Dziewczyna z Dzielnicy CudówTekst

Z serii: Nikita #1
Książka nie jest dostępna w twoim regionie
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozpoznanie ich nie było łatwe, nie na pierwszy rzut oka. Krwawili jak ludzie, umierali jak ludzie. Nie byli szczególnie rozmowni – ale kto w Zakonie był? Ich lojalność trwała w stanie nienaruszonym, lecz przecież większość Cieni słuchała poleceń Carycy. Niektórzy twierdzili, że istnienie automatów to kolejny miejski mit, podobnie jak domniemywana słabość Ireny. Czytałam dokumenty, które przechowywała na bardzo dobrze zabezpieczonym i zdecydowanie prywatnym serwerze, więc wiedziałam, że automaty nie są legendą. I trochę świrowałam na myśl, że Robin mógł być jednym z nich. Bałam się ich. Psycholog pewnie dopatrzyłby się w tym typowej dla rodzeństwa zazdrości i skłonności do rywalizacji. W końcu automaty idealnie spełniały oczekiwania naszej Matki.

– Był… dziwny. Uśmiechał się. Nie wiem, czy jest pomylony, czy naprawdę groźny.

– Zamierzasz go zdjąć jak pozostałych?

– Nie wiem. Matka jest dość kategoryczna. Jeśli go zdejmę, będę musiała zwiewać przed nią i przed całym Zakonem. Może sam zrezygnuje. – Uśmiechnęłam się blado.

– Zabierz go na obiad. Jeśli zobaczy, jak jesz, może uznać, że nie jesteś człowiekiem, i jeśli kiedyś wylądujecie na całodobowej izolacji z dala od jadłodajni, zjesz go, gdy skończą ci się batoniki.

Rzuciłam w Aleksa łyżeczką, ale schwycił ją w locie. Muszę zainwestować w plastikowe – metalowe za bardzo próbują mu się przypodobać.

* * *

Przed budynkiem, który w dokumentach Zakonu figurował jako mój stały adres, stał obcy samochód. Zaparkował akurat w takim miejscu, bym nie zdołała zobaczyć kierowcy bez podchodzenia znacznie bliżej, niż bym chciała. Bywałam tu na tyle często, by w wypadku obserwacji czy przeszukania wydawało się, że faktycznie tu mieszkam. Trzymałam tu trochę moich rzeczy, ale unikałam nocowania w tym domu. Nie tylko dlatego, że ten adres miała Matka i każdy Cień, który potrafi się zalogować na stronę internetową Zakonu. To miejsce miało swój urok, w każdym tego słowa znaczeniu.

Jakieś trzydzieści lat temu cały budynek był fabryką rowerów. Na parterze wciąż stał park maszyn, obecnie pokrytych rdzą, kurzem i pajęczynami. Przez okna wychodzące na podwórze do wielkiej hali wpełzał bluszcz, który rósł szybciej, niż powinno to być możliwe. Któregoś dnia zejdę po schodkach z mojego piętra mieszkalnego i zamiast hali wypełnionej złomem i grubymi rurami tworzącymi dziwaczny układ krwionośny starej maszynowni zastanę dżunglę. Nie będzie to pierwszy budynek pochłonięty w ten sposób – magia lubiła takie małe pokazówki, a w tym rewirze była szczególnie silna. Tuż pod fundamentami budynku przebiegała spora linia magiczna. Zwykle bezpośrednio nad liniami, gdzie magia jest najłatwiej dostępna, budowano świątynie czy domy tych, którym stały dostęp do źródeł magii był potrzebny niczym w realnym świecie niektórym silne i stałe łącze internetowe o doskonałej przepustowości. Ale czasami ktoś po prostu chciał produkować rowery, ignorując linię, która biegła pod jego fabryką. Technika nie przetrwała zbyt długo, magia została. Na liniach także czkawkę czuło się znacznie silniej. Tak określaliśmy skoki napięcia w liniach magicznych, na skutek których organizmy żywe ulegały często nieodwracalnym zmianom, ale mogły też stać się potężniejsze niż kiedykolwiek. Niemal wszędzie dało się bronić przed nimi za pomocą kręgów ochronnych wokół domu czy łóżka, jednak nie tutaj – na linii napięcie po prostu przepali okrąg.

Podanie tego adresu w papierach Zakonu było pokazówką, deklaracją siły. Na wyrost, bo bałam się czkawki, jak każdy rozsądny obywatel Warsa – może nawet bardziej, skoro już wiedziałam, co mnie może czekać. Albo moje zabezpieczenia nie wytrzymają, albo nie zauważę sygnałów i czkawka zastanie mnie w łóżku, śpiącą, i obudzę się kimś lub czymś innym, przerażającym i niekoniecznie myślącym. Nie będzie to pierwszy raz… Choć wtedy to nie czkawka wyciągnęła na powierzchnię to, co we mnie siedzi, a Ernst Szalony.

Nie musiałam tam wchodzić. Miałam inny dom. Mogłam zostawić mojego niezapowiedzianego gościa tutaj, niechby sobie doczekał czkawki. Zakładałam, że to Robin. A to oznaczało, że Matka dała mu dostęp do moich akt. Ciekawe, czy prawdziwych, czy równie absurdalnie sprokurowanych jak te, które dała mnie.

Nie wiedziałam, w co Matka grała. Dając mu mój adres, wystawiała mnie lub jego. Nie założyłabym się o to, czyja śmierć lepiej wpasowałaby się w jej plan. Zajrzałam w papiery Robina raz jeszcze. W rubryce „adres domowy” wpisano adres siedziby Zakonu.

Jeśli wysłała go za mną, po co mi się przedstawiał i informował o partnerstwie? Chyba że to psychopata, który chciał, bym wiedziała, że zabawa się rozpoczęła, a pościg za świadomą ofiarą dawał mu więcej satysfakcji. Nie wyglądał co prawda na psychopatę, ale może naprawdę dobrze się maskował.

Albo Matka chciała, bym go zabiła, ale nieoficjalnie, więc nie dała mi na niego zlecenia, tylko wysłała z lewymi papierami i partnerstwem w zębach, wiedząc, jak działają moje odruchy. Jeśli tak… Kim, u diaska, jest ten facet? I czemu ona chce, by był martwy? Musiałam to wiedzieć, zanim zdecyduję się na konfrontację.

Wycofałam się do zaułka między budynkami i odjechałam. Potrzebowałam kilku odpowiedzi. Tylko jedna osoba mogła mi ich udzielić.

Rozdział 3

Kwatera Karmy była lepiej strzeżona niż siedziba Zakonu. Miało to sporo wspólnego z tym, jak dużą paranoję miała jej właścicielka, a także z faktem, że musiała się ona ukrywać również przed Zakonem. Na froncie budynku wciąż wisiał wielki napis z neonowych rurek – „Kino Świat”, choć musiało minąć pół wieku, odkąd zabłysnął po raz ostatni. Z jakichś powodów niektóre samogłoski odpadły szybciej niż spółgłoski, więc obecnie pozostało „Kn Świt”.

Karma nazywała swój dom Zamkiem i nie było w tym wiele przesady, przynajmniej w kwestii tego, jak trudny był do zdobycia. Dwupiętrowy budynek z czerwonej cegły na parterze nie miał co prawda nawet jednego okna, ale wydawało się to sensowne, skoro znajdowały się tam sale projekcyjne. Te na wyższych piętrach strzegły natomiast solidne, metalowe okiennice. Główne wejście, dwuskrzydłowe drzwi z półkolistym witrażem nad framugą, zablokowano stalową sztabą i kłódką większą niż moja pięść. Na tego, kto uznałby, że może sforsować te zabezpieczenia, czekało kilka niespodzianek. Karma nie żartowała w kwestii swojego bezpieczeństwa, nie miała skrupułów, miała za to reputację, która sprawiała, że intruzi trzymali się na dystans.

Obeszłam budynek. Na bocznych drzwiach, obitych karbowaną stalą, wciąż widniał napis „Wyjście ewakuacyjne”. Wpisałam kod na panelu bezpieczeństwa. Poczułam, jak ożywa kamera wbudowana w judasza. Zamek odskoczył z trzaskiem i zostałam wpuszczona do wąskiego na metr i długiego na półtora metra przedsionka. Drzwi za mną zatrzasnęły się z cichym syknięciem. Te przede mną nie otworzyły się, póki Karma nie zeskanowała mnie, nie upewniła się, że nie miałam niechcianego towarzystwa, nie podrzucono mi żadnego urządzenia namierzającego czy pasożytniczego, nie zostałam w czasie czkawki zmieniona w nic, co mogłoby jej zagrażać. Trwało to jakieś dwie minuty. Komora była ciasna, klaustrofobiczna i ciemna. Podobny system obowiązywał w niektórych bankach, ale Karma zadbała o to, by jej komora kojarzyła się raczej z horrorami i skutecznie zniechęcała do częstych wizyt. Nigdy nie powiedziała mi, czy jeśli skanowanie nie pójdzie po mojej myśli, zdołam opuścić przedsionek i pójść dalej swoją drogą.

Drzwi otworzyły się z ponownym syknięciem, a ja odetchnęłam. Raz zdarzyło się, że Matka podrzuciła mi urządzenie namierzające. Pod wieloma względami byłyśmy podobne – w końcu mnie wychowała. I to budziło dość oczywisty konflikt. Ciekawość była nieodłącznym elementem jej natury, Matka chciała wiedzieć wszystko, a jednocześnie utrzymywać własne sekrety. Nieodłącznym elementem mojej natury stało się z kolei utrzymanie jak największej części mojego życia w tajemnicy przed wszystkimi, w tym przed nią. Ona podejmowała swoje próby, by się dowiedzieć, gdzie bywam i z kim utrzymuję relacje. Ja robiłam wszystko, by trzymać ją z dala. Na kilka lat zniknęłam i nie dawałam znaku życia. Potem, po porwaniu i po tym, co się ze mną stało, wróciłam i przeszłam testy kwalifikacyjne do Zakonu. Zaczęłam dla niej pracować. Nigdy nie powiedziałam jej, dlaczego to zrobiłam. Ona nigdy nie zapytała. Przyjęło się, że nie wracamy do tego, co zrobił mi Ernst i czego ona nie zrobiła, kiedy potrzebowałam pomocy. Ale nie byłam dość głupia, by wierzyć, że po prostu odpuściła i nie umierała z ciekawości.

Karma znalazła wówczas to urządzenie i wpuściła przez jego oprogramowanie wirus do systemu Zakonu. Matka nigdy o tym nie wspomniała, choć wiedziałam, że narobił sporo szkód. Nie wspomniała też, jak skończyła się jej próba rekrutowania Karmy. A ta nie kryła się przede mną z tym, co zrobiła – kiedy Matka nie przyjęła pierwszej odmowy i próbowała stosować techniki perswazji i nacisku, włamała się na konta Zakonu i wszystkie prywatne konta Ireny, w tym te głęboko ukryte, będące jej planem awaryjnym, gdyby z jakichś powodów musiała opuścić Zakon czy znów uciekać przed Ernstem Szalonym. Karma wyczyściła je wszystkie. Na dwadzieścia cztery godziny środki zniknęły. Na każdym zostawiła dokładnie sześć i sześćdziesiąt sześć setnych jednostek w walucie, w jakiej dane konto było prowadzone. Po upływie doby środki wróciły. Powiększone o jeden grosz odsetek. Matka próbowała jeszcze mieć ostatnie słowo w tej dyskusji i wysłała mnie do Karmy – już nie z ofertą pracy. Dogadałam się z nią za plecami Zakonu. Odwiedziłam też kilka Cieni i wolnych strzelców, którzy mogliby wziąć na nią zlecenie, gdyby Zakon chciał zemsty. Tej nocy każdy z nich dowiedział się, że Karma zyskała moją ochronę. Taki zawarłyśmy układ. Pasował nam obu.

Elegancka posadzka holu, czarno-biała szachownica z marmurowych płyt, wciąż była perfekcyjnie utrzymana i lśniąca. Kamień dobrze znosił fale magii i czkawkę, czego nie można powiedzieć o innych materiałach. Sale kinowe były zniszczone, od lat nieużywane. Aksamitne obicia foteli zetlały, czerwień wyblakła do odcienia rudo-różowego. W niektórych miejscach przebijały je pordzewiałe sprężyny. Biało-złota farba na ścianach spuchła i odłaziła płatami niczym poparzona słońcem skóra. Gdy jednak uniosłam głowę, dostrzegłam dekoracyjne freski sprzed wieku, wciąż wyraźne, kolorowe i radosne. Rajskie ogrody, tańczące nimfy i satyr grający na fujarce stawiali opór powszechnej degradacji. Może miały w sobie więcej magii, niż zakładałam.

 

Budynków takich jak ten stało w Warsie nieskończenie wiele – zwłaszcza w tych gorszych dzielnicach, których nie stać było na solidniejszą ochronę przed magią. Stanowiły opuszczone, popadające w ruinę pamiątki po ludziach, którzy tu kiedyś mieszkali i prowadzili zwyczajne życie. Dziś nie było już dla nich miejsca. Po katastrofie, ponad sześćdziesiąt lat temu, całe kwartały stały się częściowo wymarłe, częściowo zmutowane, a ich lokatorzy raczej nie śpieszyli się z odnawianiem kin czy restauracji. Wars już nigdy nie miał być normalnym miejscem do życia i ci, którzy w nim zostali, godzili się z tym. Przeobraził się w schronienie specyficznego typu ludzi i nieludzi.

Ci starsi, żyjący tu, kiedy magia oszalała, nosili w sobie ślady – wielu z nich utraciło zdolności magiczne, jakby przepaliły im się bezpieczniki. Okazało się, że stracili umiejętność kumulowania w sobie magii. Opuszczanie Warsa było dla nich bolesne, w realnym świecie czuli się źle, większość przestała więc to robić. Inni uzależnili się od magii do tego stopnia, że świat realny stał się dla nich zabójczy. Ci też nie opuszczali Warsa. Drugie pokolenie miało nieco łatwiej. Urodzeni tutaj, już po szaleństwie magii, w łonach matek przywykli do dziwacznej sygnatury i skoków napięcia w magicznych liniach. Jak długo nie była to czkawka, czuli się całkiem normalnie. Trzecie pokolenie okazało się najbardziej nieprzewidywalne. Geny recesywne odzywały się nagle, po stuleciach, i wypływała magia, której nikt nie widział w rodzinie od wielu pokoleń. Jego przedstawiciele byli też na swój sposób zsynchronizowani z Warsem i jego zmienionymi liniami. Mogli opuścić miasto, ale nie chcieli, bo nigdzie nie osiągali takiego potencjału jak tu. Można powiedzieć, że miejsce to dbało, by nie zabrakło mu mieszkańców. A przebywali tu jeszcze tacy jak ja czy Karma – przybysze, którzy osiedlili się tu z własnej woli i w jakimś sensie zrobili to w ramach pokuty za dawne grzechy, bo w tym mieście poza awanturą i śmiercią nic nie przychodziło łatwo.

Skręciłam w wąski korytarz, który prowadził do kabiny operatora. Za dźwiękoszczelnymi drzwiami wciąż stała konsola i szpulowe projektory wymierzone w większości zmurszałe już ekrany. Po otwarciu niewielkich drzwi opisanych wciąż wyraźnymi białymi literami „Uwaga! Prąd!” nie znajdowało się jednak bezpieczników, a nowoczesną windę. Pozwoliłam maszynie zeskanować mój kciuk. Wkrótce kabina windy stanęła przede mną otworem i wjechałam na wyższe piętro. To tu mieszkała i pracowała Karma. Geniusz w ciele małej gotki.


– Jesteś za wcześnie – burknęła, nie odwracając się od komputera.

Odłożyłam torbę i opadłam na wielką czarną kanapę. W mieszkaniu Karmy prawie wszystko było w dwóch kolorach, czarnym i czerwonym. Włącznie z nią samą. Była drobna, wedle przyjętych kanonów kobiecej urody niemal zbyt szczupła. Długie nogi, z wystającymi jak u małej dziewczynki kolanami, oblekała w rajstopy w czarno-czerwone paski. Koszulka z długim rękawem w analogiczny wzór wystawała spod skórzanego gorsetu. Czerwona spódniczka z postrzępionego tiulu w kolorze krwistej czerwieni sięgała połowy uda i kojarzyła mi się z gotycką wersją stroju małej baletnicy. Znałam Karmę od czterech lat i nigdy nie widziałam jej w innych kolorach. Nawet włosy pasowały. Dziś czerwieniły się grzywka i końcówki sięgających do ramion czarnych kosmyków. Karma miewała włosy krótkie, długie, gładkie i potargane. Nie zmieniało się tylko to, że zawsze były w tych dwóch kolorach. Miałam pewność, że stało za tym w tym coś więcej niż tylko sympatia do kontrastujących barw, ale Karma nigdy nic na ten temat nie wspominała. Jej pomalowane na czarno paznokcie stukały o klawiaturę z zawrotną prędkością. Raz czy dwa westchnęła sfrustrowana, ale nie przestawała wpisywać komend. Ekrany migotały błyskawicznie zmieniającymi się ciągami cyfr. Nie znam się na komputerach, nie wiem o nich więcej od przeciętnego użytkownika. Jeśli ich używam, nie widuję niebieskich ekranów wypełnionych ciągami numerycznymi i liniami kodów, a jeśli zdarza mi się je zobaczyć, to znaczy, że coś się zepsuło i muszę zadzwonić do Karmy. To jej żywioł.

Nie rozumiem do końca jej magii. Uczono mnie na szkoleniu, że magia i technologia się nie lubią i niechętnie ze sobą współpracują. Często tak było w istocie. Znałam stworzenia magiczne, które jeśli chciały prowadzić samochód, musiały wybierać stare modele, takie sprzed epoki pokładowych komputerów. Im mniej elektroniki, tym lepiej. Może na ten rynek zbytu liczył facet, który założył fabrykę rowerów.

Magia Karmy wiązała się z cyframi. Potrafiła zobaczyć w nich świat, ułożyć wzór, wprowadzić zmienną i tym samym zmienić rzeczywistość. Wybrała więc tę cyfrową, bo tam funkcjonowała niczym królowa kier, niepokonana. Umiała znaleźć w sieci wszystkie informacje, jakich potrzebowała, ludzi, pieniądze, miejsca. Właśnie dlatego tak mi zależało, by zgodziła się ze mną współpracować – nawet gdyby ceną za to była konieczność sprania tyłka każdemu Cieniowi nasłanemu przez Matkę. Początkowo chodziło mi tylko o jedno zlecenie: chciałam znaleźć mojego ojca. A wcześniej sposób, w jaki mogę go zabić. Karma nie zdołała mi w tym pomóc. Wyglądało na to, że Ernst Szalony zniknął ze świata ludzi na chwilę po tym, jak Dora i jej najemnicy mnie odbili. Kiedyś wróci. I będziemy o tym wiedziały. Do tego czasu Karma zaoferowała mi współpracę. Pomagała mi przy zleceniach, a ja odpalałam jej uczciwy procent.

Nagle klasnęła w dłonie i zaśmiała się z satysfakcją w taki sposób, że nie mogło to oznaczać nic dobrego. Wpisała jeszcze kilka komend i obróciła się w moją stronę z rękoma skrzyżowanymi na piersi. Robiła wszystko, by ukryć delikatne i wciąż bardzo dziewczęce rysy twarzy pod mocnym makijażem, za sprawą którego jej cera wydawała się jeszcze bardziej blada, a oczy jeszcze większe. Pokręciła głową, aż zagrzechotały liczne srebrne kółeczka w jej uszach.

– Przyjechałaś za wcześnie – przypomniała.

– Coś mnie trzyma z dala od domu. – Skrzywiłam się. – Sprawdzisz mi kogoś?

Uniosła brwi z niemym pytaniem: „Czy kiedyś zawiodłam?”.

Podałam jej teczkę Robina i przyglądałam się, jak przebiega oczami po tekście. Kilka razy prychnęła z niesmakiem.

– To jest jedna wielka ściema – powiedziała. – Nawet daty się nie zgadzają. Dwie z tych akcji były twoje, czy oni naprawdę nie wpadli na to, że się domyślisz, że ten koleś nie walczył w twoim własnym zespole?

– Nie wiem, o czym myślała Matka, dając mi ten spis idiotyzmów. Ale uparła się, że koleś ma być moim partnerem. Chcę wiedzieć dlaczego i kim, u diabła, jest ten facet. I czy wie, gdzie naprawdę mieszkam.

– To on cię trzyma z dala od mieszkania?

Skinęłam głową. Jeśli kręcił się po okolicy, nie zamierzałam go doprowadzać do mojego prawdziwego domu. Zamknęła teczkę z hukiem.

– Odkładamy dzisiejszą akcję? – zapytała.

– Nie, to już ostatnia prosta. Zwłoka za dużo będzie nas kosztować. Masz to, o co pytałam?

Podała mi wydruki z wyciągami bankowymi i bilingami faceta, który był naszym celem. Prosty do zauważenia wzór tylko upewnił mnie, że nie ma sensu odkładać finału, bo to robota na kilka godzin.

– Gdzie Ilia? – spytałam, chowając papiery do torby.

– Nie jestem jego stróżem – burknęła.

Uniosłam brew. To raczej Ilia pilnował Karmy. Nie wiem, czy nie wychodziła na zewnątrz, bo miała prawdziwą agorafobię, czy po prostu nie chciała. Mogła tego nie robić w dużej mierze dlatego, że miała Ilię. Wielki jak niedźwiedź i równie zgryźliwy facet był jej współlokatorem i specjalistą od aprowizacji. Nie potrafiłam dokładnie nazwać tego, co ich łączyło. Zależało mu na niej, to na pewno. Nawet kiedy była wredna i mało przyjazna, kręcił się tu każdego dnia.

– Daj mu znać, by uważał bardziej niż zwykle, dobrze? Wciąż nie wiem, czego się spodziewać po tym całym partnerze.

Ilia był najsłabszym ogniwem w systemie Karmy – a wiem o tym, bo osobiście starałam się znaleźć jej słaby punkt.

– Wróci – burknęła. – Zawsze wraca, nawet jeśli każę mu iść w cholerę.

– Kazałaś mu iść w cholerę? – zapytałam, powstrzymując uśmiech.

Karma miała poczucie humoru, tyle że akurat gdzieś się ulatniało, kiedy pojawiał się temat Ilii.

– Powiedział, że powinnam odpuścić w kwestii smoka. Bo są niebezpieczne. – Przesadnie zaakcentowała każdą sylabę ostatniego słowa i prychnęła.

Smok. Wymarzone zwierzątko Karmy. Szukała go cierpliwie od lat w sieci i w realu. Miałam nadzieję, że jednak nie znajdzie, bo Ilia miał rację. To były cholernie niebezpieczne stworzenia. Nie powiedziałam tego na głos.

– Ilia to dobry facet.

– Tacy giną najszybciej, nie uważasz? – Skrzywiła się i okręciła na fotelu, znów zwracając się twarzą do monitorów. – Idź już, mam robotę.

Posiadała wiele zalet i kilka cnót. Gościnność i uprzejmość nigdy do nich nie należały.

Wychodząc z windy, usłyszałam hałas. Podążyłam za nim wzdłuż holu do najmniejszej sali kinowej – studyjnej, wedle napisu na drzwiach. Pchnęłam je ostrożnie i nasłuchiwałam. Dopiero po chwili stanęłam w progu i zobaczyłam faceta, który z furią szarpał kłęby zakurzonej i sztywnej od brudu wykładziny. Albo solidnie mu czymś podpadła, albo wolał mierzyć się z nią niż z Karmą. Musi to trwać już dłuższą chwilę, pomyślałam, spostrzegłszy że trzy rzędy drewnianych foteli odkręcił wcześniej od podłogi i odsunął pod ścianę. Szarpnął mocniej i oderwał boczne listwy, przytrzymujące wykładzinę na podłodze. Może i wyglądał jak typowy, wysoki, chudy dzieciak, ale miał krzepę większą, niż wskazywały na to rozmiary jego ciała. Mierzył ponad metr dziewięćdziesiąt i ważył nie więcej niż siedemdziesiąt pięć kilo, a jednak widziałam, jak bez wysiłku przenosi sprzęt ważący znacznie więcej niż on sam. Oparłam się o framugę i czekałam, aż mnie zauważy. Aktualnie był zajęty zwijaniem wykładziny w nierówny rulon. Wyprostował się i powiedział:

– Złap drugi koniec. – Popchnął butem rulon.

– Sam sobie dasz radę. Nie bądź taki skromny, widziałam, jak ją uniosłeś chwilę temu. – Wyszczerzyłam się w uśmiechu.

To był stały element naszej zabawy. Ilia nigdy nie zdradził mi, kim jest, to znaczy jaką magią dysponuje. Czułam, że jakąś na pewno, ale nie potrafiłam jej rozpoznać. Początkowo myślałam, że to zmienny. Był silny, jadł jak szalony, miał zdecydowanie terytorialne odruchy. Gdy spytałam, zaprzeczył, a Karma tylko prychnęła z lekceważeniem („Zmienny, też coś!”). Wedle papierów miał tylko dwadzieścia trzy lata. To mogła być prawda, wyglądał na tyle. Jednak w świecie magicznych wiele rzeczy nie jest takich, na jakie wygląda.

Ilia burknął gniewnie, ale zarzucił sobie wykładzinę na ramię i bez większego wysiłku wyniósł ją z pomieszczenia, mijając mnie w drzwiach. Wrzucił ją do drugiej, znacznie większej sali kinowej. O ścianę opierały się worki na śmieci wypełnione gruzem, listwami boazerii i fragmentami wyliniałej aksamitnej kurtyny.

– Potrzebujemy sali kinowej – powiedział, widząc moje spojrzenie przemykające po śmieciach.

– Karma nie schodzi na to piętro – przypomniałam.

– Może zejdzie, jeśli będzie miała prawdziwą salę kinową – oświadczył niezrażony.

– Może się nie oprzeć powtórce Gwiezdnych wojen, Firefly czy Z Archiwum X na wielkim ekranie – zgodziłam się, a Ilia nagrodził mnie promiennym uśmiechem.

– Dokładnie na to liczę – oświadczył, odgarniając znad czoła przydługie brązowe włosy.

Jego twarz nie była chłopięca, ale do bycia mężczyzną jeszcze trochę mu brakowało. Cały dziecięcy tłuszczyk dawno zniknął, uwydatniając kanciaste rysy, zbyt ostre kości policzkowe, zbyt wydatny nos i zbyt duże usta – jak gdyby twarz Ilii potrzebowała czasu, by zyskać właściwie proporcje. Tylko jego ciemne, głęboko osadzone oczy stały się zbyt poważne, by mogły należeć do zwyczajnego dwudziestotrzylatka. A może doświadczył czegoś, co go zmieniło. Może po prostu nie był dwudziestotrzyletnim chłopcem, a czymś znacznie starszym.

Tylko w jedno nie wątpiłam w przypadku Ilii: naprawdę zależało mu na Karmie i pragnął jej dobra. Nie zrażał się, jeśli zamiast podziękowania otrzymywał awanturę. Ktokolwiek chciałby przyjść po Karmę, nawet gdyby zdołał pokonać wszystkie pułapki i elektroniczny system ochrony, musiałby jeszcze pokonać Ilię. I nie postawiłabym w tej walce na jego przeciwnika.

 

– Bądź czujny w najbliższym czasie – powiedziałam cicho.

– Masz kłopoty?

– Może, nie wiem. Karma to sprawdza.

– Jeśli będziesz miała pewność, nie przychodź tu, póki ich nie rozwiążesz.

Skinęłam głową. Mogliśmy się nawet lubić, jeść popcorn podczas oglądania powtórek kultowych produkcji s.f., ale Ilia miał swoje priorytety. Ja do nich nigdy nie będę należała. Do szczęścia musiało mi wystarczyć, że byłam priorytetem dla samej siebie.