Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5
Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 86,08  68,86 
Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5
Audio
Pomnik Cesarzowej Achai – Tom 5
Audiobook
44,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Ale ty tylko tak mówisz, żeby mnie uspokoić.

– Nieprawda. Faktem jest, że bez szkolenia nie pozwolą ci latać, bo taki jest regulamin. Ale tu warunki są bez mała frontowe. Myślę, że krótki kurs na miejscu załatwi sprawę.

– I naprawdę mogłabym polecieć takim olbrzymem?

Uśmiechnął się na widok jej zaangażowania i pasji.

– Wiesz, to po pierwsze nie olbrzym, a po drugie transportowce to nie to, co sokoły lubią najbardziej.

– A co lubią? – zainteresowała się natychmiast.

– Studiowałem w szkole marynarki, obok była akademia lotnicza. No i często spotykaliśmy się z tamtymi studentami na... – Tomaszewski zawiesił głos. – Na spotkaniach przy herbacie. Tak to nazwijmy.

– I co?

– Oni, kiedy już się nasączyli odpowiednio herbatą, niezmiennie powracali do rozważań, jaki rodzaj maszyny jest najlepszy. Jedni twierdzili, że silniki oddalają nas od przyjemności latania, i preferowali szybowce, inni przeciwnie, woleli te superszybkie, eksperymentalne odrzutowce. Odrzutowiec jest zaprzeczeniem szybowca, bo w nim jest już praktycznie tylko sam silnik i prędkość taka, że właściwie nie pozwala na żadne manewry.

– I jaki samolot jest najlepszy?! – Ina nie mogła powstrzymać ciekawości. Z boku wyglądało to tak, jakby chciała usiąść Tomaszewskiemu na kolanach, tak bardzo nie mogła opanować emocji.

– Najlepszy... Hm, jak już się odpowiednio „uherbacili”, to stwierdzali, że jednak jest maszyna ideał.

– Jaka?!

– To ciężki myśliwiec bombardujący.

Ina przełknęła ślinę, otworzyła usta i tak już została. A Tomaszewski wyjaśniał cierpliwie, że takie coś łączy w sobie ogromną moc, ale i manewrowość myśliwca, łączy walkę powietrzną z atakowaniem celów na ziemi. Może działać, w zależności od wersji, albo w stratosferze bez mała, wysoko nad jakimikolwiek chmurami, albo tuż przy ziemi, kryjąc się w wąwozach prawie. Uzbrojony w działka, karabiny, bomby i rakiety, może wszystko. Od lotów dalekiego zasięgu, by strącić pojedynczy ważny cel, po masakrowanie oddziałów atakujących lotnisko, na którym stacjonuje. Dzięki mocy i manewrowości jest uosobieniem wszystkiego, co jest domeną lotnictwa wojskowego. To prawdziwy piorun w rękach boga.

Ina doskonale zrozumiała, kogo Tomaszewski ma na myśli, mówiąc o ręce i bogu. Bynajmniej nie istotę wyższą gdzieś tam na niebie. Istoty boskości już wcześniej dotykała, lecąc samotnie gdzieś wysoko. A teraz przekonała się, że bóg może mieć do dyspozycji jeszcze swój piorun.

– Wiesz – powiedziała, kiedy już zaczęli kołować po pasie lotniska – mam wrażenie, że urodziłam się po raz drugi.

Doskonale ją rozumiał.

Kiedy już wysiedli, Ina nie mogła się nadziwić, jak wielki obszar wyłożono kamieniem, i to idealnie równo, żeby samoloty nie napotykały na najmniejsze przeszkody. Dziwiło ją też, że na płycie lotniska nie można iść tam, gdzie się chce, trzeba stąpać po namalowanych na ziemi białych ścieżkach. Nie mogła zrozumieć, dlaczego do baraku, który od samolotu dzieliło raptem pięćdziesiąt kroków, musieli iść zakosami, robiąc ponad dwieście. Rytuał jakiś, domyślała się.

Kontrola w mrocznym, dość przestronnym wnętrzu miała charakter symboliczny. Przewidziano ją bardziej dla ludzi przylatujących z bazy w Sait, bo przemycali roślinne narkotyki w dużych ilościach. Urzędnik, który zapisywał ich dane w dzienniku przylotów, powiedział tylko:

– Pani inżynier Wyszyńska prosiła o telefon, kiedy pan się tutaj pojawi. Czy wyraża pan zgodę, panie komandorze, żebym powiadomił ją teraz?

– Tak, oczywiście.

Sierżant niespiesznie łączył się z centralą, potem długo czekał na odnalezienie odpowiedniej osoby. Ożywił się, dopiero kiedy w słuchawce rozległ się kobiecy głos.

– Mogę sam porozmawiać? – Tomaszewski wyciągnął dłoń po słuchawkę. Urzędnik nie miał nic przeciwko.

– Cześć, Cholernico! Melduje się nadadmirał Tomaszewski!

– Oho, humor ci dopisuje, a to znaczy, że nie jesteś wycieńczony podróżą.

– Spałem przez cały lot. Co u ciebie?

– Właśnie. Milion bardzo ważnych rzeczy. Spotkajmy się.

– Kiedy?

– Teraz. Jesteś przecież na lotnisku.

– A ty też jesteś?

– Tak, jestem w bazie. Spotkajmy się w barze. Najlepiej w jaskini lwa czy blisko siedziby służb logistycznych. Jak to mówią? W barze u Lewandowskiego.

Zawahał się.

– Przecież sama mówiłaś, że tu... – urwał zdanie i złapał się za ucho.

Nie mogła widzieć tego gestu, lecz oczywiście domyśliła się, o co mu chodzi.

– Że wszędzie podsłuchy? Nie przejmuj się. Nie będziemy rozmawiać o niczym tajnym.

W słuchawce rozległ się jej niesamowity śmiech.

– To co? Będziesz zaraz?

– Będę, a właściwie będziemy. Nie jestem sam.

– No nie! Znowu przywiozłeś sobie ze zwiadu jakąś laskę?!

– Jak to znowu? – dał się zaskoczyć. – A kogo niby przywiozłem sobie z Banxi? – Poczuł, że zabrnął mimowolnie. Przecież teraz żadnej „laski” również nie przywiózł.

– No przecież mnie! – Zaczęła się śmiać i coś tam poburkiwać w udawanej złości.

Słuchawka była starego typu. To, o czym mówiono po drugiej stronie, niosło się tutaj na pół baraku. Stojący w pobliżu mężczyźni zaczęli zerkać na Tomaszewskiego, by po chwili przenieść wzrok na Inę, która pociła się w lotniczym kombinezonie.

– Idź się przebierz. – Wskazał Inie kierunek, gdzie były toalety. – Jesteś bliska rozgotowania.

Kiedy odeszła, podniósł znowu słuchawkę i przeszedł na poziom dowcipu Wyszyńskiej.

– Przestań mi wypominać! Jeśli jest się z kimś na jachcie przez parę tygodni, to trudno udawać, że ona nie jest kobietą.

– Melithe też przerżnąłeś?

– Właśnie usiłuję ci powiedzieć, że do niczego nie doszło! Tak samo jak z tą na krążowniku...

– Z jaką babą spałeś na krążowniku?

– Aha, o tej nic nie wiesz. No właśnie. No to fajnie. Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr.

– Jak to było? Pomyliłeś przysłowia i się wsypałeś! „Co nie na oku...” – Nie potrafiła już utrzymać poważnego tonu i oboje zaczęli się śmiać. Do mężczyzn podsłuchujących z boku chyba jednak nie dotarło, że to tylko dowcipy. Kiedy Tomaszewski skończył rozmowę, w pomieszczeniu pojawiła się znowu Ina, już w swojej spódnicy i obcisłej bluzce, pracownicy baraku obserwowali ich z wyraźną fascynacją.

Tomaszewski szybko wyprowadził dziewczynę na zewnątrz. Ruszyli w stronę zabudowań bazy.

– Jeszcze tylko jedno spotkanie i będziesz mogła się przespać. Wytrzymasz?

– Pewnie. – Ina rozglądała się, łowiąc z ciekawością każdy szczegół. – Ale wytłumacz mi jedną rzecz.

– Tak?

– Kiedy weszłam do łazienki i zaczęłam ściągać kombinezon, jakiś mężczyzna strasznie się zdenerwował. I chyba chciał na mnie nakrzyczeć. Ale gdy się zorientował, że jestem obca i nic nie rozumiem, zaprowadził mnie do łazienki obok. Dokładnie takiej samej jak ta, do której weszłam za pierwszym razem.

Tomaszewski uśmiechnął się lekko.

– Za pierwszym razem weszłaś do męskiej.

– Nie rozumiem.

– Są toalety męskie i damskie. To znaczy osobno dla kobiet i osobno dla mężczyzn.

– Aha. – Wygięła wargi w podkówkę. – To znaczy nie rozumiem. Czy wy nawet sikacie osobno?

Tomaszewski przypomniał sobie korytarze twierdzy wykutej w skale. Wszystkie pomieszczenia przechodnie. Tam się nawet uprawiało miłość na oczach ludzi. A co dopiero jakieś tam głupie korzystanie z ubikacji. No tak, ciężko będzie wytłumaczyć jej obyczaje panujące w Polsce.

– To zwyczaje zza gór. W samym Negger Bank jest bardziej swobodnie.

– Barbarzyńcy!

– My o was moglibyśmy powiedzieć to samo. Kwestia punktu widzenia.

Na szczęście nie zdążyli rozpocząć dyskusji i od razu się pokłócić, co w Tor Avahen zdarzało im się nagminnie. Magazyny Lewandowskiego (bo taka nazwa zdążyła się już przyjąć) były położone tuż obok płyty lotniska. A bar (w którym Chen i Lewandowski swego czasu dobili targu, o czym jednak już nikt nie wiedział) znajdował się tuż przy wejściu.

Wyszyńska uniosła się na ich widok zza małego stolika w dość odległym od lady kącie. Najpierw uśmiechnęła się do Iny.

– Cześć, mała. – Przeniosła wzrok na Tomaszewskiego. – No coś ty? Z dziećmi...?

Dziewczyna na szczęście nie zrozumiała.

– Ona tylko tak wygląda. – Tomaszewski nie zamierzał tym razem wdawać się w dowcipne dialogi. – Co wam przynieść do picia?

– Podwójną wódkę dla mnie. A dla niej chyba soczek z marchwi.

– W tropikach pije się wódkę dopiero po zachodzie słońca.

– Nie jestem żołnierzem i mnie wasze zasady nie obowiązują.

Wyszyńska położyła na kolanach swoją ogromną, przeraźliwie ciężką torebkę. Z boku wyglądała jak wór cementu bez mała, no ale jak się chowało do niej minipistolet maszynowy z amunicją, to raczej trudno doszukiwać się walorów estetycznych. Z torby wyjęła notes i dwa ołówki.

– Widziałeś już résumé z materiałów wywiadowczych, które na ciebie czeka? – zapytała.

Tomaszewski zaprzeczył. Kiedy miał zobaczyć i w jaki sposób? Zalakowaną kopertę z aktualnościami wywiadu wręczało się oficerowi, który z jakichś przyczyn nie mógł być na bieżąco w bardziej sprzyjających warunkach niż barak na lotnisku.

– No i bardzo dobrze. – Wyrwała z notesu dwie kartki i jedną z nich wraz z ołówkiem podała Tomaszewskiemu. – Skoro jesteś na świeżo ze swoimi przemyśleniami, bez wiedzy, którą na przykład mam ja, znając choćby poufne materiały firmy „Kocyan i wspólnicy”, to napisz, jakie są według ciebie trzy największe zagrożenia dla naszej misji po tej stronie gór.

 

– Na podstawie tego, czego się dowiedziałem podczas zwiadu?

– Tak, ale korzystaj z całej wiedzy, którą masz. Nawet jeśli nie jest aktualna.

– A ty?

– A ja napiszę swoje trzy punkty, mając najnowsze doniesienia. I porównamy kartki.

Tomaszewski wiedział, że to, co robi, jest nielegalne. Ale przecież łączyła go prywatna umowa z Wyszyńską. Pewien mały, prywatny układ. A to, co zaproponowała, było naprawdę ciekawe. Szybko wyliczył najważniejsze zagrożenia w trzech punktach.

– No to co? Pokazujemy?

Skinęła głową. A potem położyła swoją kartkę przed Tomaszewskim. On pchnął swoją pstryknięciem po blacie stolika. Nie było niebezpieczeństwa, że ktoś z baru zdoła zobaczyć, co tam jest napisane. A Ina nie umiała czytać po polsku.

– O kur... – Wyszyńska przeczytała jego kartkę pierwsza. Najwyraźniej z trudem tylko powstrzymała się, żeby nie zakląć na cały głos.

Tomaszewski zerknął na jej trzy punkty. I też miał ochotę powiedzieć coś, co nie przystawało do godności oficera.

– Te kartki są... bardzo podobne – szepnął.

– Są identyczne! – powiedziała. – Tylko inaczej sformułowaliśmy zdania.

Długo patrzyli na siebie w milczeniu. Opierając się na różnych doświadczeniach, różnych informacjach pochodzących z odrębnych źródeł, napisali dokładnie to samo. A z tego można było wyciągnąć tylko jeden wniosek. To już nie są przypuszczenia. To pewność wynikająca z faktów.

– No szlag!

Tomaszewski przysunął sobie popielniczkę, zmiął obydwie kartki i podpalił, zapalając sobie przy okazji papierosa. Po chwili, kiedy kartki już spłonęły, rozgniótł zapalniczką popiół na miazgę.

– No szlag! – powtórzył. – A co na to twoje szefostwo?

– Wiesz... – Uśmiechnęła się sympatycznie. – Ważny pan dyrektor od Kocyana zachowuje się w stosunku do mnie dokładnie tak jak admirał Ossendowski wobec ciebie. Przychodzi co rano, robi mi śniadanie do łóżka i przy kawie opowiada o wszystkim, co wie, oraz szeroko o swoich planach na najbliższe dni.

Była rozbrajająca. Tomaszewski wyobraził sobie admirała Ossendowskiego, który robi mu śniadanie, omawiając jednocześnie najbardziej palące problemy. Uśmiechnął się mimowolnie.

– Tak – powiedział. – Nie nam, maluczkim pracownikom wywiadu, wnikać w sprawy wielkich.

– A ja w dodatku nie jestem pracownikiem wywiadu – dodała. – Ale udobruchaliśmy się już z panem dyrektorem. I trochę udało mi się podziałać.

– Co mianowicie?

– Widzisz, zdałam sobie sprawę, że rejon za Wielkim Lasem w Banxi jest teraz absolutnie priorytetowy. Musimy rozpoznać sytuację za wszelką cenę. W związku z tym takie loty jak twój ostatni powinny stać się rutyną.

Skinął głową. Tak, to był absolutny priorytet. Jak wykazał pierwszy zwiad, nie mieli zielonego pojęcia, co tam się dzieje, a niebezpieczeństwo narastało z każdą chwilą.

– No niestety. – Wyszyńska wzruszyła ramionami. – Lotniskowiec, tak jak poprzednio, jest nie do ruszenia. Te pieprzone okręty są w wyłącznej dyspozycji pana prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Nawet cholernego statku bazy wodnosamolotów nie da się ruszyć bez zgody najwyższych bonzów.

– Trzeba napisać raport, co tam się naprawdę dzieje...

– Najlepiej o czarach – przerwała mu szybko. – Już cię, zdaje się, pan admirał Ossendowski opierdalał w związku z czarami. I wyraźnie powiedział: chcesz wierzyć w czary, zapomnij o karierze.

– Można by to było inaczej ująć.

– Oni, cokolwiek zamierzają, chcą to przeprowadzić klasycznymi metodami – powiedziała sucho. – Nie zobaczysz Ossendowskiego ze szklaną kulą na biurku i czarnym kotem na kolanach.

– Dobrze. – Tym razem wymianę zdań uciął Tomaszewski, widząc, że do niczego nie dojdą w ten sposób. Otrząsnął się lekko. Ciągle nie mógł przywyknąć, że dama z towarzystwa, kobieta z tytułem inżyniera używa publicznie takich słów jak „opierdalać”. – Co udało ci się zrobić?

– Ersatz lotniskowca – zaczęła się śmiać. – A poważnie, udało mi się przekonać kogo trzeba co do samego dalekiego zwiadu. I tanim kosztem udało się wyremontować jeden z niszczycieli.

– Niech zgadnę. A210?

– Oczywiście. Jego załoga ma największe doświadczenie w pływaniu po tutejszych wodach, ma miejscowego nawigatora. A remont i tak był konieczny.

– Co tam zrobiłaś?

– Nad rufą kazałam wybudować pokład lotniskowy. No oczywiście wielkości takiej, na jaką pozwala wielkość samego okrętu.

Tomaszewski aż podskoczył na krześle.

– Jesteś genialna!

Wyobraził sobie możliwości, jakie daje taki okręt. Kilka wystrzeliwanych z katapulty małych wodnopłatowców, takich jak te z krążownika, które wspierały ich w rajdzie na Banxi. Kilka wiatrakowców, zdolnych wylądować prawie w każdym terenie. Do tego jeden mały zbiornikowiec, ze dwa statki z zaopatrzeniem i zwiadowczy zespół operacyjny, o jakim można marzyć. Cholernica naprawdę miała wszystko w głowie poukładane jak trzeba. No i odpowiednie koneksje.

– Nadal nie mamy zielonego pojęcia o tym, co tam się dzieje – kontynuowała. – Twój raport być może coś zmieni, ale...

– Możemy mieć archiwum państwowe. – Zerknął na Inę, która na szczęście nie rozumiała niczego, a teraz w dodatku, po nocy spędzonej w kokpicie, dostała „choroby klejących się oczu”. Zaczynała podsypiać na siedząco.

– O czym mówisz?

– Nasz wróg z innego kontynentu oblega twierdzę, gdzie urodziła się moja pilotka. – Tomaszewski celowo nie używał imienia dziewczyny, żeby nie zorientowała się, że mówią o jej kraju. – Twierdza zaraz padnie. Jeśli już to nie nastąpiło.

– I co zamierzasz?

– Muszą się ewakuować, a nie mają gdzie. Chcą też, z tego, co słyszałem, ewakuować swoje archiwum. Czemu więc nie w nasze, „bezpieczne” ręce? Czemu nie do naszych najwspanialszych na świecie sejfów? I wtedy będziemy wiedzieć o regionie wszystko!

Wyszyńska cmoknęła cicho. Ukradkiem się rozejrzała. Pewnie wyglądali teraz z boku jak dwoje mafiosów, którzy planują nielegalne przejęcie cudzego interesu.

– Pomoc w ewakuacji? – szepnęła. – Chcesz sobie brać na kark jakichś zafajdanych uchodźców?

– Czyż nie czeka nas wojna w tym regionie? – odpowiedział pytaniem, wskazując jednocześnie palcem resztki popiołu ze spalonych kartek, na których pisali przed chwilą.

– Czeka. – Przygryzła wargi.

– A kto w takim razie poprowadzi nasze czołówki, jeśli nie miejscowi?

– Masz rację – westchnęła. – Ale wywoływanie wojny z kimkolwiek nie leży w naszych kompetencjach, przypominam.

– My tylko pomożemy przy ewakuacji. Humanitarnie!

– A jeśli tamci zaczną strzelać?

Tomaszewski nagle wyobraził sobie, jak odpowiedziałby na to pytanie tatarski pułkownik Selim Michałowicz.

– To odpowiemy hultajom ogniem! – Uderzył pięścią w stół.

Wyszyńska parsknęła śmiechem. Ina się obudziła i popatrzyła na nich nieprzytomnie. Nawet barman się ocknął.

– Dobrze. – Wyszyńska szybko wróciła do rzeczowego tonu. – No to każde z nas do swoich zadań. Ja zacznę przyzwyczajać dyrektora od Kocyana do tego, co może się stać, a ty napisz odpowiedni raport do Wentzla i okraś odpowiednio mocno w rozmowie to, co tam napiszesz.

Skinął głową.

– Gdzie jest A210 teraz?

– W drodze do Kong. – Rozłożyła ramiona, jakby chcąc podkreślić swoje zasługi. – Tam ma rozpocząć ćwiczenia. Ale, jak wiesz, stamtąd w każdej chwili może przejść do działań w swoim obszarze operacyjnym.

– Który my nakreślimy?

Znowu rozłożyła ręce, tym razem w geście „to naprawdę nie moja wina”. Skinął głową.

– No to do roboty.

Wyszyńska jednak, zanim się podniosła, wyjęła ze swojej torby kolorowe czasopismo i położyła przed Tomaszewskim na stoliku.

– A to lektura dla ciebie na dobranoc. Żeby strzał z adrenaliny przyspieszył ci obroty.

Zaskoczony zerknął na kolorowe zdjęcie „National Geographic”. Tytuł na okładce brzmiał:

HAVE POLES FOUND THE PASSAGE THROUGH THE RING MOUNTAINS?

Zabrakło mu powietrza. Coś w klatce piersiowej rozlewało się piekącym ogniem. Czy tak się objawia zawał serca?

Rozdział drugi

Wezwanie w trybie pilnym oznaczało, że należy rzucić wszystko i biec, często w sensie dosłownym, do pałacu, by wysłuchać, co władczyni ma do powiedzenia. W razie tego trybu należało oczekiwać zmycia głowy oraz kary stosownej do przewinień. Gorzej mogło być tylko w jednym przypadku. Jeśli cesarzowa nie wzywała, ale fatygowała się osobiście. Wtedy zazwyczaj czyjaś głowa rozstawała się z ciałem. Ale nie dziś i nie w przypadku Randa.

– Pani! – Dla zachowania pozorów pałacowy ukłon wykonał, idąc w jej kierunku. Z jednej strony było to niedopuszczalne złamanie etykiety, z drugiej jednak pokazywało stopień jego zaangażowania i fakt, że rozkazy traktował poważnie.

Rozbawił ją. Sukces.

– No już, już, bo mi się potkniesz i zęby wybijesz. Albo, nie daj Bogowie, zakończysz bieg w moich ramionach.

Zatrzymał się po ściśle określonej liczbie kroków, żeby udawać rozpęd trudny do wyhamowania. Zmusił się też do sztucznego przyspieszenia oddechu.

– Pani?

Myśl o zakończeniu biegu w jej ramionach okazała się kusząca. W każdym razie uruchomiła dziwne procesy w jego umyśle. Cesarzowa nie była ładna. No ale nie była też brzydulą, miała swój urok. No i miała na sobie cienką, podkreślającą kształty suknię. Znaleźć się w jej ramionach? Psiamać, niezła myśl, choć będąca w istocie myślą o zamachu stanu.

– Poprosiłam cię, ponieważ są jakieś dziwne dziury w informacjach, które mi dostarczasz – przeszła do rzeczy bez wstępu. – Czy to prawda, że niektóre jednostki wojskowe w cesarstwie dostają polską broń?

No ładnie. Specsłużby nie były więc tak do końca obezwładnione, jak mogło mu się wydawać.

– Tak, pani – odparł natychmiast i bez wahania. – Na przykład marynarka wojenna. – Wskazał dyskretnie brodą wyposażonych w broń maszynową marynarzy, którzy ochraniali cesarzową.

– Nie odwracaj kota ogonem – ucięła.

– Nie wiem, o co konkretnie pytasz, pani. Polską broń mają oddziały armii cesarskiej strzegące bazy w Negger Bank. Te, które wywodzą się z ocalałych resztek korpusu ekspedycyjnego. Dostały uzupełnienia i to już jest stan ciężkiej dywizji, pani. Ale przecież o tym wielokrotnie wspominałem. To odwód na wypadek zagrożenia pól naftowych na Złych Ziemiach. Jednostka znajdująca się w strukturach organizacyjnych cesarskiej armii i pod waszym dowództwem, pani, jako element umowy międzypaństwowej.

– Ale możliwa do użycia przeze mnie tylko teoretycznie, prawda?

– No, siłą rzeczy nie sposób tej dywizji użyć na przykład do pacyfikacji rebeliantów w Kong, bo nie ma jak dowieźć tam tak ciężkiej jednostki. Nie ma odpowiednich dróg. A może inaczej. Jest jedna, wąska, więc logistycznie przepychanie tam większych oddziałów byłoby kwatermistrzowskim cudem.

– To wszystko? – zapytała cesarzowa, kończąc jego przydługi wywód.

– No nie. Są przecież wojska ochrony kolei i samych Złych Ziem. Wszystko weteranki z oddziałów strzelców pustyni, wyposażone w nową broń. Jednostki są rozproszone, ale też w sile dywizji, mniej więcej.

– A jak wytłumaczysz fakt, że liczba rekrutów, którymi są uzupełnione te jednostki, przekracza wszelkie rozsądne granice?

– Szkolenie wymaga czasu. Weterankom niedługo kończą się kontrakty, a nie można zostawić linii kolejowej bez ochrony.

– Więc będą tam dwie dywizje? Czy też chodzi o to, że jeśli ktoś tej pierwszej każe gdzieś maszerować, to kolej pozostanie chroniona przez następną?

– Pani, kolej to niesamowity rozwój. Czy wiesz, co się dzieje z terenami wzdłuż drogi żelaznej? Takiego rozkwitu jeszcze nie było! To cud!

– Przestań mi tu mydlić oczy. A pułk z Kong? Po co mu rekruci i polska broń?

Rand z najwyższym trudem opanował mięśnie twarzy. O tym też wiedziała.

– Pułk tkwi w Wielkim Lesie w Banxi. Potwory atakują bez przerwy...

– To złamanie umowy międzynarodowej! A poza tym oni z pułku chcą zrobić brygadę!

Szpieg specsłużb nie był więc zwykłym szeregowcem.

– To jest jednostka, która podlega tobie, pani. To cesarskie wojsko.

 

– Cesarskie wojsko, które jest mi niepotrzebne i które buduje w pośpiechu niepotrzebną mi drogę!

Nie wiedział, jak ją uspokoić.

– Szpiedzy cesarscy wysłani na inny kontynent donoszą o szykującej się wielkiej wojnie. Musimy być przygotowani.

– Co ty nie powiesz?! – Rozsierdziła się naprawdę. – Szpiedzy donoszą, mówisz! A co się dzieje w Sait?

– Co się dzieje w Sait? – powtórzył jak echo, udając zaskoczonego.

– W dziwny sposób znikają mi tam weterani. Ot, dziewczyny, które zdobyły już doświadczenie na wojnie, wycofuje się z linii, odwozi na wyspę Tarpy, gdzie formowane są nowe jednostki. A potem gdzieś znikają.

Rand przełknął ślinę, nie wiedząc, czy ma dalej grać głupka, czy też zaryzykować jakieś bardziej zdecydowane kłamstwo. Durnowaty sztab generalny nawet tak prostej operacji nie potrafił utrzymać w tajemnicy. Ale co się dziwić...? Był pewnie naszpikowany ludźmi speckurew.

– Co powiesz? – naciskała cesarzowa.

– W Sait potwory...

– Nie brnij! – osadziła go momentalnie. – Nie chcesz powiedzieć, że nagle wojsko polskie przestało radzić sobie z potworami i potrzebuje naszej pomocy, prawda?

– Nie, pani. Lecz szpiedzy na obcym kontynencie donoszą o wielkim zagrożeniu. Trzeba być przygotowanym. Trzeba szkolić nowe jednostki...

– Szpiedzy donoszą? – powtórzyła kpiąco. – A kiedyż to donieśli o rzekomej wojnie szykowanej przez mieszkańców drugiego kontynentu?

I co miał powiedzieć? Że parę dni temu? Cesarzowa wybawiła go z kłopotu.

– Nowe jednostki były szkolone w Sait, zanim jeszcze wysłano szpiegów. Zgadza się?

– To domena sztabu generalnego.

– Sztab nie ma pozwolenia na łamanie umowy międzypaństwowej. Zresztą oni by tego nie wymyślili.

– Więc kto, pani, Polacy? – Postanowił udawać głupka. Tak było bezpieczniej. – Z tego, co wiem, to nasze wojsko, nasi dowódcy, a na rękawach mają nasze insygnia. Na sztandarach jest twoje godło, pani.

– Nasi ludzie, polscy oficerowie i podoficerowie, ich służby, ich zaopatrzenie – cedziła przez zaciśnięte zęby cesarzowa. – A co sobie namalowali na rękawach czy sztandarach, to już ich sprawa.

– Przecież nasi nie ruszą na majestat!

– Może i nie. – Skinęła głową. – Ale powiedz mi jedną rzecz, Rand.

– Tak, pani?

– W jaką wojnę zamierzasz wciągnąć cesarstwo?

Zapadła cisza. No bo co tu powiedzieć? Że to nie do końca jego polityka? Że sam wije się między tym, co chce osiągnąć, a tym, co chce Rosenblum, wykonujący rozkazy Wentzla? Że w polskim sztabie wrze od dawna walka o wpływy? Że marynarka i wojska lądowe wcale nie muszą chcieć tego samego? I w związku z tym nazwanie polskiej polityki spójną mijałoby się z rzeczywistością?

– Milczysz – stwierdziła. – Może i dobrze, bo nie zagubisz się w kłamstwach.

– Nie kłamię, pani.

– Tak. Skoro nic nie mówisz, to i nie kłamiesz. Niepodważalne.

Cisza przedłużała się nieznośnie. Rand nie mógł odgadnąć, jaki był cel tej rozmowy. Chciała go nastraszyć? Zdenerwować? Osiągnęła już oba cele. Ale przecież nie mogło chodzić tylko o przerzucanie się słowami. Co naprawdę chciała osiągnąć? Nie zmianę polskiej polityki, bo to nie z nim, nie tutaj, nie na tym szczeblu. Wniosek mógł być więc tylko jeden. Ktoś na Randa donosi i podsuwa swoje interpretacje jego działań. Ta myśl nie przybliżyła go jednak ani o krok do rozwiązania.

I nagle zdał sobie sprawę, że cesarzowa sama jest zagubiona jak nigdy. I sama też nie bardzo wie, co chce osiągnąć. Za tą myślą przyszła od razu następna: do czego w takim razie potrzebna mu jest władczyni? Początkowo przestraszył się takiego sformułowania. A potem przypomniał sobie dzień, w którym uderzyła go w twarz. Powiedziała wtedy coś takiego: „Każdy zna imię Biafry, a nikt nie pamięta imienia jego matki, królowej Arkach, którą doprowadził do abdykacji. Władczynie powinny się wystrzegać miłych chłopców przynoszących im informacje”.

Uspokojony podniósł głowę.

– Milczę, ponieważ nie wiem, jakiej odpowiedzi ci udzielić, pani. W najszybszym możliwie czasie zbiorę wszelkie informacje na interesujące cię tematy i dostarczę je od razu. Zadaj mi, pani, tylko pytanie, na które mam szukać odpowiedzi.

Zamyślona przytaknęła.

– Czy...

Ich oczy spotkały się na moment. On zrozumiał, jakie pytanie chciała zadać, a ona poznała na nie odpowiedź.


Noc była koszmarem. Dziewczyny tuliły się do siebie, leżąc na plaży, a niesiony zimnymi powiewami wiatru piasek wciskał się wszędzie, powiększając ich cierpienie. Nad ranem zimno stało się nie do zniesienia. Nikt nie spał, ale też nikt nie zamierzał ryzykować dalszego marszu brzegiem morza po nocy. Wszystkie wiedziały, że potwory widzą po ciemku.

Długo oczekiwany świt nie przyniósł ulgi. Ukryte za chmurami słońce nie dawało ciepła. Za to głód i pragnienie odezwały się ze zdwojoną mocą. Lękliwie spoglądając w stronę ciemniejących na szczycie klifu drzew, zaczęły się zbierać.

Głód był częstym zjawiskiem w cesarskiej armii. Dziewczyny od dawna nauczyły się uzupełniać swoją dietę, czym się dało. Jeśli nie można było niczego zrabować ani ukraść, wystarczyło zerwać się do najbliższego lasu. Każda żołnierz znała dobrze gatunki jadalnej kory, wiedziała, z jakiej wysokości na drzewie najlepiej ją zrywać, jak się wspinać, które kawałki można wkładać do ust, a których unikać. Każda wiedziała też, korzenie jakich roślin i w jakim wieku można jeść bez obawy. Które jagody i dzikie owoce są przyswajalne przez organizm człowieka, a które trujące. A teraz nic. Bały się wspinać na klif i zanurzyć między drzewa.

Kiedy ruszyły plażą, okazało się, że kolejną zmorą jest pragnienie. Iluzoryczne, mizerne ciepło biorące się z marszu widocznie obudziło w ich ciałach jakieś mechanizmy i odtąd brak wody stawał się torturą coraz trudniejszą do zniesienia. Oblizując spierzchnięte wargi, znowu zaczęły spoglądać na linię drzew. Sierżant tłumaczyła, że nawet jeśli jest tam jakiś strumień, to przecież i tak musi w końcu wpaść do morza. Więc jeśli jest, to na pewno go zauważą. Głupia! Nie chodziło o żaden strumień. Teraz, o poranku, na wszystkich liściach na pewno pojawiła się rosa. Można było ją zlizać, można było choć na chwilę odsunąć dręczące pragnienie.

Wycieńczone niefortunną podróżą przez morze i nocą spędzoną na piasku, dziewczyny wlokły się niemiłosiernie. Okrzyki sierżant nie przynosiły efektu. Szły dalej napędzane już tylko strachem. Pierwszy postój zrobiły mniej więcej w południe. Żadna nie poczuła nawet cienia ulgi. Za to przed oczami każdej z leżących majaczyły drzewa na górze. Przecież tam musiała być gdzieś jadalna kora. Musiała. To był dziewiczy las, nie taki jak ten wokół garnizonu, gdzie wszystkie odpowiednie pnie zostały już dawno ogołocone.

Konwojowi z najwyższym trudem udało się zmusić żołnierzy do dalszego marszu. Znowu stanowiły łatwy ruchomy cel. A najbardziej frustrujący był fakt, że nie miały się nawet czym bronić. Szły pod konwojem jak więźniarki. Z gołymi rękami, tuż przy granicy lasu, gdzie czaiły się potwory. Niedaleko tych miejsc przecież, gdzie poległ cały cesarski korpus.

– Co mamy robić, jak nas zaatakują? – Foe zagadnęła kapral.

Ta spojrzała na nią jak na wariatkę.

– A co masz robić? Pewnie zabiją nas od razu – powiedziała, dając dowód, że sama jest w strachu. – Ja się złożę i strzelę, jeśli będą atakować. Ale co to da?

– Strzelisz? – odezwała się któraś z tyłu. – A do kogo? Tak z ciekawości pytam.

– Pewnie do siebie – zawtórowała inna. – Szczęściara. Jakbym ja miała karabin, to zdążyłabym się zabić, zanim nas dopadną.

– Te karabiny nie wystrzelą – powiedziała Naan. – Za dużo wilgoci.

Miała rację. Wiadomo, że szansa na strzał z nabitej jeszcze na wyspie Tarpy broni jest praktycznie żadna. Podróż barką, deszcz, nocleg na wilgotnej plaży. Nie ma szans. Trzeba by broń przeczyścić, wyjąć grajcarem kulę z lufy, naoliwić i wysuszyć lufę, dać nowy nabój prochowy i nową kulę. Wtedy owszem. A teraz, jeśli potwory ruszą do ataku, to jedynie można by użyć karabinu jak maczugi.

– Aleście wszystkie durne! Wystrzelają nas z łuków. Po co mają ryzykować atak?

– A po to choćby, żeby nas porozkraczać na tych balach zbitych w literę X. Tam zdychać ku ich uciesze będziemy po kilka dni każda!

– No! – zgodziła się z przedmówczynią Foe. – Widowisko se z nas zrobią. A i ptaki z okolicy będą nas błogosławić za taką ucztę.

– Nie przesadzaj. – Naan spojrzała na siostrę z wyrzutem. – Jak zaatakują, to biegnijmy do wody.