Gdzie narozrabiał krukTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Gdzie narozrabiał kruk
Gdzie narozrabiał kruk
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 68,40  54,72 
Gdzie narozrabiał kruk
Gdzie narozrabiał kruk
Audiobook
Czyta Filip Kosior
36,90  27,31 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Gdzie jest ten świat, do którego chcemy dotrzeć

Stara legenda

Dalej niż daleko

Spotkanie z wielkim miastem

Podróż na koniec świata

Pociągiem przez tablicę Mendelejewa

Sichote Aliń – świat tygrysa amurskiego

Fotografie

Sachalin – Czarny Kamień

W centrum sachalińskiej katorgi

Największe bogactwo Sachalina

Sachaliński bursztyn

Kredowe giganty

Nasz nowy helikopter

Sachalińska szkoła przetrwania

Wulkany błotne

I my mamy swoje Sachaliny

Fotografie

Kuryle – archipelag tysiąca wysp

Wyjechać na Kuryle

Rozmowy w Cieśninie La Pérouse’a

Iturup

Szykotan

Kunaszyr – Czarna Wyspa

Jużnokurylsk – życie w cieniu czynnych wulkanów

Patrząc na Japonię

Łososie u podnóża wulkanu Tiatia

Kaldera Wulkanu Gołownina

Przyrodnicza ścieżka dydaktyczna Państwowego Rezerwatu Kurylskiego

Dacza z widokiem na Japonię

Fotografując wyspę wulkanów

Podziękowania

Polecana literatura w języku polskim


Wydawca

Magdalena Hildebrand

Katarzyna Terentiew

Redaktor prowadzący

Beata Kołodziejska

Redakcja

Joanna Popiołek

Korekta

Magdalena Wagner

Copyright © by Andrzej Piotrowski, 2021

Copyright © for this edition by Dressler Dublin Sp. z o.o., 2021

Wydawnictwo Świat Książki

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2021

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie

Plus 2 Witold Kuśmierczyk

Dystrybucja

Dressler Dublin Sp. z o.o.

05-850 Ożarów Mazowiecki

ul. Poznańska 91

e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-813-9852-7

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Gdzie jest ten świat, do którego chcemy dotrzeć

Wszyscy lubimy podróżować, a odkrywanie nowych miejsc to jednocześnie szukanie egzotyki. Prawie zawsze nam się wydaje, że jak pojedziemy bardzo daleko, to znajdziemy zupełnie inną rzeczywistość.

Sachalin i Wyspy Kurylskie to rejon, o którym nawet Rosjanie mówią, że to koniec świata. I ja przez długi czas też tak myślałem. Sprawa skomplikowała się podczas rejsu promem „Farchudinow” z sachalińskiego portu Korsakow na Kuryle. Gdy staliśmy na redzie Kurylska (głównego miasta na wyspie Iturup), podszedł do mnie Rosjanin z aparatem fotograficznym.

– Słuchaj, ty fotografujesz, to może byś mnie nauczył obsługi aparatu.

Pomogłem mu i zaczęliśmy rozmawiać. Mój nowy znajomy powiedział, że mieszka w osadzie Krabozawodskoje na wyspie Szykotan w Małym Łańcuchu Kurylskim (czyli na Pacyfiku) i jest malarzem. Ma pracownię w zniszczonym przez trzęsienie ziemi domu, gdzie maluje kurylskie kraj­obrazy. Z przyniesionej z kabiny starej tekturowej teczki artysta wyjął trzy katalogi – dwa z indywidualnych wystaw w Japonii, a jeden z wystawy w Meksyku. Wtedy usłyszałem:

– Ja tylko na kontynencie nie wystawiam swoich prac, bo to daleko.

Zastanowiłem się – to gdzie jest ten koniec świata, do którego chcę dotrzeć?

Geograficzny koniec świata jednak istnieje i to właśnie na wyspie Szykotan. Tak nazwano półwysep i latarnię morską na południowo-wschodnim brzegu wyspy. Na dodatek uruchomiono tu punkt pocztowy Koniec Świata, z którego do niedawna można było wysyłać listy z okolicznościowym stemplem.

Kula ziemska zmniejszyła się, odkąd samoloty stały się popularnym środkiem transportu. Nagle się okazało, że w dowolne miejsce można dotrzeć w niespełna 48 godzin. Łatwiejsza stała się także organizacja wyjazdów – większość problemów rozwiązuje internet. Wyprawy wymagające wielomiesięcznych przygotowań merytorycznych i technicznych powoli przechodzą do historii. Już nie odkrywamy Antarktydy, tylko organizujemy tam imprezy sportowe, na przykład biegi maratońskie.

Nawet najdalsze zakątki Ziemi stają się zagospodarowanymi, oswojonymi przez człowieka miejscami. Następuje dewastacja przyrody, wycinanie lasów, często rabunkowa eksploatacja bogactw naturalnych. Czy pozostał więc jeszcze jakiś fragment świata do badania i poznawania w taki sposób, jak to robiono dawniej?

Odkryciem stała się dla mnie Rosja. Olbrzymi kraj, zróżnicowany krajobrazowo i przyrodniczo, jest stosunkowo słabo zamieszkany i w wielu miejscach trudno dostępny. Można tu znaleźć archipelagi bezludnych wysp (na przykład Wyspy Szantarskie), kilometry plaż, na których nie zobaczymy śladu ludzkiej stopy, a syberyjska północ to pełne ryb rzeki, słabo poznane pasma górskie i olbrzymie przestrzenie porośnięte dziką, rzadko odwiedzaną przez człowieka tajgą. To po prostu inna planeta – planeta Rosja.

Mam nadzieję, że migawki z rosyjskiego Dalekiego Wschodu przedstawione w tej książce zachęcą Czytelników do poznawania tego pasjonującego kraju.

Stara legenda

Według starej legendy ludu Niwchów dawno temu Bóg wezwał kruka i kazał mu zanieść dwa woreczki z nasionami na Daleki Wschód. Kruk wypełnił polecenie, ale niezbyt dokładnie. Nad Sachalinem i Wyspami Kurylskimi nasiona mu się rozsypały i pomieszały, przez co powstał tam konglomerat roś­lin ciep­ło- i zimnolubnych. Dziś istnieje tu jeden z najdziwniejszych na świecie lasów. Syberyjska kosodrzewina (Pinus cembra), świerk (Picea obovata), modrzew syberyjski (Larix sibirica), lepiężnik japoński (Petasites japonicus) i niedźwiedzia dutka (barszcz Sosnowskiego, Heracleum sosnowskyi) sąsiadują z ciep­łolubną magnolią (Magnolia virginiana), krzakami oplecionymi kiwi (Actinidia chinensis) i bambusem kurylskim (Sasa kurilensis). Na dodatek wszystko porasta winorośl. Dla botanika to szok!

Ale nie tylko kruk narozrabiał. Sytuację dodatkowo zagmatwały przenoszone przez wiatr znad Morza Ochockiego i Pacyfiku mikroelementy użyźniające glebę. I nagle rośliny, osiągające w zwykłych warunkach wysokość 30–50 centymetrów, zaczęły rosnąć nawet do 5 metrów. Tej wielkości gryka (Fagopyrum esculentum) naprawdę robi wrażenie.

Wielkie rośliny spotykamy na południowym Sachalinie, dwóch wyspach Archipelagu Kurylskiego (Iturupie i Kunaszyrze), a także na brzegu kontynentu azjatyckiego na tej samej szerokości geograficznej. Mogą one stanowić spore utrudnienie w podróżowaniu przez dzikie rejony kraju. W tajdze drogami stają się rzeki i ich doliny. Można nimi dotrzeć do odsłonięć geologicznych czy widocznych z oddali gór. Las wielkich badyli praktycznie uniemożliwia chodzenie brzegami rzek – trzeba podróżować korytami potoków.

 

Jest jeszcze jeden problem – spotkania z niedźwiedziami. Zazwyczaj schodzą one człowiekowi z drogi. Ale gdy w gęstym lesie wiatr wieje od strony niedźwiedzia, zdarza się niespodziewane spotkanie. Wtedy może dojść do tragedii.

Dalej niż daleko

Zakończyłem kolejne zajęcia w Studium Fotografii Foto­klubu Rzeczypospolitej Polskiej. Studenci zmęczeni całym dniem zajęć zastanawiali się, gdzie pójść na piwo. Atmosfera się rozluźniła.

– Panie profesorze, może byśmy pojechali na plener gdzieś daleko? Ciekawa byłaby Rosja, może na Kamczatkę?

– Tam jeżdżą wszyscy i z tego rejonu jest sporo zdjęć – powiedziałem. – Pojedźmy na Sachalin, bo jest to dalej niż daleko. Materiały fotograficzne z tej wielkiej wyspy są bardzo skąpe. Tańsza jest także podróż. Nie trzeba lecieć samolotem, można pojechać pociągiem.

Wtedy zapadła decyzja – jedziemy. Na plener zgłosiło się 12 osób, ale w miarę zbliżania się terminu wyjazdu zespół odważnych topniał. Nic dziwnego – w tym czasie (2001 rok) Rosja nie była w pełni bezpieczna. Pojawiały się informacje o napadach na pociągi i nie bardzo było wiadomo, co może nas spotkać. Miałem przewodniczyć wyprawie jako przedstawiciel Fotoklubu Rzeczypospolitej Polskiej (plener był oficjalny), co równało się sporej odpowiedzialności. Grupa wystraszonych przyszłych uczestników wyjazdu zmniejszyła się do grupki. Ostatecznie na pierwszy plener pojechały tylko dwie osoby: Maciek (student) i piszący te słowa kierownik wycieczki. Podczas następnych wyjazdów (plenery trwały do 2007 roku) sytuacja się nie poprawiła.

Perspektywa dalekiej podróży do nieznanego kraju budziła obawy. Dlatego przed pierwszym wyjazdem postanowiłem zebrać jak najwięcej informacji o podróżowaniu w Rosji. Nie wyglądało to dobrze – raczej mnie zniechęcano. Dopiero gdy poznałem grupę młodych ludzi wędrujących co roku po górach otaczających Bajkał i zakochanych w tym rejonie Rosji, powiało optymizmem. Ich opinia była jednoznaczna – jechać, jechać, jechać!

W organizacji pierwszego pleneru bardzo pomogli pracownicy warszawskiego Rosyjskiego Ośrodka Nauki i Kultury. Podróż stawała się coraz bardziej realna.

Wreszcie przyszedł dzień próby. Wieczorem w przeddzień wyjazdu spotkaliśmy się z Maćkiem u mnie w domu. Miałem wysoką temperaturę, ale czas ważności wizy zmuszał nas do podjęcia decyzji i szybkiego wyruszenia. Rano siedzieliśmy już w pociągu pośpiesznym do Terespola. Następnym etapem był przejazd do Brześcia, przez stanowiącą granicę z Białorusią rzekę Bug. Na peronie w Terespolu stała zdewastowana „elektryczka” pełna wracających na Białoruś handlarzy i przemytników. Jechali po nową porcję papierosów i alkoholu.

*

Proces szmuglowania nie jest skomplikowany. W Brześciu przemycane towary są chowane w zakamarkach elektryczki. Demontuje się wszystkie jakie się uda elementy we wnętrzu pociągu i upycha tam kartony z papierosami i plastikowe worki pełne butelek spirytusu. Wszystkie kobiety wsiadające w Brześciu do pociągu są nienaturalnie grube i gwałtownie chudną po przejściu polskiej odprawy celnej, kiedy już wyciągną spod ubrań opakowania z alkoholem. Część kontrabandy jest wyrzucana przez okna na polskim brzegu Bugu. Nasi celnicy zaczynają odprawę celną od rozebrania pociągu na kawałki i wydobyciu tego, co pracowicie chowano w Brześciu. Zarekwirowany towar jest wywożony wózkami. Przy którymś kolejnym przejeździe przez granicę zorientowałem się, że w tym odprawowym bałaganie obowiązują pewne zasady – celnicy nigdy nie zabierają wszystkiego.

Brześć, pierwszy przystanek za granicą, pachnie egzotyką. Zupełnie inne piwo, inne jedzenie w bufecie dworcowym i tłum czekających pasażerów. Miasto jest dużym węzłem kolejowym, z którego wyruszają także pociągi do centralnej Rosji (między innymi do Nowosybirska), bardzo wygodne dla podróżnych jadących do Azji, bo omijające Moskwę.

My wybraliśmy inny wariant podróży. Postanowiliśmy odwiedzić Moskwę i tam kupić bilety na przejazd Koleją Transsyberyjską do Tajszetu i dalej Bajkalsko-Amurską Magistralą Kolejową do głównego miasta na tej trasie – Tyndy. Bagatelka, pięć dni jazdy pociągiem! Ale najpierw do Moskwy!

Późnym popołudniem wsiedliśmy do pociągu relacji Praga–Moskwa. W składzie same wagony z przedziałami (kupiejne). Konduktorka (prowadnica) przyniosła czystą, jak się okazało jeszcze lekko wilgotną pościel w plastikowej torbie. Przed samym odjazdem do naszego przedziału wpadł niski, ruchliwy Rosjanin. Od drzwi rzucił:

– Jestem Tony.

Po chwili już wiedzieliśmy, że pochodzi z Kaukazu.

– Wy z Polski? Ja mam kurczaka i placki ziemniaczane – powiedział.

Zrobiliśmy wspólną kolację i do późnej nocy rozmawialiś­my o życiu w nowej rzeczywistości. Bo zmieniło się i w Polsce, i w Rosji.

Rano powitała nas stacja Moskwa Białoruska z pięknym zabytkowym budynkiem dworcowym i wielkim ekranem, na którym wyświetlano informacje o działalności rosyjskiego oddziału WWF.

Spotkanie z wielkim miastem

Zostawiliśmy bagaże w przechowalni i ruszyliśmy w miasto. Moskwa jest ogromną aglomeracją i tętni życiem, szokując drogimi sklepami, rosyjskimi fast foodami i stojącymi na ulicy kioskami z coca-colą. Wszędzie tłumy ludzi, a na jezdniach super samochody. I coś, czego w Polsce nie ma – weekendowa atmosfera. W parkach i na ulicach ludzie czytają książki i gazety. Na trawnikach grupy młodzieży piją piwo i doskonale się bawią.

Ulica Twerska doprowadziła nas do placu Czerwonego – centralnego punktu miasta. Cały plac był pełny przyjezdnych z Rosji i ze świata – tu dociera się obowiązkowo. Przed Mauzoleum Lenina stała kolejka, a wizytę u wodza rewolucji wszyscy traktują bardzo poważnie. Nad placem góruje Kreml, kolejne zmiany warty pilnujących go żołnierzy obserwuje zawsze różnojęzyczny tłum. Powodzeniem cieszy się możliwość zrobienia sobie zdjęcia z facetem przebranym za Lenina. Przypomina to fotografowanie się z białym niedźwiedziem na Krupówkach w Zakopanem. Śmieje się „Lenin” i amatorzy fotografii – będzie świetna pamiątka.

Byliśmy zachwyceni znajdującym się na placu Czerwonym soborem Wasyla Błogosławionego (cerkiew Opieki Matki Bożej). Wspaniały szesnastowieczny zabytek z czasów Iwana Groźnego był po pełnym remoncie i został udostępniony zwiedzającym jako obiekt muzealny. Pojechaliśmy także do widocznego po drugiej stronie rzeki Moskwy soboru Chrystusa Zbawiciela. Jest to największy kościół prawosławny na świecie, w nabożeństwach może tu uczestniczyć nawet 10 tysięcy wiernych. Cerkiew Chrystusa Zbawiciela jest widocznym znakiem odradzania się religii prawosławnej w Rosji i powrotu zwykłych ludzi do Kościoła. Katedralną cerkiew wzniesiono w latach 1817–1880. W 1931 roku Sowieci wysadzili ją w powietrze, a w latach 1994–1999 została odbudowana. W tym samym czasie rosyjski Kościół prawosławny rozpoczął odbudowę cerkwi w miastach całej Rosji.

Podczas podróży na drugi koniec świata mało jest czasu na szczegółowe zwiedzanie tak wielkich miast jak stolica Rosji. Ale do załatwienia mieliśmy parę spraw i wtedy odkryliśmy metro. System moskiewskiej kolei miejskiej przypomina sieć pająka. Metro jest głębokie i ze względu na sprzyjającą budowę geologiczną wykute bezpośrednio w skałach. Poszczególne stacje szokują postkomunistycznym wystrojem i wspaniałą kamieniarką. Nieskomplikowany przebieg linii sprawia, że wszędzie łatwo się dostać. Wrażenie robią długie i strome ruchome schody i panujący na nich porządek. Stań inaczej niż z prawej strony, to swoje usłyszysz. Wagony są z Petersburga, takie same jak w Warszawie i tak samo głośne i pełne ludzi.

W Rosji zawsze szukam muzyki. To uzależnienie związane z pracą w radiu. Przyjazd do Moskwy daje możliwość kupienia płyt niemal w Polsce niedostępnych. W Rosji kompakty oficjalne (z akcyzą), wytłoczone w „fabryce” można kupić w sklepach muzycznych za odpowiednią, wysoką cenę. Ale jest też drugi obieg – płyty pirackie, sprzedawane bardzo tanio na ulicznych stoiskach i bazarach. Tu można kupić co tylko się chce, na CD lub MP3.

Wróciliśmy na dworzec Moskwa Białoruska. Większą część budynku zajmowały stoiska z wyrobami z kamieni ozdobnych. Dominowały onyksy z Afganistanu, choć było także sporo ozdób ze skał eksploatowanych na Uralu. Wreszcie znalazłem szachy, o jakich marzyłem, jednak cena i perspektywa wiezienia ich ponad 22 tysiące kilometrów zniechęciły mnie do kupna.

Podróż na koniec świata

Metrem dotarliśmy na Dworzec Jarosławski. Stąd wyruszają pociągi jadące najdłuższą trasą kolejową świata – linią transsyberyjską, dla Rosjan po prostu – transsibem.

Przy kasach kolejki. Tak jest zawsze, bo chętnych do podróżowania wielu, a miejsc mało. Także system sprzedawania biletów jest czasochłonny – w Rosji są one imienne, drukowane na podstawie danych z paszportu.

Chcieliśmy jechać jak zwykli Rosjanie – pociągiem pośpiesznym. Są wprawdzie szybsze i wygodniejsze pociągi ekspresowe (firmienne), ale cena biletu jest zbliżona do kosztu przelotu samolotem. Sami Rosjanie śmieją się, że jeżdżą nimi prawie wyłącznie cudzoziemcy.

Pociągi pośpieszne są w Rosji najpopularniejszym środkiem komunikacji, a ceny biletów zmieniają się w zależności od pory roku. W lecie jest drożej, bo po prostu ruch jest większy.

Stanęliśmy w kolejce i po godzinie kupiliśmy dwa bilety do Tyndy, głównego miasta Bajkalsko-Amurskiej Magistrali Kolejowej. Jechaliśmy tak jak chciałem, w wagonie plac­kartnym, bez przedziałów.

*

Rosyjskie koleje to swojego rodzaju mocarstwo. Często śmiejemy się z tak samo wyglądających wagonów przyjeżdżających do Polski z Rosji, Białorusi czy Ukrainy. Dopiero podróż takim wagonem na długiej trasie sprawia, że zaczynamy je doceniać. Każdy wagon może funkcjonować niezależnie, zapewniając pasażerom ciepło, bezpieczeństwo i niezbędne wygody. Ogrzewany jest węglem, który spala się w specjalnym piecu. Jeśli zabraknie węgla, to zawsze jest na podorędziu siekiera i drewno z tajgi. Wagony obsługują trasy syberyjskie, gdzie podczas zimy temperatura spada do minus 50 stopni i każda awaria elektrycznego ogrzewania byłaby groźna dla pasażerów. W wagonach jest także specjalny kocioł na wrzątek (kipiatok). Daje to możliwość zrobienia w każdej chwili zupy w proszku, herbaty lub kawy.

Wyjątkowa jest także budowa wagonów. Są montowane z doskonałych materiałów: miedzi, aluminium i mosiądzu, tak aby służyły jak najdłużej. Dawniej główna fabryka produkująca składy kolejowe dla Związku Radzieckiego była w NRD i dopiero po upadku muru berlińskiego została przeniesiona do Rosji.

W każdym wagonie jedzie dwóch pracowników obsługi konduktorskiej (prowadników), którzy sprawdzają bilety, wydają i odbierają pościel, dbają o czystość, a także robią to, czego nie robi się w europejskich kolejach – zamykają i otwierają ubikacje. Większe miasta w Rosji otacza tak zwana strefa higieniczna i na tych odcinkach toalety w przejeżdżających pociągach są nieczynne. Rosjanie świetnie o tym wiedzą, ale cudzoziemcy nie zawsze. Pamiętam, jak jedna z moich znajomych po podróży w Sajany opowiadała mi z rozżaleniem, że prowadnica w wagonie zawsze złośliwie zamykała ubikację, gdy ktoś chciał tam pójść.

Wagony są różne. Mogą mieć czteroosobowe przedziały (wagony kupiejne) lub tylko rozkładane prycze do spania (wagony plackartne). W każdym pociągu jest wagon dla lepszych gości. Kolejarze mówią o nim wagon sztabowy (sztabwagon). Tu jest przedział kierownika pociągu, a podróżni (wysocy rangą wojskowi, pracownicy FSB itp.) mają do dyspozycji nawet prysznic. W sztabwagonie na długich trasach jeździ także patrol milicji, a jeden z przedziałów to prowizoryczny areszt. Milicjanci kilka razy dziennie patrolują skład pociągu, kontrolując niektórych podróżnych. Reagują także na wezwania prowadników.

Jest jeszcze jedna klasa wagonów w pociągach dalekobieżnych. To wagony ogólne (obszcze), tylko z miejscami do siedzenia. Jeżdżą na ogół na trasach do 1000 kilometrów. Jest to najtańszy środek lokomocji i to on najczęściej dostarcza klientów patrolom milicji.

W każdym składzie pociągu dalekobieżnego znajduje się wagon restauracyjny lub bufet. Są to bardzo egzotyczne miejsca. Okna z pięknie udrapowanymi firankami, sztuczne kwiaty, wielki wybór alkoholi – od wódek po znane tylko w Rosji gatunki piwa – i oczywiście jedzenie. W karcie widnieją na ogół dwie zupy (dyżurne to borszcz i solianka) i coś z kurczaka (mikroskopijnej wielkości, razem z ziemniakami mieści się na talerzyku deserowym). Doświadczeni podróżujący w wagonie restauracyjnym tylko piją, bo jest to jedyne miejsce w pociągu, gdzie wolno robić to oficjalnie. W innych wagonach picie jest zabronione i może skończyć się kłopotami.

 

*

Wieczorem wsiedliśmy do pociągu relacji Moskwa–Tynda. Prowadnica obejrzała nasze dokumenty i zajęliśmy miejsca. Było nam bardzo wygodnie, bagaż wylądował w skrzyni pod dolnym łóżkiem, a jedzenie na połówce stolika pod oknem. To tylko pięć dni jazdy. Bardzo szybko zaczęli się nami interesować współpodróżni. Mówiliśmy, dokąd kto jedzie. Padały egzotyczne nazwy miejscowości, które znaliśmy tylko z map i książek o Syberii. Razem z nami jechali pracownicy syberyjskich kopalń złota, mieszkańcy maleńkich osad przy Bajkalsko-Amurskiej Magistrali Kolejowej. Jak się okazało, pociąg to prawdziwa wieża Babel. Byli tu przedstawiciele wielu narodowości zamieszkujących zauralską Rosję: Rosjanie, Ukraińcy, Białorusini, Jakuci, Ewenkowie, Buriaci i wielu innych. Turystów praktycznie nie było widać, poza różnego rodzaju dziwolągami, na przykład takimi jak my. Jechaliśmy na drugi koniec świata, zupełnie nie wiedząc, co nas tam czeka. Po długim przeglądaniu notesu z adresami okazało się, że na Sachalinie znam tylko jedną osobę, Kirę Jakowlewną Czerpakową, kustoszkę Muzeum Krajoznawczego w Jużnosachalińsku. Poznaliśmy się 11 lat wcześniej, na początku lat dziewięćdziesiątych, na wystawie zorganizowanej przez sachalińskie muzeum i warszawskie Muzeum Azji i Pacyfiku. Tematem ekspozycji było życie i działalność polskiego zesłańca i etnografa Bronisława Piłsudskiego, wielce zasłużonego dla Sachalina.

Kolejna dziwna para wsiadła do pociągu na jednej ze stacji za Uralem. Byli to Włosi jadący do Chin, bez pieniędzy i znajomości języka rosyjskiego. Piękna dziewczyna i wyjątkowo przystojny młody mężczyzna natychmiast podbili serca Rosjan. Kierownik pociągu znalazł dla nich miejsca, a jedzenie zapewnili im podróżni z całego wagonu. Żywiołowe przyjęcie włoskiej pary ukazało prawdziwą naturę Rosjan i ich olbrzymią gościnność.

Sam miałem także okazję, podczas tego i następnych wyjazdów, zetknąć się z przyjaźnią i rosyjską gościnnością. W trakcie jednej z podróży skończyły mi się pieniądze. W tym czasie banki na Sachalinie nie działały jeszcze tak sprawnie jak obecnie. Nie było pieniędzy, to trzeba było jechać bez nich. Na pięciodniową podróż do Moskwy miałem tylko bochenek chleba i jedną konserwę. No i trochę drobnych na koreańskie zupy, popularnie nazywane w Rosji łapsza (makaron).

Współtowarzysze podróży błyskawicznie zorientowali się, że mam problem z gotówką, i robiąc zakupy na kolejnych stacjach, kupowali coś także dla mnie. Gdy mówiłem, że nie wiem, jak mogę im się odwdzięczyć, słyszałem zawsze: daj spokój, to normalne, jedziemy przecież razem.

*

Powoli przyzwyczajałem się do rytmu wagonowego życia odmierzanego postojami na kolejnych stacjach. Jednocześnie bardzo szybko zwiększał się mój zasób słów i sprawność w posługiwaniu się rosyjskim. Po powrocie do Polski podczas licznych prelekcji podkreślałem, że najlepszą szkołą tego języka jest Kolej Transsyberyjska. Tu nie sposób nie rozmawiać i nawet największy antytalent po dwóch, trzech dniach podróży nauczy się podstawowych zwrotów.

Podróż Koleją Transsyberyjską do leżącego 400 kilometrów od Krasnojarska Tajszetu (jechaliśmy właśnie tą linią) ma pewien rytm. Pociąg pośpieszny zatrzymuje się na stacjach, które dzieli 200–250 kilometrów. Tam uzupełnia się wodę, przeglądane są koła i osie wagonów, a niekiedy wymienia się lokomotywę. Postoje trwają od 20 do 40 minut i w tym czasie można zrobić na peronie zakupy. Peronowe jedzenie jest doskonałe. Najczęściej są to gorące ziemniaki, pieczony kurczak, ogórki, różnego rodzaju pierogi, jaja na twardo i wędzone lub suszone ryby. Po kilku przejazdach Koleją Transsyberyjską już się wie, które stacje specjalizują się w wędlinach, a które w rybach. W Rosji europejskiej na peronach sprzedawane są także wyroby okolicznych fabryk, na przykład piękne ozdobne szkła, kryształy czy żyrandole. Towary te stanowią część wypłaty w naturze dla zatrudnionych w zakładach pracowników.

Kupowane na stacjach produkty spożywcze zawsze są smaczne i świeże. Tylko ryby stanowią problem. Nad Bajkałem w pociągach i na stacjach sprzedawane są wędzone omule (Coregonus migratorius), ryby łososiowate charakterystyczne dla buriackiego morza. Jest to najsmaczniejszy łosoś, jakiego jadłem w Rosji. Jednak w lecie ryby sprzedawane na dworcowych straganach i bezpośrednio w pociągach mogą być śmiertelnie niebezpieczne (grożą ciężkimi zatruciami). Władze, chcąc zapobiec problemom zdrowotnym podróżnych, wprowadziły zakaz sprzedaży wędzonych omuli, omijany zarówno przez sprzedających, jak i kupujących.

*

Podróż przez europejskie rejony Federacji Rosyjskiej przebiegała bez większych wrażeń. Spodziewaliśmy się pięknych krajobrazów podczas przejazdu przez Ural. Okazało się, że południowa część tych gór jest niska i prawie pozbawiona efektownych widoków. Rano pociąg dotarł do Jekaterynburga. Zaraz po wyjeździe z Moskwy starałem się ustalić, czy będziemy jechać przez to miasto, ale pytani pasażerowie nie wiedzieli. Dopiero, gdy zapytałem o Swierdłowsk (wcześniejszą nazwę Jekaterynburga), wszystko się wyjaśniło – oczywiście, jedziemy przez Jekaterynburg. Sprawa jest delikatna, bo w Jekaterynburgu w lipcu 1918 roku zamordowano ostatniego cara Rosji Mikołaja II wraz z całą rodziną. Sowieci zmienili nazwę Jekaterynburg na Swierd­łowsk, chcąc uhonorować komunistycznego polityka Jakowa Swierdłowa, który w porozumieniu z Leninem zorganizował morderstwo rodziny carskiej, a w latach 1917–1919, jako przewodniczący Wszechrosyjskiego Centralnego Komitetu Wykonawczego, był formalnie głową państwa rosyjskiego.

Jekaterynburg, wielkie syberyjskie miasto, ma imponujący dworzec. Budowany w carskich czasach gmach jest olbrzymi i przeszedł gruntowny remont. Szokuje warta majątek kamieniarka wykonana z miejscowych, uralskich skał. Także niezwykła jest niemal sterylna czystość obiektu (dwie, trzy sprzątające osoby w zasięgu wzroku).

Pociąg ruszył dalej. Za oknami ciągnęła się monotonna równina porośnięta sosnowo-brzozowymi laskami. W oddali widoczne były pola uprawne. To Syberia Zachodnia, ale krajobraz taki jak na Mazowszu – płasko i nudno. I tak mijała godzina za godziną… Dopiero przed Krasnojarskiem na południu ukazały się zamglone pasma Sajanów. Jednocześnie pojawiło się także coś, co – tak jak ptaki na morzu sygnalizują bliskość lądu – wskazywało na niewielką odległość od dużego miasta. To dacze, takie nasze ogródki działkowe.

*

Dla Rosjan dacza to nie tylko możliwość uprawy ziemniaków, cebuli czy kapusty. Położona na obrzeżach miasta działka to przede wszystkim symbol wolności. Posiadacz daczy decyduje tu o wszystkim bez potrzeby uzgadniania czegokolwiek z administracją. Także na zagospodarowanie daczy nie jest wymagana zgoda. Obywatel może zająć dowolny kawałek terenu i wybudować na nim niewielki domek. Dacza to zawsze było coś, co należało do Rosjanina. W kraju, w którym upaństwowione było wszystko, działka spełniała funkcję piorunochronu – jednak obywatel może coś mieć. Myślę, że ta świadomość pozwalała zwykłym ludziom przetrwać trudne okresy w historii Związku Radzieckiego. Dacza gwarantowała ucieczkę od problemów i bezpieczne miejsce na ziemi.

Podobne poczucie wolności i ucieczkę od nakazów administracji państwowej wywoływała w Związku Radzieckim muzyka.

Jazz i rock and roll były zakazane i traktowane na równi z coca-colą jako kapitalistyczne zwyrodnienie. Nieliczne zespoły grające jazz mogły występować tylko w podziemiu. Petersburski wokalista i muzyk jazzowy Aleksander Rozenbaum wraz ze swoim zespołem występował wyłącznie w bramach, na podwórkach i w piwnicach rodzinnego miasta. Po nagraniu pierwszej płyty został wezwany do KGB. Na pytanie o muzyków, którzy wzięli udział w sesji nagraniowej, odpowiedział: „Ja nic nie wiem, przyjechali pijani Cyganie, zagrali i pojechali”.

Artysta po eksperymentach jazzowych, żeby móc normalnie żyć, przestawił się na zupełnie inną muzykę. Dzisiaj Rozenbaum śpiewa pisane przez siebie ballady i jest w Rosji jednym z najlepszych wykonawców poezji śpiewanej.

Gdy w Wielkiej Brytanii pojawili się Beatlesi, ich muzyka została w ZSRR zakazana. Ale żelazna kurtyna nie była szczelna. Ze służbowych delegacji przywożono płyty, a o Beat­lesach bardzo szybko usłyszeli wszyscy. Zaczęła się nielegalna dystrybucja nagrań. Robiono grające pocztówki z klisz rentgenowskich i masowo powstawały młodzieżowe zespoły specjalizujące się w rocku. Grano na instrumentach, które muzycy robili sobie sami. W tym czasie z budek telefonicznych nagminnie znikały słuchawki, bo przerabiano je na mikrofony estradowe. Ruch społeczny był tak silny, że władzom nie udało się go zatrzymać. Mocarstwo ustąpiło. Postanowiono wprowadzić piosenki Beatlesów do repertuaru rosyjskich zespołów rozrywkowych. Wywoływało to tylko śmiech, bo rocka nie da się grać w rytmie tanga. Władze postanowiły ustąpić bardziej i wydać płyty z nagraniami Beatlesów. Były to oczywiście nagrania nielegalne, bez wykupionej licencji. Serię wydawniczą kończył dwupłytowy album, na którego okładce umieszczono wizerunki muzyków i znanych osób. Jeden z nich przedstawiał ówczesnego dyrektora Melodii – firmy, która płyty nielegalne wytłoczyła. Dyrektor w wywiadzie powiedział, że wydanie płyt było wtedy tak ważne społecznie, że nawet przez chwilę nie wahał się nad umieszczeniem na okładce swojej podobizny. W ten sposób dacze i zespół The Beatles wywołały zmiany w rosyjskiej świadomości i opór przeciwko bezdusznej administracji.

*

Z Krasnojarska jechaliśmy jeszcze kilka godzin linią transsyberyjską i dotarliśmy do Tajszetu. Tutaj nasz pociąg skręcił na starą odnogę transsibu, prowadzącą przez Bracką Elektrownię Wodną do stacji Lena.

Tajszet to duży węzeł kolejowy. Postój okazał się długi, bo wymienialiśmy lokomotywę. Był czas na odwiedzenie peronów z kioskami, które zadziwiały różnorodnością lokalnych gatunków piwa.

Późnym wieczorem dojechaliśmy do Bracka. Tory biegną na koronie olbrzymiej tamy na Angarze spiętrzającej wodę dla elektrowni. Płynąca w głębokim jarze rzeka jest obecnie spokojna. Tu znajdowały się słynne, wyjątkowo niebezpieczne Paduńskie Progi, gdzie często ginęli pracujący na barkach ludzie. Taki czarny punkt na Angarze, który zawsze owiany był złą sławą. Następnego dnia dotarliśmy do rzeki Leny i stacji o tej samej nazwie. To ważny węzeł komunikacyjny. Z miejscowego portu Osietrowo wielkie zestawy holownicze przewożą towary do Kireńska, Jakucka, Tiksi i innych miejscowości w dorzeczu największej syberyjskiej rzeki.