. Udowodnij, że jesteś znajomym cioci”.

Uśmiechnął się. Sprytna dziewczyna. Przejrzał galerię w komórce i wybrał jedno ze zdjęć, na którym on, Tamara i Ulf, norweski dokumentalista, siedzieli na promie z Islandii do Danii. Przesłał je Magdzie.

„Co się stało? Tylko bez ściemy, wiem, że coś jest nie tak. Co z Tamarą?”

Zawahał się. Ale skoro powiedział A, nie zamierzał się teraz wycofywać. „Mieliśmy mały wypadek. Jest w szpitalu, ale to nic poważnego. Ma nogę w gipsie. Chce, bym ją przywiózł do Ustki, kiedy tylko dostanie wypis”.

„Oczywiście, że masz ją przywieźć do Ustki!”

„Pomożesz z noclegami? Ona przez kilka tygodni będzie potrzebowała wózka i kul”.

„W Wielkiej Niedźwiedzicy zawsze jest dla niej miejsce. Dla ciebie też, jeśli ona tego chce”.

Znów się uśmiechnął. Nie znał tej dziewczyny, ale słyszał ton Tamary. Warunkowa akceptacja, nie przyzwyczajaj się. Jedno słowo Tamary i po nim. Lojalność to najwyraźniej cecha tej rodziny.

„Tamara nie wie, że do ciebie piszę. Chciała poczekać, aż wyjdzie ze szpitala”.

„Oczywiście, że chciała. Zwariowałabym do reszty, czekając choćby jeden dzień dłużej. Nic jej nie powiem”.

A po chwili:

„Chyba że wprost zapyta. Nie będę jej okłamywać. Mogę tylko powiedzieć, że doceniam to, co zrobiłeś, nawet jeśli nie uszanowałeś jej decyzji. Którą uważam za niemądrą. To wszystko, co mogę dla ciebie zrobić”.

Parsknął śmiechem. Wysłał jej ikonkę uniesionego kciuka. Zjadł kolację i położył się do łóżka. Jeśli za to oberwie, trudno. Zrobił, co uważał za słuszne.

Zasnął prawie natychmiast po przyłożeniu głowy do poduszki. Śniło mu się, że czeka na lotnisku na Tamarę. Samolot przylatuje, wysypują się z niego ludzie, ale jej nigdzie nie ma. Pasażerowie się rozchodzą i jest tylko on w pustej poczekalni, ale Tamara wciąż nie opuściła pokładu. Stewardesy zamykają drzwi i po chwili samolot odlatuje. Absurdalnie unosi się bez kołowania na pasie. A on zostaje z nosem przyciśniętym do szyby, sam.

Obudził się z mocno bijącym sercem. Nie, nie tym razem.

Nie byli już tymi samymi ludźmi. Był mądrzejszy. Miał nadzieję, że ona też.