Antykomunizm, czyli upadek Polski

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kłamstwo

Jednak nawet jeżeli z „Polski posierpniowej” wyłączymy 60% rodaków (tych, co pragną dziś głosować na Kwaśniewskiego), lub 40% (tych, co pragną głosować na SLD) – to i tak pozostaje pytanie: na jakiej zasadzie pojęcie to zawężono do prawicy? Jakoś nie słyszałem, by w „obozie posierpniowym” mogła się zmieścić Unia Pracy – i to nawet nie ta obecna, kierowana przez Marka Pola, ale poprzednia, przewodzona przez weteranów walki z komunizmem: Ryszarda Bugaja i Karola Modzelewskiego. Jakoś też nie pamiętam, by przed pięciu laty, w swej walce o prezydenturę, powszechne poparcie „obozu posierpniowego” otrzymał Jacek Kuroń. A kiedy dodamy do tego jeszcze i ten fakt, że Pierwsza Solidarność nie była wcale prawicowa, lecz akurat chrześcijańsko-socjalistyczno-lewicowa, wówczas zrozumiemy, że termin „Polska posierpniowa” jest pusty.

Zważmy: Okrągły Stół – jedno z najdonioślejszych wydarzeń w historii Polski – przedstawiany jest jako „zdrada elit”. Dwudziestolecie Solidarności świętowane jest przy nieobecności nikogo (z wyjątkiem Tadeusza Fiszbacha) z ówczesnej strony „partyjno-rządowej” – tak jakby porozumienia sierpniowe były podpisywane ze ścianą. Dla AWS-owskich ideologów to wszystko, co jest wzorem realizmu i rozumu politycznego, myśli obywatelskiej i szacunku dla wspólnego dobra – staje się natychmiast podejrzane. Nawet polski Sierpień domaga się „doheroizowania”. Przed dwoma laty, w Brukseli, premier Buzek najspokojniej oświadczył: „w sierpniu 1980 Solidarność rzuciła hasło: Polska do NATO!”. A przecież gdyby ktoś wysunął taki program w czasach Leonida Breżniewa, mógłby być tylko prowokatorem.

Dychotomiczny podział społeczeństwa na „czystych” i „zbrukanych” ma dodatkowo jeszcze uwiarygadniać lustracja. No, ale przed dociekliwością sędziego Bogusława Nizieńskiego, czy przed ustawą o Instytucie Pamięci Narodowej nie uszliby dziś ani Tadeusz Kościuszko, ani Adam Mickiewicz, ani Józef Piłsudski… Tym samym jednak czarno-biała wizja dziejów owocuje nie tylko banalnym kłamstwem, ale także pogardą dla polskiej historii (którą usiłuje się upiększać) oraz dla polskiego społeczeństwa (które jest traktowane jak dzieci).

Absolutyzowanie terminu „obóz posierpniowy” przynosi także spustoszenie w dziedzinie języka. Zasoby ubeckie i esbeckie awansują do szumnej nazwy „Instytutu Pamięci Narodowej”, prokurator lustracyjny nosi dumne miano „rzecznika interesu publicznego”. Terminy „komunizm”, „totalitaryzm”, „Targowica”, którymi tak lubi szafować Marian Krzaklewski, ulegają nieuchronnej banalizacji. No bo jeżeli Targowicą było uchwalenie ostatniej Konstytucji, a przejawem totalitaryzmu są działania telewizji publicznej?… Zaczynamy obserwować procesy podobne jak w PRL: język przestaje służyć komunikacji społecznej, przestaje znaczyć, zamienia się w partyjną, propagandową nowomowę. Przy tym to, co niewygodne, jest jak dawniej „białą plamą”. Kiedy bowiem AWS-owski ostracyzm dotyka Mariana Jurczyka, Andrzeja Celińskiego czy Adama Michnika, kiedy nawet ci ludzie – współautorzy sierpniowego triumfu! – okazują się niegodni, by uczestniczyć w jego obchodach, wówczas czujemy się jak przy lekturze Krótkiego kursu WKP(b). Z kolejnych wydań tej książki także znikały niewygodne nazwiska.

Gra państwem

Skoro akceptuje się nieprawdziwą wizję rzeczywistości i przeszłości, musi się pojawić pokusa „równych i równiejszych”. A w rezultacie musi też wystąpić podważanie zasad państwa prawa. „W przypadku jednego typu przestępstwa, jakim jest złożenie fałszywych zeznań w jednej tylko sprawie, powołuje się odrębny urząd specjalnego prokuratora i wprowadza się nadzwyczajny tryb postępowania, łamiąc ogólny porządek prawny” – pisał o ustawie lustracyjnej Ernest Skalski (Żerowisko władzy, „Gazeta Wyborcza”, 17 II 1999). Najdalej pod tym względem zaszedł AWS-owski projekt dekomunizacji: zakładał on wyłączenie z życia politycznego na lat dziesięć byłych funkcjonariuszy PZPR.

Podważanie zasad państwa prawa – to także nieprzejrzysty system rządzenia. AWS forsuje powołanie instytucji o niejasnych kompetencjach, jak Prokuratoria Generalna, nieprzewidziana w Konstytucji, a mająca sprawować nadzór nad… Ministerstwem Skarbu i NIK-iem. To samo ugrupowanie tworzy ponad głowami rządu niekonstytucyjny ośrodek kierowniczy („partia kieruje, rząd rządzi”?). Wszak przez cały czas swego istnienia gabinet Buzka był sterowany „z tylnego siedzenia”. Bowiem nie wola rządu, lecz wola jego politycznego zaplecza okazywała się decydująca.

Pod władzą AWS racja stanu przestaje być priorytetem. Pamiętamy, jak z powodu samego tylko oskarżenia przez rzecznika interesu pub­licznego, bez wyroku Sądu Lustracyjnego (specjalnie do tych celów ­powołanego), premier zdejmował ze stanowisk ludzi, którzy – jak wiceminister obrony narodowej Robert Mroziewicz – przeszli już i tak międzynarodowe procedury clearingu. (Vacat na stanowisku wiceministra trwał wtedy wiele miesięcy: w rezultacie wykryto później zaniedbania w dostosowaniu polskiej armii do wymogów NATO). Pamiętamy, jak ferowano publiczne oskarżenia wobec ambasadora RP w Izraelu, czyniąc tym oczywiste szkody polskiej polityce zagranicznej. Pamiętamy, jak żądano lustracji służb specjalnych – bez troski o to, jakie to będzie mieć konsekwencje dla bezpieczeństwa państwa. Jak domagano się (z uporem czynił to Marian Krzaklewski) lustracji dyplomatów. A czy trzeba przypominać wakacyjne zawirowania wobec wyborów, w których UOP – powołany ponoć do ochrony państwa – dozował dokumenty lustracyjne „niesłusznych” kandydatów? I czy trzeba przypominać kolejne skandale wywoływane przez ministra Janusza Pałubickiego? Za określenie Kwaśniewskiego mianem „prezydent wszystkich ubeków” doczekał się on tytułu „człowieka roku” i wyrazów solidarności ze strony premiera.

Gra człowiekiem

A teraz mamy jeszcze „powszechne uwłaszczenie”! Nie dość, że rujnuje ono porządek prawny (dysponując nie swoją – na przykład spółdzielczą czy gminną – własnością i wchodząc w konflikt z toczącymi się procesami reprywatyzacyjnymi), to jeszcze rujnuje budżet (który musi dać milionom obywateli bony „nie mniejsze niż 300 zł”) i wręcz grozi załamaniem gospodarki. Co najważniejsze jednak: „powszechne uwłaszczenie” prędzej czy później zrujnuje także ludzi, którzy nie będą przecież w stanie utrzymać – a zwłaszcza wyremontować – mieszkań przekazanych im teraz za darmo. Rozumiem: po nas choćby potop. Ale czy to prawicowe doktrynerstwo nie przypomina bolszewickiego „grabit’ nagrablennoje”?

Idea „Polski posierpniowej” (to jest „Polski dla swoich”) zdaje się wreszcie kłaść cieniem na „czterech wielkich reformach”. Pamiętamy, jak były one wdrażane: „na hurra”, bez niezbędnej kalkulacji, przy sprzeciwie opozycji. Widzimy, jak obecnie funkcjonują. Obywatel ma więc prawo pytać: czy tu szło naprawdę o jego dobro? Przecież po „reformie służby zdrowia” opieka zdrowotna wyraźnie się pogorszyła, a „na swoje” wyszli głównie urzędnicy Kas Chorych. Obywatel nie wie, czy celem władzy były reformy dla wszystkich, czy tylko dla wybranych? Czy przypadkiem nie chodziło o propagandę sukcesu „Polski posierpniowej”? I czy bez znaczenia była konieczność zapewnienia intratnych stanowisk „krewnym i znajomym królika”?

Oto więc hierarchia wartości, którą zdaje się przyjął AWS. Niewątpliwie najwyżej stoi ideologia antykomunizmu, bądź doktrynersko rozumianej prawicy (obie są wyznawane przez elektorat AWS i ROP, czyli zaledwie 16–20% społeczeństwa). Niemal równie wysoko ceni się dobro „swoich”: lokuje się ich na najbardziej lukratywnych posadach i nie daje się zrobić im krzywdy. Dopiero w trzeciej kolejności idzie interes państwa. Redakcja „Kultury” (a więc Jerzy Giedroyc) pisała już przed dwoma laty:

Wszyscy ci politycy i dziennikarze polscy, którzy potępiają w czambuł Jałtę i Poczdam, którzy wypowiadają się tak, jak gdyby chcieli retrospektywnie wyprowadzić Polskę z koalicji antyhitlerowskiej, którzy zapominają, albo nie wiedzą, że udział w tej koalicji jest jedynym tytułem Polski do jej obecnych granic, którzy podważają ciągłość istnienia państwa polskiego w różnych formach ustrojowych i z różnym zakresem suwerenności i którzy w antykomunistycznym ferworze gotowi są oskarżać „władzę ludową” również o zbrodnie, jakich nie popełniła […] wszyscy oni działają na szkodę Polski, gdyż tworzą wrażenie, że nie uznają powojennego porządku europejskiego. To oni, z ustami pełnymi „narodowych” frazesów, są dziś jedyną siłą prawdziwie antypolską (Polska, Niemcy: co dalej?, „Kultura” 1998 nr 9).

A gdzieś tam dalej za interesem państwa lokuje się interes „szarego człowieka”. Nie widać tego jeszcze przy „powszechnym uwłaszczeniu”, ale widać było całkiem wyraźnie przy niedawnych strajkach pielęgniarek… Ten rząd (solidarnościowy) jest silny tylko wobec słabych.

Kto kogo?

Jeżeli więc dziś Marian Krzaklewski przyprawia mnie – jak Jarosława Kurskiego – o „skurcz żołądka”, to dlatego właśnie, że wiem, co jest grzechem głównym jego formacji. Wiem, co uniemożliwia realizację wspólnych narodowych celów. Co jest w swych konsekwencjach wymierzone w powagę państwa, w sprawność jego służb, w efektywność jego administracji. Co niszczy społeczną komunikację i deformuje nasz język. Co bije w przeciętnego obywatela. Grzechem głównym jest zmitologizowany podział społeczeństwa na dwa wrogie obozy, między którymi wykluczona jest perspektywa porozumienia. Bowiem to tylko Solidarność Wałęsy potrafiła – i w roku 1980, i w roku 1989 – dogadywać się z „komunistami”. Wtedy chodziło o dobro społeczeństwa i o polską rację stanu. O co chodzi dzisiejszej Solidarności, gdy zakazuje współpracy z SLD w samorządach? O co jej chodzi, gdy woli stracić szansę zjazdu przywódców państw w Gdańsku, niż zgodzić się, by w rocznicy Sierpnia wziął udział „niesłuszny” Prezydent?

 

Chodzi o siebie. Zawsze i wszędzie o siebie i tylko o siebie. O „Polskę posierpniową”, ale już nie o Polskę. O „obóz posierpniowy”, ale już nie o Solidarność. O upartyjnienie wszystkiego, co się rusza. Pod względem darcia Rzeczypospolitej na strzępy „czerwonego sukna” nie ma różnicy między AWS-owskimi „radykałami” a AWS-owskimi „umiarkowanymi”. Myśl polityczna, sprowadzona do walki z „komuchem”, uległa dalszej redukcji w kierunku zasady „kto kogo” lub „teraz, k…, my”. Oraz w kierunku politycznej maskarady, w której RS AWS określa się ni stąd ni zowąd mianem partii chadeckiej, a niedawny ideolog partii mieszczańskiej staje się liderem partii ludowej. W AWS-ie bowiem – tak głośno gardłującym o zasadach, tak bardzo potępiającym SLD-owski „nihilizm” – nie ma zasad. I nie ma nawet granic śmieszności.

wrzesień 2000

Burzliwa dojrzałość Trzeciej Rzeczypospolitej

Koniec tego państwa odtrąbiono kilka lat temu. Urządzono o nim seanse nienawiści. Obrzucono obelgami typu „Rywinland”, „Ubekistan”, „postkomunistyczne monstrum”. Ale Trzecia Rzeczpospolita nie przestała istnieć. Nie uległa rozbiorom, jak Rzeczpospolita Pierwsza i Druga. Nie zmieniła Konstytucji, w której nazwie nadal figuruje. Trwa już niemal tak długo jak Polska międzywojenna.

Wielkie Porozumienie

Do ukonstytuowania Trzeciej Rzeczypospolitej doszło przez porozumienie. Komuniści oddali władzę – i było to wydarzenie bez precedensu w skali światowej. Zapewne dopiero w przyszłości dowiemy się, jak bardzo potrzebny był parasol ochronny, jaki nad rządem Mazowieckiego rozciągnął – obrany w międzyczasie prezydentem – generał Wojciech Jaruzelski.

Jednak równie ważne (choć w porządku odmiennym – symbolicznym) było coś zupełnie innego. Mimo narzucającego się jako oczywistość oparcia państwowości III RP na tradycji PRL, nawiązano wcale nie do niej, lecz do – nieuznawanej przez świat – Rzeczypospolitej Polskiej na Uchodźstwie. Zabieg taki był nowością: Druga Rzeczpospolita, wyłaniająca się z pożaru I wojny światowej, nie miała do czego nawiązywać. Po abdykacji Stanisława Augusta w roku 1795 przestały istnieć atrybuty niepodległości, a trudno było, rzecz jasna, ożywiać tradycję Królestwa Kongresowego. Dlatego przekazanie Lechowi Wałęsie przez Ryszarda Kaczorowskiego insygniów prezydenta RP na Uchodźstwie (22 XII 1990) stało się znakiem polskiej ciągłości państwowej wiodącej od roku 1918 i mającej wymiar niepodległościowy. Było także znakiem antykomunizmu, czy szerzej: antytotalitaryzmu. Natomiast mądrości politycznej Polaków należy zawdzięczać, że zatrzymano się na granicy symbolicznej: nawiązując do II RP, nie pomyślano o restytucji jej kształtu terytorialnego. Nie przeszkadzało nam, że polską granicę wschodnią ustalił w Jałcie Józef Stalin.

Dziś wydaje się to zaskakujące, lecz to dopiero Trzecia Rzeczpospolita miała społeczny mandat do rezygnacji z „polskiego Wilna” i „polskiego Lwowa”. Tym samym trwająca od czasów Kazimierza Wielkiego i Władysława Jagiełły polska przygoda na wschodzie dopiero na naszych oczach dobiegła kresu. Pierwszy minister spraw zagranicznych III RP, Krzysztof Skubiszewski, od początku, a więc jeszcze w czasach istnienia ZSRR, postawił na dwutorowość polskiej polityki. Dogadywał się więc nie tylko z centralą w Moskwie, ale i z emancypującymi się republikami: Ukrainą i Białorusią, także – choć na innych zasadach – z Litwą. Dawał tym samym dowód samodzielności i odwagi, lecz wykazywał się też powściągliwością i zdolnością do samoograniczania (była to dobrze odrobiona lekcja Solidarności). W rezultacie, gdy w roku 1991 ZSRR faktycznie, a potem też formalnie, się rozpadł, Polska do nowej sytuacji geopolitycznej była przygotowana: jako pierwsze państwo na świecie uznała niepodległość Ukrainy, a stosunków z Rosją bynajmniej sobie przez to nie popsuła.

Nowością roku 1989 był jednak przede wszystkim fakt, że nasze państwo, położone między Bugiem a Odrą, a więc także na ziemiach, będących od średniowiecza częścią przestrzeni niemieckiej, udowodniło, że nie jest skazane na podległość Rosji. Nie od razu było to oczywiste i jeszcze w początkach rządu Mazowieckiego Warszawa obawiała się stanąć sam na sam – bez Moskwy – z jednoczącym się państwem niemieckim. Gdy jednak niepodległość stała się faktem, III RP zbudowała szybko przyjacielskie stosunki ze wszystkimi sąsiadami i przede wszystkim dokonała dzieła pojednania z Niemcami, bez rezygnacji z najmniejszego nawet atrybutu naszej racji stanu (jakże inny był sojusz polsko-pruski z roku 1790, akceptujący ustalenia I rozbioru!). Upór dyplomacji III RP w sprawie dopuszczenia Polski do części „konferencji 2 + 4” (w sprawach niemieckich) stanowił dowód nie tylko pryncypialności, lecz i racjonalności. Ale nawet polsko-niemiecki traktat graniczny z listopada 1990, gdy uzyskano maksimum tego, co było do osiągnięcia (Niemcy przypieczętowały wynik II wojny światowej), nie stał się apogeum polsko-niemieckiego zbliżenia. Bo to dopiero w jakiś czas potem zostały Niemcy najwierniejszym ambasadorem przyjęcia Polski do NATO i Unii Europejskiej.

Wszystko to odbiegało swym charakterem od wydarzeń z naszej historii. W minionych stuleciach (pomińmy okres niesuwerennej PRL) Polskę niemal zawsze otaczali wrogowie. W XVII wieku Rzeczpospolita była „obozem warownym” broniącym się na wszystkich szańcach (notabene, z wyjątkiem szańca zachodniego: niemieckiego). W XVIII wieku rozbiory zgotowali Polsce wszyscy jej sąsiedzi: ze wschodu, zachodu, północy i południa. A czy trzeba przypominać przedwojenne stosunki polsko-litewskie, będące (do 1938 r.) formalnym stanem wojny? Albo „ducha Rapallo”, który kładł się cieniem na II RP, by w roku 1939 przynieść rezultat w postaci paktu Ribbentrop–Mołotow?

Byt Polski międzywojennej zabezpieczały sojusze z największymi potęgami Europy: Francją i Anglią. Przymierza te nie zapobiegły jednak rozbiorowi naszego państwa w roku 1939, a następnie faktycznemu wchłonięciu go w roku 1945 przez imperium sowieckie. Natomiast polityka III RP zakotwiczyła nas w systemie zbiorowego bezpieczeństwa na skalę dotąd nad Wisłą nieznaną. Czy skutecznie? Dwa przeświadczenia – że niczego więcej nie można już zrobić oraz że Polska nie ma na granicach wrogów – dały obywatelom III RP poczucie niewyobrażalnej wcześniej pewności.

Kraj umiaru

Zauważmy zaś jeszcze jedno: żadna polska niepodległość nie była połączona z odbudowywaniem gospodarki. Ani 3 Maja, ani 11 Listopada nie musiały zmieniać samych fundamentów ekonomiki (choć w tym drugim przypadku likwidowano zniszczenia wojenne). To tylko Trzecia Rzeczpospolita, załatwiając tak wiele spraw na tak różnych odcinkach, dokonała równocześnie przejścia od socjalistycznej „ekonomii księżycowej” do ekonomii wolnorynkowej. Było to tym bardziej godne podziwu, że gospodarka PRL znajdowała się w stanie zapaści o wiele jeszcze głębszym niż na przykład gospodarka czechosłowacka czy węgierska (o NRD-owskiej już nie wspominając). „Szok kontrolowany” Leszka Balcerowicza stał się w rezultacie jedynym programem radykalnym III RP. Przeraził wielu Polaków, lecz z ich niepodległego państwa uczynił „tygrysa” regionu.

Poza tym jedynym programem radykalnym nowe polskie państwo było krajem umiaru. Łącząc w sobie tyle sprzeczności, zostało niejako „skazane” na pójście drogą środka. Więc powiedzmy jeszcze i to: również pokój społeczny wewnątrz państwa był nowością. Jeżeli nawet pozostawimy poza obrębem rozważań prawie dwustuletni konflikt polsko-ukraiński w Rzeczypospolitej przedrozbiorowej (choć nie wiadomo, dlaczego mielibyśmy go pomijać), to przecież i w łonie polskiej szlachty zdarzały się wojny domowe i bratobójcze rzezie (w 1666 r., w czasie rokoszu Lubomirskiego, poległo w bitwie pod Mątwami 3 tysiące ludzi). Z kolei krótkie, dwudziestoletnie dzieje polskiego państwa przedwojennego były rozdzierane nie tylko dalszą fazą konfliktu polsko-ukraińskiego (a także polsko-białoruskiego, polsko-litewskiego, polsko-niemieckiego…), ale i używaniem przez władzę broni przeciw obywatelom również na terenach Polski etnicznej (jak w Krakowie w listopadzie 1923 – ponad 30 poległych), a wreszcie i zbrojnym zamachem stanu w maju 1926 (379 poległych). A przy tym (jak piszą autorzy syntezy historycznej tego okresu, Czesław Brzoza i Andrzej Leon Sowa) w ciągu dwu i pół roku (1931–1934) sądy doraźne wydały 270 wyroków śmierci, z których 167 wykonano. Z której więc strony nie spojrzeć, III RP jest w polskich dziejach zjawiskiem wyjątkowym.

W konsekwencji nasuwają się dwa, poniekąd wykluczające się, pytania. Pierwsze: czy potrafiliśmy państwo to docenić? Drugie: jeżeli było w nim tak dobrze, to czemu w nim było tak źle? Bo jeżeli nawet nie potrafiliśmy Trzeciej Rzeczypospolitej docenić, to skądś przecież się wzięła społeczna nośność hasła Czwartej Rzeczypospolitej. Trzecia Rzeczpospolita została – choćby tylko chwilowo – odrzucona.

Brak wroga

Dlaczego tak się stało? Oczywiście, nie wolno negować trudu i kosztów transformacji. Nie wolno lekceważyć ludzkich dramatów, biedy i osamotnienia. Zawsze też warto powiedzieć: można było zrobić więcej. Rzecz w tym jednak, że w takim rozumowaniu kryje się pewien kłopot. Bo kiedy przychodzi do faktów, nie bardzo wiadomo, co mogłoby znaczyć to „więcej”. I trudno też nie zgodzić się z diagnozą, wysuniętą niegdyś przez Janusza A. Majcherka: że w III RP media eksponowały przede wszystkim ludzkie biedy, a nie sukcesy. Jasne, iż dla dziennikarza newsem jest, że „człowiek ugryzł psa”. Jednak, choć do lat 2004–2005 polskie dziennikarstwo, przejęte ideałem służby społecznej, wykazywało wiele odpowiedzialności za „dobro wspólne”, to przecież rzeczywiście mało kto mówił, jak wielkim sukcesem jest polska praca „na swoim”, swoboda działalności gospodarczej, wolność słowa, otwarcie granic. Tym bardziej zaś nikogo nie interesowało, jakie w istocie jest miejsce III RP w polskich dziejach. W piśmiennictwie lat dziewięćdziesiątych nie pojawiło się zjawisko porównywalne z publicystyką Stefana Żeromskiego u progu II RP. Pochłonięci doraźną walką polityczną, nie przeżyliśmy „radości z odzy­skanego śmietnika”.

Czy jednak rzeczywiście, już w kilkanaście lat po antykomunistycznym przełomie, państwo polskie zaczęło „wymagać remontu”? Czy konieczne było jego „oczyszczenie” z resztek dawnego systemu, złamanie korupcji, wzmocnienie władzy wykonawczej? Druga Rzeczpospolita sanację taką przeprowadziła szybciej – już po ośmiu latach istnienia. Ba! ale wtedy Europa Środkowa była terenem systemów autorytarnych i faszystowskich: Polska, zagrożona z zachodu i wschodu, musiała jakoś odpowiedzieć na te wyzwania. Czy dziś, w celu naprawy III RP, trzeba było zachwiać całą nawą państwową? Walczyć z niezależnymi instytucjami? Budować dyspozycyjną prokuraturę, oddane media, nowe służby specjalne? Tupać nogą na Niemcy i na Europę? Ośmieszać nas wobec świata, a w rezultacie wskrzeszać w świecie wszystkie antypolskie stereotypy? Poniewierać Trzecią Rzeczpospolitą?

Gdy na dzieje III RP staramy się spojrzeć z lotu ptaka, gdy chcemy coś z nich zrozumieć, wyczytać znaki mijającego czasu, wydaje się, że to nie trud transformacji i nie niewydolność państwa były największymi polskimi bolączkami. I nie mogło też chodzić o przywrócenie „prawa obywatelstwa” milionom skrzywdzonych, bo nie czemu innemu była niegdyś poświęcona działalność Jacka Kuronia, i nie co innego realizowała triumfatorka wyborów roku 1997, Akcja Wyborcza „Solidarność”. Podstawowym problemem III RP było zjawisko, które określiłbym jako irracjonalny niedosyt wroga.

Jak widzieliśmy, brak wroga był dla Polaków okolicznością nową. A nałożyła się na tę sytuację trauma wcześniejszych przeżyć, bowiem energia nagromadzona w stanie wojennym, szczególnie w pokoleniu ówczesnych dwudziestolatków, nie mogła znaleźć ujścia. W III RP nie było przecież rozbrajania żołnierzy Jaruzelskiego, zdobywania czołgów, zajmowania koszar… Nie walczono też z sowiecką interwencją, zabrakło cudu nad Wisłą… Tak, w roku 1989 wszystko było tak samo, choć też wszystko było inaczej. Ostatecznie jesienią 1990 zaczęto walczyć z pierwszym rządem wolnej Polski – i w znacznej mierze czyniono to już tylko dla samej walki.

Hasła, jakie wtedy wysuwano, były bowiem mgliste i trudno przypuścić, by już wówczas, w czasach Kuronia, tak znaczna część społeczeństwa zdążyła poczuć się „wykluczona”. O ile jednak w ocenie „wojny na górze” każdy może pozostać przy swym zdaniu, to inaczej ma się rzecz z jej rezultatem. Bo był on przecież narodową katastrofą. Wymuszone przez Wałęsę (i braci Kaczyńskich na zapleczu) zerwanie z „monopolem Solidarności”, podział jednolitego dotąd obozu – ukształtowały scenę polityczną III RP nie na zasadzie programowej, lecz sytuacyjnej. Rywalizacja merytoryczna została unicestwiona, a obywatel w swych politycznych wyborach został skazany nie tylko na historię (za czy przeciw PRL?), lecz i na przypadkowość (liberał z obozu Wałęsy czy Mazowieckiego?). Trudno więc było się dziwić, że Polacy zaczęli tak często zmieniać swe polityczne sympatie.