Dziewczyna z Dzielnicy CudówTekst

Z serii: Nikita #1
Książka nie jest dostępna w twoim regionie
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Byłam już za kurtyną, na chybotliwych schodkach, kiedy z cienia wyłonił się wykidajło i oświadczył, że zamówiono prywatny taniec. Nie wiedziałam, czy zrobił to Han, czy którykolwiek z gości, ale nie mogłam się dopytywać, bo wzbudziłabym podejrzenia.

Przeszliśmy przez drzwi ukryte za kotarą do bardziej prywatnej części Czerwonej Latarni. Tej, z której słynęła i od której wzięła nazwę. Wzdłuż korytarza biegł rząd ośmiu drzwi. Przy każdych wisiała latarenka z abażurem z bibuły w kolorze porto, ze złotymi frędzlami przy dolnej krawędzi. Zapalona żarówka oznaczała, że pokój jest zajęty. Osiem czerwonych latarni rozjarzało dyskretnie ciemnawy korytarzyk. Wykidajło podprowadził mnie do drzwi oznaczonych trójką, uchylił je i poczekał przed progiem, by je za mną zamknąć. W środku było ciemnawo, za całe światło robiła kolejna czerwona latarnia wisząca tuż przy drzwiach. Wciąż nie wiedziałam, czy za moją obecność tu płacił Han, czy ktoś zupełnie inny.

– Jesteś nieśmiały? Nie chcesz, bym widziała, czy ci się podobam? – zapytałam moim najbardziej zmysłowym szeptem.

Mam wśród znajomych kilka profesjonalistek i uznały za zabawne nauczyć mnie kilku sztuczek. Ten ton i palce błądzące po krawędzi stanika zwykle powodowały odpływ krwi z mózgu. Usłyszałam kliknięcie pilota i po chwili kinkiety na ścianach rozbłysły światłem. Bingo.

– Masz jakieś specjalne życzenia? – spytałam. – Czy chcesz, bym się o ciebie troszkę poocierała? – Westchnęłam głęboko.

Potrzebowałam zbliżyć się do niego wystarczająco, by mu podać kołysankę i wszczepić nadajnik.

– Chodź tu – powiedział i znów sięgnął po pilota. Z głośników popłynęła dziwaczna, ludowa pieśń chińska czy japońska z piskliwym wokalem. – Tańcz – dodał.

Cóż, melodyjne to było jak odgłos dojenia krów, ale nie mogłam pozwolić, by kwestie estetyczne stanęły mi na drodze do wykonania zadania. Spełniłam więc jego życzenie.

– Bliżej – rozkazał, gdy byłam już na wyciągnięcie rąk.

– Tu możemy tylko tańczyć, ale nic nie stoi na przeszkodzie, byśmy się przenieśli w jeszcze milsze miejsce – powiedziałam cicho.

– Tyle mi od ciebie wystarczy – oświadczył z lekką pogardą. Miły człowiek, naprawdę.


Przesunęłam się o pół kroku, a on nagle schwycił mnie za nadgarstek i przyciągnął, by posadzić mnie sobie na kolanach. W ułamku sekundy wykorzystałam to przeciwko niemu. W jakimś filmie zobaczyłam gadżet, który natychmiast zapragnęłam zdobyć: pierścień z wysuwanym ostrzem. Był idealny na takie sytuacje jak ta – gdy musiałam mieć na sobie za mało ciuchów, by dało się gdzieś ukryć strzykawkę. Oplotłam mu szyję ramieniem i cicho jęknęłam, tak by nie usłyszał dźwięku wysuwanej igły. Nie zdążył na dobre poczuć ukłucia – neurotoksyna działała błyskawicznie i bez większych skutków ubocznych. Ocknie się za pół godziny z lekkim bólem głowy i bez wspomnień dotyczących tych kilku sekund mojego tańca do dźwięków molestowanych kóz. Jego głowa osunęła się ciężko do tyłu. Wstałam mu z kolan i zza stanika wydobyłam pudełeczko z nadajnikiem. Rozpięłam guzik koszulki polo, by odwinąć nieco kołnierzyk i odsłonić kark. Przyczepiłam pluskwę mniejszą niż dwugroszówka dwa centymetry za linią włosów i zamaskowałam jej obecność zaklęciem dołączonym do zestawu. Zapięłam guzik, poprawiłam mu ubranie i ułożyłam go wygodnie na oparciu fotela. Pilotem wyłączyłam boczne światła i nasłuchując, odczekałam jeszcze pięć minut. Słyszałam kroki i oddech wykidajły na korytarzu, więc wyszłam, dokładnie zamykając za sobą drzwi, ze zwieszoną głową i markotną miną.

– Co tam, mała? – zapytał życzliwie.

– On chce jeszcze jedną dziewczynę. Ale z tych regularnych. Za dziesięć minut.

– Nieco przecenia swoją regenerację, nie? – Mrugnął do mnie porozumiewawczo. – Gdy Sai zejdzie ze sceny, to mu ją przyprowadzę.

Kiwnęłam głową i wyszłam. Mijając garderobę dziewczyn, zajrzałam do środka i powiedziałam:

– Powiedzcie Madame, że te pięć stów za prywatny pokaz też jest do podziału na was.

– Możesz wpadać częściej – oświadczyła królowa ula z leniwym uśmiechem – nie zaniżasz przesadnie poziomu.

Zasalutowałam, zbliżając dłoń do mojej czarnej, równiutkiej jak od linijki grzywki. Za kwadrans nie będzie po niej śladu. Wysłałam esemes do Karmy: „Nadajnik na miejscu”. Nie planowałyśmy go włączać od razu, na wypadek gdyby pan Han pamiętał zbyt wiele i kazał się sprawdzić czytnikiem biomagicznym. Pluskwa była mieszaniną magii i technologii, jak wszystko, co wychodziło spod rąk Karmy, więc zwykłe czujniki nie powinny jej wykryć, ale wolałyśmy nie ryzykować. Za dobę, może dwie, Karma włączy ją zdalnie i dane zaczną spływać na jej serwer. Za pozyskanie ich zapłacił nam konkurent pana Hana na rynku handlu przedmiotami sakralnymi z odległych azjatyckich krain.

Ze stukotem obcasów przemierzyłam parking nieniepokojona przez nikogo. Wyjęłam z sakwy płaszcz i wciągnęłam na spocone ciało. Zaczynało mi brakować energii. Gdy oddaliłam się o kilkaset metrów, pozwoliłam, by kamuflaż rozpłynął się we mgle, i znów byłam sobą. Wściekle głodną sobą, ale jak by powiedział Aleks – gdzie tu nowina? Do nory w świątyni miałam jakieś dwadzieścia minut szybkiej jazdy. Za pół godziny się najem.

Nagle na jezdnię wyskoczył czarny kształt, szarpnęłam kierownicą, próbując uniknąć zderzenia. Tyle że kształt wcale nie chciał go uniknąć. Poczułam uderzenie w bok i gwałtowne szarpnięcie, gdy w moje żebra wbiło się coś ostrego. Pazury. I więcej siły, niż miałby jakikolwiek człowiek, jakby samo śmierdzące wilgocią futro nie było wystarczającą wskazówką.

Puściłam kierownicę i silnik prawie natychmiast zgasł. Bezpieczeństwo ponad wszystko. Mimo to z zawrotną prędkością zbliżaliśmy się do betonowego ogrodzenia jednej z posesji. Z uchwytu pod bakiem wyciągnęłam Inkwizycję i oddałam sześć strzałów w korpus napastnika, ale nie wydawał się tym wzruszony. W pobliżu nie było żadnej latarni, ale widziałam dość dobrze, by zrozumieć, z czym mam do czynienia, i mimo obecności wszczepu poczuć uderzenie adrenaliny. To jedna z tych sytuacji, kiedy mogłam dopuścić do przełomu i walczyć z atakującym jak równa z równym. Wolałam tego uniknąć – przemiana w tak ciasnych skórzanych szortach bolałaby jak jasna cholera, nie mówiąc już o innych jej urokach. Poczułam, że mój bark zderza się z murem, a tył głowy uderza o twardą powierzchnię. Podciągnęłam nogę i wbiłam cienki obcas kozaka w brzuch wilkołaka, który w całym swoim włochatym koszmarze szczerzył na mnie zęby, ale wciąż mnie nie ugryzł. Poharatał mi żebra, poobijał, ale zębiska trzymał z dala od mojego ciała. I miałam całkiem niezłe wyobrażenie o tym, co właśnie się działo. Prędzej dam się zabić, niż pozwolę mu się gdzieś zawlec czy dopuszczę, by oddał mnie temu, kto zlecił porwanie. Dociskał mnie do ściany, trzymając wielką łapą za gardło, ale wciąż spory dystans zapewniała uwięziona między nami Ślicznotka. Jedną ręką zaatakowałam jego twarz, wbijając mu kciuk w oko, a drugą wymacałam zapasową kaburę Zębuszki ukrytą pod sakwą. Strzeliłam mu w skroń z przyłożenia. Mózg rozprysł się w promieniu metra. Spora część trafiła we mnie. Odepchnęłam ciało i uwolniłam Ślicznotkę. Z każdą chwilą trzęsłam się coraz bardziej. Opadałam z sił. Wyprostowałam kierownicę, modląc się, by uszkodzenia motoru nie okazały się poważne. Odpalił już za drugim razem. W nagrodę kupię mu nowe świece czy gaźnik, takie suchutkie i niezalane krwią wilkołaka. Nie skręciłam w ulicę, przy której stała świątynia. Atak zdarzył się na tyle blisko, że nie mogłam mieć gwarancji, że ktoś mnie nie obserwował i nie czekał teraz w ukryciu, aż się pojawię słaba i zakrwawiona. Pojechałam prosto w stronę parku Trzech Sióstr, gdzie w samym środku ćpuńskiej mety znajdowało się pęknięcie, nielegalne i nierejestrowane przejście między Warsem a realnym miastem. Pęknięcia nie są bezpiecznymi miejscami – po naszej stronie często okupują je drapieżniki, przyciągane skokami napięcia i nadzieją ofiary, natomiast po drugiej stronie można natrafić na kogoś, komu trudno będzie wytłumaczyć swoje nagłe pojawienie się. Pęknięcia nie zostały bowiem zabezpieczone zaklęciami ochronnymi, tak jak oficjalne i zatwierdzone bramy i portale. Do bramy miałam jednak kilka kilometrów, a czasu było coraz mniej. Ręce na manetkach mocno mi drżały. Istniało prawdopodobieństwo, że zdemaskowano moje dwie miejscówki jednego dnia. Atak wilkołaka mógł być przypadkiem – może po prostu wyglądałam na łatwą ofiarę. Nie mogłam jednak ryzykować. Teraz za wszelką cenę potrzebowałam wylizać rany w bezpiecznym miejscu. Realna Warszawa pozwalała na to znacznie lepiej niż któraś z moich nor.

W parku panowała zaskakująca cisza. Zamiast zwyczajowych awantur i śmiechów słyszałam tylko wycie psów. Przyspieszyłam. Ćpuny wbrew pozorom mają dobry instynkt samozachowawczy i jeśli uznały, że to nie miejsce dla nich, to coś się święciło. Może mój wilkołak nie był sam w tej okolicy. Wyczułam napięcie mocy otaczającej szczelinę i zgasiłam silnik. Ostatni kawałek wolałam przejść pieszo, pchając motocykl. Szczelina nie jest nieruchoma, nie zawsze objawia się w tym samym dokładnie miejscu. Tym razem znajdowała się tuż przy gazonie, który kiedyś obrastały dzikie róże, a dziś zdobiły głównie butelki po piwie. Wypowiedziałam zaklęcie przenikania granicy i przepchnęłam motocykl przez cienki przesmyk światła. Niemal w tym samym momencie usłyszałam huk wystrzału, a sekundę później odgłos rykoszetu o tylny błotnik Ślicznotki. Drugi rykoszet, odbity o jeden ze słupów gazonu, trafił mnie w ramię. Klnąc, skoczyłam do przodu i pęknięcie za sobą uszczelniłam zaklęciem. Wystarczy na kilka godzin.

Wylądowałam w niewielkim parku na Gocławiu, niedaleko jednej z moich ulubionych met. Gdy wdrapywałam się na Ślicznotkę, z ust wyrwał mi się bolesny jęk. Było kiepsko. Nie tragicznie, ale kiepsko. Lewe ramię zaczynało mi drętwieć, a płaszcz przylepiał się do mokrych od krwi ud. Gdybym była tylko człowiekiem, pewnie bym umierała, ale berserka nieco trudniej zabić – potrzeba do tego odrobinę więcej determinacji.

 

Bez zwłoki podjechałam na osiedle przy Jugosłowiańskiej i pilotem otworzyłam drzwi do garażu. Postawiłam motocykl na zarezerwowanym dla niego miejscu i dowlekłam się do wind. Po cichu, by nie obudzić sąsiadów, otworzyłam drzwi do mieszkania. Marzyłam o tym, by paść na łóżko i przespać kilka godzin, ale jedyną istotą, która by się z tego ucieszyła, była bestia w sytuacjach ratowania życia uruchamiająca się niezawodnie. Wymieszałam w blenderze potrójną porcję proszku proteinowego ze śmietaną, bananami i połową opakowania czekolady w proszku, po czym z dwulitrowym dzbankiem specjału poczłapałam do łazienki. Odkręciłam kurek z gorącą wodą, ściągnęłam z siebie płaszcz i resztę ciuchów. Bok miałam dotkliwie poszarpany, ale kąpiel powinna pomóc. Za pomocą pęsety i lusterka udało mi się wyciągnąć odłamek z ramienia. Rana nie była głęboka, ale krwiak dookoła niej rozlewał się niczym ślad po uderzeniu piłeczką golfową. Z szafki pod zlewem wyjęłam dwulitrowy słój z zielonkawym proszkiem leczniczym. Nie wiedziałam, co dokładnie wchodziło w skład tego specyfiku, bo sprzedawca powoływał się na tajemnicę handlową i prawo do prywatności w praktykowaniu swojej magii, ale działało. To Aleks znalazł ten niepozorny sklepik z eliksirami na granicy Dzielnicy Cudów i Straconej Dzielnicy. Sprzedawca, na oko przynajmniej półkrwi goblin, wyglądał na starszego niż kurz i twardszego niż owsiane ciasteczka Aleksa. Polecony przezeń preparat gojący był tym, co pomogło Aleksowi dojść do siebie po spotkaniu z Ernstem. Do dziś, gdy łamie go w kościach na zmianę pogody, robi sobie błotnistą kąpiel. Miałam już wiele razy okazję sprawdzić, że działa też na mnie. Przyspiesza leczenie, regenerację mięśni czy skóry, a nawet obrażeń wewnętrznych. Tyle że śmierdzi jak wyziewy piekła. Aleks twierdził, że ten smród to część kuracji – coś jak interwencja na poziomie psychologicznym: miał mnie tak bardzo odrzucać, bym na przyszłość unikała sytuacji, w których obrywam, lub bardziej się postarała nie oberwać. Gdybym jak Kosma pracowała w bibliotece, byłoby to znacznie prostsze. Druga wada preparatu to to, że należało go trzymać na skórze kilka, kilkanaście godzin, w zależności od tego, jak poważnie się poraniło. Tym razem nie było źle – dwie, może trzy godziny, jeśli wilkołak miał brudne pazury, i powinnam być jak nowa. Mogłam się za to pożegnać z łóżkiem i spaniem w pościeli. Zanurzyłam się po szyję w gorącej pianie i rzuciłam proste zaklęcie utrzymujące temperaturę wody na tym samym poziomie. Siorbiąc koktajl proteinowy prosto z dzbanka, mogłam się zastanowić nad tym, co właściwie się wydarzyło. Bo nic nie miało sensu.

Wilkołaki nie są zmiennokształtnymi wilkami, które możecie znać. Wilki mają dwie formy – ludzką i zwierzęcą, nic pomiędzy. Posiadają też dwie świadomości, ludzką, nazwijmy ją duszą, i wilczego munina, które się zwykle ze sobą dogadują. Wilkołak jest anomalią. Trudno go uznać za przedstawiciela osobnej rasy, skoro nie prokreuje. Czasami człowiek zostaje schwytany przez czkawkę, która ma w zwyczaju mutować to, co znajdzie się w jej zasięgu, w coś innego. Zwykle gorszego. I złapany przez nią człowiek może się obudzić na przykład jako wilkołak. Albo wąpierz, czyli bezmyślny, krwiożerczy twór wampiropodobny, ale bez całej tej ogłady i elegancji. Kiedyś myślano, że musisz być wilkiem, by czkawka zmutowała cię do wilkołaka, albo wampirem, by stać się wąpierzem. Takie przypadki zdarzyły się zaraz po wojnie, kiedy magia zaczynała szaleć. Później jednak okazało się, że nikt nie jest bezpieczny.



Kilka razy w miesiącu miałam zlecenia od rodzin, których bliscy zmutowali. Stawali się bezrozumnymi i oszalałymi bestiami, ale instynkt kazał im wrócić do domu i rozszarpać lub przemienić najbliższych. Jeśli twój ukochany wraca do domu dziwnie sapiący, zaśliniony i warczący – zabij go albo uciekaj i skontaktuj się z kimś, kto zrobi to za ciebie. Szanse na to, że twój luby będzie chciał cię pożreć albo wybierze pogryzienie cię w nadziei, że zarazi cię klątwą, rozkładały się pół na pół. Dla rodziny ten wybór był nieco zbyt drastyczny, więc decydowała się na bramkę numer trzy – zatrudnienie mnie, i to ja załatwiałam sprawę. Mogli iść bezpośrednio do Zakonu, ale wówczas musieliby płacić prowizję. Sporą.

Na mutację nie ma lekarstwa, ale istnieją ludzie, którzy potrafią za pomocą magii okiełznać potwory i używać ich jako coś w rodzaju straszaka. I tu pojawiało się pytanie: czy wilkołak, który na mnie napadł, był dzikim, którego pochwyciła czkawka i działał czysto instynktownie, szukając pożywienia i seksu, czy był sługą kogoś, kto wysłał go za mną celowo. Przeprowadziłam zwyczajowy rachunek grzechów moich wrogów i nieprzyjaciół, zastanawiając się, kto by się posunął do tak brudnej i ryzykownej metody. Bo wilkołak mógł mnie nie zabić, ale sprawić, że sama wróciłabym jako ta bestia. Biorąc pod uwagę mój typ magii, wydawało się to mało prawdopodobne, ale o tym mało kto wiedział. Jak długo bym nie rachowała grzechów, moje myśli wciąż wracały do Ireny i Robina. O co może im chodzić?

Odstawiłam pusty dzbanek na podłogę i zanurzyłam się głębiej w zielonkawej, błotnistej kąpieli. Mogłam się zdrzemnąć choć chwilę. Jedną z niewielu zalet przełomu było to, że podkręcone na maksa instynkty nie pozwoliłyby mi się utopić w wannie.

Rozdział 5

Znacie prawo Murphy’ego, które mówi, że jeśli coś może pójść źle, tak właśnie się stanie? Mam własną wersję tego prawa – nieco bardziej hermetyczną, za to idealnie pasującą do mojego życia: jeśli coś poszło tak źle, że potrzebujesz rekonwalescencyjnej kąpieli, dalej może być tylko gorzej.

Odpływałam właśnie w coś na granicy snu i medytacji, kiedy usłyszałam przeciągły dzwonek u drzwi. Zignorowałam go. Kolejny też. I łomotanie. Przez chwilę myślałam, że mi się udało, ale usłyszałam zaniepokojony głos cioci Stasi i jej delikatniejsze pukanie.

– Pani Kasiu, jakiś pan zostawił paczkę na progu. Nie był kurierem! I nie miał pokwitowania! – zawołała przez drzwi, wyraźnie podenerwowana.

Wyprostowałam się gwałtownie. Sięgnęłam po ręcznik i z jękiem wytarabaniłam się z wanny. Ciocia Stasia nie była głupia. Sama ją uczyłam, na co powinna zwracać uwagę. Niezidentyfikowana paczka od nielicencjonowanego kuriera zostawiona na moim progu klasyfikowała się jako zagrożenie.

Ciocia Stasia rzecz jasna nie była ze mną spokrewniona – łatwo to poznać jej miłym usposobieniu i po tym, że miała odruchy dobrego Samarytanina. Zajmowała mieszkanie naprzeciwko mojego. Gdy się wprowadziłam, jako Katarzyna Kowalska (pracownica firmy PR-owej, samotna, lat dwadzieścia osiem), przyniosła mi na powitanie ciasteczka. Kto, na miłość boską, tak robi, jeśli nie jest bohaterem amerykańskiego serialu, którego akcja toczy się na przedmieściach? Poczęstowałam ją herbatą, świadoma tego, że lokum na Gocławiu miało być moją główną metą w realnym mieście. Nie zamierzałam zacieśniać więzi sąsiedzkich, ale warto dbać o podstawy. W końcu przez większość czasu moje mieszkanie będzie stało puste i czujne oko życzliwej sąsiadki mogło mi oszczędzić nie tylko włamania, ale też konieczności rozmawiania z policją, jeśli już do włamania by doszło. Moje papiery były dobre, ale jeśli zaczęliby kopać, mogliby się dokopać do tego, że Katarzyna Kowalska, lat dwadzieścia osiem, jeszcze trzy lata temu nie istniała. Za często zmieniałam tożsamości, by produkować historię dalej niż te trzy lata wstecz.

Poprosiła, bym mówiła do niej „ciociu Stasiu”. Nigdy nie wyszła za mąż, nie odważyła się też zajść w ciążę bez ślubu, czego bardzo żałowała. Miała siostrę i siostrzeńca, ale mieszkali w Rzeszowie. Na swój sposób było mi jej szkoda. Z drugiej strony podziwiałam jej siłę charakteru i to, że mając prawie siedemdziesiąt lat, wciąż widziała w ludziach dobro. Podejrzewam, że nawet wśród mieszkańców Straconej Dzielnicy znalazłaby „dobrych chłopców i miłe dziewczynki”, choć przysięgam, że nikt przy zdrowych zmysłach nie pomyślałby tak o lokatorach tego rewiru. Mnie też uważa za miłą dziewczynę, ale to dlatego, że zrobiłam wszystko, by mnie za taką miała. Pomogłam jej kilka razy z zakupami, kiedy widziałam, że ciągnie ten swój kratkowany wózeczek po chodniku i tacha do windy zapasy na kilka dni. Dziękowała tak, jakbym oddała jej własną nerkę. Myślę, że ten blok, dość anonimowy, co mi akurat odpowiadało, dla niej był zbyt anonimowy i brakowało jej kontaktu z ludźmi. Miała pecha, że do mieszkania naprzeciwko wprowadziłam się właśnie ja, a nie jakaś miła rodzina z dzieciakami, które mogłyby ją nazywać babcią Stasią.

Nie mówiłam jej wiele o sobie. Ona opowiadała o sobie całkiem sporo. Piekła też najlepsze maślane ciasteczka z domowym cytrynowym lukrem, jakie zdarzyło mi się jeść. Wypytywała mnie o moje życie, a ja spławiałam ją gładkimi kłamstwami o częstych wyjazdach w związku z pracą. Pewnego dnia, wracając z nocnej roboty, usłyszałam zza jej drzwi stłumione jęki. Znalazłam ją na podłodze w łazience. Upadła, wychodząc z wanny, i złamała biodro. Nie mogła dosięgnąć telefonu, by wezwać pomoc. Nikt jej nie odwiedzał. Była taka szczęśliwa, gdy się pojawiłam, że nawet nie zapytała, jak zdołałam otworzyć zamki i zwolnić blokadę antywłamaniową. Wezwałam karetkę. Przeszła operację, a gdy wyszła ze szpitala, uznała, że jej obowiązkiem jest odwdzięczyć mi się najlepiej, jak potrafi, czyli adoptując mnie duchowo i dbając o mnie. To zwykle oznaczało pieczenie ciasteczek i narzekanie, że z nikim się nie spotykam i wiecznie jestem w rozjazdach. Nie wadziła mi. Była słodka, a w moim życiu nie miałam wiele kontaktu z ludźmi, którzy są słodcy.

Któregoś dnia ktoś mnie szukał. Kolega z pracy – nie tej fikcyjnej agencji PR, ale z Zakonu. Wtedy jeszcze wisiała nagroda za moją głowę. Trwało to kilka tygodni, nim znalazłam zleceniodawcę i upewniłam środowisko, że nie ma już nikogo, kto wypłaciłby im choć złotówkę za moją śmierć, ale to było później, po wizycie Cienia w bloku przy Jugosłowiańskiej. Włamał się do mieszkania pod moją nieobecność. Czekał, aż wrócę, by przywitać mnie strzałem w pierś. Kto wie, czy by mu się nie udało, gdyby ciocia Stasia nie czekała na mnie z ostrzeżeniem na ławce przed blokiem. Widziała go przez judasza, a nie wyglądał na miłego chłopca. Trafne rozpoznanie. Poprosiłam ją, by wyszła na spacer, bo to naprawdę nie jest miły chłopiec. Posłuchała. Załatwiłam sprawę, bez elementu zaskoczenia nie miał szans załatwić swojej. A potem wyjaśniłam cioci Stasi, że jako młoda i głupia dziewczyna wdałam się w romans z szefem lokalnej mafii, który nie przyjął zerwania najlepiej i może chcieć mi zrobić krzywdę. Więc gdyby zauważyła cokolwiek dziwnego, dziwnych ludzi, dziwną aktywność, ma mi dać znać.

– Kochanie, powinnaś wezwać policję! – powiedziała.

– On nie pójdzie do więzienia. Ma bardzo dużo pieniędzy i bardzo dużo kolegów – wyjaśniłam tonem znękanej kobiety, którą czasami dogania przeszłość.

Przytaknęła ze smutkiem. I podwoiła wysiłki. Nikt nie mógł się przemknąć korytarzem, nie wzbudzając jej zainteresowania. A teraz najprawdopodobniej przepłoszyła kogoś, kto nie miał miłych zamiarów, skoro dobijał się tak agresywnie i zostawił nieoznakowaną paczkę. Może kolejny kolega z pracy uznał, że czas, bym złożyła wymówienie? Naciągnęłam na wilgotne ciało szlafrok, sycząc z bólu, kiedy unosiłam ramię. Cholerny wilkołak nie mył łap chyba z miesiąc.

Otworzyłam drzwi i przywitałam się szybko z ciocią Stasią. Przesyłka z trudem mieściła się na wycieraczce. Długie, białe pudełko miało logo luksusowej kwiaciarni. Nie dostrzegłam bilecika, za to opasujący pakunek czerwony, nylonowy sznur grubości palca wydawał się mocno nie na miejscu. W połączeniu z dziwnym dostawcą i brakiem pokwitowania paczka nie wyglądała na taką, którą chciałabym otwierać. A już na pewno nie przy staruszce. Jeśli wybuchnie, pewnie przeżyję, choć spędzę kilka dni w wannie. Ona nie miałaby szans w konfrontacji z korkiem od szampana.



– Rzucił ją, gdy tylko wyszłam na klatkę… To był ON? – zapytała, głośno akcentując zaimek odnoszący się do mojego niesławnego mafijnego eks.

– Raczej któryś z jego ludzi – powiedziałam. – Dziękuję za czujność.

– Niech wie, że się ktoś o ciebie troszczy, może da sobie spokój.

Twardo uniosła podbródek i wierzcie mi, była gotowa stawić czoła mafii. Już ją widziałam, jak składa aplikację do Zakonu Cieni. Cień Zabójcy.

Podziękowałam jej serdecznie i poprosiłam, by wróciła do mieszkania.

– Gdyby coś wybuchło, proszę zadzwonić pod ten numer, który ci dałam, ciociu, do Aleksa.

– A nie po policję? – Uniosła brew. Może zaczynała coś podejrzewać? Miłe dziewczynki zostawiają pewne sprawy policji…

 

– Mój przyjaciel poradzi sobie z tym lepiej. Ma lepsze zaplecze finansowe – wyjaśniłam.

Pokiwała głową, bo o niedofinansowaniu policji czytała w swojej gazecie więcej niż raz. Cofnęła się do mieszkania i przymknęła drzwi, ale czułam jej obecność. Byłam pewna, że spogląda na mnie przez judasza.

Przyklęknęłam i dokładnie obejrzałam krawędź paczki. Nieznajomy niósł ją w rękach, potem rzucił. Nie ryzykowałby z detonatorem naciskowym, prawda? Delikatnie podniosłam pudełko. Lekkie. Zabrałam je do mieszkania i zamknęłam drzwi. Wzmocniłam zaklęcie ochronne, gwarantujące mi maksimum dyskrecji, a sąsiadom bezpieczeństwo. Nawet gdyby w paczce była bomba, siła uderzeniowa nie dosięgłaby nic poza moim lokum. Niezbyt dobrze dla mnie, ale w porządku dla reszty budynku.

Czujniki nie wykryły materiałów wybuchowych czy przewodów. Współczesne bomby rzadko tykają, ale na wszelki wypadek uważnie osłuchałam przesyłkę. Mogłam ją po prostu otworzyć, skoro wydawała się czysta, ale instynkt podpowiadał mi, że w środku nie znajdę nic dobrego. Wyciągnęłam z torby ze sprzętem do włamań kamerkę laparoskopową i scyzorykiem wydłubałam otwór w pudełku. Podłączyłam kamerkę do laptopa i ostrożnie wsunęłam do środka. Przez chwilę widziałam tylko coś, co wyglądało na liście. Poruszyłam przewodem, przesuwając go głębiej. I nagle ją zobaczyłam. Oko, wydłużona głowa, długie odnóża… Przeklęłam cicho.

Zsunęłam sznur, uważając, by nie zniszczyć potencjalnych śladów. Jeśli miałam rację i była to groźba, wiedziałam, że Karma znajdzie mi laboratorium, w którym sprawdzą pudło w poszukiwaniu wszelkich wskazówek. Uniosłam wieko.

Było ich znacznie więcej. Spoczywały ułożone między bezgłowymi łodygami róż niczym makabryczny bukiet. Liczyłam sztywne, przebite szpilkami ciałka. Trzydzieści. Szpile miały jakieś dwanaście centymetrów i przyczepione na końcach szklane serduszka – czerwone, różowe, fioletowe. Wyjęłam z torby aparat cyfrowy i dokładnie wszystkie sfotografowałam. Dopiero wtedy delikatnie wyjęłam jedną ze szpil z przytwierdzonym do niej owadem.

Modliszka. To zdecydowanie była groźba. Od tamtego dnia, kiedy odstrzeliłam głowę facetowi, który miał ochotę mnie zgwałcić, to imię przylgnęło do mnie na dobre. Większość Cieni nie zawracała sobie głowy zapamiętywaniem któregoś z imion, o których wiedzieli, że są lewe. Modliszka była bardziej charakterystyczna. Pseudonim, który nadano mi jako złośliwą obelgę, nosiłam z dumą. Brzmiał dobrze, wzmacniał reputację i trzymał na dystans romantyków szukających jednostronnej przyjemności pod prysznicem.

Poziom bezpieczeństwa w łazienkach Zakonu drastycznie wzrósł, odkąd grande finale napastnika przeszedł do legendy szeptanej w cuchnących potem i testosteronem szatniach. Nie byliśmy organizacją skautów, ale moim zdaniem jest różnica między mordercą na zlecenie a gwałcicielem. Po prostu trzeba mieć zasady.

Więc, owszem, kiedy znalazłam na swojej wycieraczce trzydzieści martwych, przebitych szpilkami modliszek, potraktowałam to dość osobiście. A jeśli dodać do tego, że zostawiono je na progu mojej mety w realnym świecie, całość zaczynała wyglądać umiarkowanie różowo. Czy ktoś kolejny raz rozpoczął sezon polowań na mnie i zapomniał mi o tym wspomnieć?

Wciąż myślałam o tym, jak w to wszystko wpasowuje się Robin. Musieliśmy porozmawiać, ja i mój rzekomy partner. Zbyt często nawiedzał moje spiskowe fantazje, bym czuła się swobodnie z tym, że nie wiedziałam o nim nic, poza tym, że jego biogram dostarczony przez Irenę był totalnym gównem. Ale najpierw musiałam coś jeszcze sprawdzić. I zastanowić się, co mówiło o mnie to, że gdzieś w głębi duszy rozważałam wyprawienie tym owadom pogrzebu. Skoro jednak nie miałam czasu, by grzebać je w parku w pudełku po butach, spakowałam je do torebki strunowej i dokładnie obejrzałam resztę bukietu w poszukiwaniu tropu. Trzydzieści osiemdziesięciocentymetrowych róż z przybraniem… to nie była tania groźba.

* * *

Kobieta pracująca w kwiaciarni pamiętała zamówienie na trzydzieści róż. Wyjaśniłam, że mam cichego wielbiciela, ale ponieważ zamiast czekoladowego serduszka szarpnął się na taki prezent, czuję się nieco zobligowana, by go poznać i wynagrodzić. Przyznała mi rację, bo hej, tak się starał! Nie potrafiła mi niestety pomóc w kwestii tożsamości ofiarodawcy, gdyż zapłacił gotówką, nie skorzystał też z kuriera, więc nie musiał wypełnić druczku… Mogła mi go tylko opisać, bo wbił jej się w pamięć. Wysoki, przystojny, i choć nie gustowała nigdy w rudzielcach, ten wyglądał jak model najnowszej kolekcji Bytomia – długie włosy i lekki zarost, popielaty gajer z kamizelką… no ciasteczko po prostu. I jeśli go nie chcę, mogę go jej oddać. Zapewniłam, że będę pamiętać, że jest następna w kolejce.

Wyszłam z kwiaciarni i odetchnęłam świeżym powietrzem. Gęsty aromat róż i lilii wypełniający sklep przyprawił mnie o ból głowy. Pocierając skronie, zastanawiałam się, czy kiedykolwiek na swojej drodze spotkałam rudego przystojniaczka z upodobaniem do garniturów. Robin miał włosy gdzieś na granicy brązu i kasztanu, ale kwiaciarka wyraziła się jasno, ten, kto kupił u niej kwiaty, był jaskrawym rudzielcem z długimi do połowy pleców gładkimi włosami w kolorze ognia. Opisywała je z takim zachwytem, że musiałam jej uwierzyć. W otchłani pamięci nie znalazłam jednak żadnego rudzielca. Byłam w punkcie wyjścia. Czyli zostawało mi pudło i jego zawartość – miałam nadzieję, że zdradzi nam więcej niż zauroczona kobieta.

* * *

Nie miałam ochoty na zakradanie się do Warsa szczeliną. W realnym mieście mogli podróżnika czekać w najgorszym wypadku ciekawscy przechodnie, w alternatywnym – kreatury wszelkiej maści, bo energia szczelin wabiła je mocą. Pokonywałam na Ślicznotce most Poniatowskiego, bez zwłoki zmierzając do bramy. Motocykl zdecydowanie ucierpiał podczas starcia z wilkołakiem. Silnik odpalił dopiero po dłuższej chwili i co jakiś czas pokasływał jak astmatyczna miłośniczka kotów. Nie brzmiało to dobrze i Aleks z całą pewnością najpierw mnie opieprzy, że skalałam doskonałość jego dzieła, a dopiero potem upewni się, że wilkołak przy okazji nie uszkodził mnie.

Chciałam się jak najszybciej dowiedzieć, czy Karma wygrzebała coś na Robina. A także kto, u diabła, wysłał mi truchła modliszek. I czy wczorajszy atak wilkołaka był tylko przypadkiem. Uznałam, że bezpieczniej będzie zostawić motocykl u Aleksa – jeśli znów miałabym zwiewać przed zamachowcami, musiałam liczyć na mój sprzęt, bez konieczności trzymania kciuków, by i tym razem się udało. Nie mam dwóch palców u rąk, nie mogłam sobie pozwolić na blokowanie dwóch kolejnych.

Nie zwolniłam, nawet wypowiadając zaklęcie otwierające bramę. To akurat było coś, co warto trenować – znałam takich, którzy do aktywacji zaklęcia potrzebowali minuty. Mnóstwo czasu, jeśli ktoś cię ściga i, dajmy na to, strzela. Dlatego wolałam ryzykować, ćwicząc szybkie aktywowanie magii bramy, niż wciąż być na etapie zsiadania z motocyklu, wypowiadania zaklęcia i czekania, aż magia zadziała.

Pojechałam prosto do Aleksa. Było dla niego za wcześnie, ale znałam kod alarmu do garażu. Zaparkowałam Ślicznotkę przy stacji diagnostycznej i przyczepiłam do baku karteczkę z wiadomością: „COŚ stuka i kaszle. To czerwone i lepkie to krew. Nie moja. Skopałam mu dupę za skalanie twego dzieła. Wpadnę później. Twa uniżona sługa – N”. Niewykluczone, że kiedy to przeczyta, zadzwoni z awanturą, bo kiedy szło o stan zdrowia jego maszyn i mój (po równo), poczucie humoru czasem Aleksa zawodziło. Jakby nie spotkała mnie wystarczająca kara – musiałam poruszać się po Warsie pieszo. W garażu stał jeszcze Brzydal, ale skoro planowałam zajrzeć do Dzielnicy Cudów, nie było sensu go zabierać.