Karpie bijemTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Karpie bijem
Karpie bijem
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,83  50,26 
Karpie bijem
Audio
Karpie bijem
Audiobook
Czyta Grzegorz Pawlak
32,90  24,35 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Oblicza Wędrowycza:

Gumofilc

Chatka

Zlecenie

Sztuka kopania

Najcenniejsza ze złotych myśli

Rycerz burej onucy vulgo Leonidas współczesny

Złota kaczka

Polak potrafi

Najlepszy samogon świata

Indiańskie lato

Drzwi

Żona

Kolejka

Bekon z jednorożca

Nadgorliwy

Wujaszek Edward

Wizyta

Karta redakcyjna

Okładka


Oblicza Wędrowycza:

1 Kroniki Jakuba Wędrowycza

2 Czarownik Iwanow

3 Weźmisz czarno kure...

4 Zagadka Kuby Rozpruwacza

5 Wieszać każdy może

6 Homo bimbrownikus

7 Trucizna

8 Konan Destylator

9 Karpie bijem

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Gumofilc

Jakub i Semen leżeli na stropie piwniczki. Majowy wieczór był ciepły, a oni spracowani i zmęczeni z powodów alkoholowych... Wypęd już się skończył, zużyty zacier wylany pod jabłonką nasycał powietrze miłym... no, może nieszczególnie miłym aromatem. Na wieczornym niebie zapalały się pierwsze gwiazdy.

– Mam czasem takie paskudne wrażenie, że tam, z góry, ktoś nas obserwuje – burknął Jakub. – I że nie jest to tym razem Święty Mikołaj.

Jak na zawołanie na lewo od wschodzącego księżyca pojawił się latający talerz. Przeleciał nad Trościanką i skierował się w stronę Wojsławic. Kosmici lecieli powoli, jakby czegoś szukali. Obaj starcy odprowadzili nieziemskie latadło wzrokiem. Semen westchnął ciężko.

– Ja na ten przykład często zastanawiam się, czy naprawdę przylatują do nas takie szare, paskudne karzełki, jak to pokazują na filmach. Bo tak jak spotykałem czasem nieziemców, to jednakowoż przeważnie wyglądali inaczej – ciągnął egzorcysta. – I czy rzeczywiście wtykają ludziom implanty. A jeśli wtykają, to właściwie po co?

Semen odruchowo dotknął ledwie widocznej blizny za uchem.

– Albo na przykład dlaczego implanty wtykają tylko ci z głupimi oczami, a predatory ani alieny tego nie robią.

– Predatorów interesują tylko nasze czaszki, a alienom jesteśmy potrzebni jako inkubatory do wylęgu larw. Słowem, czysty prymitywizm zachowań i zupełnie przypadkowy dobór ofiar. – Kozak wzruszył ramionami. – Szaraki stoją na wyższym stopniu rozwoju. Zaznaczają sobie ludzi, którzy są im do czegoś potrzebni. Żeby ich potem bez trudu znaleźć.

– A to w porządku – uspokoił się Jakub. – Na szczęście my nie jesteśmy im absolutnie do niczego potrzebni.

– Mów za siebie – burknął Semen, z niepokojem obserwując, jak latający talerz zatacza kręgi nad miasteczkiem. – Zejdę do piwnicy, zobaczę, czy palenisko prawidłowo wygaszone – dodał i pospiesznie skrył się w trzewiach planety.


Jakub przez pół godziny obserwował nieziemców, a potem zszedł dotrzymać kumplowi towarzystwa.

– Polecieli? – zapytał z niepokojem kozak.

– Niby tak, ale na wszelki wypadek jeszcze posiedźmy tutaj... Powiedz, po kiego grzyba te kurduple cię szukają?

Semen westchnął.

– Była kiedyś taka sprawa, dawno temu. Będzie ze sto lat... Pochlaliśmy się wtedy we trzech. Ja, Griszka Rasputin i taki jeden Ajzyk. Tak zasadniczo to on stawiał. Taki mały trzydobowy rajd po knajpach, zakończony za miastem na plaży. Było po północy, właśnie trzeźwieliśmy, wdychając morską bryzę, gdy nadlecieli oni. Kosmity...

– I co?

– Sparaliżowali nas błękitnym promieniem, a potem z latadła wysunęła się rurka taka, jak dziewczyny w klubach tańczą. Albo ja wiem, może raczej taka w remizie strażackiej...?

– A ładna była ta nieziemska dziewczyna?

– E, nie, po rurce zjechał raczej jakby facet, i to bynajmniej nie strażak. Zresztą kto ich tam wie, międzygwiezdnych popaprańców. Może i więcej płci mają...

– Wyglądał jak na filmie?

– To zależy na którym. W każdym razie włączył telepatię i zaproponował nam interes. Facet, albo i nie facet, był wynalazcą i wymyślił gumofilce.

– Też nie miał nad czym głowy łamać – roześmiał się Jakub. – Nie musiał przecież wymyślać od zera. Mógł je na Ziemi podgapić i splagiatować.

– Nie mógł, bo na Ziemi one nie były jeszcze wynalezione – wyjaśnił Semen.

– Co ty gadasz!? Czy to znaczy, że...

– Dasz mi dojść do słowa? No więc nieziemiec dał nam trzy pary nowiutkich gumofilców i spisaliśmy cyrograf. Każdy dostał sztabkę złota w zamian za to, że przez sto lat będzie chodził w nich jako tester. A ufok miał po stu latach przylecieć, żeby ocenić zużycie materiału i skutki zdrowotne noszenia takiego obuwia. Dał nam złoto, buty i odleciał w diabły. Nie doceniłem wagi tego wydarzenia – westchnął Semen. – Griszka Rasputin też nie... Swoje gumofilce zostawił pewnego wieczora na stole w restauracji Jar. Zwyczajnie przeszkadzały mu w tańcu. No i ktoś je zaiwanił, pewnie żeby pociąć na relikwie. Ja moje straciłem podczas pierwszej wojny, przeszkadzały mi w biegu, jak wiałem z obozu jenieckiego w Prusach, no to je ciepnąłem w krzaki i uciekałem dalej w oficerkach, co je zabrałem pruskiemu wachmanowi. Szkopowi w każdym razie nie były już potrzebne... Ajzyk był najsprytniejszy, jak to Żyd. Oni po prostu mają łeb do interesów. Uzyskał patent, sprzedał prawa firmie Prowodnik z Rygi. Zarobił straszliwą kasę, wyemigrował do USA i tam zainwestował w sieć hoteli.

– I sądzisz, że wynalazca wrócił sprawdzić, jak te buty teraz wyglądają?

– Jestem pewien. Sto lat mija jakoś na dniach.

– A może pojedziemy tam, gdzie je ciepnąłeś, i przeszukamy krzaki? Nie, cholera, po tylu latach pod gołym niebem to już na pewno sparciały i wyściółka zgniła, a może i krzaków już nie ma – odpowiedział sam sobie Jakub. – No to dupa zbita. Czego żeś wcześniej nie powiedział, że cię ufoki zakolczykowały... to znaczy zaimplantowały?! – zirytował się.

– A co by to zmieniło? Wyciągnięcie tego implantu jest niemożliwe – mruknął Semen. – W mózgu siedzi, i to w takim miejscu, że nie poradzisz. Żaden lekarz tego nie wydłubie. Technologii takich neurochirurgicznych nie mamy.

Wyjrzeli przez właz. Latający talerz odleciał, więc chyłkiem przemknęli do chałupy. Egzorcysta myślał intensywnie, a jego kumpel zabrał się do przygotowania kolacji.

– Oglądałem kiedyś taki film... – zmarszczył czoło Jakub. – Był tam taki grubas z szablą... Zagłoba się nazywał.

– No faktycznie był ktoś taki – przyznał Semen.

– No i on sobie poprawiał intelekt tak, że pił wino, potem olej, i wino, parując w żołądku, przepychało mu ten olej do głowy... A tak się składa, że mamy i samogon, i olej słonecznikowy.

– Ale co to ma do rzeczy? – zdumiał się kozak.

– Ufasz mi?

– Nie.

– Szkoda – westchnął Wędrowycz i znienacka zamalował go tłuczkiem do kartofli w głowę.

Świadomość zgasła.


Kozak obudził się z jękiem. Łeb bolał go straszliwie. W dodatku zamiast na podłodze, ewentualnie w barłogu, nie wiedzieć czemu leżał na stole. W ustach miał bardzo dziwny posmak. Coś jakby chemikalia... Jego kumpel siedział przy piecu i spokojnie żuł kawałek wędzonki.

– Coś ty zrobił? – burknął Semen, mocno zirytowany.

 

– Musiałem dać ci chińską narkozę. Skomplikowane operacje neurologiczne wymagają, żeby pacjent pozostawał w bezruchu.

– Że co?! Jaka operacja?! – Przerażony Semen obmacał głowę, ale poza guzem od tłuczka nie odkrył nic niepokojącego, żadnych dziur ani szwów.

– Po zagłobiańsku. Napoiłem cię samogonem, a potem olejem. – Jakub wskazał blaszany lejek do benzyny leżący na parapecie. – I położyłem ci termofor na brzuchu, żeby szybciej zadziałało. Olej wymieszałem z preparatem do zwalczania gnid i lekiem na pasożyty dla krów. Bo jak wesz przylepia jajko do włosów, to używa takiej wydzieliny, która twardnieje na kamień. A co krowom nie szkodzi, to i dla człowieka powinno być zdrowe.

– Eeee...? A co to ma do rzeczy? – nie zrozumiał kozak.

– Ufoki musieli ci jakoś ten implant wkleić. Pomyślałem tak: napuścimy ci oleju do głowy, a do niego dodamy tego rozpuszczalnika. Jak sobie radzi z gnidami, to i ufocki implant powinien od neuronów odspoić. Środek na pasożyty sprawia natomiast, że krowa wydala glizdy oraz inne takie, to i obce ciało powinien wyrzucić. A że czaszka nie ma dużo otworów, założyłem, że implant wyjdzie nosem albo uchem... No i mamy go! – Jakub triumfalnie pokazał małe elektroniczne paskudztwo, zamknięte w ubrudzonej czymś i poszczerbionej szklanej próbówce.

Semenowi odbiło się, tym razem jakby fryzjerem. Ostatnio miał takie sensacje, kiedy napili się wody brzozowej.

– Jesteś zaiste geniuszem neurochirurgii nieinwazyjnej, ale gryzie mnie pytanie, czy ten środek na wszy aby można stosować doustnie? – zaniepokoił się.

– Hmm... – zadumał się Jakub. – Szczerze powiedziawszy, nie wiem, w opakowaniu była jakaś instrukcja, ale literki małe i tyle ich tam było... Zresztą i tak już za późno. Zadziałało i nie ma się czym stresować.

– Czyli co? – zapytał Semen, oglądając elektroniczną bździnę w próbówce. – Weźmiemy z naszego arsenaliku minę przeciwpiechotną, zakopiemy, położymy implant na wierzch, ufoki namierzają go, lądują i bum...

– Wiesz, czasami kompletnie cię nie rozumiem – burknął Jakub. – Tak na dobrą sprawę, ten nieziemski wynalazca to przecież twój dobroczyńca. Tak za bezdurno buty ci dał i zapłacił grubszą kasiorę za ich przetestowanie, a ty nie dość, że uwaliłeś swoją część umowy, to jeszcze chcesz go wysadzić w powietrze?

– W tym właśnie problem, że zawaliłem swoją część eksperymentu. Jak mnie ufoki znajdą, mogę mieć grubsze nieprzyjemności. Wkurzą się i jeszcze zrobią mi kuku.

– Zaufaj mi!

– Znowu?! – Kozak odruchowo osłonił głowę ręką, ale Jakub tym razem zamiast tłuczka złapał pęczek wytrychów, którymi odpalał traktor sołtysa.


Noce na cmentarzu zawsze są zimne... Na szczęście księżyc przyświecał, nie groziła im dekonspiracja, bo przez większą część pracy nie musieli używać latarek. Obaj starcy zdrowo się namordowali, nim podważyli i za pomocą lewarka odwalili lastrykową płytę. W grobowcu stała tylko jedna trumna.

– Zmarły się nie obrazi? – zaniepokoił się Semen.

– E, nawet jeśli, nie widzę problemu, to tylko Bardak – burknął Jakub, podważając łomem nieco nadpróchniałe wieko. – Poświeć.

Czas zrobił swoje. Na resztkach zetlałej wyściółki leżał szkielet w pozostałościach trumiennego garnituru. Na stopach miał półbuty, niegdyś zapewne eleganckie, po latach w trumnie wyglądały nietęgo.

– Spieszmy się – syknął Jakub, obserwując z niepokojem niebo. – Dawaj czachę!

Ufo znów krążyło nad gminą. Było to bliżej, to dalej, ale wyglądało na to, że nieziemcy chwycili wreszcie konkretny trop.

Semen podał przyjacielowi bardacki czerep. Wędrowycz wrzucił implant przez otwór potyliczny i włożył czaszkę na miejsce. Na nogi nieboszczyka wzuli pospiesznie stare gumofilce, zabrane z szopy egzorcysty. Zatrzasnęli wieko trumny, sapiąc zasunęli płytę. I zapadli w krzakach. Zrobili to w ostatniej chwili.


– Latali, fruwali, aż się zesrali – zanucił egzorcysta, widząc, jak latający talerz opada nad cmentarz.

A potem wolał umilknąć. Ufoki zapaliły mocny reflektor. Na cmentarzu zrobiło się jasno jak w południe. Z latadła wysunęła się stalowa rurka, a po niej zsunęły się dwie pokurczowate postaci. Nie wyglądały na kobiety, tylko jeszcze gorzej. Nieziemcy stali przez chwilę nad grobem, a potem nieporadnie zaczęli piłować płytę laserem.

– Partacze – ocenił egzorcysta. – Ultradźwiękami poszłoby trzy razy szybciej.

– Zorientują się, że to nie te buciory – bąknął kozak.

– Pewnie tak – przyznał jego kumpel. – Ale jeśli mają się kogoś czepiać, to truposzczaka. Nasza chata z kraja...

Nieziemcy tymczasem dobrali się do trumny. I faktycznie chyba się wkurzyli. Najpierw długo trajkotali gniewnie po swojemu, a potem znów po rurce wsiedli do talerza. Po chwili błysnął z niego strumień nieziemskiej energii i z grobu pozostał tylko lej w ziemi. Ufo chwiało się jeszcze moment w powietrzu, jakby w tłumionej złości, a potem pomigało światełkami i odleciało w diabły, a dokładniej rzecz biorąc – w kosmos.

– Dziękuję, chyba znowu uratowałeś mi życie – wzruszył się Semen.

– W polu odpracujesz! Tak czułem, że się nie nabiorą – westchnął Jakub. – No ale żeby na trupie się wyżywać, to nieładnie. Z drugiej strony nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Bardaki przyjdą, zobaczą tę dziurę zamiast grobu dziadka i o nas pomyślą. Będzie powód znów spuścić im wpierdol, i to tym razem bez grzechu, bo w samoobronie.

Chatka

Zaimprowizowane z dwu drągów i koszul nosze ciążyły kamieniem. Na szczęście gęsto sypiący śnieg i zapadający zmierzch pozwoliły zgubić pogoń. Poszczekiwanie niemieckich psów i wrzaski rozochoconych pościgiem esesmanów utonęły w zadymce. Jakub i Semen na wszelki wypadek pokluczyli jeszcze po polach i zagajnikach. Dopiero gdy byli absolutnie pewni, że nikt już nie podąża ich śladem, skręcili w stronę kryjówki. Za pasmem wzgórz wiatr już tak nie dokuczał. Przystanęli, pociągnęli z carskiej manierki po łyku bimberku. Nosze z rannym dowódcą zrobiły się jakby lżejsze. Podjęli marsz. Rakiety śnieżne grzęzły w zaspach, ale bez nich byłoby jeszcze gorzej... Wreszcie odetchnęli z ulgą – byli na skraju zakazanego lasu. Przyszły egzorcysta zrzucił worek z pleców. Kilkoma uderzeniami siekiery, rąbiąc metr nad ziemią, ściął trzy brzózki. Zastrugawszy sterczące pnie, nabił na każdy z nich uciętą głowę konfidenta. Semen stał i obserwował go w milczeniu.

Co komu przyjdzie z tego, że robimy taką wystawę w lesie na wygwizdowie, gdzie i tak nikt nie chodzi? – pomyślał. Gdyby tak zdekapitować ich w dzień targowy, publicznie, na oczach wszystkich... Najlepiej w ogóle na rynku w Wojsławicach... A wystawić te głowy przy wjeździe do miasteczka. Żeby każdy, największy nawet ćwok zobaczył, czym grozi wysługiwanie się okupantowi.

Rozejrzał się wokoło. Przeliczył czaszki i głowy w różnym stopniu rozkładu, zdobiące skraj lasu. Od wybuchu wojny zlikwidowali ponad trzydziestu zdrajców. I co by nie mówić, taktyka opracowana przez Kapitana Wypruwacza była jakoś tam skuteczna. Niemcy mieli coraz większe problemy ze znalezieniem przewodników, tłumaczy, kapusiów... A ci, których zwerbowali wcześniej, jakoś przestali przykładać się do „roboty”.

– Gdzie jesteśmy? – Dowódca najwyraźniej doszedł trochę do siebie i uchylił powieki.

– U was w lesie. Za kwadrans będziemy na kwaterze.

Ranny odetchnął z ulgą i ponownie zapadł w malignę. Obaj przyjaciele zaklęli zgodnie, dźwignęli nosze i ruszyli dalej. Obozowisko oddziału leżało w krótkiej debrze. Sześć półziemianek o sięgających ziemi dachach krytych darnią wystarczyło, by pomieścić barłogi dla partyzantów, kuchnię, kasyno, arsenał, szpitalik i kwaterę dowódcy. Od góry rozłożyste korony drzew osłaniały bazę przed wzrokiem ewentualnych lotników. Na skraju lasu na szczycie niewysokiego urwiska partyzanci zbudowali punkt obserwacyjny. Zdobyli trochę min przeciwpiechotnych, ułożyli je na ścieżkach pod liśćmi. Ponaciągali w krzakach linki od zapalników. Przygotowali zawczasu stanowiska strzeleckie wokół kryjówki. Zaraz za kulminacją pobliskiego wzgórza zaczynały się już pola i bagna otaczające Dębinkę. Było jak się bronić, było w razie czego dokąd uciekać.

Jakub i Semen weszli pomiędzy chaty. Zaraz z drzew zeskoczyło czterech członków oddziału, przejęli nosze. Obaj kumple odetchnęli i z ulgą rozprostowali obolałe plecy. Roztarli zgrabiałe palce. Mogli wreszcie odpiąć rakiety śnieżne, strzepać biały pył z ramion i czapek.

– Haw? – zagadnął najwyższy leśny, małpowaty, z polskimi pagonami kaprala krzywo przyszytymi do zszarganego pruskiego munduru.

– Kapitan jest ranny w nogę, dostał postrzał, dawajcie go do lekarza – polecił Jakub. – Włochacz, do budy! – Tupnięciem walonka odgonił mamuta, który podlazł i zaciekawiony macał po noszach trąbą.

Pitekantropy odburknęły coś po swojemu i przyspieszyły kroku. Ktoś pobiegł przodem, uprzedzić felczera. Egzorcysta odruchowo zasalutował, mijając totem wystawiony pośrodku obozowiska. Na szczycie pala zatknięto pomalowaną we wzory rogatą czaszkę – symbol Matki Krowy. Poniżej skrzyżowane niedźwiedzie łapy – na cześć Wielkiego Mywu. Niestarannie wyrzeźbiony orzeł i dziwaczna morda mająca wyobrażać Piłsudskiego dopełniały dzieła. Wokół totemu był niewielki klomb obramowany urżniętymi maczetą niemieckimi głowami.

– Wiosną trzeba pomalować, bo już te hełmy zaczynają rdzewieć – zauważył Jakub pogodnie. – W ogóle to ładnie wygląda. I patriotycznie, i zgodnie z ich jaskiniowymi tradycjami... Może stopniowo wyjdą wreszcie na ludzi?

– Konwergencja kultur – mruknął Semen pod nosem. – Zawracanie dupy, nic z tego nie będzie. Nie nauczysz małpy czytać i pisać, a nawet jak na chwilę lizną cywilizacji, to dzika natura i tak szybko wylezie na wierzch. Popatrz na Kapitana, jak z niego wybija krew przodków. Malowniczo, rzekłbym.

Chyba wiedział, co mówi. Wszyscy w okolicy znali tę historię. Zaraz po odzyskaniu niepodległości do Dębinki przysłano z powiatu nauczycielkę, by spróbowała nauczyć małpowatych czytać i pisać. Nie bardzo jej się to udało, za to sołtys wpadł jej w oko. Była starą panną, miała już dwadzieścia cztery lata, więc desperacko chciała wyjść za mąż. Nic więc dziwnego, że nie przeszkadzała jej nieco małpia uroda wybranka. Ich syn był pierwszym mieszkańcem Dębinki, który wywędrowawszy z rodzinnej wiochy, zdołał jakoś zaaklimatyzować się w cywilizowanym świecie. Skończył szkołę wojskową, zdał maturę, odbył kurs oficerski... Dalszy rozwój kariery przerwała przegrana wojna obronna w 1939 roku. Gdy jego oddział rozbito, uniknął dostania się do niewoli. Wrócił do Wojsławic na początku listopada.

Początkowo starał się żyć jak inni i spokojnie klepać biedę pod niemieckim jarzmem, jednak gdy wzmógł się ucisk ze strony okupanta, a w okolicy zawiązano pierwsze organizacje konspiracyjne, zapragnął znów chwycić za karabin. Niestety, Semen miał rację – pochodzenie i wpływ nauk domu rodzinnego szybko dały o sobie znać, a wojna i okupacja błyskawicznie zdarły z młodego oficera cywilizacyjne naleciałości. Za skalpowanie jeńców wyrzucono go z AK, za kastrowanie niemieckich urzędników przegoniono z BCh, za składanie Niemców w ofierze dawnym bóstwom wylano z hukiem z GL. Powędrował dalej na wschód, ale sowieccy partyzanci ani upowcy też go nie chcieli. Wrócił zatem w rodzinne strony. Wizją wspaniałych łupów zaagitował grupkę mieszkańców rodzinnej wiochy i przybrawszy pseudonim „Kapitan Wypruwacz”, stworzył własny oddział.

Jakuba i Semena też nikt nie chciał jako partyzantów, a ponieważ bardzo pragnęli lać Niemców, spiknęli się z nim. Ale nawet oni z czasem doszli do wniosku, że Kapitan trochę przesadza. Wbijanie wrogów na pal jeszcze byli w stanie zaakceptować, ale inne wyrafinowane tortury budziły w nich skrajny niesmak.

Jedna z ziemianek została zaadaptowana na punkt opatrunkowy. W Dębince i okolicach po śmierci starego szamana trudno było o opiekę medyczną z prawdziwego zdarzenia, ale Kapitan Wypruwacz i na to znalazł sposób. Przy okazji rozbijania posterunku Gestapo w Krasnymstawie uwolnił odpowiedniego człowieka... Xawery Bardak przed wojną przeszedł wojskowe szkolenie felczerskie. Ponieważ Niemcy go szukali i chwilowo wolał nie pokazywać się w domu, został w oddziale jako lekarz.

 

Gdy Jakub z Semenem zajrzeli do środka, operacja już trwała. Rannemu dla znieczulenia starą carską metodą nalano szklankę wódki i wetknięto w zadek solidną szczyptę najmocniejszej machorki. Bardak zapalił sobie cztery lampy naftowe, dwaj najbystrzejsi małpowaci asystowali przy operacji i podawali narzędzia.

– No i jak tam? – zagadnął kozak. – Będzie żył?

– Kule karabinowe przeszły czysto na wylot. Kula pistoletowa utknęła w mięśniu – zreferował łapiduch. – Powiedziałbym, że to banalne, ale stracił sporo krwi.

– Małpolud z Dębinki umiera albo od razu, albo wcale – wzruszył ramionami Wędrowycz.

Asystenci „chirurga” obrażeni wyszczerzyli zęby.

– Krwi tych pierwobylców to on ma zaledwie jedną czwartą – burknął Bardak. – Dobra, wyrywam, potem się zobaczy.

Pocisk brzęknął w miednicy. Xawery z widoczną wprawą nawlókł dratwę na igłę i zaczął szyć ranę.

Dziadek kazał Bardaków likwidować, a słowa przodka rzecz święta, pomyślał leniwie Jakub, patrząc na plecy felczera, opięte starym, spranym kitlem. Tylko kłopot, że towarzysza z oddziału po prostu nie wypada. No i czas nieodpowiedni. W wojnę Polak Polaka bez powodu nie powinien zarzynać. Co gorsza, trzeba się zjednoczyć przeciw wspólnemu wrogowi. Gdy już padło hasło „wszyscy zdolni do noszenia broni”, nie ma co wybrzydzać. Każdy, kto chce lać szwaba, może się przydać. Byle miał dwie ręce, albo i łapy, umiał strzelać i dźgać nożem. Nieważne, czy pitekantrop z Dębinki, czy nawet Bardak... Ale wojna kiedyś się skończy. Jeszcze mi zatańcują.

Nie mieli tu nic do roboty, poszli więc do jednej z chat, żeby choć chwilę wypocząć i zagrzać ręce przy ogniu. Nad drzwiami wymalowano krzywo napis „Kasyno”. Ostukali buciory ze śniegu i wtarabanili się do środka. Odstawili pepesze w kąt. Przy stole pod oknem czterech pitekantropów grało w karcięta. Piąty polerował krawędzie przepiłowanego ludzkiego czerepu – chyba chciał zrobić z niego miskę. Na widok gości przerwali partyjkę. Jeden zaraz podał przybyszom dwie miski z kaszą, drugi nalał do kubków gorzkiego ziołowego naparu o recepturze sięgającej paleolitu. Obaj kumple z wdzięcznością przyjęli poczęstunek i napitek. Kasza rozgrzała żołądki, a ziółka sprawiły, że po ciele rozlało się przyjemne odprężenie.

Minęła może godzina, gdy w drzwiach stanął Bardak.

– Dowódca odzyskał przytomność, prosi do siebie – zameldował.

Jakub i Semen dźwignęli się ciężko z ławy i poszli do „sztabu”. Kapitan Wypruwacz najwyraźniej czuł się już o niebo lepiej. Siedział za stołem na swoim ulubionym krześle, oprawionym w ludzką skórę. Ranną nogę, owiniętą w bandaże, położył na stołeczku. Przyjaciele zameldowali się regulaminowo.

Kwatera Kapitana urządzona była skromnie, ale ze smakiem. Na ścianie wisiały trzy portrety: Czyngis-chana, Vlada Palownika i barona Ungerna – to z ich biografii dowódca czerpał natchnienie niezbędne do walki w okupantem. Poniżej na półeczce prezentowały się obdarte grzbiety: sczytane do cna dzieła markiza de Sade, dzieje Gilles’a de Rais i akta procesu templariuszy. Dzieł poświęconych inkwizycji hiszpańskiej Kapitan nie gromadził, uważał bowiem inkwizytorów za leni, frajerów i przesyconych duchem humanizmu nieudaczników. Na przeciwległej ścianie zawisła mapa okolicy, upstrzona chorągiewkami opatrzonymi symbolem trupiej czaszki, a obok gablota pełna niemieckich orderów i innych odznaczeń – Kapitan był zapalonym kolekcjonerem. A może chciał mieć coś na pamiątkę historycznych wydarzeń?

– Panowie, dziękuję za uratowanie mi życia. – Uśmiechnął się. – Wasza ofiarność nie pójdzie w zapomnienie. Gdy tylko wojna się skończy, wystąpię o nadanie wam stosownych odznaczeń państwowych. Zważywszy, że stoczyliśmy potyczkę ze znacznie liczniejszym i dobrze uzbrojonym przeciwnikiem...

– Dziękujemy, ale to drobiazg – machnął ręką Jakub.

– Towarzysza walki nie porzuca się na pastwę wrogów – dodał Semen.

– Podsumujmy akcję. Atak na mleczarnię przeprowadziliśmy wzorowo. Spalenie całej dokumentacji poważnie utrudni Niemcom ściąganie kontyngentu... Można zatem powiedzieć, że odnieśliśmy kolejne małe zwycięstwo, i to bez strat własnych.

– Trudno, żeby były jakieś straty własne, skoro nikogo nie zastaliśmy w środku – uśmiechnął się Wędrowycz.

– Druga część misji, czyli likwidacja trzech zidentyfikowanych konfidentów okupanta, też przeprowadzona została wzorowo. Sukces nas cieszy, musimy jednak zintensyfikować działania – powiedział twardo dowódca. – Szwaby powinny bać się każdego krzaka, każdej miedzy, każdej szopy. Niech srają pod siebie na samą myśl o okolicznych lasach. Za każdego aresztowanego Polaka musi ginąć w męczarniach dziesięciu Niemców.

– Wszystko to bardzo słuszne postulaty i zasadniczo podoba mi się ta idea. – Jakub pokiwał głową. – Jest tylko jeden tyciuchny problem. Jak zarzynamy konfidentów, a nawet folksdojczów, to im specjalnie nie żal. Ale za kilku zabitych żołnierzy, nie mówiąc już o esesmanach, gotowi spacyfikować całą wieś. I co wtedy?

– Wsie obronimy!

– No niby dobry pomysł, ale jak to zrobić w jedenastu chłopa? AK pewnie nam pomoże, jak przyjdzie co do czego, ale proszę nie zapominać, że najchętniej by nas stąd przegnali. Tak czy inaczej, mamy zbyt mało sił!

– Każdy partyzant pochodzący z Dębinki wart jest dwóch partyzantów normalnych. A jeśli chodzi o walkę wręcz, to nawet pięciu! Bez obrazy, panowie, bo wy jesteście jeszcze lepsi!

– Szwabów jest za dużo. Wszystkich nie zabijemy – mruknął Semen. – Ja ze swojej strony oczywiście gotów jestem położyć trupem, ilu tylko się da, ale mój przyjaciel trafnie rozumuje. Pozabijać to żaden problem. Musimy jednak pamiętać, że rachunek, jaki okupanci nam za to wystawią, będzie trudny do udźwignięcia.

– Co wiecie o tych, którzy próbowali nas dopaść? – Kapitan klepnął się po rannej nodze i syknął z bólu.

– Zwykły patrol. – Jakub machnął ręką. – W Wojsławicach od tygodnia siedzi oddział SS. Zakwaterowali na zimę, chyba odpoczywają po trudach frontu wschodniego. Osiemdziesięciu chłopa. Wygonili ludzi z chałup przy Chełmskiej, otoczyli sobie teren wysokim płotem, zbudowali bramę i wystawili wartowników. I tak siedzą. A żeby im się nie nudziło, dowódca wysyła ich co jakiś czas na patrol. Mieliśmy pecha i na nich wpadliśmy. Pecha, rzekłbym, podwójnego, bo aż tak daleko raczej się nie zapuszczają.

– Osiemdziesięciu esesmanów? – W oczach Kapitana zabłysły ogniki. – I dopiero teraz mówicie o tak ciekawej zwierzynie? Muszą umrzeć. Najlepiej na palach! – Spojrzał na galerię portretów i uśmiechnął się do swoich wizji.

– To piękny pomysł, ale obawiam się, że niewykonalny – westchnął Jakub.

– Sprzeciwiacie mi się?!

W słabym świetle świeczki trudno było ocenić, czy dowódca gniewa się na nich, czy tylko smuci.

– Kapitanie Wypruwacz – Semen stanął trochę bardziej na baczność i niedbale zasalutował – co przysięgliśmy, wstępując do partyzantki, tego dotrzymamy. Problem tylko, że trzeba rzecz tak przeprowadzić, aby podejrzenie nie padło na miejscowych. Bo faktycznie może być z tego pacyfikacja... A tego byśmy chyba nie chcieli?

Dowódca zabębnił palcami po biurku.

– A może upozorujemy atak sowieckich partyzantów, albo lepiej wypadek losowy? – zadumał się Jakub. – Tylko jak niby wypadek, w którym ginie osiemdziesięciu hitlerowców? No, ewentualnie gdyby na ich obozowisko spadła bomba lotnicza. Wiem, gdzie w lesie jedna leży, zgubiona jeszcze we wrześniu trzydziestego dziewiątego. Fajna taka, duża, z półtora metra długa i gruba, że objąć ciężko. Taka to może pizgnąć jak trzeba. Gdyby tak zapakować na furmankę, przemycić w pobliże ich kwater... – zaczął knuć niecny plan.

– To bardzo dobry pomysł. Tylko jest kilka problemów. Po pierwsze, ta bomba waży minimum pół tony – burknął Semen. – Trzech, czterech silnych chłopa trzeba, żeby ją podnieść. No to raczej trudno ją będzie dyskretnie podrzucić! Po drugie, spadła i nie wybuchła. A jeśli rąbnie przy próbie poruszenia? Albo co gorsza, podrzucona do obozowiska wroga wcale nie wybuchnie? Znajdą i będzie chryja! Do tego trzeba fachowca!

Zapadło milczenie.

– A może nasz problem rozwiązałby prawdziwy nalot? – zadumał się Jakub. – Tylko jak by go sprowokować? A gdyby tak dać znać Sowietom, że kwateruje tu jakiś szalenie ważny szwabski generał? Taki wiecie, po byku, co to im zdrowo nabruździł i którego bardzo chcą dopaść.

– Nie jest to głupi pomysł, ale oni wyślą z dziesięć bombowców i zrównają z ziemią całe Wojsławice – pokręcił głową kozak. – Co nam z tego, że nam skasują, jak nie przeżyje nikt z naszych, żeby się tym cieszyć? Coś innego musimy wymyślić.

– Jak ja was lubię, panowie – uśmiechnął się Kapitan i przestał bębnić palcami. – Jesteście wzorem dla innych partyzantów. Nie ma zadania, którego byście się nie podjęli. Nie ma problemu, którego nie umielibyście rozwiązać...

– Ale my tylko tak czysto teoretycznie rozważamy – bąknął Jakub.

– Wierzę w was! Przyjmijmy, że tych osiemdziesiąt trupów to będzie mój prezent urodzinowy. Zgoda? I tym razem darujmy sobie to nabijanie na pale. Widzę, że się dogadaliśmy. To ja wracam do zdrowia i czekam na wieści. Znaczy na dobre wieści.

Obaj kumple odmeldowali się i wyszli.

– Panie doktorze, jakie rokowania? – zagadnął kozak felczera, stojącego na ganku. – Przeżyje?

– Musi minimum przez tydzień poleżeć – wyjaśnił Bardak. – Wyliże się pewnie, jak zwykle. Ale na razie kazałem mu siedzieć na dupie w obozowisku, pić hematogen i wypoczywać.

– I nie ma żadnych szans, żeby mu się miało nagle pogorszyć czy coś? Tak, żeby trzeba go było dobić i zakopać... albo wysłać samolotem na leczenie do Anglii?

– Ma żelazne zdrowie. – Spojrzenie Bardaka stwardniało. – A rokowania są dobre. Co, dowalił wam jakieś niewykonalne zadanie? – Uśmiechnął się krzywo.

Domyślna bestia. Dziadek miał rację, żeby ich w porę likwidować, westchnął w duchu Wędrowycz.

– Człowieku, co ty gadasz? – obraził się Semen. – Byłem kozackim oficerem w legendarnym Korpusie Kurierów, podległym samemu carowi. Naszą dewizą były słowa „każdy rozkaz”. Dla nas nie było zadań niewykonalnych.

– To my chyba wrócimy na razie do siebie poudawać spokojnych chłopów – powiedział Jakub. – Jakbyśmy byli potrzebni, dajcie znać. Co do zadania, które nam zlecił, sprawę trzeba przemyśleć i coś zadecydować. Też wymyślił! Tylu Niemców natłuc to jeszcze jak cię mogę, ale jak niby zatrzeć ślady? – wróciła uparta myśl.