Wilcze leżeTekst

Z serii: Światy Pilipiuka #9
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wilcze leże
Wilcze leże
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,83  55,86 
Wilcze leże
Audio
Wilcze leże
Audiobook
Czyta Maciej Kowalik
39,90  29,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Światy Pilipiuka

Odległe krainy

Promienie X

Lalka

List z wysokich gór

Wilcze leże

Cmentarzysko Marzeń

Ci, którzy powinni pozostać

Samobójstwo na Maślicach

Relikwiarz

Szafa

Robert Storm

Paweł Skórzewski

Andrzej Pilipiuk

Książki Andrzeja Pilipiuka wydane nakładem Fabryki Słów

Jacek Komuda – Hubal

Karta redakcyjna

Okładka


Światy Pilipiuka

1 2586 kroków

2 Czerwona gorączka

3 Rzeźnik drzew

4 Aparatus

5 Szewc z Lichtenrade

6 Carska manierka

7 Reputacja

8 Litr ciekłego ołowiu

9 Wilcze leże

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Odległe krainy

Zatrzymałem moje trupowate auto. Od Wisły wiało chłodem. W oddali budowano paskudne wiadro, zwane Stadionem Narodowym. Nawet stąd widać było dźwigi podnoszące jakieś detale. Dwa miliardy złotych w błoto, a zabytki niszczeją.

Kamienica stanowiąca cel mojej wyprawy stała samotnie, strasząc ciemnymi oknami i spalonym dachem. Zapewne przed wojną otaczała ją zabudowa, ale przyszły szkopy i zrobiły tu swój „ordnung”. Budowla została przeznaczona do wyburzenia. A tak dokładnie, nie do końca do wyburzenia. Z tego, co ustaliłem, planowano wyciąć tylko stropy i wewnętrzne ściany, a stara ceglana elewacja po odczyszczeniu i uzupełnieniu ubytków miała być wkomponowana w ściany nowo powstającego apartamentowca. Nie byłem tak zupełnie zwolennikiem podobnych działań, ale z drugiej strony zdawałem sobie sprawę, że stuletnie stropy z drewnianych belek zazwyczaj są nie do uratowania...

Wiosna była chłodna i deszczowa. W dodatku nie szło mi w interesach. Na zlecenie różnych członków Grona Jarzębiny grzebałem po bibliotekach i archiwach. Miałem z tego parę groszy na czynsz i jedzenie, ale nie mogłem uściubić kilku tysięcy na zakup nowego auta. Ojciec co raz sugerował, że przydałby mu się pracownik w stolarni. Kilku wujków, stryjków i dalszych członków rodziny też dawało do zrozumienia, że etat się znajdzie. Lubiłem pracę w drewnie, lubiłem kłaść intarsje, lubiłem roboty tapicerskie. Mógłbym też sprzedawać w sklepie. Klan rodzinny dałby mi jakieś zajęcie. Ale mimo wszystko nie mogłem się zdecydować. Życie domorosłego poszukiwacza antyków i kuriozów niosło ze sobą wyzwania. Wydawało mi się lepsze i na swój sposób pełniejsze. Do szczęścia potrzebowałem tylko lukratywnego zlecenia, albo chociaż zagadki, która pobudzi wyobraźnię. Ale tu akurat panowała kompletna posucha.

Przekręciłem kluczyk i wyjąłem ze stacyjki. Po prawdzie najchętniej zostawiłbym włączony silnik, wtedy miałbym gwarancję, że ten złom nie nawali właśnie wtedy, gdy zechcę odjechać... Z budynku przed tygodniem wysiedlono ostatnich lokatorów, teraz czekał na ekipy budowlano-wyburzeniowe. Zlustrowałem płot z płyt OSB, otaczający obiekt. Zarzuciłem na ramię plecak, w którym miałem łom i inne podręczne drobiazgi.

Skoro to wszystko i tak idzie na zmarnowanie, trzeba zobaczyć, może znajdzie się coś, co warto ocalić... – usprawiedliwiłem się przed samym sobą.

Ruszyłem w kierunku kamienicy. Od strony ulicy Krowiej w płot wkomponowano bramę. W szparze pomiędzy jej skrzydłami pojawił się czarny nos. Ponure warczenie dobiegające jakby z wnętrza beczki nie pozostawiało wątpliwości. Rottweiler, co najmniej z siedemdziesiąt kilo.

– No cóż – mruknąłem. Skoro po posesji biega taki śliczny i grzeczny pieseczek, to zapewne jest też ktoś, kto go karmi, głaszcze, wyczesuje pchły z sierści i może nawet zbiera odchody do foliowej torebki.

– Grrrr...

Zapukałem grzecznie, odczekałem i znów zapukałem. Pies warknął raz jeszcze i gdzieś polazł. Minęły może dwie minuty, zahurgotał łańcuch i skrzydło drgnęło. W szparze pojawiła się niedogolona gęba ciecia. Zlustrował mnie i nic nie mówiąc, zaciągnął się petem.

– Pan w jakiej sprawie? – zadał wreszcie pytanie, wydmuchując jednocześnie kłęby dymu.

– Dzień dobry, Robert Storm, historyk – przedstawiłem się.

Cieć łypnął okiem, ale nic nie powiedział. Zaciągnął się jeszcze raz. Oceniłem jego wiek na tuż przedemerytalny, ale spojrzenie miał przerażająco bystre. Sądząc po dłoniach, w młodości pracował raczej rękami niż głową. Obaj milczeliśmy wyczekująco.

– Potrzebuję tam. – Wskazałem zrujnowaną kamienicę.

– Nie pan jeden – odburknął i zaciągnął się głębiej, najwyraźniej czekając, co jeszcze powiem.

– Chciałbym pozwiedzać ten piękny budynek, zanim jego wewnętrzna struktura ulegnie nieodwracalnemu zniszczeniu. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że jeśli obok zabytku wystawiono kasę biletową, to należy liczyć się z pewnymi kosztami...

– Kasę biletową – powtórzył cieć, oglądając swoją budkę z pewnym zdumieniem. – Hmm...

Po jego minie poznałem, że załapał aluzję.

– Będzie problem, bowiem dyrekcja nie dostarczyła kasy fiskalnej ani bloczku biletowego – powiedział wreszcie i uśmiechnął się chytrze. – No i nie powiedzieli, po ile mam kasować za zwiedzanie.

– Myślę, że wedle standardowego cennika. – Sięgnąłem do portfela. – Faktura VAT też nie będzie mi potrzebna.

Dozorca na widok banknotu z Bolesławem Chrobrym wyraźnie poweselał.

– Znaczy się wchodzisz pan i się rozglądasz – uściślił. – A jak pan coś znajdziesz?

– To pomyślimy, co dalej. Za ciekawe pamiątki dostępne w muzealnym sklepiku gotów jestem coś tam uiścić.

– Proszę za mną – powiedział nieoczekiwanie uroczystym tonem.

Czyli wraz z biletem nabyłem usługę przewodnika... Miałem już powiedzieć, że sam trafię, ale w jego głosie było coś szczególnego. Coś, co nakazało trzymać język za zębami. Chciał mi najwidoczniej coś pokazać.

Wszedłem. Rottweilery były aż trzy. Popatrzyły na mnie czujnie, ale już nie warczały. Właściciel dobrze je widać ułożył. Ruszyliśmy w stronę budynku. Przeszło połowę budowli przed kilku laty strawił pożar, ocalało jedno skrzydło.

Przed wejściem poniewierały się resztki mebli. Wyglądało, jakby ktoś zniósł je na parter, ale obejrzawszy w świetle dziennym, uznał, że nie warto zabierać takich gratów na nowe mieszkanie. Przyjrzałem się. Płyta paździerzowa z lat osiemdziesiątych, oklejona papierem i polakierowana. Nadruk udający fornir, który z kolei udawać miał lite drewno...

Po niewiarygodnie trzeszczących schodach weszliśmy na drugie piętro.

– Kiepsko to wygląda, no nie? – odezwał się dozorca, pokazując ściany poznaczone pionowymi kreskami pęknięć.

– Konstrukcja siada – potwierdziłem.

Po drugiej stronie podwórza widać było wypalone mury i zwęglone belki pozarywanych stropów.

Przeszliśmy korytarzem. Drzwi do mieszkań były pootwierane, niektóre znikły wraz z framugami. Dozorca wyłowił z kieszeni klucze i otworzył te na samym końcu.

– Proszę – zachęcił mnie, żebym wszedł pierwszy. – To tutaj.

Znaleźliśmy się w dwupokojowym mieszkaniu. Poniewierały się tu jedynie resztki mebli. Podłoga była ciekawsza – stara dębowa klepka, zniszczona, ale gdyby ją zdemontować i wycyklinować... Tylko że podobnej klepki miałem w szopie już kilka metrów sześciennych.

Na tapetach widać było jaśniejsze plamy w miejscach, gdzie stały kiedyś meble lub wisiały obrazy. Nic ciekawego. W mniejszym pokoju zniszczony drewniany parapet krył schowek. Szufladka była wysunięta i pusta...

Rozejrzałem się. Nadal nie dostrzegałem tu nic interesującego, ale sądząc z natchnionej miny dozorcy, mieszkanie to z jakiegoś powodu było ważne.

Może nocował tu na przykład Jan Paweł II, zanim został papieżem? – przeszło mi przez myśl. Nie, to bzdura.

– Podoba się panu? – zagadnął cieć.

 

– Eee... – wyraziłem swoją opinię.

– Jakbyś pan chciał samodzielnie pomachać tu różdżką i wahadełkiem albo wejść w trans czy inne takie, to poczekam na dole.

– Hmmm... Tak po prawdzie to nie tego szukam – wybąkałem, czując irracjonalne zawstydzenie.

– O! A ja myślałem, że jak poprzednicy chciałeś pan obejrzeć to mieszkanie – zdziwił się. – Makabra i nieszczęście przyciągają ludzi...

– Kogoś tu zamordowano? – domyśliłem się.

– No, tego to tak do końca nie wiemy... Kiedyś to była głośna sprawa, cała Praga o tym gadała. Ale jak pan nie znasz tej historii, może opowiem, bo to ciekawe chyba... – Spojrzał dziwnie wyczekująco.

Wyciągnąłem nowiutką szeleszczącą dychę. Cieć popatrzył na nią jakby z naganą, westchnął z ubolewaniem nad moim skąpstwem.

– Pan wie, co tu było?

– Przed pierwszą wojną światową wytwórnia elementów metalowych i odlewnia. Zagórski i Ogórkiewicz. W latach międzywojennych zakład był mniejszy, a część budynku przeznaczono na mieszkania. Po drugiej wojnie fabryczkę skasowano i wszystko przerobiono na mieszkania.

– To mieszkanie przed wojną było większe – powiedział dozorca, zapalając kolejnego peta. – Mieszkał tu żydowski rabin, a może nawet cadyk. Tylko że jak szwaby przyszli go zabić, czy też aresztować, a może tylko przesiedlić do getta, to się okazało, że uciekł wraz z całą rodziną. Co ja mówię, praktycznie cała kamienica była pusta. Bardzo się zdenerwowali i szukali go, ale figę tam znaleźli... Tyle że po wojnie już nie wrócił. Mieszkali tu różni ludzie, aż w latach osiemdziesiątych osiedli tu tacy państwo. Inżynierostwo Malinowscy. No i oni mieli syna, sparaliżowany był, na wózku jeździł. Dużo to się nie najeździł, tyle, co po mieszkaniu, bo widzisz pan sam, jak to wygląda. To drugie piętro bez windy. Czasem go znieśli na parter, czasem sąsiedzi pomogli, bo choć to kiepskie towarzystwo było, przecież nad kaleką i w pewnym sensie swojakiem nawet żul by się zlitował. Ale tak na co dzień siedział sam w czterech ścianach... Rodzice w robocie. Do szkoły nie chodził, bo niby jak? Nauczyciele przychodzili do niego do domu parę razy w tygodniu. No i któregoś razu starzy wrócili z pracy, a jego nie było. Wyparował razem z wózkiem inwalidzkim. Bez śladu.

– Wyparował? – podchwyciłem.

– Milicja długo węszyła, ciągali mnie na przesłuchania z dziesięć razy. Czy widziałem, żeby go ktoś znosił na dół, i takie tam. Ale czepili się mnie tylko tak pro forma, raczej nie byłem poważnie podejrzany. Ale też nic nie widziałem. A przecież chybabym nie przegapił. Ja poważny dozorca byłem, o wszystkim wiedziałem. Inżynierostwo szaleli. Wyznaczyli nagrodę tysiąc dolarów za jakiś ślad. Pan wiesz, ile to było tysiąc dolarów za Jaruzela?

– Pięćdziesiąt wypłat. Cztery lata pracy – przeliczyłem szybko.

– Fortuna! Za dwa i pół tysiaka dużego fiata można było w Peweksie kupić od ręki. Za pięćset można było dobry kolorowy telewizor i wideo. Panie, jak o tym usłyszałem, żyły wyprułem, chcąc cokolwiek wywęszyć. Co ja się naganiałem, wszystkich znajomych kiziorów przepytałem. Po paserach łaziłem, czy ktoś wózka nie chce sprzedać. Znajomków z Różyca podpuściłem i obiecałem procent, jakby co. Ale figa. Zresztą to Praga, wprawdzie żulia, ale z drugiej strony pewien sznyt wtedy jeszcze mieli. Honorni ludzie, tu nikt by kaleki nie skrzywdził, chyba że ktoś spoza terenu. Kamienicę też sprawdziłem od piwnic po dach. Każdy zakamarek po pięć razy. Ale nie pomogło, przepadł jak kamień w wodę.

– A milicja?

– Oj, też się przykładali, bo ten Malinowski nie tylko inżynier i dyrektor od robót eksportowych był, ale i w partii wielka szycha. Milicja ganiała, ubecja... Nic nie pomogło. Kamień w wodę. Wreszcie musieli umorzyć tę sprawę. A może nie tyle umorzyć, co zawiesić? – zadumał się. – Nie znaleziono niczego. Po prostu dzieciak przepadł bez wieści. No a to, co znaleźli... Nie pasowało absolutnie do niczego.

– A co znaleźli? – zapytałem.

– Trochę plamek krwi na podłodze. Pod gałką łóżka była skrytka. Wyciągnęli z niej dwie rolki filmu. Wywołali, a może były już wywołane? Zdjęcia przedstawiały jakieś ruiny w dżungli. Prawdopodobnie Ameryka Południowa. Nie wiadomo, kto i gdzie je wykonał. Stąd pojawiła się teoria o porwaniu. Spiknął się z kimś, kto też interesował się Inkami i takimi tam. I ten ktoś go porwał albo nakłonił do ucieczki. Milicja podejrzewała wątek homoseksualny, to znaczy, że porwał go i zamordował jakiś pedofil. Przemaglowali wszystkich, których mieli w kartotece...

– I nic?

– I nic. Drzwi były zamknięte, ale drugi komplet kluczy znaleziono podobno w środku. Znaczy się chłopak nie wyszedł z mieszkania... Chyba że ktoś zamknął od zewnątrz jakimś wytrychem. Do tego ta skrytka. – Dozorca stuknął dłonią w parapet, gubiąc część popiołu z papierosa. – To z czasów wojny pewnie, albo i dawniejsza. Była w niej książka oprawiona w skórę, cała zapisana żydowskimi literami. I to wszystko.

– Ciekawa historia – przyznałem.

– Było jeszcze coś, tu, na tej ścianie. – Klepnął dłonią mur. – Napisane były jakieś żydowskie znaczki. Milicja sprowadziła jednego starozakonnego, żeby to przeczytał, ale on tylko orzekł, że to jakiś goj przerysował ołówkiem litery, bo sposób kreślenia wskazuje na kogoś, kto nie znał ani ichniejszego alfabetu, ani znaczenia słów...

– A co tam było napisane? – zaciekawiłem się.

– A tego właśnie nie wiem. W każdym razie Malinowscy pojechali potem do Iraku czy Libii i już tu nie wrócili. Trzydzieści lat mieszkanie się marnowało, puste stało. Nawet namawiałem jednego znajomka, by się włamał i przejął potem prawem zasiedzenia, ale dzieci miał, to się bał w nawiedzonym lokalu mieszkać, choć tu przecież nic nie straszy. Tylko ludzie stąd znikają. Ten rabin w czasie wojny i ten inżynierski smyk... Ale rabin to pewnie zwyczajnie zebrał swoich i uciekł. Z chłopakiem tylko dziwna sprawa wyszła. Tak się nawet plotkowało, że to Żydzi wrócili i go na macę przerobili, ale to przecież bzdura.

– Krew z mąką, koszerne to by nie było – zauważyłem filozoficznie.

– Ale nie powiem, swoje zarobiłem, bo ze trzydziestu świrów chciało to mieszkanie obejrzeć. I z gazet przychodzili, i z wahadełkami różdżkarze, i jedna taka, co to twierdziła, że jest medium. Ale nic nie odkryli... A parę lat temu jeszcze tu zaszedł raz gliniarz, który kiedyś dawno miał tę sprawę. Widać dalej go gryzło, że sobie wtedy nie poradził.

– Faktycznie zajmująca historia. – Odżałowałem jeszcze dychę.

Buszowałem po budynku przez godzinę. Strych kompletnie mnie rozczarował – był pusty. Zapewne jeszcze w latach siedemdziesiątych wywalono z niego wszystkie graty i wysypano podłogę warstewką żużlu. Przepisy przeciwpożarowe... W mieszkaniach były przedwojenne piece, ale nie wypatrzyłem żadnych ciekawych kafli czy ozdobnych drzwiczek. Tandeta dla przedwojennej praskiej biedoty. Tylko w jednych drzwiach zachowała się oryginalna przedwojenna klamka, odlana w mosiądzu. Nie była szczególnie ciekawa, ale zdemontowałem ją i schowałem do torby – szkoda, żeby jakiś złomiarz oddał to na przetopienie. Wypatrzyłem porzucony aluminiowy kubek. Niestety, też nic fascynującego, toporny wyrób z lat siedemdziesiątych. Przedwojenny bym zabrał, ale takich miałem już cały worek. Instalacje elektryczne wymieniono w latach siedemdziesiątych albo osiemdziesiątych. Żadnych fikuśnych ebonitowych przełączników, żadnych porcelanowych gniazdek...

Odruchowo sprawdzałem parapety, szukając skrytek, ale chyba tylko u inżynierostwa Malinowskich było coś takiego. Przejechałem wykrywaczem metali po kilku piecach, jednak i tu spotkało mnie rozczarowanie.

– Nie ma skarbów – dogadywał cieć, snujący się moim tropem.

Kurzył już trzeciego sierściucha.

– Skarby skarbami, ale przecież w takim domu mogą się trafić także inne ciekawe rzeczy – zauważyłem filozoficznie.

– Coś pan? Tutaj? Nie powiem, kiedyś mieszkało tu trochę porządnych ludzi, ale komuna się skończyła, to się wynieśli. Ostatnie dwadzieścia lat to już była degrengolada. Menel na menelu i menelem poganiał. Nie tylko biali, niebieskich też sporo... Czasem się za łby brali... Pan wie, o czym mówię?

– Biali piją wszystko, co zawiera alkohol, ale nie tkną denaturatu, a niebiescy leją w gardło jak leci. – Wzruszyłem ramionami. – Obie grupy sobą ostentacyjnie gardzą i żrą się jak kibole różnych drużyn.

Kiwnął głową jakby z uznaniem i zakurzył kolejnego peta.

– Czterdzieści lat tu byłem dozorcą – pochwalił się. – Tylko jak wysiedlili wszystkich pod koniec lat dziewięćdziesiątych, to i mnie pokazali drzwi. Głupki. Bo i co? Nie było pilnowane, to od razu jakaś świnia ogień podłożyła. A teraz znowu pilnuję. Nawet gadałem z facetem z tej spółki, co budować będzie. Żartował, że po tylu latach to może bym został na portiera. Ale to nie dla mnie. Popilnuję tylko budowy przez dwa lata i czas mi już na emeryturę. Zresztą to już nie będzie ten sam dom. No i ludzie inni. Nie powiem, miałem z tymi łajzami swoje przejścia, ale też zżył się człowiek trochę.

– Genius loci każdego miejsca to ludzie – zauważyłem sentencjonalnie. – Nie ma ludzi, ginie klimat...

W jednej z kuchni wypatrzyłem poczerniałą tackę charakterystycznego kształtu. Puknąłem palcem. Sądząc po dźwięku, mosiądz. Schowałem ją do torby.

– Po co panu taki szajs? – zdziwił się cieć.

– To podstawka od samowara – wyjaśniłem. – Ma ze sto lat. Wyczyszczę sobie, wypoleruję i znów będzie piękna.

Zajrzeliśmy jeszcze do piwnic. Cuchnęło tam stęchlizną i zgniłymi kartoflami. Przeszedłem się po labiryncie pomieszczeń, ale nie znalazłem nic, po co warto by się schylić. Za to podłoga pełna była dziur, w ścianach też brakowało cegieł.

– Przed wojną tu Żydki mieszkali – odezwał się cieć. – Nie powiem, lokatorzy opukiwali ściany i przekopywali piwnice, bo wiesz pan, jak to się kojarzy, gdzie Żydzi, tam złoto i kosztowności. Ale nikt nic nie znalazł, a przynajmniej nie pochwalił się...

– E, prascy Żydzi to była przeważnie biedota. – Machnąłem ręką. – Złoto i kosztowności mieli bogatsi. Ci, którzy mieszkali w ładnych lokalach na pierwszym piętrze z widokiem na Targową czy Ząbkowską. Blisko bazaru, synagogi i mykwy przy Jagiellońskiej.

– Mykwa była przy Wójcika, czyli teraz Kłopotowskiego. Synagoga na rogu z Jagiellońską – sprostował. – Widzę, że się pan interesujesz tymi sprawami. Mówiłem już panu, że tu żył przed wojną nie byle kto, ale chasydzki rabin.

Przypomniałem sobie zamurowane drzwi... Ale widziałem też ich „drugą stronę” w sąsiednim mieszkaniu. Żadnych zamurowanych pomieszczeń. Żadnych podejrzanie grubych ścian. Może ekipa rozbiórkowa coś ciekawego znajdzie? A może i nie. Westchnąłem. Nic tu po mnie. Ale sprawa zaginionego chłopaka nadal chodziła mi po głowie.

– A ci wariaci, co tu przychodzili... – zagadnąłem.

– Większość twierdziła, że porwało go UFO. Jeden, co tu wszedł w trans, zidentyfikował nawet jakie. Ustalił, wyobraź pan sobie, że to te wredne z głupimi oczami. Wie pan, jak z serialu „Z Archiwum X”.

– Aha...

– Jak byłem młodszy, mówiło się, że z gwiazd przylatują małe zielone ludziki. A teraz gadają, że szare – zauważył filozoficznie.

– Moim zdaniem nie przylatują – mruknąłem. – Koszt podróży międzygwiezdnej dla każdej cywilizacji to horrendalny wydatek. Kluczem do gwiazd jest fizyka.

– Teleportacja znaczy?

– Na przykład teleportacja.

– To by pasowało – mruknął. – Szarzy czy zieloni, jeden czort, pies im mordę lizał, międzygwiezdnym pokurczom. Przylecieli i teleportowali go gdzieś...

Pożegnałem się i wróciłem do auta. Trup był tak miły, że silnik odpalił już za trzecim podejściem. Łupy wiozłem marniuchne, ale zawsze coś... Wyczyszczę sobie tackę i będzie pod mój samowar.

*

Nad Wolą zapadał wiosenny wieczór. Z góry dobiegały dźwięki skrzypiec. Lutnik dawał lekcje, a może grał dla przyjemności lub sprawdzał wykonany przez siebie instrument? Ech, może i ja kiedyś wezmę parę lekcji? Odkurzyłem prasy introligatorskie, rozłożyłem skóry i skórki. Zaparzyłem sobie kawy i zabrałem się do oprawiania książek. Szyłem grzbiety woluminów, czasem pociągałem łyk z kubka. Kofeina leniwie łączyła się z moim krwiobiegiem... Myśli wracały do wydarzeń poranka. Ospały umysł znalazł paliwo, rozbudził się z letargu.

Chłopak zamknięty w czterech ścianach mieszkania, rozważałem. Nudzi mu się. W telewizji były wtedy dwa kanały. Nie było Internetu. Nie miał z kim pogadać. Każde wyjście domu to skomplikowana wyprawa. Aż pewnego dnia ten dzieciak znajduje przypadkiem skrytkę, a w niej starą żydowską księgę. Umie ją przeczytać? A gdzie tam... Ale może oprócz księgi jest jeszcze coś? Coś cennego, ważnego, wartościowego? Ale co, u licha?

 

Rozejrzałem się po mieszkaniu, jakby szukając natchnienia. Co ja mógłbym znaleźć takiego, żeby po czterdziestu latach szukać właściciela? Czyjeś rodzinne zdjęcia albo dokumenty. Na przykład kopertę z fotografiami, dajmy na to, kogoś, kto wiedział, że idzie na śmierć, ale ukrył je z prośbą, by w razie znalezienia przekazać komuś. Chłopak jakimś cudem wydostaje się z domu, by oddać to właścicielom...

Sam by się nie wydostał. Na wózku po tych schodach? Wykluczone. A może do kogoś zadzwonił i poprosił o pomoc? Tylko do kogo? Do jakichś kumpli, o ile miał takowych. Czy milicja w tamtej epoce miała możliwości techniczne, by sprawdzić bilingi? Chyba tak.

Tak czy inaczej, dzieciak na wózku wydostaje się z domu i rusza w drogę, by odnaleźć właściciela zdjęć, to znaczy spadkobiercę... Kogoś, komu ma je oddać. I przytrafia się coś nieoczekiwanego. Na przykład zagapił się na pasach i auto go zabiło... Kierowca pozbywa się ciała i wózka. Tylko że to mało prawdopodobne. Wąskie uliczki, na parterach pełno było tu wówczas sklepów i warsztatów. Nawet wzdłuż ulicy Okrzei. Zderzenie to huk, wyjrzy z okien ze czterdzieści osób. Cokolwiek się stało, na pewno nie tam. Chyba że dotoczył się gdzieś na peryferie. W miejsce, gdzie mało kto zaglądał. Ale gdzie?

– Tak po prawdzie, peryferie chyba były wokoło tej kamienicy – mruknąłem do siebie. Chaszcze, może nawet stały tu wtedy jakieś przedwojenne ruiny. Ale gdyby na przykład wjechał w gruzy i zarwałby się pod nim strop przedwojennej piwnicy, to przecież znaleźliby go w pół godziny żywego czy martwego. Pieski tropiące i te sprawy... Czy milicja miała psy tropiące? Z pewnością. Mętnie mi się kojarzyło z dzieciństwa, że wtedy częściej widywałem milicjantów z psami.

Dobry pomysł z tymi zdjęciami, oceniłem. Ja bym tak zrobił. Tylko czy on był podobny do mnie? A inny motyw?

Skarb. Chłopak znajduje informację, że gdzieś na terenie dzielnicy zakopano lub zamurowano depozyt. Taaa... To też prawdopodobne. Wojna to sytuacja nieprzewidywalna. Ludzie żyjący w 1939 doskonale pamiętali poprzednią wojnę. Minęło niespełna dwadzieścia lat od jej zakończenia. Wprawdzie w piętnastym roku Warszawa nie została zniszczona, ale z wielu wsi po przejściu frontu zostawały jedynie „lasy kominów”. Drewniane chaty poszły z dymem, ocalały tylko elementy murowane, takie jak piece. Przyszła nowa wojna i to, co cenne, starano się ukryć. A zatem druga możliwość – żydowski skarb. W pierwszym przypadku szukał raczej konkretnych ludzi, w drugim – konkretnego miejsca. Ludzi mógł odnaleźć w książce telefonicznej. Na przykład po nazwisku. Obdzwonił kilkanaście, może kilkadziesiąt numerów, by ustalić, czy abonenci są potomkami tego kogoś... W drugim przypadku wystarczyło udać się we wskazane miejsce. Nie, nie wystarczyło. Przecież chłopak miał albo całkiem niesprawne, albo prawie niesprawne nogi. Skarb nie leży na wierzchu. Jest zakopany lub zamurowany. Żeby się do niego dobrać, trzeba mieć łopatę, kilof, może młotek murarski. Mógł mieć dość silne dłonie, wyrobione od toczenia wózka. Ale to za mało. Potrzebował wspólnika. Kumpla, z którym dobierze się do skrytki, albo kogoś dorosłego. Udają się na miejsce, znajdują, dajmy na to, blaszaną puszkę, a w niej kilka złotych amerykańskich dwudziestek.

Zadumałem się. Połowa lat osiemdziesiątych... Amerykańska dwudziestodolarówka to był konkret. Narodowy Bank Polski skupował je po jakieś pięćset dolarów. Cena czarnorynkowa była zapewne jeszcze wyższa. Pięćset dolarów to były dwa lata pracy... A gdyby takich monet było kilka? Zarówno dorosły, jak i nastolatek za taką kwotę mogli zabić. Tak po prostu, żeby się nie dzielić. Tyle że to nie tak łatwo zabić kogoś. Jednak lokatorzy kamienicy byli trochę szemrani. Któryś z nich mógł to zrobić – jechać z chłopakiem, pomóc mu wydobyć skarb, a potem na widok złota dać mu w łeb i tyle.

Inna hipoteza? – zamyśliłem się.

Nic mi nie przychodziło do głowy.

– Tak czy siak, ktoś musiał mu pomóc zjechać wózkiem po tych schodach... – mruknąłem. Może było tak, że sąsiad się ulitował, a chłopak przepadł i ten kolo bał się przyznać, że mu pomógł wyjść z domu?

Brzmiało to sensownie. Jeden element nie pasował. Zamknięte mieszkanie i klucze, które zostały w środku. O ile faktycznie zostały. Cieć mógł coś pomylić, nie znać szczegółów, mógł usłyszeć plotkę, którą uznał za pewnik...

– Narzekałem, że umysł potrzebuje paliwa, no i mam nad czym się zastanawiać – sapnąłem z zadowoleniem.

Oprawiłem tego wieczora osiem woluminów. Padłem na łóżko półprzytomny. Sen przyszedł szybko. Chodziłem zaułkami Pragi Północ, szukałem czegoś. Sam nie wiem czego. Może chłopaka na wózku inwalidzkim, może żydowskiego złota, a może tylko koperty z wyblakłymi fotografiami...

*

Piotrka spotkałem dwa dni później. Wpadliśmy na siebie w księgarni. Wymieniliśmy kilka zdawkowych uprzejmości, a potem odprowadziłem go kawałek w stronę domu.

– Mam pytanko – zagadnąłem.

– Jak znam życie, odpowiedź okaże się trudna i zawierała będzie elementy kwalifikowane jako zdrada tajemnicy służbowej – burknął.

– Ależ skądże! – oburzyłem się. – Do tego bym cię nie namawiał!

– Gadaj zdrów – prychnął pobłażliwie. – A konkretnie?

– Chciałbym zajrzeć na pół godzinki do waszego archiwum.

– Porypało cię? – fuknął. – Lisów nie wpuszcza się do kurnika.

– Jestem lisem?

– Całe to wasze Grono Jarzębiny to zgraja lisów, żeby nie powiedzieć wilków, tygrysów i hien cmentarnych. Gdybym miał dowody, a nie plotki i poszlaki, to tylko wióry by z was poleciały – dogadywał. – Nielegalne poszukiwania, obrót przedmiotami antykwarycznymi o nieudokumentowanym pochodzeniu, prowadzony poza jakąkolwiek kontrolą. A przede wszystkim bez wiedzy organów kontroli skarbowej!

– Być może istotnie kilka razy zadbaliśmy o to, by pewne dzieła sztuki ocalić od zapomnienia i zniszczenia w różnych skrytkach. Ale niczego nie kradniemy! A że nie wszystko da się pozyskać legalnie... I zasadniczo brzydzimy się mokrą robotą!

Spojrzał na mnie ciężko i westchnął.

– Ta dziura do pożydowskiej piwnicy, którą w zeszłym roku wyryto w trawniku, róg ulic Esperanto i Glinianej, to, jak zakładam, też wasze dzieło? Cztery metry nielegalnego szybu, wydrążone pod samym nosem policji! Lewa kopalnia założona nieomal na oczach Straży Miejskiej, w samym środku naszego miasta, górnicy pieprzeni.

– Przecież zasypaliśmy – wygadałem się głupio. – Zresztą nic tam nie było...

– Wiem, że depozyt uległ zniszczeniu, bośmy musieli odkopać to jeszcze raz i sprawdzić, co to za dziura. Ale jakby nie uległ, tobyście się poczęstowali dwiema setkami nie byle jakich obrazów.

– Lepiej, żeby leżały w ziemi i zgniły czy żeby ucieszyły czyjeś oko? – Wzruszyłem ramionami.

– Tak na przyszłość, jak już wycinasz taki numer, to może będziesz tak łaskaw buszować w innej dzielnicy? Albo w innym mieście. Jedź odkopać złoty pociąg. Znajdź Bursztynową Komnatę! Bo głupio mi będzie aresztować dawnego kumpla! Już i tak mam przez ciebie wrzody na sumieniu! Zdajesz sobie sprawę, co to znaczy dla gliniarza wiedzieć, czyja to robota, i w milczeniu patrzeć, jak kumple z sąsiedniego biurka zamykają sprawę z powodu niewykrycia sprawców...

Chyba rzeczywiście się wkurzył. Rozumiałem go nawet, każdy policjant lubi mieć na swoim terenie porządek.

– To może inaczej – zacząłem. – Przyjmijmy, że jest nierozwiązana sprawa zaginięcia, a być może porwania chłopca. Sprawa z roku osiemdziesiątego czwartego. Gdybym ją rozwiązał i podał ci na tacy... Będziesz miał, jak to mówicie w swoim policyjnym języku, „wynik”. Może przyda się do awansu?

Łypnął na mnie, nadal groźnie, ale chyba go zaintrygowałem.

– Osiemdziesiąty czwarty? To było grubo przed Trynkiewiczem i Kwaśniakiem – mruknął. – Czekaj, ulica Krowia, niedaleko Targowej na Pradze? Historia z zaginionym chłopakiem poruszającym się na wózku inwalidzkim?

– Słyszałeś o tym? – zdumiałem się.

– Na szkoleniu wspominali. Jedna z takich spraw, na których sobie niejeden stary fachura zęby połamał... Parę lat temu przyglądali się temu ludzie z Krakowa, to tak zwane Archiwum X. Oni też niczego nowego nie ustalili. Odpuść sobie.

– W moim słowniku nie ma słowa „odpuścić”.

– Ani szeregu innych, jak na przykład „legalne poszukiwania”, „własność Skarbu Państwa”, „płacenie podatków”, „zarejestrowana działalność”... Czemu to cię zainteresowało?

– Nie wiem. Mam jakieś dziwne przeczucie... Instynkt, można powiedzieć: szósty zmysł.

– Zobaczę, co da się zrobić – obiecał. – Ale rzecz raczej nie do ugryzienia... Robert? – zagadnął po chwili milczenia.

– Taaa?

– Że tak zmienię temat... Znasz moją siostrę...

– No, kojarzę, taka blondyneczka z zadartym noskiem. – Zmarszczyłem brwi. – Egzamin gimnazjalny będzie pisać i potrzebuje korepetycji z historii? Nie ma problemu, przyślij ją. A może potrzebuje lekcji gry na skrzypcach u mojego sąsiada? Z tego, co pamiętam, chyba do szkoły muzycznej chodzi... Też da się załatwić.

– Jest na drugim roku studiów.

– Ależ ten czas leci. – Pokręciłem głową.

– Ładna i sympatyczna dziewczyna. Jesteś wprawdzie kompletnym świrem, a do tego pewnie w końcu będzie cię trzeba wsadzić, i to na kilka lat, ale dobry z ciebie człowiek. Do kości dobry, jak mawiali u nas na wsi. Nie życzyłbym sobie nikogo innego na szwagra. Może chciałbyś wpaść na obiad, trochę byście się obwąchali i może coś by z tego wynikło...