Wampir z KCTekst

Z serii: Cykl z wampirem #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wampir z KC
Wampir z KC
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,83  47,86 
Wampir z KC
Wampir z KC
Audiobook
Czyta Maciej Kowalik
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Tak zasadniczo trafiliśmy tu przypadkiem – mruknął Jakub. – Płynęliśmy do Szwecji sprzedać bimber. Praprawnuk mojego przyjaciela poszedł na, tfu! studia do Warszawy. To nie jest tania sprawa. Pomóc potomkowi rzecz święta. A że groszem nie śmierdzimy, postanowiliśmy podreperować budżet, i to od razu w twardej walucie.

– Chcieliśmy mu tradycyjnie sprezentować mieszkanie i auto, żeby miał jak podrywać miejskie dziewuchy. Ale on powiedział, że nie chce mieszkania ani samochodu, bo w mieście studenci żyją w akademikach i jeżdżą autobusami. Nie chciałem, żeby koledzy z niego kpili, postanowiliśmy więc zarobić trochę grosza, żeby mu kupić, jak wszystkim miastowym, akademik i autobus – wyjaśnił kozak. – A tam, po drugiej stronie Bałtyku, wódka jest po trzydzieści pięć dolarów za butelkę. Dobre przebicie na każdej flaszce.

– Liczyliśmy, że bimber pójdzie nie taniej niż po dwadzieścia dolców za litr. Zapakowaliśmy pięćset butelek i w drogę. Tylko że ta Szwecja leży ciut dalej, niż sądziliśmy. Albo raczej to morze jest za wielkie. W każdym razie, żeglując, pobłądziliśmy we mgle i wpadliśmy na tych holenderskich zasrańców. No dobra, trochę w tym i nasza wina, bo sami wleźliśmy na górę. Rozumiecie, to zawsze ciekawe obejrzeć statek, który teoretycznie powinien dawno leżeć na dnie morza. W dodatku mój uczony przyjaciel rozpoznał, że to herbaciany kliper – ciągnął bimbrownik. – Wiecie, w szesnastym wieku takie pływały do Indii po herbatę. Kupcy ją sprzedawali i zarabiali na tym niewyobrażalną kasę, żeby potem pławić się w niewyobrażalnym luksusie. Postanowiliśmy sprawdzić, czy coś z tego luksusu tu zostało i czy dałoby się go trochę uszczknąć, a tu gówno.

– Chcieliśmy zejść, ale okazało się, że gdy zwiedzaliśmy krypę, wcięło nam łódkę, a wraz z nią pięć hektolitrów najlepszego produktu. No a zaraz potem złapali was.

– Rozumiem – westchnął Marek. – Nie wiem, czy z wampira da się zrobić poltergeista, ale chyba nie mam ochoty czekać tu jak owca na rzeź.

– Ektoplazma pali się tylko w postaci rozproszonej – zauważył Igor. – Jedyna szansa, żeby załatwić takiego, to chwila, gdy po przejściu przez ścianę dopiero zaczyna proces materializacji. Trzeba zamknąć luk i sukcesywnie podpalać każdego, który będzie próbował przeniknąć przez pokład.

– Można go też chwilowo rozproszyć, używając relikwii lub sakramentaliów, i wtedy podpalić – dodał fachowo egzorcysta. – Kłopot w tym, że chyba nie mamy nic takiego.

– Duchy zasadniczo nie lubią ultrafioletu, więc do zapadnięcia zmroku nie wylezą – rozważał Semen. – W górnych ładowniach też nie czują się teraz szczególnie dobrze, bo pokład tak się rozsechł, że przez szpary wpada do środka dużo słoneczka.

– A nie prościej byłoby sprawdzić, gdzie mieszkają, zrobić dziurę i wpuścić tam światło? – zagadnęła Gosia. – Zajączek lusterkiem czy jakoś tak.

– Na moje oko siedzą w tych zapleśniałych paczkach herbaty – mruknął egzorcysta. – Ale jest ich tam kilka tysięcy. Poltergeisty ważą przeciętnie pięćdziesiąt do sześćdziesięciu gramów. Bez wagi laboratoryjnej trudno rozpoznać, w którym pakunku jest czynnik duchowy, a w którym nie.

– A poza tym nie wiemy, na ile Holendrzy standaryzowali swoje pakunki i czy w każdej paczce jest taka sama ilość herbaty.

– Rozpierniczać po kolei wieka skrzynek, woreczki i paczki? – zasugerował Marek. – Herbatę możemy spalić na pokładzie albo lepiej wywalić do wody. Ektoplazma nieźle znosi wilgoć, ale nie w nadmiarze. W dodatku sól jest dla niej bardzo szkodliwa. Duchy utoną i zginą. To jest przejdą w inne formy niebytu.

– Niegłupio kombinujesz, wampirowaty – pochwalił Jakub. – Ale kilka tysięcy pakunków po kilkanaście kilo to nie dla mnie robota. Taka ilość pracy fizycznej jest dla człowieka po prostu szkodliwa. Proponuję rozwiązanie prostsze. Nasza łódka zniknęła. Wasza też...

– My kajakiem – sprostowała Gosia.

– Na jedno wychodzi. Możliwości są dwie. Albo gospodarze tej łajby odcięli cumy i je zatopili, albo wciągnęli do środka i gdzieś skitrali. Proponuję na początek spróbować odnaleźć nasze środki transportu i opuścić to miejsce, a na odchodnym ewentualnie wykręcić im jakiś wredny numer... – Uśmiechnął się do swoich myśli.

Semen wyjął z kieszeni stary, odrapany, carski jeszcze granat i przez chwilę z wprawą podrzucał go w dłoni.

– Gdyby wrzucić go gdzieś głęboko, tak żeby detonował w zęzie i zrobił dziurę, to cała łajba pewnie zatonie – zaproponował. – I po problemie.

– Na to akurat bym nie liczył. To coś pływa po morzach od setek lat, z całą pewnością dno jest magicznie zabezpieczone przed przeciekaniem.

– Złazimy tam? – Marek spojrzał na podniesioną klapę luku i schodki wiodące pod pokład. W jego głosie słychać było wahanie.

– A co, cykor cię obleciał? – zakpił kozak. – Przecież i tak nie żyjesz. Nic gorszego od śmierci już cię raczej nie spotka... A naszą łódkę wypada odzyskać z uwagi na ładunek. Dwa miesiące pędziliśmy, nie odpuścimy! No i potrzebujemy tej kasiory.

– Nie mówmy hop – burknął jego kumpel. – Bo jeszcze zapeszymy!

Zeszli po schodkach i zaczęli się rozglądać po różnych zakamarkach. Niestety, kajak gdzieś wcięło. Znaleźli za to klapę prowadzącą niżej, na dolny pokład ładowni – ale była starannie zabita gwoździami.

– Bez narzędzi tego nie wyważę – burknął Marek. – A nawet gdybym miał narzędzia, to chyba nie miałbym ochoty!

– Oj, nie lubią duchy gości, nie lubią – wycedził egzorcysta, trącając klapę gumofilcem. – Albo światło przeszkadza... – Uniósł wzrok.

Popękany sufit nad ich głowami przypominał rozgwieżdżone niebo. W ładowni mrok już jednak zgęstniał. Nad paczkami z herbatą unosiły się cienkie jeszcze smużki ektoplazmy. Niektóre, te najgrubsze, chwilami materializowały się w dłonie, a nawet całe ręce, uzbrojone w koszmarnie wyglądające sierpowate szpony, by po chwili powrócić do stanu oparu.

– No ładnie – syknął Jakub. – Kilkaset ich tu siedzi. A jest jeszcze przecież dolny pokład. I tam jest znacznie ciemniej. Te tutaj to jakiś trzeci sort, najmniej ważne, frajerzy, cwele i zdechlaki, najniżej w hierarchii, dla których nie starczyło miejsca głębiej. Albo takie, co podpadły reszcie, wykopane tu na stopniowe wykończenie przez światło dzienne.

– Tak właściwie ile miejsca zajmuje jeden poltergeist? – zaniepokoił się Marek.

– W stanie uśpienia, upakowany, ze trzy litry mniej więcej – błysnął wiedzą fachową egzorcysta. – Zależy od gęstości materii. Trzy litry to optimum, jak siedzi na przykład w starej wazie na zupę albo w pustym wazonie. Jak się musi rozpuścić w granicie, to i ze dwadzieścia litrów może być mało.

– To znaczy, że może ich tam na dole siedzieć...

– Teoretycznie, biorąc pod uwagę kubaturę dolnej ładowni, nawet kilkanaście tysięcy – obliczył błyskawicznie Semen. – Ale jak się rozproszyły w herbacie, to pewnie o połowę mniej. Spierniczamy na górę, nic tu po nas.

Jakiś pazur próbował go zahaczyć o nogawkę spodni, ale wtedy egzorcysta doskoczył, depnął gumofilcem i złośliwie zakręcił się na obcasie. Z wnętrza paczki dobiegł rozdzierający jęk, a macka sczerniała i oklapła.

– Dziękuję – szepnął kozak wzruszony. – Po raz dwieście osiemdziesiąty szósty ratujesz mi życie.

– Oj, już nie przesadzaj, ze sto razy sam byś się wykaraskał. – Jakub uśmiechnął się skromnie, aż nienawykła do takich grymasów gęba zatrzeszczała na zaczepach mięśni.

Wdrapali się na pokład i zajrzeli do kasztelu. Nie było tu kompletnie nic ciekawego. Śmieci, połamane meble, resztki rozwłóczonych pokrwawionych ubrań...

– Wiecie co? – mruknął Jakub, oglądając kłąb dziwnych przedmiotów wiszący na haku w kącie pomieszczenia. – To coś to tak zwane pasy korkowe. Jak byłem mały, czasem ich używano na morzu. Pamiętam, że jak płynąłem na Titanicu, akurat mieli już kamizelki, ale starsze jednostki takie rzeczy posiadały jeszcze na wyposażeniu.

– No, też pamiętam coś podobnego – kiwnął głową Marek. – Ostatni raz takie widziałem... cholera, chyba w tysiąc dziewięćset dziesiątym, na zawodach towarzystwa wioślarskiego w Warszawie, wtedy gdy Bolesław Prus osobiście dawał medale najlepszym.

– Jeden ma wyporność rzędu sześćdziesięciu kilogramów. Dawać wszystkie na zewnątrz. Wyłamiemy deski z pokładu, przywiążemy od spodu pasy korkowe i zrobimy sobie tratwy! – zakomenderował Wędrowycz.

– Tratwę? – zagadnął Igor.

– Dwie tratwy – burknął egzorcysta. – Jesteście chwilowo moimi sojusznikami, ale zarazem jesteście też wampirami. Jak na was patrzę, ręka sama mi sięga po osikowy kołek. Nie zrozumcie mnie źle, to nic osobistego, odruch taki mam. Tylko wiecie, trudno się powstrzymywać w nieskończoność. No i w dodatku niezdrowo, bo z tłumienia naturalnych potrzeb ciała nerwicy można się nabawić. Poza tym sami mówiliście, że za granicą Polacy powinni trzymać się razem. To jest wedle prawa morskiego część Holandii. – Tupnął w podłogę, przy okazji rozdeptując kolejną mackę. – Ale tratwa to już Polska będzie... Zatem załatwiamy problem nawiedzonego okrętu i się rozstajemy. W przyjaźni, ale bez zbędnej zwłoki.

– Jeśli chcemy zdążyć przed zmrokiem, trzeba się pospieszyć – powiedział Semen.

– Koło masztu leży zardzewiały topór – zauważył Marek.

– Rąb deski! I wiosła trzeba zaimprowizować – zakomenderował egzorcysta.

– Się wie! Nie jestem dzieckiem – odwarknął ślusarz, choć wcześniej nawet nie pomyślał o żadnych wiosłach.

Niespełna godzinę później, używając sparciałych lin, z trudem spuścili obie tratwy na wodę. Igor zeskoczył na dół i trzymając się drabinki linowej, pilnował, by nie odpłynęły. Czas na ewakuację był już najwyższy, bo niewyraźne cienie pazurzastych łap unosiły się nad pokładem. Egzorcysta wyciągnął z kieszeni manierkę z samogonem, a zza pazuchy drugą. Semen sięgnął do cholewek oficerek i wydobył kolejne dwie. Jakub odkręcił, w szyjkę każdej wetknął lont z kawałka nasączonej bimbrem okrętowej liny i podpaliwszy, kolejno wrzucił je przez otwory w pokładzie. Po chwili z ładowni buchnęły gęste kłęby dymu, rozległo się zawodzenie i coraz głośniejsze jęki poltergeistów.

 

– Ja pierniczę, tyle dobrego bimbru na zmarnowanie – westchnął kozak. – I jeszcze tamte zaginione pięćset litrów! No ale z drugiej strony to ofiara niezbędna dla ratowania ludzkości, a jeśli nawet nie ludzkości tym razem, to przynajmniej naszych bezcennych zadków.

– Napędzimy nowego, nie żałuj. No proszę, nigdy bym nie przypuścił, że herbata też się pali – zauważył pogodnie jego przyjaciel, zaglądając w dziurę. – Pewnie dlatego, że zazwyczaj miałem z nią do czynienia w postaci wodnego roztworu.

Zeszli spiesznie na pokład tratwy i odepchnęli się od burty nawiedzonego okrętu. Wiosłując deskami, skierowali się na prawo. Marek wybrał lewy kierunek. Byli już w odległości kilkudziesięciu metrów, gdy płomień wreszcie przebił się przez pokład. A chwilę potem okrętem wstrząsnęła długa seria eksplozji.

– Mój zaginiony samogon! – ryknął Jakub. – Ha, wiedziałem! Martwi czy nie, marynarze nie zatopiliby takiej ilości gorzały! Zachomikowali go sobie, a teraz, gdy się dobrze rozpaliło, flaszki strzelają jak przepalone żarówki.

Kolejna seria wybuchów roztrzaskała pokład i wyrzuciła w niebo płonące paczki z herbatą. Wiosłowali pospiesznie, by jak najszybciej oddalić się od niebezpieczeństwa. Nie minęło pięć minut, a Latający Holender płonął jak pochodnia. Zarazem mgła, stanowiąca jego magiczną osłonę, rozwiewała się. Obie tratwy dzieliło już ze sto metrów i dystans szybko się powiększał.

– Koniec rozejmu – ryknął Jakub. – Gińcie, pieprzeni krwiopijcy!

Wampiry w ostatniej chwili padły na deski, a Igor przytomnie podciął Gosię, więc pierwszy pocisk z kuszokołkownicy tylko niegroźnie śmignął im nad głowami.

– O zezulce, w dupę sobie możecie wsadzić te kołki! – Ślusarz poderwał się i pokazał ciepłym gest Kozakiewicza, lecz zaraz znów klepnął na dechy, unikając kolejnego osikowego bełtu.

– Wampiry świry, nie myślcie, że to koniec, jeszcze was dopadniemy! Do abordażu! – wrzeszczał egzorcysta, wymachując bronią, ale jego druh Semen cierpliwie wiosłował w przeciwną stronę.

– Wy wsioki obiboki, jeszcze zobaczycie, co to znaczy zadzierać z praskimi wampirami! – Igor dopełnił rytuału wzajemnego znieważania się.

– O, patrzcie go, mieszczucha z odzysku – ryknął Semen. – Nas od wieśniaków wyzywa, a słomę z butów gubi. Sami żeście ze wsi wyszli, a do miasta nigdy nie doszli!

Okręt widmo w tym czasie majestatycznie poszedł na dno. Na powierzchni unosiły się jeszcze skrzynki i worki, ale woń palącej się herbaty już słabła. Jakub coś jeszcze krzyczał, jednak szum fal zagłuszał wyzwiska.

– O ja pierniczę – westchnął Marek. – To dopiero była przygoda! Jesteśmy teraz herosami światowego kalibru. Jesteśmy bohaterami takimi, że możemy piersi po ordery wypinać! Jeden tylko problem... chyba żaden wampir nam nie uwierzy. – Posmutniał.

– No fakt, nie co dzień widuje się nawiedzone statki – pokiwała głową Gosia. – A uciec z takiego to dopiero wyczyn.

– Chrzanić tego Latającego Holendra, ja nie o tym przecież. Pomyśl sama! Przeszliśmy właśnie do legendy wampirzego ludu i zdobyliśmy szacunek na skalę ogólnoplanetarną! Jako jedyni na świecie dokonaliśmy niemożliwego! Zadarliśmy z Wędrowyczem, w dodatku odgadł, że jesteśmy wampirami, wkurzyliśmy go, zwyzywaliśmy nawet, a mimo to nadal żyjemy!

– Przecież nie żyjemy – przypomniał mu przyjaciel. – No ale fakt, to było naprawdę coś wielkiego. A teraz nie myśl o wieńcach laurowych, spuść wodę sodową uszami i lepiej pomóż wiosłować. Do tej Szwecji jeszcze pewnie kawał drogi!

– No dobrze, ale w którą stronę płynąć? – zadumał się ślusarz.

– No, wedle słońca...

– Tylko że słońca nie widać – bąknęła Gosia.

Faktycznie, niebo zasnuwały szare, jakby deszczowe chmury.

– Myślę, że to będzie tam. – Marek wskazał kierunek. – Wędrowycz i jego kumpel stracili kontrabandę, więc popłynęli do Polski po nowy zapas. To Szwecja będzie w przeciwnym kierunku. Zobaczcie, mewy tam lecą, a to znaczy, że nałowiły ryb i niosą w dziobach dla piskląt w gniazdach na lądzie!

Spawacz zrobił minę, jakby chciał coś powiedzieć, ale tylko potarł brodę, splunął w dłonie i zabrał się do wiosłowania. Płynęli i płynęli. Mewy przelatywały nad ich głowami to w jedną, to w drugą stronę, ale było ich coraz więcej, zatem chyba rzeczywiście zbliżali się do brzegu. Było już prawie zupełnie ciemno, gdy w oddali spostrzegli kilka światełek i majaczący niewyraźnie ciemny pasek lądu.

– Widać Szwecję – zameldował Igor.

– Nareszcie – westchnął z ulgą Marek. – Precz z komuną! Od dziś jesteśmy wolnymi wampirami wolnego świata!

– Wyłazimy na brzeg i ruszamy w głąb kraju sprawdzić, kto teraz mieszka w Bullerbyn! – zapaliła się Gosia. – Dorośli czy dzieci, wyssiemy wszystkich na chwałę Astrid Lindgren! A ją na deser!

Powoli ich oczom ukazały się szczegóły. Najpierw spostrzegli znajomą sylwetkę domu wczasowego Neptun. Potem ujrzeli rzędy drewnianych pali, plecione z wikliny kosze plażowe i wydmy porośnięte sosenkami. Tylko kaowca nie było już na brzegu, pewnie poszedł spać.

Wycieczka

Piętnastostopniowy mróz ścisnął Warszawę w okrutnych objęciach. Zima całkowicie zaskoczyła drogowców. Piachu zabrakło po trzech dniach, a soli do sypania ulic nie było jak dowieźć. Gdyby nawet nie zabrakło piachu, i tak brakowało taboru, by posypać choć główne ulice. Benzyny też by nie wystarczyło. Transport samochodowy padł. Tramwaje jeździły katastrofalnie przepełnione. Starzy ludzie mówili, że nawet przyroda wreszcie się zbuntowała i podstawia komunistom nogę. Na szczęście większość pracowników Drucianki mieszkała opodal swego zakładu i mogła dotrzeć tam na piechotę. Fabryka miała też zapas węgla i surowców, w halach pełnych pracujących maszyn zawsze było ciepło. Produkcja szła normalnie.

Ślusarz Marek, pogwizdując, odłączył zasilanie, wykręcił śrubki, zdjął obudowę, a na koniec zdemontował konika tokarki. Obejrzał go uważnie i westchnął. Mocowanie było kompletnie wyrobione, gwint diabli wzięli i część teoretycznie nie kwalifikowała się już do naprawy.

– No to kicha – burknął stary brygadzista Piotr, obserwujący jego poczynania. – Dobra maszyna była, ale jej czas dobiegł końca. Bo zapasowego konika do tak starego sprzętu nie zdobędziemy. Chyba że w muzeum techniki.

– Przecież nie oddadzą nam własnego eksponatu.

– Ale jakby tak z tokarki w muzeum wykręcić konika, a w zamian dać im tego? Przecież po wierzchu nie widać, że uszkodzony.

– Spoko wodza – mruknął ślusarz. – Obędziemy się bez pomocy muzeum. Tu się nawierci, Igor wspawa jakąś grubszą mutrę z odpowiednim gwintem, dociągniemy śrubą i będzie jak nowe.

– Spawy są kruche, a tu mamy do czynienia z naprawdę poważnymi obciążeniami. A jak znowu strzeli?

– To się znowu pospawa. Bo to niby pierwszy raz? To dobra tokarka, carska jeszcze, nie to, co późniejszy szmelc... sanacyjny szmelc – uściślił na wszelki wypadek Marek. Wprawdzie majster niby był swojak i znali się nie od dziś, ale wampir uznał, że ostrożność nie zawadzi.

– A jak kontrola BHP przylezie?

– To i tak tego nie wypatrzą wśród pięciu tysięcy znacznie poważniejszych uchybień. Zwłaszcza że musieliby rozkręcić maszynę i zajrzeć od spodu. A nawet jak wypatrzą, zwalimy na naszych poprzedników, bo ten złom stoi tu już osiemdziesiąt lat, chyba od dnia otwarcia Drucianki. A jak kto się czepi, to nic nie wiemy. Od zawsze tak było. Kto wie, może to nawet hitlerowcy naprawili? – pokpiwał ślusarz. – O, już wiem! Igora poprosimy, niech wytłoczy na spawie swastykę i jakąś lipną datę.

– Pan to ma łeb! – pochwalił majster.

– Życie nauczyło...

– Tylko co zrobimy, jak strzeli podczas pracy? – zafrasował się nagle Piotr. – Jak się obrabiany materiał zerwie przy kilkunastu tysiącach obrotów... Ludzie mogą poginąć.

– To wojna o rozwój i uprzemysłowienie kraju. Na wojnie trzeba się liczyć ze stratami w ludziach i sprzęcie! A tak poważnie, nic nie strzeli, bo złapię jeszcze tu i tu śrubami. – Marek wskazał miejsca nowych mocowań. – Mamy coś jeszcze?

– Są luzy w imaku. Szyna boczna strasznie wyrobiona. I futerko w wiertarce, tej dużej, radzieckiej.

– Zobaczymy, co da się zrobić. Najlepiej byłoby dać nowe, a nawet chociaż coś z odzysku... – Propozycja zawisła w powietrzu, jednak z miny brygadzisty wampir wyczytał, że wymiana uszkodzonych detali nie wchodzi w grę.

Rozplanowali pracę, podzielili się zadaniami. Jeden z robotników skoczył do magazynu po surowiec i już mieli brać się do roboty, gdy jak spod ziemi wyrósł goniec z biura.

– Panie Piotrze, proszą pana do kadr.

– No to idę – westchnął poirytowany majster.

Marek został sam. Przez kolejny kwadrans pracował spokojnie i z przyjemnością. Robota była na tyle prosta, żeby nie męczyć, i zarazem na tyle skomplikowana, że się nie nudził. Brygadzista wrócił po dwudziestu minutach z kwaśną miną i naburmuszony.

– Co się stało? – zapytał ślusarz, widząc minę zwierzchnika.

– Też wymyślili, debile kopani. Wycieczkę do lasu i grzybobranie mamy zorganizować dla naszego wydziału! – odburknął majster. – To znaczy ja mam zorganizować, a ty mi pomożesz.

– Przecież mamy styczeń... Aż taki poślizg planu wyszedł? Jak niby mamy zbierać grzyby, kiedy wszędzie leży metr śniegu? – zdumiał się ślusarz.

– W kadrach mówią, że dopiero teraz zjednoczenie przysłało materiały do zorganizowania wycieczki, które mieliśmy dostać w czerwcu. O! – Brygadzista wyjął z siatki atlas grzybów i cztery zakrzywione nożyki.

Ślusarz ujął jeden i bez wysiłku wygiął w palcach klingę.

– O ja pierniczę, ale szajs... – westchnął.

– No faktycznie, gówniane. Ale może wystarczą? Ostatecznie grzyby są miękkie. Choć o tej porze roku to już raczej zamrożone będą... – zadumał się majster. – No i jak niby mamy ich szukać pod śniegiem?

– Ech, wy, miastowi. – Marek pokiwał głową z politowaniem. – W ogóle nie ma szans. Grzyby zbiera się jesienią, a czego się w porę nie zbierze, to robaczki, ślimaki i sarenki zjedzą. Pomijając wszystko inne, nasz zakładowy autokar to kompletny trup. Zakładając, że w ogóle da się odpalić, dotoczyć to on się może co najwyżej do Ząbkowskiej. Do żadnego lasu nie ma szans. – Od naprawy latem dla tego złomu minęły już wieki. Ślusarz zdążył zapomnieć, że autokar w ogóle działał.

– To co robimy? – burknął majster.

– Normalnie chyba... Autobus zakładowy wyjedzie za bramę i stanie gdzieś niedaleko. Paliwo kierowca wymieni w sklepie na piwo. Załoga wypije po dwie butelki, pogra sobie w karcięta, poczyta gazetki. Radia się posłucha... A my spiszemy protokół, że wycieczka się odbyła i zrobiono dystans dwustu osobokilometrów po lasach, przy czym zebrano trzydzieści kilo grzybów jadalnych. Papierek do akt i można o sprawie zapomnieć.

– Dwadzieścia procent tego, co niby zbierzemy, musi trafić do stołówki – mruknął majster. – Takie są wytyczne pionu kulturalno-socjalnego zjednoczenia. Że niby ci, co pojechali, wykazują w ten sposób troskę o tych, którzy zostali.

– Suszone grzyby mają na Różycu, ale po świętach dużo to ich tam nie ma. I pewnie za bajońskie pieniądze... Z młodości pamiętam, że suszone moczyło się w mleku. Wyglądały potem i smakowały prawie jak świeże. Ogarniemy to jakoś, tylko mniej paliwa wymienimy na piwo. Zleje się do kanistra ze trzydzieści litrów, podjadę na bazar i wymienię na suszone borowiki. Kompromis po polsku: wilk będzie głodny i owca rozszarpana.

– No to załatwione. – Piotr z wyraźną ulgą zabrał się do demontażu uszkodzonych detali.

– Obejdę wydział, przygotuję listę chętnych uczestników i zaniosę do zatwierdzenia.


Minęła przerwa obiadowa. Marek i Piotr popracowali może kwadrans. Skończyli naprawę tokarki i właśnie robili próbny rozruch, gdy nieoczekiwanie pojawiła się sekretarka dyrektora.

– Pan dyrektor prosi panów w sprawie wycieczki – zaszczebiotała.

 

– I to pewnie jeszcze pilnie? – westchnął ślusarz, wyłączając zasilanie.

– Oczywiście, że pilnie, przecież to dyrektor. – Uśmiechnęła się.

Otrzepali się z kurzu i opiłków metalu, umyli nawet ręce. Ostatecznie kierownictwo to nie dział kadr. Pomaszerowali jak na ścięcie. Szef fabryki przyjął ich w swoim biurze. Zachęcił, by rozsiedli się w fotelach, polał kubańskiego rumu do rżniętych kryształowych szklaneczek.

– Przekazano panom informacje o planowanej wycieczce – zaczął. – Dowiedziałem się właśnie, że poinformowali panowie wydział, zebrali listę uczestników i tak dalej. Ja się bardzo cieszę z panów zaangażowania w organizację, ale... jest pewien kłopot.

– Nawet dwa. Po pierwsze, autokar to zimny trup, po drugie, pora roku skrajnie nieodpowiednia – westchnął brygadzista. – Ale to nas nie odstrasza. W kadrach powiedziano mi, że to polecenie ze zjednoczenia, a panu bardzo zależy. No to robimy. Mamy już wszystko z grubsza zaplanowane tak, żeby nikt się nie czepił... – Zreferował, co zaplanowali.

Dyrektor słuchał uważnie.

– Panowie, nie będę owijał w bawełnę. Ta sprawa ma drugie dno. Frakcja mojego patrona w zjednoczeniu przemysłowym została rozgromiona w ramach walk koterii i sitw wewnątrzpartyjnych. Teraz zwycięzcy wycinają wszystkich naszych ludzi. Na mnie też widać szukają haka. To pułapka doskonała. Jestem ugotowany. Jeśli wyślę wycieczkę zakładową do lasu, zrobią ze mnie idiotę, który wysyła załogę w styczniu na grzyby. Jeśli wycieczki nie wyślę, oskarżą mnie o łamanie praw pracowniczych i ignorowanie poleceń.

– To za takie duperelki można odwołać dyrektora ze stanowiska?! – wytrzeszczył oczy Piotr.

– Odwołać mnie chcą i tak. Ale żeby to zrobić w białych rękawiczkach, musi być jakaś podkładka. Nawet idiotyczny zarzut, byle oparty na niepodważalnych faktach.

– W czym problem? – nie zrozumiał Marek. – Wystarczy, że znajdziemy te grzyby, choćby tylko na papierze, i wrogowie stracą argument, żeby się pana czepiać.

– Też mi się tak z początku wydawało. Niestety, nie da się na papierze. Zjednoczenie podsyła do nas dwóch inspektorów, którzy mają wziąć udział w wyprawie. Lipny protokół tym razem nie przejdzie. Obawiam się, że jestem udupiony na dobre. Chyba że panowie coś wymyślicie. Ja nie mam pomysłu, jak się z tej kabały wyplątać.

– Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to zagrać tę partyjkę i mimo że grają z nami znaczonymi kartami, wygrać ją w wielkim stylu – mruknął Marek. – Tak, żeby pomysł zimowej wycieczki na grzyby okazał się wcale nie taki głupi.

– Ale to niewykonalne... Nie sfałszujemy sprawozdania, bo nasłani kapusie go nie podpiszą. Może gdyby dało się zdobyć świeże grzyby, wetknie się je w zaspy śniegu... W Australii teraz mają lato chyba... Tylko jak je sprowadzić z tak daleka? – zadumał się brygadzista. – No i pewnie twardą walutą trzeba by zapłacić. Dolarami australijskimi albo czymś podobnym.

– Mam pewien plan... Tylko muszę go do końca wymyślić. – Ślusarz zmarszczył czoło.

– Panowie, po robociarsku i bez owijania w bawełnę – powiedział dyrektor. – Nie wnikam w szczegóły planu, daję panom wolną rękę. Nie uda się, trudno. Ale jeśli uratujecie mi tyłek, umiem się odwdzięczyć. Prosiłbym tylko bez mokrej roboty.

– Się wie, będzie pan zadowolony. – Wampir wstał.

– Gdyby było coś potrzebne... Proszę dysponować zasobami magazynowymi wedle własnego uznania. Spirytusem dezynfekcyjnym też.


Poranek wstał mroźny, na szczęście tego dnia było nie więcej niż minus dwanaście stopni. Robotnicy zebrali się na dziedzińcu. Przytupywali butami Relaks i gumofilcami, dociągali paski płaszczy i kożuchów, wciskali głębiej na uszy czapki uszanki. W dłoniach, chronionych grubymi rękawicami, trzymali wiadra i kosze na grzyby. Igor wyciągnął listę uczestników i sprawdzał obecność. Piotr otworzył wrota garażu i zapuścił silnik. Autokar zakładowy, dzięki wstawieniu pożyczonego akumulatora, udało się jakoś tam na chwilę ożywić. Wprawdzie z obu tylnych kół uchodziło powietrze, ale od przodu prezentował się znośnie. Dyrektor pojawił się na chwilę, obrzucił uczestników wycieczki gospodarskim spojrzeniem. Westchnął ciężko i wzruszył ramionami.

– Niech pan się nie przejmuje – uspokoił go Marek. – Wszystko jest pod kontrolą i zgodnie z planem. Ta wycieczka to pikuś, nie takie rzeczy się w życiu robiło!

– Jak tu się nie martwić? – bąknął szef i zniknął w budynku biura.

Dwaj kontrolerzy ze zjednoczenia wyrośli jak spod ziemi. Mieli przeciętne, szare urzędnicze twarze, na zimową wyprawę do lasu założyli wysokie wojskowe opinacze i watowane narciarskie spodnie. Garnitury ukryli pod jeansowymi kurtkami na sztucznym misiu. Szyje owinęli tureckimi szaliczkami w barwach odblaskowego różu.

– Witajcie, towarzysze, na naszej wycieczce. – Igor pierwszy ruszył ku nieznajomym. – Jak widzę, nie przynieśliście własnych koszyków na grzyby, na szczęście mamy zapas i służymy pomocą.

Obcy skrzywili się jak na komendę, ale zdawkowo uścisnęli wyciągniętą prawicę. Drobne, ptasie dłonie zawodowych gryzipiórków zniknęły w szerokiej jak szufla robociarskiej łapie. Spawacz zauważył, że lewe ręce mieli odrobinę dłuższe, jak to urzędnicy...

– No to w drogę – zakomenderował brygadzista. – Darzbór, jak to mawiają. Jutro na obiad w naszej stołówce zupa grzybowa!

– Ciekawe niby jak? – Wyższy inspektor skrzywił się kpiąco.

– Normalnie, w lesie rosną grzyby, my ich nazbieramy, a dwadzieścia procent, zgodnie z rozdzielnikiem, przekażemy kucharce. – Marek zachował kamienny wyraz twarzy.

Obcy uśmiechnęli się ironicznie, ale nic nie powiedzieli. Wnętrze autokaru przywitało ich iście tropikalną temperaturą. Wszyscy od razu pościągali kurtki, czapki i szaliki. Nasłani kapusie poszli za przykładem robotników. Igor wskazał im najczystsze siedzenie, a sam wraz z przyjacielem zajął miejsce za nimi.

Kierowca udał, że wrzuca bieg. Marek i Igor nachylili się. Dziab, dziab. Kumple z roboty na widok kłów wbitych w szyje inspektorów nieco pozielenieli na twarzach. Co innego pracować z wampirem w jednej fabryce, a co innego zobaczyć takiego „przy obiedzie”. Krew urzędników smakowała myszami, lakiem, konopnym sznurkiem, starym papierem, tuszem do pieczątek i kurzem.

– Paskudztwo, ale mówi się trudno. Normalnie urzędasów omijamy szerokim łukiem. Ale wszystko dla dobra ukochanego zakładu. – Marek puścił nieprzytomnego gogusia i otarł powalane posoką wargi.

– Nie bójcie żaby, wysysanie nie jest dla ciepłych niebezpieczne, ani nawet szczególnie szkodliwe – zwrócił się do przestraszonych kolegów Igor. – Na jakiś czas stracili przytomność. Jak dojdą do siebie, będą mieli niewielkie luki w pamięci i tydzień do dwóch impotencji jako skutek uboczny. I tyle.

Kumple z roboty przybrali miny wskazujące, że przegrzebują pamięć, szukając w niej luk i epizodów nagłej niemocy seksualnej, ale najwyraźniej żaden nic podobnego nie odnotował, bo wszyscy szybko się odprężyli. Brygadzista otworzył drzwi. Gosia wskoczyła do wnętrza. Zdjęła płaszcz. Była w mini, kabaretkach i bluzce z możliwie najgłębszym dekoltem. Uszminkowała się na czerwono, a przy oczach położyła niebieskie cienie. Wyglądała, jakby uciekła prosto spod latarni... Zmieniła botki na szpilki. Wściekła czerwień bucików przyjemnie współgrała z barwą usteczek i dorosłe wampiry naraz pożałowały, że wkręciły w aparat kliszę ORWO, zamiast kupić w Pewexie coś lepszego.

– Dobra, wskakuj na kolana temu wyższemu – zakomenderował Marek. – I zrób minę, jakbyś stawiała niezdecydowany opór. Tak wiesz, niby że zaprosili cię na wycieczkę, a tu nagle wystartowali z łapami.

– Się wie – ucięła.

Nieprzytomny inspektor przelewał się w rękach, ale zdołali tak go upozować, jakby dobierał się do nastolatki. W jedną dłoń wetknęli mu flaszkę opróżnioną do połowy, drugą umieścili na udzie dziewczyny.

– Tak będzie dobrze? – zapytał spawacz, dyskretnie trzymając gogusia z tyłu za ubranie.

– Idealnie. Przesuńcie tylko trochę tę łapę z flaszką, żeby było widać etykietkę. – Marek wyciągnął z torby aparat Zenit. – Uwaga, robię!

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?