KucającTekst

Z serii: Poza serią
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Andrzej Stasiuk

Kucając


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Kamil Targosz

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Ilustracje wewnątrz tomu Kamil Targosz

Copyright © by Andrzej Stasiuk, 2015

Redakcja Magdalena Budzińska

Korekta Małgorzata Poździk / d2d.pl

Redakcja techniczna i skład Robert Oleś / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej Janusz Oleś / d2d.pl

ISBN 978-83-8049-188-5

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Rășinari

Połowa lata, Pogórze

Święto wiosny

Pokój, w którym rzadko się bywa

Przyjęcie

Raki

Ptaki

Bociany

Złotooki

Jaskółki

Rzeka

Deszcz

Mróz

Deszcz w grudniu

Noc

Niebo

Spokój

Połowa października. Powrót

Dzikie

Kucając

Suka

Południca

Wrzesień

Drapieżne

Wasyl

Ptasia krew

Marzec

Martwe

Cujka

Nadprzyrodzone

Montevideo

Gdy odchodzą śniegi

Wcześnie

Kolofon

Rășinari

Zawszeni i pogodni, powinniśmy trzymać się towarzystwa zwierząt, kucać sobie u ich boku jeszcze przez tysiąclecia, wdychać woń stajni raczej niż laboratoriów, umierać z chorób, a nie z lekarstw, kręcić się wokół naszej pustki i łagodnie w nią zapadać.

Cały dzień wiało z południa. Pod błękitnym szkliwem nieba suche światło zakreślało wokół rzeczy czarne kontury. W takie dni świat jest wyrazisty jak wycinanka. Nie da się patrzeć w jedno miejsce, bo można oślepnąć. Powietrze niesie ze sobą blask, do jakiego nie jesteśmy tutaj przyzwyczajeni. Afrykańska, śródziemnomorska światłość przelewa się przez karpacki grzbiet i spada na wieś. Pejzaż jest nagi i przejrzysty. Wśród bezlistnych gałęzi widać opuszczone ptasie gniazda. Wysoko, skrajem zrudziałych łąk, idzie stado krów. Zaraz znikną w lesie. Tam jest cicho, ciemno i płożą się zielone ostrężyny. Zwierzęta cofają się kilka tysięcy lat wstecz, porzucają nasze towarzystwo i na powrót stają się sobą do czasu, gdy za dzień, dwa ktoś je odnajdzie i przygna z powrotem.

Parę dni później widzieliśmy wieczorny powrót z pastwisk. Szosą od Păltinișu w czerwonych promieniach słońca szły setki krów i kóz. Nad stadami unosiły się ciepło i odór. Siwe, rozłożystorogie krowy szły na samym przodzie. Ludzie stali w otwartych bramach obejść i czekali. Wszystko odbywało się w ciszy, bez pokrzykiwań, bez ponagleń. Zwierzęta oddzielały się od stada i wchodziły do swoich zagród. Znikały w półmroku cienistych dziedzińców i rzeźbione wierzeje zamykały się za nimi w całkiem ludzki sposób. Ogromne bawoły lśniły jak czarny metal. Na jeden ich krok wypadało półtora krowiego. Były monstrualne i diabelskie. Wilgotne szczeciniaste pyski przywodziły na myśl jakąś odległą i lubieżną mitologię. Na końcu drobnym truchtem dreptały kozy. Pstrokacizna szła o lepsze z ruchliwością. Capi cuch unosił się nad rozciągniętym stadem. Asfalt lśnił od krowich rozprysków.

To było Rășinari, miejsce urodzin i pierwszych dziesięciu lat Emila Ciorana. Słońce spadało pionowo z góry na brukowane uliczki, na pastelowe domy, na czerwoną łuskę dachówek, i wydobywało najstarsze zapachy. Na początku nie wiedziałem, co to jest, co wisi w powietrzu, co przenika mury, ciała mijanych ludzi i karoserie starych pojazdów. Dopiero potem, po paru dniach, odkryłem, że to są pomieszane wonie zwierząt. Z zamkniętych podwórek ciągnęło świńskim nawozem. Ziemia między kocimi łbami gromadziła od stuleci koński mocz, smugi stajennego zapachu snuły się za niezliczonymi zaprzęgami, z połonin spływało duszne powietrze pastwisk, rynsztokami sączyła się gnojówka z chlewików i obór, a w rzece wypatrzyłem pewnego dnia rozwleczone wnętrzności. Nurt zagarniał opalizującą migotliwą czerwień i niósł gdzieś w stronę Sybina. Z gór wiatr niósł przenikliwy, ostry aromat owczych koszarów – mieszaninę zdeptanych ziół, lepkiego, tłustego runa i zeschniętych jak kamyki zielonkawych bobków. I tylko gdzieniegdzie wypływała strużka świerkowego dymu, nitka cebulowej smażeniny albo benzynowy obłoczek spalin.

Trzy miesiące później jechałem o zmierzchu przez wieś Rozpucie u podnóża Słonych Gór. Krowy wracały z pastwisk i szły całą szerokością drogi. Musiałem zwolnić i w końcu całkiem się zatrzymać. Rozstępowały się przed autem jak ruda leniwa fala. Chwytał przymrozek i z nozdrzy buchała para. Były ciepłe, rozdęte i obojętne. Patrzyły wprost przed siebie, w dal, ponieważ rzeczy, przedmioty i pejzaż nie miały dla nich żadnego znaczenia. Po prostu patrzyły wskroś tego wszystkiego. I we wsi Rozpucie poczułem ogrom i nieprzerwaną ciągłość świata wokół. O tej samej porze, w tym samym gasnącym blasku, wracały do domów bydlęta: od Kijowa, powiedzmy, po Split i od mojego Rozpucia po Skopje i – dajmy na to – Starą Zagorę działo się to samo. Krajobrazy i architektura, rasy, kształty rogów i maści trochę się zmieniały, lecz poza tym obraz pozostawał nienaruszony: drogą między dwoma szeregami domów podążały syte stada. Towarzyszyły im kobiety w chustkach i rozdeptanych butach albo dzieci. Ani samotne wyspy industrialu, ani porozrzucane tu i tam bezsenne metropolie, ani pajęczyna dróg czy linii kolejowych nie potrafiły ukryć starego jak świat obrazu. Ludzkie łączyło się ze zwierzęcym, by wspólnie przeczekać noc. Łączyło się, chociaż nigdy nie zostało rozdzielone.

Nie będzie żadnego cudu, pomyślałem, wrzucając jedynkę. We wstecznym lusterku widziałem rozkołysane zady. Nie było już much i ogony zwisały bezczynnie. To wszystko będzie musiało zginąć, żeby przetrwać choć w szczątkowej formie. „Gorsze i mniejsze” narody żyją ze swoimi zwierzętami i razem z nimi chciałyby zostać zbawione. Chciałyby być uznane ze swoimi trzodami, ponieważ niewiele więcej mają. Granatowa otchłań bydlęcych oczu jest jak lustro, w którym widzimy siebie jako ożywione mięso, obdarzone jednak pewnym rodzajem łaski.

Połowa lata, Pogórze

O czwartej nad ranem noc powoli unosi czarny tyłek, jakby obżarta wstawała od stołu i szła spać. Powietrze jest jak zimny atrament, spływa asfaltowymi drogami, rozlewa się i krzepnie w czarne jeziora. Jest niedziela i ludzie jeszcze śpią, dlatego w tym opowiadaniu powinno zabraknąć fabuły, bo przecież żadna rzecz nie może przesłonić innych rzeczy, gdy zmierzamy ku nicości, ku stwierdzeniu, że świat jest jedynie chwilowym zakłóceniem w swobodnym przepływie światła. Lutcza, Barycz, Harta, Mały Dół, Tatarska Góra, spłowiałe zielone drogowskazy pokazują kierunki, lecz tam nie dzieje się nic, nic się nie porusza prócz snów, które jak koty albo nietoperze widzą w mroku i krążą, krążą, muskają ściany, święte obrazy, pajęczyny i co tam kto jeszcze przez lata nagromadził. Słońce tkwi jeszcze głęboko, drąży inny świat, lecz za godzinę wyjdzie na powierzchnię, wydostanie się jak kołatek z drewna. Warkot samochodu słychać pewnie na wiele kilo­metrów. Szosa biegnie grzbietami wzgórz, opada, znów się wznosi, za każdym razem wyżej i wyżej, i w tej niepełnej ciemności, pomiędzy widmami lasów i domów, sprawia wrażenie spiralnej wieży.

 

O tej porze niebo ledwo oddziela się od ziemi i granica nie jest jeszcze ustalona; to tylko inne rodzaje mroku, w którym może hulać wyobraźnia. Lecz cóż takiego może wyobrazić sobie człowiek, cóż oprócz tych wszystkich rzeczy, które w tym miejscu widzieli inni ludzie, rzeczy banalnych, złożonych z zamazanych i mdłych kształtów rzeczywistości; to tylko odmienność kurzej ślepoty, tylko komedia głuchego telefonu. A tak naprawdę to wzrok ociera się o ciemne, chłodne i wilgotne barwy tak samo jak dłoń o gładki aksamit, o ciepłą podszewkę palta, gdy na dworze jest ziąb, tak samo bezmyślnie, z taką samą przyjemnością.

Nie będzie fabuły, nie będzie historii, zwłaszcza w nocy, gdy przestrzeń pozbawiona jest orientacyjnych punktów, gdy jedziemy z Rogów do Równego i dalej przez Miejsce Piastowe. Podróżujemy pomiędzy nazwami w roztworze czystej idei. Rzeczywistość nie stawia oporu, więc wszystkie historie, wszystkie następstwa, wszystkie stare małżeństwa przyczyny ze skutkiem są jednakowo pozbawione znaczenia.

Kombornia. Skąd biorą się te nazwy? Jak wiele czasu minęło od chwili, gdy miały jakikolwiek sens. Podniebny pyrkot samochodu przypomina turkot maszyny do szycia. Ciemność rozłazi się w szwach i fastryga podróży na nic tu się nie zda. Horyzont na wschodzie jaśnieje jak srebrny wąż, który spoczął wyciągnięty na szczytach pagórków. Ta zimna barwa zapowiada skwar i kurz i trzeba się spieszyć, wspinać na te znieruchomiałe fale, ześlizgiwać się w dół, na dno martwego morza, gdzie domy otrząsają się z mroku jak pies z wody, bieleją jak czaszki w czarnych połyskliwych okularach. I oni wszyscy tam są. Leżą na wznak, na brzuchu, plecami do góry i śnią swoje sny spoceni albo spokojni, przykryci albo w skopanej, skotłowanej pościeli, niektórzy w sobotnich ubraniach. Nie mają pojęcia, że ktoś o nich myśli. Właściwie nie istnieją. Umysły odpoczywają, choroba życia przycichła i podobni są do kawałków ciężkiej materii – prawie martwej i prawie szczęśliwej. Jan, Stanisław, Florian, Maria, Cecylia – litania do starych świętych. Jeszcze chwila i czas zdmuchnie ich jak wiatr świeczki. Przeniosą się w minione i nic już im nie zagrozi, żaden wstający świt, żaden upalny dzień. Cienie w mroku.

Domaradz. Mgła idzie do nieba. Odsłania kopy siana, czarne płoty i ostre dachy. Powietrze jest ciemnozielone. Gęste niebo odrywa się od horyzontu. W tym pęknięciu widać blask innego świata. Ci, co umierali, myśleli, że idą właśnie tam.

Połowa lata, Pogórze, świt nabiera powietrza w płuca i każdy następny wydech jest jaśniejszy. Jeszcze przez godzinę będzie można wyobrażać sobie życie innych ludzi. Ta martwa pora, gdy świat powoli staje się widzialny, ale jeszcze jest bezludny. Światło ma barwę roztopionego srebra. Jest ciężkie. Rozlewa się widnokręgiem, lecz nie oświetla ziemi. Tu wciąż panuje półmrok i domysł, rzeczy są zaledwie swoimi cieniami. Niebo pęcznieje od blasku, lecz blask pozostaje w nim uwięziony jak powietrze w dziecinnym baloniku. Oni leżą w swoich domach i historia każdego z nich mogłaby się potoczyć w dowolną stronę, gdyby nie los, który mieszka z nimi pod jednym dachem, trzyma w zanadrzu pewną liczbę możliwości, ale nigdy nie przekroczy samego siebie. Święci z obrazów czuwają nad nimi, nigdy nie zamykają oczu. Są nieruchomi, wykonali już swoje. Ich idealne oblicza są lustrami, o które ociera się teraz czas w swojej najczystszej postaci. Nie mąci go żaden gest ani uczynek. Tak wygląda niebo: życie wprawdzie tutaj istnieje, lecz na wszelki wypadek nie przybiera żadnej formy.

Powinienem być duchem, powinienem wchodzić do ich domów i wyśledzić wszystko to, co mają do ukrycia. Wyobraźnia jest bezsilna. Powtarza tylko rzeczy widziane i słyszane, powtarza je zmienionym głosem, usiłuje popełnić grzechy, które dawno już popełniono.

Jeszcze chwila i brzask wzbije się wyżej, i będzie widać, jak psy stają u swych bud albo przy drodze, lecz nie szczekają. O tej porze węch i słuch powoli tracą znaczenie, a wzrok jeszcze go nie nabrał, więc lepiej wszystko traktować jak sen, jak psie przywidzenie. Kot przycupnął na parapecie ceglanego domu. Wybrał miejsce, gdzie promienie słońca padną najwcześniej.

Nie będzie fabuły z jej obietnicą początku i nadzieją końca. Fabuła jest odpuszczeniem win, matką głupców, lecz ginie we wznoszącym się świetle dnia. Ciemność albo ślepota nadają rzeczom sens, gdy umysł musi szukać drogi w mroku i świeci sam sobie.

Widać już płoty, drzewa, syf, rupieciarnie na podwórzach, zaryte w piach wraki samochodów rozpadają się cierpliwie jak minerały, kołki, żerdzie, zimne i smukłe kominy, dyszle wozów, motocykle ze spuszczonymi łbami, przyczajone za węgłami wychodki, słupy w żałobie opuszczonych drutów, wbity i zapomniany szpadel – to wszystko jest, tkwi w swoich miejscach, lecz żadna z tych rzeczy nie rzuca jeszcze cienia, chociaż niebo na wschodzie przypomina srebrne zwierciadło, światłość odbija się w nim, lecz pozostaje niewidzialna. Tak pewnie wyglądał świat tuż przed uruchomieniem: wszystko było przygotowane, przedmioty tkwiły na progu swych przeznaczeń jak zamarli ze strachu ludzie. Parę miesięcy temu jechaliśmy tędy z R. Był środek dnia, kwiecień, jechaliśmy w przeciwną stronę. Pomiędzy drzewami leżał śnieg. Chmury stały w miejscu, światło było rozrzedzone i nieruchome, rozstępowało się przed wzrokiem i najdalsze grzbiety, domy i leśne grzebienie miały wyrazistość rzeczy bliskich i tylko trochę pomniejszonych.

Nie spotkaliśmy żadnego samochodu, nie widać było ludzi. Raz mignęła w ciemnej szybie jakaś twarz. Żółtawe, nasiąknięte łąki spływały z pagórków i na dnie doliny zagarniał je wezbrany strumień. I wszędzie unosiła się nieruchomość. Firanki w oknach, zamknięte drzwi, furtki, bramy obejść, puste pekaesowe przystanki, nawet jednej głupiej kury. Poruszaliśmy się tylko my, woda w dole i strzępy dymu nad chałupami. Bezludny po najdalsze krańce pejzaż wyglądał jak dekoracja, w której dopiero miało się coś odbyć albo już się odbyło. Przestrzeń panowała nad okolicą, wypełniała każdy zakamarek świata jak płynne szkło. Rozmawialiśmy. Lecz w tych wszystkich domach byli ludzie i wątek wciąż mi umykał, bo przecież oni wszyscy, dzieci, kobiety, mężczyźni, mieli swoje imiona i krew płynęła w nich od stóp do głów i chociaż niewidzialni, żyli każde swoim życiem. Dziesiątki, setki, na całej trasie tysiące ciał i dusz próbowało każde na swój sposób uporać się z dniem. Siedzieli do­­ok­oła­ stołów, pieców i telewizorów. Ich głowy były zaludnione tymi wszystkimi, których kiedykolwiek znali albo pamiętali. Ci znani i zapamiętani mieli swoich, a ci z kolei następnych… Rozmawialiśmy z R., lecz wątek wciąż mi się rwał, bo nieskończoność zawsze jest przeraźliwa. Chwilami zrywał się wiatr, poruszał chmurami i zaczynał padać śnieg, który natychmiast topniał. Był Wielki Czwartek, wracaliśmy okrężną drogą z Jarosławia. Chcieliśmy zobaczyć Przemyśl, lecz tam wirowała zawieja, zielone tablice drogowskazów oblepił śnieg i zwiedziliśmy tylko zimne wnętrze sklepiku w jakiejś peryferyjnej wiosce, gdzie R. kupił mineralną, a ja coś innego, bo bardzo chciało nam się pić. Wyrwaliśmy się z tej bieli, ciskała za nami pojedyncze garście, lecz byliśmy szybsi. Przed nami było jasno, daleko i pusto. Życie nie miało zamiaru się przejawiać. Wzgórza, domy, woda, chmury miały wyrazistość jakiejś nieludzkiej fotografii. W takim pejzażu myśli brzmią jak mechaniczna muzyka. Można je oglądać, można ich słuchać, lecz ich sens jest zawsze złowrogi niczym echo w studni. Szklany klosz nieba szczelnie przylegał do ziemi, powietrze znikało, ustępowało miejsca czystej przestrzeni i nasza jazda, ruch samochodu stawały się coraz mniej oczywiste.

Lecz teraz jest połowa lata, zaraz będzie Dynów, a ja przypominam sobie tę drogę sprzed roku, gdy jechaliśmy tędy z W. Kopy siana pięły się gęsiego na pagórki, znikały za grzbietami i pojawiały się dalej na następnych wzniesieniach, i w końcu zagarniał je ciemnozielony zmrok. Bo to był wieczór, i to wieczór sobotni. Skrajem szosy szły rozkołysane chłopaki, noc wychodziła im naprzeciw i była tak ogromna, że każdy z nich spodziewał się zaznać spełnienia wszystkich marzeń. Pod drzewami, pod sklepikami, w sadach stały stoły i krzesła z plastiku. Przypominały stada małych szkieletów. Ludzie pili leżajskie albo lepkie, pełne upału owocowe. Kobiety siedziały z rękami splecionymi na brzuchach, mężczyźni gestykulowali, dzieci jadły czipsy i tworzyły własne kręgi – wierne miniatury odpoczynku dorosłych. Biało-­-czerwone parasole Prince, biało-niebieskie Rothmans, purpura na zachodzie, na wschodzie ciemny błękit. Ze wzgórz biegły ku szosie polne drogi. Ludzie schodzili nimi, żeby się zabawić. Czyste koszule jaśniały jak żag­le albo duchy. Jechaliśmy wolno. Okolica musiała być podobna do ruchliwej mapy i wyglądało na to, że nikt nie pozostał w domach, chociaż okna rozjaśniało szare światło telewizorów. Być może stały samotne w pustych izbach i czekały jak wierne psy. Leżajskie i gęste od upału wino. Chłopcy znikali w ciemności, dziewczyny stały jeszcze chwilę w jasnym kręgu, a potem przepadały także. Za szybami sklepów sprzedawczynie ubrane były po cywilnemu. Fartuchy poszły już do prania. To był duszny karnawał zmierzchu, gdy szara godzina sunie od zarośli i sadów. To tam zwołuje się noc, potem wychodzi na świat, a oni wchodzą w nią, znikają, idą wskroś mroku pojedynczo, świecą ognikami papierosów i spotykają się gdzieś w środku, z daleka od wzroku. Szyby w aucie mieliśmy opuszczone. Czułem ten zapach jak pies, który potrafi myśleć.

Na placach przed kościołami stało nieruchome powietrze. Zupełnie tak, jakby cała pustka świata zebrała się właśnie tam. Mały kundelek biegł na skos wydeptanej, suchej ziemi, wieża kościoła powoli sięgała nieba, które opuszczało się niżej i niżej, a pies, jego żywa obecność wyglądały na wybryk, na okruch szaleństwa przyniesiony z jakiegoś innego czasu. Wszędzie wokół w otchłaniach rozgrzanej za dnia przestrzeni ludzie wiercili sobie przejścia jak robaki w serze, a na świątynnych majdanach cisza i chłód formowały się w coś, co przypominało wielkie, nieregularne akwaria.

W. prowadził ostrożnie, bo sobotnie wieczory są pełne zjaw. Ludzie rozdzielają się na siebie i swoje tęsknoty, wysyłają własne półwidzialne wizerunki, by próbowały wszystkich zakazanych rzeczy. Chłopcy przypominają własne sny, gdy idą rozbujani skrajem szosy i wypatrują dziewczyn, które mierzyły dziś sukienki, ale w lustrach materiał ich strojów stawał się niewidzialny i przyglądały się swoim nagim ciałom. Pięćdziesiąt na godzinę płynęliśmy przez powietrze gęste jak woda, pełne zwielokrotnionych odbić, zmąceń i fal. Gdzieś pod Dubieckiem niebo w końcu złączyło się z ziemią i na dobre zapadła noc.

Te wszystkie podróże przypominają przeźroczyste klisze. Nakładają się na siebie jak stereoskopowe fotografie, lecz obraz przez to nie staje się ani głębszy, ani ostrzejszy. Nie można opisać światła, co najwyżej można je sobie wciąż od nowa wyobrażać. Mężczyzna w burej koszuli i drelichowych spodniach wychodzi z domu i zmierza w stronę stajni. Siedem sekund. To wszystko. Już jesteśmy dalej. Niewykluczone, że tej nocy spłodził dziecko, możliwe, że zdąży jeszcze wyprowadzić konia na pastwisko i paląc pierwszego dzisiaj papierosa, umrze. Niezliczona ilość minionych bytów złożyła się na jego istnienie i każdy z nich miał wielkość całego świata. Rzeczywistość jest tylko nieokreś­loną sumą nieskończoności. A dziecko w łonie dokłada swoje i wszystko zaczyna się od jeszcze jednego początku. Siedem sekund, nim zniknął za czerwonym węgłem. Opowieść jest nieruchoma i chroni przed szaleństwem.

Cienie poranka kładą się na ziemi, jakby rozmazywał je wiatr. Są czarne, lecz nieostre, bo rosa rozpyla i załamuje światło na brzegach. Nawet wewnątrz plam czerń jest nieoczywista – przypomina raczej odbicie czerni. Za Dynowem San dotyka drogi zgiętym łokciem. Trzeba opuścić osłonę, bo słońce świeci prosto w oczy. Wisi tuż nad szosą. Asfalt łuszczy się jak stare złocenie. Rzeka w dole ma barwę lustra w ciemnym pokoju. Blask na razie toczy się górą, a przyszłość jest prawdopodobna, ale niekonieczna. Przed Dubieckiem mijamy samochód. Widać czarny brzuch i cztery koła w górze. Przypomina zwierzę, które chce się bawić. Gliny trzymają ręce w kieszeniach, jakby już było po wszystkim. Niebieskie światło radiowozu obraca się bezsilnie w świetlistym powietrzu poranka. Kilku gapiów wisi na płocie nad rowem. Patrząc, palą papierosy, widać błękitny dym. Taka nieruchomość zapada zawsze w miejscu śmierci. Słońce wznosiło się coraz wyżej, żeby ludzie mogli obejrzeć sobie świat.

 
To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?