Jadąc do BabadagTekst

Z serii: Poza serią
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Jadąc do Babadag
Jadąc do Babadag
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 53,80  43,04 
Jadąc do Babadag
Audio
Jadąc do Babadag
Audiobook
21,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Nasz bat’ko

No i tak to wygląda: co chwila się zbacza, potyka, zawraca, nici z czystej geografii, guzik ze spojrzenia uwolnionego od refleksji. Nic nie jest takie, jakie wydaje się na pierwszy rzut oka, wszędzie tkwią zadry znaczeń, o które myśl zaczepia się jak gacie o kolczasty drut. Nie można zwyczajnie, ot tak sobie, napisać, że granicę w Serecie przekroczyliśmy w nocy na piechotę, a rumuńscy strażnicy, którzy trzymali w szachu całe przejście i pięć autobusów z dziesięcioma tonami kontrabandy, po prostu nas puścili, śmiejąc się rubasznie i dobrodusznie. Po drugiej stronie była tylko noc. Czekaliśmy, aż od Ukrainy coś nadjedzie i nas weźmie, ale nie jechało nic a nic. Ani starej łady, ani dacii. Dziwnie jest znaleźć się w obcym kraju po północy, gdy za cały widok ma się tylko ciemność. Gdzieś z boku coś pełgało. Za szybą poruszały się cienie, więc poszliśmy tam, bo o tej porze człowiek robi się podobny do ćmy i ciągnie do jakiegokolwiek światła. W przygranicznej knajpie siedziało przy stoliku dwóch facetów. Grali w jakąś dziwną grę przypominającą domino. Chcieliśmy kawy. Barman zrobił ją w rondelku na elektrycznej maszynce. Była dobra i mocna. Usłyszał, że mówimy po polsku, i też próbował, ale zrozumieliśmy tylko „babka” i „Wrocław”. Pytaliśmy o autobus albo cokolwiek, ale on rozkładał ramiona i mówił coś w rodzaju „dimineață tīrg in Suceava”. W tym sinym i mokrym od oddechów świetle pierwszy raz piłem bihorską palinkę. Była gorsza od wszystkich węgierskich, ale rozgrzewała, poza tym chciałem wziąć coś więcej niż tylko kawę, skoro facet miał babkę z Wrocławia. Potem znów wyszliśmy na trasę, lecz nic się nie zmieniło. Jarzeniowa łuna stała nad granicą, a na południu ciemność tężała jak czarny tusz. Godzinę przed świtem pod knajpę zaczęły zajeżdżać samochody. Stawały i czekały na tamte autobusy uwięzione między szlabanami, czekały na towar. Podjechała dacia z tyłkiem szorującym po asfalcie. W środku siedziało czterech facetów. Kierowca wysiadł i powiedział: „Suceava zece dolar”. Chwycił nasze plecaki, wrzucił na dach auta i próbował czymś przywiązywać. Zapytałem, kurczę, jak to sobie wyobraża, i pokazałem na stłoczonych we wnętrzu facetów. Uśmiechnął się i zaczął się klepać po kolanach, że niby jedno na drugim i jakoś się zmieścimy. Był w bardzo dobrym humorze i trochę od niego zalatywało. M. zaczęła wołać, że nic z tego, że nie ma ochoty rozwalić się gdzieś po drodze, nie zobaczywszy nawet kawałka zielonej Bukowiny. No więc rozwiązaliśmy te sznurki i ściągnęliśmy bagaże z dachu. Kierowca zrobił się smutny i powiedział: „Cinci dolar”. „Eu nu merg”, powiedziała M. i zostaliśmy sami na zimnym wietrze ciągnącym od Czerniowców.

Gdy niebo zrobiło się jak atrament, podjechał czerwony passat kombi i facet powiedział, że „cincisprezece dolar”, i nie wybrzydzaliśmy, bo bryczka była pusta, wielka i ciepła. Cóż to jest cincisprezece za pięćdziesiąt kilometrów nad ranem po nieprzespanej nocy. Wystartowaliśmy, jakby nas diabeł gonił. Przed nami była mgła. Facet gadał i gadał. Mieszał rumuński, rosyjski i niemiecki. Próbował po polsku. Zjeździł Europę razem z Warszawą. Mówił, że nas zawiezie i wróci, bo tamci w końcu puszczą te autobusy z towarem i tuż za szlabanami zacznie się handel, że hej! Nigdy jeszcze nie było tak, żeby nie puścili, i on załaduje swojego passata po dach tymi rowerowymi kołami, oponami, kartonami proszków do prania, stosami czekoladowych tabliczek, czapkami uszankami w środku lata, bo teraz najtańsze, i resztą bogactw ukraińskiej ziemi. Zawiezie nas i wróci, a potem znowu z powrotem do Suczawy na to wielkie targowisko niedaleko cuchnącej kwasem siarkowym fabryki, na ten plac po horyzont pokryty brezentowymi dachami straganów. Mówił i mówił, a w światłach raz po raz widzieliśmy lśniące oczy koni ciągnących niewidzialne furmanki ze śpiącymi woźnicami. Mówił, a mnie kleiły się oczy. T. odwrócił się i powiedział: „Popatrz na kierownicę”. Znów mijaliśmy jakiś enigmatyczny zaprzęg i facet wykonał dobre pół obrotu, zanim auto zaczęło skręcać. Szybkościomierz był zepsuty, ale miałem pewność, że pedał gazu jest przy podłodze. Opuściłem więc powieki i słuchałem europejskiej legendy: Berlin, Frankfurt, Kijów, Budapeszt, Wiedeń…

Suczawa wyglądała jak ultramarynowy cień. Śmignęliśmy przez wiadukt. Główny dworzec był w remoncie, więc pojechaliśmy na Gara Suceava Nord, bo chcieliśmy bez odpoczynku ruszyć dalej na południe wzdłuż Seretu i dopiero gdzieś w Adjud skręcić na zachód, porzucić Mołdawię i znaleźć się w Siedmiogrodzie. Taki mieliśmy pomysł. Jechać i jechać, śpiąc w pociągach, które miały podjeżdżać na życzenie i zabierać nas tam, gdzie chcemy.

Gara Suceava Nord był wielki jak zbocze góry i ciemny. Wchodziło się niczym do jaskini. Żółte światło ledwo rozpraszało mrok. Szliśmy przez tłum. Tłum o czwartej rano to jest dziwna rzecz. Wyglądało to jak ciżba lunatyków. Ci, którzy stali albo się poruszali, mieli otwarte oczy, ale to wcale nie zmieniało wrażenia, że śpią. Byli żywi, ale jak zaczarowani. Tak działało to cierpiące na bezsenność światło, które sączyło się nie wiadomo skąd. Może z niewidocznego sklepienia, może ze ścian, a może z ludzkich ciał. W każdym razie było go za mało, by uwierzyć w realność tych wszystkich ledwo żywych, powolnych, wpół urwanych scen w dworcowym wnętrzu. Ktoś tu nie istniał: albo my, albo oni.

W każdym razie żaden pociąg nie odjeżdżał o tej porze na południe, a my nie mieliśmy sił, żeby czekać. Wyszliśmy przed dworzec. Taksówki stały w rzędzie. Kierowcy rozmawiali i palili papierosy. To były głównie dacie i ze dwa stare jak świat mercedesy. Pomyślałem, że zamiast koleją wybierzemy się autem i przez przełęcz Petru Vodă, przez wąwóz Bicaz, przez przełęcze Bicaz i Bucin pokonamy główny grzbiet Karpat, by znaleźć się wreszcie w sercu Transylwanii. Lecz taryfiarze otwierali szeroko oczy, gdy słyszeli „Târgu Mureș”, i kręcili głowami, słysząc „Sighișoara”. To tylko trzysta kilometrów, mówiliśmy, ale oni rozkładali ręce i kopali przepraszająco w opony swoich aut, bo nie wierzyli, że którekolwiek z nich wespnie się tak wysoko, a potem cało i zdrowo wróci. Tylko jeden, ten od starego zielonego merca beczki, włożył ręce do kieszeni, splunął i powiedział: „Două sute dolar”. Wtedy zrozumieliśmy, że biorą nas tutaj za wariatów. Młody szczupły chłopak powiedział, że zawiezie nas do hotelu, żebyśmy się wyspali. Daliśmy się jak dzieci zapakować do czerwonej dacii. Nie mieliśmy sił. Powiedzieliśmy: „Hotel Socim”, a on, że nie radzi, lecz byliśmy głupi i uparci, bo wydawało się nam, że facet chce nas ostrzyc na kasę. Uśmiechnął się, jakby chciał powiedzieć: „Pan Jezus was opuścił”, ale pomógł załadować bagaże i powiózł w świtające miasto. Wziął tyle, ile było na liczniku, i na koniec obiecał, że jak zadzwonimy, to po nas przyjedzie.

Ach, co to było za przebudzenie przy strada Jean Bart 24… Sufit wisiał tak nisko, że z trudem można było usiąść na łóżku. Na wszelki wypadek więc nie wstawałem, tylko słuchałem, jak tuż za oknem jadą jedna za drugą wielkie ciężarówki. Jechały jak pociąg. Bez przerwy. Nie dało się zamknąć okna, bo w środku robiło się jak w piecu. Przy otwartym zresztą było tak samo. W pokoju stały tylko łóżka i szafa. Bałem się ją otworzyć. Z korytarza dobiegały dziwne odgłosy. Bałem się wyjść. W końcu jednak wyszedłem, żeby poszukać łazienki. Z okna w korytarzu zobaczyłem pranie na sznurach, blokowisko, szopy, komórki i pasącego się białego konia. W łazience sprzątaczka krzyknęła ze strachu na mój widok i wylała wiadro z brudną wodą. Nie miało to żadnego znaczenia, ponieważ na podłodze leżały drewniane kratki – takie jak w koszarach i więzieniach. Ale było chłodno i cicho.

Nie pospaliśmy dłużej niż trzy godziny. Na ulicy było tak samo upalnie jak w środku. W nieruchomym powietrzu wisiał kurz. W cieniu betonowych schodów siedziały paroletnie dzieciaki. Odprowadziły nas wzrokiem. W barze na rogu pachniało jedzeniem. Wzięliśmy zabielane flaki na kwaśno z czosnkiem. Do tego była bułka i ostra zielona papryka, od której pot występował na skórę. Zadzwoniliśmy i ten facet rzeczywiście po nas przyjechał. Znów był żywy, ruchliwy i zadowolony, że może nam pomóc. Spytaliśmy go, czy spał. Odpowiedział, że nie. Spojrzał na drzwi hotelu Socim, ale był delikatny i nie robił uwag. Powiedzieliśmy, że musimy zdobyć bilety na pociąg, wymienić pieniądze i wieczorem być w Klużu. Na wszystko odpowiadał: „No problem”. Załadował nasze plecaki do bagażnika, klapa się nie domykała, czymś ją tam przywiązał i ruszyliśmy, zostawiając za sobą na zawsze strada Jean Bart 24. Rzeczywiście, dla niego nic nie było „problem”. Znalazł kantor z najlepszym kursem. Zanim odszedłem od okienka, zabrał mi plik banknotów, skrupulatnie przeliczył i dopiero wyszliśmy. W rumuńskim Orbisie stała kolejka na dwie godziny. W ogóle się nie poruszała. Komputer na biurku kasjerki był ciemny i niemy. Gdy ktoś rezerwował sobie miejscówkę, kobieta dzwoniła na wszystkie kolejne stacje i zgłaszała rezerwację. Chcieliśmy wychodzić. Pociąg mieliśmy za pół godziny, było nam wszystko jedno, czy pojedziemy na gapę, czy w lokomotywie, byle się ruszyć z rozpalonej Suczawy. Nasz taryfiarz powiedział jednak coś w rodzaju rumuńskiego „spoko” i po prostu stanął na początku kolejki, wygłosiwszy jakąś przemowę do ludności. Dziesięć minut później gnaliśmy przez miasto z kieszeniami pełnymi małych zabytkowych biletów z brązowego i zielonego kartonu. Wszyscy na nas trąbili, ale my też trąbiliśmy na wszystkich. Czerwona dacia brała zakręty jak straż pożarna. Nasz nowy kolega prowadził jedną ręką, a drugą szukał muzyki w radiu. Na Gara de Nord byliśmy pięć minut przed odjazdem. Chcieliśmy biec do pociągu, ale facet powiedział, że to przecież daleko i długo, a my nie mamy nic do jedzenia ani picia. Kolejka do dworcowego kiosku była jak pół tej po bilety, ale on po prostu wszedł do tej szklanej budki i pytał nas przez okienko, ile chcemy piwa, mineralnej i z czym kanapki, a jednocześnie przytulał i całował młodą sprzedawczynię w białym czepku. Tak było, nic nie poradzę. Dziewczyna wzięła pieniądze, wydała resztę i byliśmy na peronie akurat, żeby się pożegnać i uściskać. Facet wziął tyle, ile pokazywał licznik.

 

No więc jechaliśmy na południowy zachód: Gura Humorului, Cîmpulung Moldovenesc, Vatra Dornei, w głąb zielonej Bukowiny, pomiędzy lesiste góry, i nic właściwie nie pamiętam z tej podróży, więc muszę wszystko wymyślać na nowo. Gruby facet w przedziale rozpierał się na półtora miejsca i wcale mu się nie podobaliśmy. Miał koło sześćdziesiątki, był odpasiony i pewnie wspominał lepsze czasy, gdy panował porządek i żadna zagraniczna hołota nie włóczyła się samopas i nie piła w pociągach piwa ursus. W każdym razie taką miał minę. Teraz muszę sobie to wszystko przypominać, wymyślać od nowa jego szary garnitur i bordową koszulę, którą zdjął przed Vatra Dornei. I niebieski ręcznik, który przewiesił sobie przez kark. Poszedł do toalety w białej podkoszulce, a jego ramiona były tłuste, ciężkie i bezwłose. No więc muszę to wszystko wymyślać od nowa, bo przecież coś musiało się dziać przez cały ten długi dzień aż do wieczora w Klużu, gdzie padało tak, jak pada dziś. Wszystko trzeba wymyślać od nowa, ponieważ dni nie mogą przepadać w przeszłości, wypełnione jedynie pejzażem, nieruchomą, niezmienną materią, która w końcu strząśnie nas ze swojego cielska, strzepnie jak te wszystkie drobne incydenty, te twarze oraz istnienia nie dłuższe niż jedno spojrzenie. W każdym razie ten stary mężczyzna wrócił i zapadł w drzemkę, chociaż mieliśmy nadzieję, że myje się przed wyjściem, a nie przed snem. Być może wyrusza się w podróż po to, by nieść ocalenie faktom, by podtrzymywać ich wątły, jednorazowy błysk.

W Klużu padało. Przed pizzerią przy dworcu chłopcy w skórzanych kurtkach załatwiali swoje sprawy, a dziewczyny kibicowały. Wszystko odbywało się tak samo jak na całym świecie: w końcu dwóch chwyciło trzeciego pod ramiona i powlokło gdzieś w ciemność. Dworzec w Klużu – znowu ciżba, żółtawy półmrok, woń ciał i papierosów. Musieliśmy przestemplować bilety na jutro. Wypatrzył nas w tłumie chłopak. Wypatrzył, że nie jesteśmy stąd i stoimy jak cielęta, nie bardzo wiedząc, dokąd iść. Wziął od nas te staroświeckie kartoniki i w pięć minut było po wszystkim. Powiedział: „Drum bun” i przepadł między ludźmi jak anioł stróż w rozklapcianych adidasach.

Rano strada Horea lśniła w słońcu. Synagoga niedaleko mostu na Samoszu miała cztery wieże zwieńczone blaszanymi kopułami. Wyglądała jak ta w cygańskiej dzielnicy w Spiskim Podgrodziu. Była tylko większa. Na śniadanie jedliśmy jak zwykle ciorbă de burtă. Z bułką i papryką. Gdzieś niedaleko węgierscy panowie spalili na stosie Jerzego Dożę. Poćwiartowali potem to, co zostało, i rozwiesili na bramach Budy, Pesztu, Alba Iulii i Oradei. Głowę dostał Segedyn. Tak zazwyczaj kończą „chłopscy królowie”. Nawet gdy stoi za nimi kilkudziesięciotysięczna armia, a papież błogosławi na ostatnią i niezrealizowaną krucjatę przeciw Turkom. Siedziałem w knajpie przy ulicy jego imienia – strada Gheorghe Doja – piłem kawę i za mniej więcej dwie godziny miałem zobaczyć z okien pociągu trawiastą pustynię Siedmiogrodu, gdzie pięćset lat temu maszerowały jego chłopskie oddziały. Tak było. W przedziale jechał ten Japończyk od ludowych strojów kobiecych, w które – jak twierdził T. – przebierał się potem przed lustrem w swoim Tokio albo Kioto.

Jego przewodniczka opowiadała, że Ceaușescu zjednoczył rumuński naród, czyniąc wszystkich tak samo winnymi, i jeśli ktoś mówił, że nie brał w tym udziału, to po prostu kłamie, a ja patrzyłem na wypalone wzgórza i próbowałem sobie wyobrazić oddziały lekkiej konnicy, ciemne, ruchliwe punkciki na horyzoncie, które zjawiają się i nikną, i znowu zjawiają zgodnie z rytmem wzniesień. Próbowałem sobie wyobrazić ten śmiertelny karnawał biedaków. Przemierzali swoją ziemię po raz pierwszy i ostatni jako wolni ludzie. W zdobycznych pańskich strojach, ze zdobyczną pańską bronią, na pańskich koniach ciągną pod Kluż, pod Timișoarę, by w lipcowym słońcu ponieść ostateczną klęskę. Pięćdziesiąt tysięcy ściętych, powieszonych, zostawionych ptakom i rzuconych psom. Kruki ściągają z Karpat, z Niziny Węgierskiej, z Mołdawii i Wołoszy. Upał przyspiesza rozkład i zaciera ślady. Nic nigdy nie zostaje po rebeliach nędzarzy. Dożę spalono podobno na błazeńskim tronie z błazeńskim berłem w dłoni. Tak przynajmniej twierdzi Sándor Petőfi.

No więc jechałem, patrzyłem w okno i wyobrażałem sobie obdartą i ekstatyczną armię poganiaczy bydła, pastuchów i chłopów, która chociaż na chwilę próbuje sięgnąć po los swoich panów, czyli zarządzać własnym życiem, cudzym bogactwem i przemocą. Parę miesięcy wcześniej szukałem grobu Jakuba Szeli na Bukowinie. Pytałem to tu, to tam, bo potrzebowałem pretekstu, by wybrać się na koniec świata. Jedni mówili, że leży w Clicie, inni, że przy samej ukraińskiej granicy w Wikszanach.

Wierzyłem jednym i drugim. Zacząłem nawet myśleć, że Austriacy postąpili z nim trochę jak węgierscy panowie z Dożą, czyli rozczłonkowali pamięć po nim, pamięć, która wtedy w każdej chwili mogła okazać się groźna. W końcu – jak twierdził Ludwik Dębicki – „zdawał się być mistykiem i sekciarzem w siermiędze”. Ze wszystkich ewentualnych miejsc pochówku najbardziej podobały mi się Wikszany, chociaż były zupełnie nieprawdopodobne: zagubione wśród pól, odległe od świata i zabite deskami. Dalej po prostu nie było nic, nic nie było w żadną stronę. Bezmiar bezdrzewnej ziemi, którą jednak ktoś to tu, to tam uprawiał, stał w karkołomnej sprzeczności z tą wioszczyną, gdzie nie dostrzegłem żadnej maszyny poza jednym rowerem. Nasze auto wyglądało tu jak horrendum, jak wyzwanie. To był fragment tej wyżyny między Radowcami a Suczawą, gdzie wśród bezkresnych sfałdowanych pól poruszały się maleńkie konne zaprzęgi. Świeżo zaorana czarna ziemia łączyła się od razu z niebem i te maleńkie figurki, chude żylaste koniki, były prawie niewidzialne z racji własnej znikomości. Wydawało się, że gdy staną, gdy się zatrzymają, stracą ostatnią rację istnienia. Tylko ruch nadawał im jeszcze jakikolwiek sens. Wszystko wyglądało na jakiś kaprys. W gigantycznym pejzażu ktoś ustawił dziecięce zabawki, by sycić się bezradnością figurek z bożonarodzeniowej szopki.

Wieś pachniała gnojem i wiosną. Za płotami kwitły sady. Cooperativă mieściła się w ceglanym budynku. Ubrany na czarno chłopak powiedział nam, że mają tam piwo. Dziewczynę z kluczami znaleźliśmy w gospodarstwie obok. Otworzyła nam. Pytaliśmy o Szelę, o to, że podobno gdzieś tutaj jest pochowany, ale nie wiedziała nic, nie znała chyba nawet nazwiska, chociaż była Polką. W środku było parę stolików i jakiś dziwny bałagan, jakby ktoś ustawił dekoracje do filmu. Wnętrze miało szarozielony odcień. Na podłodze stały drewniane skrzynki – takie, w jakich rozwoziło się kiedyś szklane syfony z wodą sodową – tyle że wypełniały je półtoralitrowe butle z winem. Dwa rodzaje piwa, dwa rodzaje papierosów i popielniczki pełne niedopałków jak po przyjęciu. Do tego propagandowe plakaty na ścianach i okno wychodzące na obejście, gdzie wałęsały się różowe prosiaki – to wszystko. Te parę rzeczy, sprzętów i towarów składało się jednak na niebywały chaos. Wszystko wyglądało jak porzucone w pół czynności, zaniechane, jakby właśnie tutaj, w tym miejscu, wyczerpała się energia świata. Wypiliśmy po piwie. Dziewczyna była milcząca, ale w końcu powiedziała, że zaprowadzi nas na stary cmentarz za wsią i może to tam. Ale tam były tylko kępy kolczastych zarośli i ani śladu nagrobków, płyt, krzyży, czegokolwiek, żadnych znaków minionej śmierci. Pomyślałem, że jednak szkoda, że powinien leżeć właśnie tutaj i któregoś dnia zmartwychwstać. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, by zobaczyć, jak wchodzi do cooperativy, której wnętrze nie budzi w nim zdziwienia, ponieważ nieruchomość, smutek i opuszczenie nie zmieniają się ani w czasie, ani w przestrzeni. Tak samo musiało być w karczmie Żyda Semka w Siedliskach w 1846 roku 20 lutego. Na polach leżał śnieg, był mróz, wewnątrz panował półmrok i unosił się smród brudnych rozgrzanych ciał. „Idźcie, chłopcy, do roboty, a spieszno, bo czas mija”. Miał na sobie swój czarny sukienny płaszcz, w ręku zdobytą na Boguszach szablę, którą postukiwał o ziemię jak kosturem. Na dziedzińcu dworu krew wsiąkała w śnieg. W powietrzu czuć było wódkę z rozbitych beczek. Austriacy zrobili go chłopskim królem tylko na czas dwudziestu czterech godzin, a dzień powoli się kończył. „Idźcie, chłopcy, do roboty, bo czas mija”. Przeklęta pańska krew wsiąkała w śnieg, miał zdobyczną szablę, chłopcy w kieszeniach pobrzękiwali dukatami, ale ani półmrok, ani smród nie rozwiały się nawet na trochę. Starosta Breinl powiedział mu w Tarnowie: „Arcyksiążę Ferdynand jeden, a ty drugi jesteś w Galicji plenipotentem”. Niektórzy utrzymują, że planował małżeństwo z dziesięcioletnią Zosią Boguszówną. Chamska krew miała się połączyć z pańską i dać początek nowemu plemieniu, które weźmie w posiadanie odnowioną ziemię. Możliwe, że nie wierzył we własne siły, możliwe, że projekt nowego świata miał polegać na powtórzeniu pańskich gestów w pustej, abstrakcyjnej rzeczywistości, która nie stawi już żadnego oporu.

No więc mógłby wstać z grobu i wejść do cooperativy we wsi Wikszany, a wszystko byłoby tak, jakby nigdy nie umarł, bo cooperativă zapewne niewiele różniła się od karczmy Żyda Semka. Mógłby po półtora wieku wszystko zacząć od początku już bez austriackiego błogosławieństwa. Tak sobie myślałem, stojąc w południowym słońcu. Przejechałem kilkaset kilometrów i miałem prawo do takich myśli. W dodatku przyjechałem z jego rodzinnych stron. Patrzyłem w stronę Mołdawii i zastanawiałem się, czyją krew chciałby przelać dzisiaj, z czyją krwią chciałby zmieszać swoją. W cooperativie ciężko i wolno krążyły muchy. Na półce stały dwa gatunki najtańszych papierosów. Wokół nie było żadnych panów, lecz powietrze wewnątrz miało ten sam duszny smak nędzy. Myślałem sobie: siedzisz tu, Szela, pijesz ursusa albo silvę i nie masz komu rzucić się do gardła. A nawet jeśli spróbujesz, to świat rozstąpi się przed tobą jak zjawa i w rękach zostanie pustka. Tak, gówno im zrobisz, bo nie ma komu. Możesz najwyżej wybrać się do Suczawy i niczym jakiś postindustrialny Ned Ludd rozpirzyć błękitny bankomat, tak jak tamten dwieście lat temu niszczył pierwsze wielkoprzemysłowe maszyny. Dzisiaj nie można już stać się kimś innym przez prosty transfer rzeczy czy przedmiotów. Na dobrą sprawę nie ma też kogo zabić z nadzieją, że wejdzie się w jego ciało i życie. Bogactwo jest nieuchwytną ideą, która krąży w powietrzu, by od czasu do czasu tu i tam się zmaterializować. Natomiast nędza, odrzucenie i upadek są konkretem i pewnie już tak zostanie. Wszystkie skarby świata wyglądają dzisiaj na nieco niczyje i żadna grabież cię nie uświęci ani żaden gwałt nie uszlachci. Zostaje ci tylko bankomat w Suczawie jako realna emanacja dalekiego wszechwładnego zła, które nigdy nie pozwoli, by ostatni byli pierwszymi.

Tak przemawiałem do ducha Jakuba Szeli na skraju Europy w opłotkach wsi Wikszany. Ogarniały mnie lewicowe myśli, ale nie miałem za grosz rewolucyjnego zapału. Kilometr dalej, w szczerym polu, przy drodze, siedział mężczyzna i czytał gazetę. Jak okiem sięgnąć nie było nic, a on ledwo podniósł wzrok na nasze auto i zaraz powrócił do lektury. Jechaliśmy na południe, do wsi Clit, żeby sprawdzić kolejne domniemane miejsce pochówku. To by się nawet zgadzało, bo Clit leżał o parę kilometrów od Solki, gdzie już po wszystkim zesłali go Austriacy. Na skrzyżowaniu za Radowcami stał rumuński glina. Po prostu stał na środku skrzyżowania. Na widok naszego samochodu odwrócił się demonstracyjnie i patrzył gdzieś w dal. Wyglądało to na gest sympatii. Udawał, że nas nie widzi, ponieważ stanowiliśmy oczywiste wyzwanie. On nas zwyczajnie nie chciał zatrzymać, chociaż prawie na pewno powinien.

W Clicie mówili dziwnym językiem. Przypominał ukraiński, ale rozumiałem co piąte słowo. Zapytałem kobiety w chustce, czy to ukraińska wieś. „My Ruskie”, odpowiedziała. Pytaliśmy o Szelę, o to, czy tutaj albo gdzieś w okolicy słyszała o takim nazwisku. Pokręciła głową, a potem powiedziała, że zaprowadzi nas do najstarszego człowieka we wsi. Droga była sucha i pylista. Drewniane domy miały biało-zielone ściany i okiennice. Na ziemię sypały się różowe i białe płatki kwitnących jabłoni. Gdzieś w oddali połyskiwała tafla stawu. Gęsi szły w tamtą stronę całkiem samodzielnie. Z cienia i kurzu wyszedł mężczyzna w spranych drelichach. Wcale nie wyglądał tak staro. Długo się zastanawiał, kazał sobie powtarzać nazwisko, a potem sam nas zaczął wypytywać, kto zacz cały ten Szela: czy to jakiś nasz „bat’ko”? „Trochę tak jakby”, odpowiadaliśmy wymijająco. Na koniec dał za wygraną i powiedział, że jest tu taki jeden, nie tak stary wprawdzie, ale bywały w świecie, niedawno wrócił z Niemiec, i może on coś poradzi. Starzec wywołał go z przydrożnej knajpy. Mężczyzna miał może czterdzieści lat i był ubrany w kombinezon z napisem „Esso”. P. powiedział, że Esso to już prawie Shell i być może jesteśmy blisko. Rozmawialiśmy po rosyjsku, ukraińsku, niemiecku i po polsku, ale stanęło na tym, że wszystko, co mogą zrobić, to pokazać nam, gdzie jest cmentarz. Zaprowadzili nas, życzyli szczęścia, dobrej drogi, zdrowia i zostawili w chłodzie cmentarnych drzew. Stary mężczyzna wolno i ostrożnie schodził ze wzgórza. Młodszy chwilami podtrzymywał go za ramię. Wcale nie musieli tu z nami przychodzić. Mogli nam pokazać pagórek z daleka, ale w tej części świata poszukiwanie czyjegoś grobu jest zajęciem znacznie poważniejszym niż zwykła turystyka i ludzie odnoszą się do tego z szacunkiem. Zdaje się, że wchodząc na ich cmentarz, byliśmy ich gośćmi.

 

Tak. W Clicie też mógłby leżeć. Ze wzgórza roztaczał się widok na białą kopulastą cerkiew i na neogotycki kościół. Jego rodzinna Smarzowa też leżała wśród Pogórza, tyle że doliny były tam ciaśniejsze, a grzbiety porośnięte lasem. Tutaj wszystko było nagie, zaorane albo trawiaste. Niebieski upał smużył się nad horyzontem. Po naszym „bat’ce” nie było śladu.

I nie mogło być, ponieważ podczas podróży historia nieustannie zmienia się w legendę. Stanowczo za wiele zdarzeń na zbyt wielkiej przestrzeni. W dodatku nie miał kto zapamiętać tego wszystkiego, nie mówiąc już o zapisaniu. Nie można poświęcać uwagi zdarzeniom, które nie wiadomo skąd przychodzą, a ich cel i sens do końca pozostają niejasne. Nikt nie złoży tego w całość, nie skleci skończonej opowieści. Zaniechanie jest sednem tych stron. Historia, zdarzenia, konsekwencja, myśl i plan raz po raz rozpływają się w pejzażu, w czymś znacznie starszym i większym niż wszystkie usiłowania razem wzięte. Czas daje sobie radę z pamięcią. Nie można niczego zapamiętać z pewnością, ponieważ uczynki nie układają się według prawa przyczyny i skutku. Długa narracja o duchu dziejów wydaje się tutaj pomysłem równie żałosnym i pretensjonalnym, jak napisana po bożemu powieść. Paroksyzm i nuda rządzą na przemian w tych stronach – dlatego te strony są tak bardzo ludzkie. „Czy to wasz bat’ko?” Czemu nie, pomyślałem. W pewnym sensie i nasz, i wasz. W końcu wcieliło się w niego pragnienie gwałtownej odmiany własnego losu, które tak samo nagle zmieniło się w zgodę na to, co los niesie.