Dziewczyna z Dzielnicy CudówTekst

Z serii: Nikita #1
Książka nie jest dostępna w twoim regionie
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zgarnęłam opakowane w papierową torbę pudło z kwiatami i modliszkami i skierowałam się do Zamku Karmy. Nieco okrężną drogą, by rzucić okiem na mój dom. Chciałam się upewnić, czy wciąż stoi, czy kręgi działają, czy idiota odpuścił, czy wciąż czeka na ślad życia – ot, podstawowe kwestie bezpieczeństwa.

Poranny ruch na ulicach Warsa jest całkiem inny niż w realnym mieście. Może dlatego, że mało który z mieszkańców miasta alternatywnego śpieszył się do pracy na ósmą czy dziewiątą. Miasto zasypiało nad ranem i teraz przewracało się raczej na drugi boczek, niż wylegało na ulice.

Witryny sklepów i barów, gdy spoglądało się na nie przez opuszczane metalowe żaluzje, sprawiały wrażenie smętnych i niezbyt gościnnych. Pojedyncze samochody zastawiające krawężniki wyglądały jak eksponaty z planu zdjęciowego Mad Maxa. Było za wcześnie nawet na gazeciarzy. A jednak naprzeciwko Kna Świt, czyli miejscówki Karmy, zobaczyłam niezupełnie przypadkowego przechodnia. Na miłość bogów, przyjechał na rowerze! Czy ten ciołek naprawdę miał życzenie śmierci, czy był takim chojrakiem, że miał głęboko w czterech literach to, jak kształtuje się jego wizerunek w oczach konkurencji? I jak, do kurwy nędzy, tu trafił? Miałam go serdecznie dosyć, zresztą tak jak wszystkich tych pytań, na które chciałam wreszcie mieć odpowiedź. Zaszłam mu drogę i oparłam podkuty but o jego przednie koło, przytrzymując rower w miejscu.

– Co ty tu, kurwa, robisz? – zapytałam.

– Szukałem cię! – powiedział.

Uśmiechnął się tak szczerze i radośnie, że po prostu mu przywaliłam. Odruch bezwarunkowy, nic na to nie poradzę. Zanim się otrząsnął, poprawiłam, tak że osunął się po ścianie. Odepchnęłam jego dwukołowiec i złapałam go, nim grzmotnął o chodnik. Nie z troski, ale dlatego, że dźwignięcie go z ziemi byłoby bardziej niewygodne. Przykucnęłam, by przerzucić go sobie przez ramię. Był w cholerę cięższy, niż mogłam się spodziewać, i za długi, by dało się go nieść komfortowo. Poprawiłam chwyt, gdy zaczął mi się zsuwać z barku, i przeszłam przez ulicę, prosto do bocznego wejścia do budynku Kna Świt. Opierając ciało Robina o ścianę i asekurując kolanem pudło, które próbowałam utrzymać pod pachą, sięgnęłam do guziczka domofonu. Słuchając przeciągłego dźwięku komunikatora, pomyślałam, że jestem jak dostosowana do Warsa wersja Matki Polki – matka Polka zabójczyni. Zamiast siaty z zakupami – zabezpieczone dowody, zamiast wrzeszczącego trzylatka – nieprzytomny facet przerzucony przez ramię. Oto ja, ikona Warsa, patronka Zakonu Cieni, kto użali się nad moim losem i kręgosłupem? Domofon zaskrzeczał.

– Czego? – powitało mnie przyjazne burknięcie Karmy.

O to, że nie spała, byłam spokojna – nie miała tego w zwyczaju. Jej mało uprzejma osobowość stanowiła moim zdaniem wynik syndromu żołnierzy Napoleona. Gdy przeprowadzano na nich doświadczenia, już po kilku bezsennych nocach popadali w depresję, a potem płynnie poddawali się agresji. Karma ten etap przedłużyła o kilka lat. I któregoś dnia po prostu zacznie zabijać. Nie widzę innej możliwości.

– Potrzebuję wejścia do schronu i dokładnego sprawdzenia obiektu – powiedziałam.

– Masz go tam?

– Nie inaczej.

– Podjedź do rampy – mruknęła i słowo daję, słyszałam cień uśmiechu w jej tonie.

Łatwiej powiedzieć niż zrobić, pomyślałam, ale dzielnie poszłam na tyły budynku, gdzie mieściła się rampa rozładunkowa z czasów, kiedy filmy były wielkimi rolkami celuloidu w metalowych puszkach i przewiezienie kilku wymagało wózka. Rampa łagodnym kątem zbiegała w dół, do piwnicy, której wzmocnione stalą ściany przemieniły ją w solidny schron. Ilia już na mnie czekał i przytrzymał skrzydło stalowych drzwi. Robin zaczął się poruszać, zapewne odzyskując przytomność, więc uderzyłam go jeszcze raz, tym razem w potylicę. Prawie zsunął mi się z ramienia, równie poręczny jak skrzyżowanie worka kartofli i zrolowanego dywanu z trupem w środku.

– Pomożesz mi z nim czy będziesz się przyglądał? – zapytałam Ilię, który po prostu stał z boku.

– Tak jak ty mi pomogłaś z wykładziną? – odgryzł się niewinnie, ale zwinnie przejął nieprzytomny ładunek z mojego uścisku. – Gdzie go chcesz?

– Schron.

– Zalazł ci za skórę? – prychnął.

– Znalazłam go obserwującego waszą siedzibę. Nigdy go tu nie przyprowadziłam.

– Możemy go po prostu zabić – zaproponował szczerze.

– Możemy, ale później, najpierw musi nam wyśpiewać kilka rzeczy.

– Przynieść instrumenty dentystyczne? – Słowo daję, brzmiał tak, jakby je miał.

– Potraktujmy je jako ostateczność – odparłam.

Wiertło do borowania i dźwięki, jakie wydawało, to coś barbarzyńskiego nawet dla mnie. Jeśli ten szczery uśmieszek idioty z krainy wypełnionej kucykami i tęczą nie był ściemą, to namówienie Robina do współpracy mogło nie być takie trudne. A jeśli był, cóż, dobrze wiedzieć, że mieliśmy wiertła pod ręką.

* * *

Czułam, że odzyskał przytomność, ale nie drgnął – nie próbował się szarpać na krześle, do którego został przywiązany, nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Po prostu patrzył się na moje plecy i czułam to spojrzenie niemal fizycznie.

Opróżniłam jego torbę i przeglądałam ułożone na stole przedmioty. Żadnej komórki, pistoletów czy elektroniki. Kilka noży, kusza, apteczka, czekolada, krzesiwo, pęk kluczy, ciasno zwinięty pakiecik z zapasową bielizną i drugi z przeciwdeszczową peleryną z cienkiej folii, bidon ze stali nierdzewnej… Gdyby nie kusza, pomyślałabym, że torba należy do harcerza. Choć w sumie spora część wyposażenia pokrywała się z tym, co sama nosiłam w torbie.

Odchrząknął za moimi plecami, jakby uprzejmie zwracał mi uwagę na to, że już nie śpi, a ja naruszam jego prywatność, grzebiąc w jego rzeczach, co jest dla niego nieco krępujące – w końcu właśnie miałam w rękach jego bieliznę. Odwróciłam się, spodziewając się wściekłej miny i gróźb, których w obecnej sytuacji nie zdołałby wprowadzić w życie – ze związanymi rękami i nogami, w schronie o ścianach dość mocnych, by przetrwały bombardowanie.

– To nie było konieczne – powiedział spokojnie.

– Co dokładnie? – Chciałam się upewnić.

– Wszystko od mojego powitania do teraz. Mogłaś po prostu powiedzieć, że chcesz porozmawiać, i poszedłbym tu za tobą, nie musiałabyś mnie nosić.

Patrzyłam na niego, szukając jakichś oznak sarkazmu. Nic.

– Myślę, że masz kłopoty z zaufaniem – dodał.

– No nie mów – skwitowałam.

Ilia zabrał na górę pudło z kwiaciarni i zapewnił, że w ciągu dwóch godzin trafi ono do laboratorium. Nie robił mi wielkich nadziei na to, że coś znajdziemy. „To nie CSI. Nawet jeśli będzie tam mnóstwo śladów DNA i odcisków palców, przypomnij mi, czy mam je porównać z bazą danych tajnych zamachowców, czy poszperać w bazie danych tych, którzy chętnie widzieliby Modliszkę martwą?” Miał Rację. Na początek musiało mi wystarczyć porównanie potencjalnych śladów z odciskami palców Robina i jego DNA, które Ilia od razu pobrał, wyrywając mu kilka włosów z cebulkami. Wyniki przyjdą nie wcześniej niż za kilka dni. Choć zapłaciłam za opcję ekspresową, sekwencjonowanie DNA trwa – tylko w serialach wyrabiają się między jedną a drugą przerwą reklamową.

Zostałam z Robinem sama, miałam wezwać Ilię, gdybym potrzebowała wsparcia czy narzędzi dentystycznych. Wybrałam pomieszczenie, w którym nie było za wiele sprzętów – ot, stół, krzesło i wąska metalowa wojskowa prycza pod ścianą. Przesunęłam ją po betonowej podłodze, tak że mogłam teraz usiąść naprzeciwko Robina.

– Sugerujesz, że odpowiesz mi na każde pytanie, jakie ci zadam? I powiesz mi prawdę? – zapytałam.

– Jasne. Mamy być partnerami. Musimy zbudować platformę porozumienia i zaufania – odparł tym tonem, który budził natychmiastowe skojarzenia.

– Jak długo trwała twoja terapia psychiatryczna?

– Trzy miesiące.

– Szybko nasiąkasz żargonem.

– Adaptuję się.

To było dziwaczne, ale brzmiał wiarygodnie i wydawał się naprawdę mieć na myśli to, co mówił.

– Rozwiążesz mnie? – zapytał.

– Jeszcze nie. Zobaczymy, jak potoczy się dzień.

Przytaknął, jakby godził się z tym, na co nie miał wpływu.

– Od jak dawna jesteś w Zakonie? – zapytałam.

– Od zawsze – odpowiedział, a widząc moje zwątpienie, dodał: – Naprawdę, wychowałem się tam. Podrzucono mnie na próg siedziby Zakonu, kiedy byłem niemowlakiem.

– I tak po prostu cię wzięli na wychowanie?

– Matka Przełożona uznała, że to dobry pomysł.

Dałabym mu gdzieś między dwadzieścia osiem a trzydzieści pięć lat. To nie mogła być moja matka, bo należała do Zakonu od dwudziestu lat, a Matką Przełożoną była od sześciu. Z tego, co wiem, pierwszą w Polsce kobietą na tym stanowisku. Co nie wykluczało wersji Robina.

– Gdzie to było?

– W Watykanie.

Odchrząknęłam zaskoczona. To mogło wiele wyjaśniać. Kiedyś w Watykanie mieściła się siedziba główna, w czasach, kiedy Zakon podlegał wciąż Kościołowi katolickiemu. Dominikanie byli psami Chrystusa w realnym świecie. Zakon – cieniem Watykanu w świecie nadprzyrodzonych. Jakieś sto lat temu postanowił się odłączyć od struktur kościelnych z powodu różnic nie do pogodzenia. Miał dość mocną pozycję, by móc to zrobić, nie tracąc dóbr materialnych. Nie wiem, komu i czym zagroził, ale oficjalnie stał się instytucją prywatną. „Oficjalnie” to tylko figura retoryczna, bo istnienie Zakonu stanowiło jedną z najgłębiej skrywanych tajemnic Kościoła katolickiego. Wierni nie byli gotowi na wiedzę o alternatywnych światach, rasach nadprzyrodzonych czy magii. Jeszcze mniej byli, zdaniem Kościoła, gotowi na wiedzę o tym, że wszyscy czczeni przez ludzkość bogowie istnieją i w większości mają się świetnie, a Jezus Chrystus jest jednym z wielu potencjalnych wybawicieli. Po rozdzieleniu obu instytucji siedziba w Watykanie straciła pozycję bazy głównej, choć nadal należała do Zakonu i mieściły się tam archiwa oraz coś w rodzaju Sanktuarium. Jeśli to tam podrzucono niemowlę, istniały spore szanse, że znajdzie je bibliotekarka czy uzdrowicielka, a nie morderca.

 

– Czemu za mną łazisz? – zapytałam.

– Mamy być partnerami.

– Czyj to był pomysł?

– Matki Przełożonej. To dla mnie naprawdę ważne. – Skrzywił się. – Rozumiem, że dla ciebie nie jest to dobre rozwiązanie… Czy chodzi o mnie? Czy twój problem z brakiem zaufania?

– Pracuję sama.

– Też tego chcę. Właśnie dlatego muszę pracować z tobą, bym mógł pracować sam.

– Wyjaśnij mi to, bo się zgubiłam.

– Jeśli popracuję z tobą pół roku, po tym czasie będę mógł działać solo. Matka mi to obiecała.

– Powiedz mi, chłopcze, czy ostatnio bardzo ją wkurzyłeś?

Spojrzał na mnie, nie rozumiejąc.

– Oczywiście, że nie. Dopiero tu przyjechałem.

– Miałeś jakiś wybór czy dała ci od razu przydział do mnie?

– Od razu. Czemu pytasz?

– Bo cię nie lubi albo chce się ciebie pozbyć. – Wyglądał na zszokowanego, więc wyjaśniłam: – Od dwóch lat podtykają mi partnerów, a ja od dwóch lat pozbywam się ich bardziej lub mniej po dobroci. Kilku nie żyje, bo, choć oficjalnie mieli ze mną współpracować, po cichu chcieli się mnie pozbyć. Matka o tym wiedziała. A jednak, informując mnie o przydziale, zrobiła wszystko, co mogła, by mnie wkurzyć, a tym samym doprowadzić do tego, że cię zabiję. Czy ostrzegła cię przede mną w jakikolwiek sposób? Raczej nie. Miałeś kamizelkę kuloodporną, ale to za mało, by uznać, że zabezpieczyła twoje życie. Zna mnie i wie, że bywam kreatywna. Nie zrobiła nic, by cię ochronić. Za to zrobiła mi awanturę i wcisnęła w ręce twoją teczkę z całkowicie fałszywym biogramem, szytym tak grubymi nićmi, że za obraźliwe uznaję to, jak nisko ceni moją inteligencję. Chciała, bym cię zabiła. I pozbyłaby się nas obojga, bo przy okazji mi zagroziła, że jeśli cię zabiję, jestem następna do odstrzału. Piękny plan. Pewnie się teraz zastanawia, dlaczego jeszcze żyjesz.

Bogowie, miał minę chłopca, który dowiedział się, że Święty Mikołaj nie istnieje. Nauczyłam się rozpoznawać kłamców. Nie był jednym z nich. Irena cisnęła mi na pożarcie szczeniaka wychowanego przez bibliotekarkę.

– Co robiłeś wcześniej?

Zmarszczył brwi, jak gdyby próbował sobie przypomnieć. Nagle jego czoło wygładziło się, jakby jego myśli odpłynęły w zupełnie inne rejony i wszystko było już w porządku.

– Pamiętasz cokolwiek sprzed przyjazdu tutaj? Jakieś akcje? Ludzi? – drążyłam.

– Oczywiście… – Znów się zmarszczył i przez chwilę wyglądał na nieco spanikowanego, ale spokój ponownie wypłynął na jego twarz.

Zaklęłam. Widziałam już coś takiego. To nie automat. Został wyczyszczony. Dlatego sfabrykowała jego teczkę. Cokolwiek robił wcześniej, było zbyt ważne, by pozwoliła mu o tym pamiętać.

– Zabijesz mnie? – zapytał cicho.

Milczałam. Cholera. Miałam mętlik w głowie. Intuicja podpowiadała mi, że nie powinnam tego robić. Aleks zawsze mówił, że nie mogę przejść przez życie, nie ufając nikomu, i że muszę dokonywać wyborów. Gdybym musiała wybrać, czy uwierzyć Robinowi, czy Irenie, nie miałabym wątpliwości, które z nich jest kłamliwą żmiją. I zastanawiałam się, czy wysłała mi go na pożarcie tylko dlatego, że chciała się mnie pozbyć, czy równie mocno zależało jej na pozbyciu się Robina. Jeśli był niewygodny dla niej, zaczynał być interesujący dla mnie.

– Nie zabiję cię. Przynajmniej dopóki ty nie będziesz próbował zabić mnie – dodałam, bo szczerość była ważna, jeśli mieliśmy dojść do porozumienia. – Jak znalazłeś to miejsce?

– Kino? – zapytał. Gdy przytaknęłam, odpowiedział: – Szukałem cię, złapałem twój trop…

– Nie zostawiłam żadnych śladów. – Byłam tego pewna.

– Fizycznie nie, ale potrafię znaleźć ślady ducha. Nie zawsze i nie każdego, ale ty masz wyraźną sygnaturę.

Słyszałam o ludziach, którzy mieli taki dar. Nazywano ich tropicielami. Byli cholernie rzadcy. Niektórzy, dotykając przedmiotu, poznawali całą jego historię, inni, jak on, widzieli strzępy aury, które za sobą zostawiamy, energetyczne odciski palców w przestrzeni. Ciekawe. Mimo tak rzadkiej umiejętności Irena spisała go na straty?

– Matka o tym wie?

Wzruszył ramionami.

– To nie jest coś, czym się przechwalam. Moja opiekunka radziła, by trzymać tę informację z daleka od papierów. Dar nie zawsze działa, nie chcę przyzwyczajać zwierzchników do oczekiwania rezultatów.

To brzmiało logicznie. Skończyłby jako pies gończy.

– Czy to ty nasłałeś na mnie wilkołaka? Czy przysłałeś mi kwiaty?

– Nie i nie. A powinienem? No wiesz, kwiaty? W sumie zaczynamy razem pracować…

– Nie, żadnych kwiatów.

Uwierzyłam mu. I byłam o krok bliżej, by zgodzić się na to, by został moim partnerem. W porównaniu z Cieniami nie był taki najgorszy. Miałam przekrój, to mój piętnasty partner zaproponowanym mi przez ostatnie dwa lata.

– Czy ja też mogę o coś zapytać?

– Wygląda na to, że właśnie to zrobiłeś. Pytaj – zachęciłam, bo jego pytanie mogło mi powiedzieć więcej o nim niż jemu moja odpowiedź o mnie.

– Czy to prawda, że zabiłaś cały swój zespół? – zapytał.

– Nie zabiłam ich. Ale nie żyją. Nie chcę o tym mówić. Nigdy.

Przytaknął, godząc się na warunek, i chyba zyskał u mnie kolejny punkcik.

– Czemu nie masz broni palnej? – zapytałam, bo to faktycznie zwróciło moją uwagę, kiedy obszukałam go i sprawdziłam jego torbę.

– Nie działa.

Uniosłam brew.

– W moich rękach nie działa. Pociski nie trafiają celu, za to chętnie wybuchają w komorze czy rozsadzają lufę. Ale z łuku albo kuszy trafiam jak snajper, choć niestety na mniejszą odległość.

– Z elektroniką masz podobnie?

Przytaknął.

Ciekawe.

– Rozwiążesz mnie teraz? – zapytał spokojnie.

– Jeszcze chwila…

Zawołałam Ilię. Nie po to, by przeprowadził Robinowi przegląd dentystyczny, ale by sprawdził go dokładnie skanerem. Może Irena do biletu śmierci dorzuciła pluskwę. Ściany schronu nie przepuszczą sygnału, o to byłam spokojna, ale jeśli miał się pałętać w okolicy, nie chciałam, by Matka mogła go namierzać. Ilia miał bezwzględną niechęć wypisaną na twarzy. Może wciąż uważał, że zabicie Robina było najrozsądniejszym rozwiązaniem.

Wkroczył do pomieszczenia, starając się sprawiać wrażenie groźnego, jednak Robin nie wydawał się przestraszony. Z zaciekawieniem spoglądał na niesione przez mężczyznę urządzenie, wyglądające jak skrzyżowanie licznika Geigera z wykrywaczem metalu używanym na lotniskach.

Ilia postawił pomarańczową skrzyneczkę z licznikami i zaczął skanować Robina, rozpoczynając od jego nóg. Maszyna niemal natychmiast zaczęła wydawać z siebie szereg pisków, gwizdów i szumów. Wskazówki na licznikach magicznych wychylały się daleko poza skalę. Robin odchrząknął.

– To się czasem zdarza. Jestem nieco zdenerwowany – powiedział.

Przyznaję, byłam o włos od wybuchnięcia śmiechem. Facet siedzi związany w nieznanym mu miejscu, pilnowany przez kobietę o takiej a nie innej reputacji, kamienowany morderczymi spojrzeniami Ilii, i stwierdza, że jest nieco zdenerwowany. Przymknął powieki i odetchnął głęboko. I jeszcze raz. Chwilę wcześniej spostrzegłam cień napięcia w jego ciele, choć wydawał się absurdalnie wyluzowany. Ale teraz w ułamku chwili zmienił się w oazę spokoju. Widziałam, jak relaksują się nawet mięśnie jego twarzy, jak rozluźniają się mimiczne zmarszczki koło oczu i ust. Wciąż skrępowany, ręce miał za plecami, a kostki przywiązane do nóg krzesła, sprawiał wrażenie, jakby było mu tu całkiem wygodnie. To było imponujące i cholernie chciałabym się czegoś takiego nauczyć!

Urządzenie Ilii przestało wyć i gwizdać, szumiało sobie cicho, a strzałki wychylały się dość mocno, ale nie odbijały się już od końca skali, jak w tańcu świętego Wita. Ciekawe. Gdy Ilia przejechał czujnikiem po plecach Robina, znów rozległ się alarm, ale tym razem nie był związany z magią.

– Pluskwa – powiedział, spoglądając z niechęcią na więźnia, który, to oczywiste, własnoręcznie wszczepił sobie nadajnik pod łopatkę.

Ilia kontynuował skanowanie, aż dotarł do głowy i przy twarzy znów zabrzęczał alarm.

– Jeśli chcesz go gdziekolwiek zabierać, ten zestaw dentystyczny się przyda – oświadczył, zwijając kable urządzenia. Wyszedł, nie zamykając za sobą drzwi.

Robin, pierwszy raz, odkąd trafił w niewolę, wzdrygnął się. Nie wiedziałam, czy zaskoczyły go pluskwy, czy wzmianka o interwencji dentystycznej.

Ilia wrócił z bardziej precyzyjnym urządzeniem, przypominającym te, którymi szuka się elektrycznych kabli w murach – skórzanym pokrowcem z narzędziami.

– To naprawdę konieczne? – zapytał spokojnie Robin.

– Jeśli chcesz biegać z chipem jak posłuszny szczeniak czy krowa, nie mam z tym problemów, o ile będziesz się trzymał tak daleko ode mnie, jak to możliwe. Nie chcę, by ktokolwiek mógł mnie śledzić – oświadczyłam.

– Masz coś do ukrycia przed Matką? – zapytał, przechylając głowę.

– Całe mnóstwo rzeczy. Twój wybór.

Skinął z pewnym ociąganiem. Nie dziwiłam mu się. Wolałabym walkę na ringu z trollem górskim niż wyrywanie zęba. Ilia nie wyglądał na przejętego czy troskliwego dentystę. Zacisnął dłoń na żuchwie Robina i zmusił go do otwarcia ust. Przyświecając sobie latarką, oglądał dokładnie szczękę.

– Lewa siódemka. Implant – oświadczył. – Wyrywając, rozwalę kość, muszę to wykręcić.

Rozwinął skórzany pokrowiec. Obok skalpeli, cęgów i dłutek leżały piła do amputacji kończyn, wziernik laryngologiczny z lusterkiem, rzemienna opaska uciskowa i szklana strzykawka z igłami wielorazowego użytku. Całość sprawiała wrażenie starych, może nawet dziewiętnastowiecznych, i dość cennych. Nigdy wcześniej nie widziałam tego zestawu – możliwe, że nasze relacje nie były od początku tak napięte, jak sądziłam. Nie bawił się w dezynfekcję narzędzi, po prostu wsadził cęgi o zaokrąglonych brzegach w usta Robina i zaczął nimi manipulować, przeklinając po cichu. Robin jęknął kilka razy, a po skroni spływały mu kropelki potu, ale nie krzyknął, a gdy Ilia wreszcie wyciągnął implant z jego szczęki, nie nazwał go rzeźnikiem, choć nie byłoby to określenie na wyrost.

– Popatrz. – Ilia podsunął mi pod nos obcęgi z zębem.

Implant nie był z tytanu czy stali chirurgicznej, czego można byłoby się spodziewać. Korona zęba wyglądała na kość słoniową, niezwykle gładka powierzchnia nie nosiła śladów zużycia. Zamiast korzeni ząb posiadał złotą śrubę z bardzo precyzyjnym gwintem, niełatwym do wyżłobienia w miękkim metalu. Ilia schwycił delikatnie ząb i odkręcił go od śruby. W wydrążonej koronie spoczywał nadajnik, ale zupełnie nie taki, jak się spodziewałam. Okruch czarnej skały, może meteorytu, skoro dawał tak silny odczyt na czujniku, nie miał w sobie nic elektronicznego. Wyglądał na stworzony na długo przed epoką elektroniki. I bez wątpienia był stary i magiczny.

Na pewno Matka nie marnowałaby funduszy tylko po to, by zapewnić Robinowi estetykę dentystyczną. Mając do dyspozycji zdobycze techniki, takie jak nadajniki GPS, nie bawiłaby się w zaklęcia.

– Ktoś nie chciał cię spuścić z oka – powiedziałam cicho.

Robin wyglądał na wstrząśniętego. Spoglądał na implant i niemal widziałam, jak trybiki w jego mózgu obracają się niczym karuzela naspeedowanego chomiczka. Ilia odłożył obcęgi na stół, owinął ząb chusteczką higieniczną i oświadczył:

– Zajmij się tym na plecach, a ja sprawdzę ten.

Wyszedł i po chwili usłyszałam łomot windy w szybie.

Rozwiązałam Robinowi ręce i poprosiłam, by zdjął koszulkę i sweter. Ociągał się z tym nieco, zaczerwieniony na twarzy, spodziewałam się więc zobaczyć jakieś straszne blizny albo pijacki tatuaż z postaciami z kreskówek, ale nic z tego. Normalna, nieźle umięśniona i owłosiona klatka piersiowa.

– Pochyl się – poprosiłam.

Dokładnie namierzyłam nadajnik pod łopatką, by nie robić za dużego nacięcia. Skalpelem z kompletu Ilii nacięłam skórę i pęsetą wyciągnęłam urządzenie wielkości ziarenka soczewicy. Całkowicie nowoczesne, elektroniczne i przewidywalne. Z apteczki Robina wyjęłam mały plaster i zakleiłam rankę. Już właściwie nie krwawiła. Robin nie powiedział w czasie zabiegu ani słowa, nawet nie syknął ani nie jęknął.

– Po co mi je wszczepiła? – zapytał, nie rozumiejąc.

– Bo jest wścibską babą – odparłam. – W twoim przypadku i tak była miła, bo wybrała plecy. Ja musiałam sobie wydłubywać nadajnik z pachwiny. Do dziś mam bliznę.

– A ząb? – dopytywał.

– Dowiemy się.

Schylił się i rozplątał więzy wokół kostek. Wstał i się przeciągnął, jakby zdrętwiał mu każdy mięsień, i szybko założył z powrotem wyblakły od prania T-shirt i cienki czarny sweter wypchany na łokciach.

Nie wyglądał jak jeden z Cieni. Wyglądał jak nauczyciel sztuk pięknych w dobrym liceum. Z tą brodą, długimi włosami i spojrzeniem labradora – szczerym i przyjaznym – wodziłby serca uczennic na pokuszenie, rozmawiając z nimi o boskich proporcjach na przykładzie Dawida Michała Anioła, a one fantazjowałyby o nim, oglądając marmurowe mięśnie na posągu.

 

– Możemy uznać ten etap za skończony? – zapytał z lekkim rozdrażnieniem. – Jestem cholernie głodny. Czy tu w ogóle można zjeść coś dobrego? W Warsie, znaczy. W ciągu ostatnich dwóch tygodni jadłem najgorsze kebaby i hot dogi w życiu. O pizzy nie chcę pamiętać. A serwowane w zakonnej kantynie szare breje nawet nie zasłużyły na własną nazwę. Wychodzenie do realnego miasta na każdy posiłek jest takie uciążliwe!

– Próbowałeś w Dzielnicy Cudów?

Pokręcił głową.

– Nie znam, to jakiś lokal?

– Nie. To dzielnica, dosłownie. Najpiękniejsze i najbrzydsze, co Wars ma do zaoferowania. Osobiście uwielbiam. I można tam dobrze zjeść.

– Prowadź. Ja stawiam – rzucił odważnie. Nie widział, biedak, ile potrafię zjeść.

Uśmiechnął się szeroko, jakbym przed chwilą nie trzymała go przywiązanego do krzesła, nie ogłuszyła go, nie przepytywała, nie rozcinała mu skóry, a Ilia nie groził śmiercią. Albo ten facet miał pamięć złotej rybki i już mu to wszystko wyleciało z głowy, albo naprawdę wziął sobie do serca przypowieści o wybaczaniu bliźnim. Mógł też próbować mnie zmylić i przy pierwszej okazji wbić mi nóż w plecy…

Nie rozumiałam tego, ale jakaś część mnie cholernie chciała mu zaufać. Jakbym mogła sobie pozwolić na taki luksus. Ta sama część mnie pragnęła, by był on dokładnie taki, jak się wydaje – uczciwy, niedzisiejszy, w jakimś stopniu – sama nie wiem – honorowy? Cała reszta mnie wyzywała ten kawałek od naiwniaczek i idiotek, ale bardzo, bardzo cichutko, jakby miała nadzieję, że się myli.

Patrząc, jak Robin sprawnie pakuje wszystkie swoje rzeczy do sakwy z zamszu tak zużytego, że aż jedwabistego w dotyku, pomyślałam, że Aleks zawsze uprzedzał mnie, że do tego dojdzie. Kiedyś zwariuję i moje wewnętrzne głosy zaczną się kłócić. I może właśnie nadszedł ten moment. A może po prostu powinnam przestać to analizować i dać facetowi szansę, by się przekonać, która część mnie miała rację.

Nawet na chwilę nie zamierzałam się rozstawać z Inkwizycją, więc jeśli okazałby się gadem, po prostu go zastrzelę.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?