Homo bimbrownikusTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Homo bimbrownikus
Homo bimbrownikus
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,83  47,86 
Homo bimbrownikus
Homo bimbrownikus
Audiobook
Czyta Grzegorz Pawlak
29,90  22,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Okładka

Skrzydełko

Karta tytułowa

Spis serii

Ostatnia misja Jakuba

Cyrograf

Ochwat

Homo bimbrownikus

Protokół zatrzymania

Karta redakcyjna

Skrzydełko

Okładka


Andrzej Pilipiuk
Homo bimbrownikus
Ilustracje
Andrzej Łaski


Lublin 2011

Oblicza Wędrowycza:

1. Kroniki Jakuba Wędrowycza

2. Czarownik Iwanow

3. Weźmisz czarno kure...

4. Zagadka Kuby Rozpruwacza

5. Wieszać każdy może

6. Homo bimbrownikus

* Dobić dziada - Komiks

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Ostatnia misja Jakuba


Ten dzień był jakiś dziwny. Jakub obudził się jak zwykle na kacu. Wstał, a następnie wylazł przed chałupę. Stanął, ziewnął, poskrobał się w głowę. Teraz dopiero przypomniał sobie, że przecież nie otworzył drzwi. Namacał w kieszeni klucz i obejrzał się.

– A, pies z tym tańcował – burknął. – Przecież i tak jestem na zewnątrz.

Wyprowadził z obory konia, wskoczył na siodło i pogalopował do gospody. „Zaparkował” przed wejściem, zeskoczył na ziemię. Wszedł do knajpy, przyoblekłszy twarz w swój najpiękniejszy uśmiech. Kilku miejscowych na jego widok szybko czmychnęło.

– Hy – burknął pod nosem egzorcysta.

Miło było się dowiedzieć, że budzi taki szacunek. Zaraz jednak się zachmurzył. Czemu uciekli? Czyżby mieli coś na sumieniu?

Zasiadł przy ulubionym stoliku. Kumpli jeszcze nie ma, ale pewnie zaraz się pojawią...

– Barman, dwa duże! – zadysponował.

Odpowiedziała mu głucha cisza. Za kontuarem nie było widać ajenta. Jakub wzruszył ramionami. Widać na zaplecze poszedł... Po kwadransie rozeźlony egzorcysta wstał od stolika. Podszedł do lady, sięgnął po kufel, obsłużył się sam. Nawet położył należność na spodek. Spojrzał na stosik monet.

– O nie, porządek musi być! – mruknął, odliczając miedziaki, które potrącił sobie jako napiwek.

Następnie usiadł na miejsce i pociągnął kilka łyków. Skrzywił się. Piwo było prawie bez smaku.

– Kranówą rozcieńczył czy co? – burknął.

Wrócił do lady i potrącił sobie jeszcze karę za jakość trunku. W knajpie nadal nikogo nie było. Gdy wysączył już połowę złocistego napoju, spojrzał w okno. Semen Korczaszko i posterunkowy Birski, widząc, że na nich patrzy, pospiesznie schowali się za framugą.

– Z kumplem się nie napiją? – rozżalił się Wędrowycz. – Nie, to niemożliwe.

A może... No jasne! Pojutrze są jego szóste imieninki w tym roku. Na pewno szykują jakąś niespodziankę! Zaraz wmaszerują do środka całą bandą, z tortem i flaszkami... Ale to „zaraz” jakoś dziwnie nie nadchodziło. Jakub skończył kufel i nalał sobie następny. Tym razem na krechę.

– Konikowi trza by dać... – mruknął pod nosem i zamarł. – Jak to konikowi? – szepnął. – Przecież moja kobyłka zdechła pół roku temu?

Wyjrzał przez okno. Kilku miejscowych rozbiegło się jakby w popłochu. Przed knajpą nie było oczywiście żadnego zwierzęcia.

– U, niedobrze – zafrasował się Wędrowycz.

Przypomniała mu się rozmowa z lekarzem. Doktor ostrzegał go, że za dużo chla i że pod wpływem alkoholu mogą pojawić się urojenia. Wprawdzie Jakub sądził, że po pijaku widzi się myszki, krasnoludki, a co najwyżej białe pieski i ufoludki, ale widać solidna delirka nawet konia może wyczarować.

– Od dziś nie więcej niż sześć piw dziennie! – obiecał sobie solennie. – Z drugiej strony, żeby nie to delirium, tobym musiał osiem kilometrów na piechotę zasuwać – zadumał się.

Drzwi wejściowe trzasnęły pod czyimś butem. Jakub rozeźlił się. Kto śmiał wchodzić do jego knajpy z kopa!? Uniósł głowę i ze zdziwienia aż pociągnął haust piwa.

Do lokalu wkroczył ksiądz proboszcz. Duchowny wystrojony był w najlepsze szaty liturgiczne, w jednej dłoni trzymał kadzielnicę, w drugiej otwarty brewiarz. Kropidło wsunął za wojskowy pas spinający sutannę. Stanął naprzeciw Jakuba i grzmiącym głosem zaczął odczytywać łacińskie formułki egzorcyzmu.

– No i wszystko jasne – uśmiechnął się Jakub. – To tylko durny sen.

– Nie powiedziałbym – rozległo się z boku.

Egzorcysta znał skądś ten głos.

– Tatko!? – Wytrzeszczył oczy. – Skąd żeś się tu wziął? Przecież ty nie żyjesz... No, będzie z osiemdziesiąt lat!

– No i co z tego wynika? – Duch ojca spojrzał surowo i pociągnął piwa z własnego kufla.

– Że tu w knajpie zacząłeś straszyć i stąd nasz duszpasterz musi cię wyegzorcyzmować? – Jakub poskrobał się po łbie. – No to chyba słusznie. Z drugiej strony patrząc, syn ojca powinien przed przykrościami obronić... Poza tym czemu tu? Tę knajpę zbudowali już po tym, jak się przekręciłeś. To chyba niezgodne z przepisami. O ile są jakieś, co to regulują.

– Bałwan – podsumował Pawło, ale bez szczególnej złości.

Ksiądz niezrażony dalej robił swoje. Tylko grube krople potu na czole świadczyły o tym, z jakim trudem powstrzymuje się od ucieczki z placu metafizycznego boju.

– Egzorcyzm działa, blady się robisz. – Jakub uśmiechnął się do ojca i popił piwa.

– Na siebie lepiej popatrz, głupku.

Jakub spojrzał na swoją dłoń. Była brudna jak zwykle, ale czegoś podejrzanie przejrzysta.

– In nomine... – ksiądz najwyraźniej zaczął od nowa.

– Proszę chwilę zaczekać. – Pawło Wędrowycz powstrzymał go gestem. – Po co tak nerwowo, szkoda wody święconej i kadzidła, zaraz sami sobie pójdziemy.

– Chcesz powiedzieć, że ja też nie żyję?! – ryknął Jakub, waląc pięścią w stół. – To bzdura!

– A co tu gadać, chyba sam widzisz?

Młodszy Wędrowycz popatrzył, jak jego ręka swobodnie przenika blat, i poważnie się zacukał. Z tak niepodważalnymi faktami trudno polemizować.

– Kuźwa! To Bardaki!!! – ryknął. – Dopadli mnie widocznie, jak spałem, ale ja ich zaraz... – Zaczął odplątywać łańcuch, którym był przepasany.

– Nie Bardaki, tylko przekręciłeś się od przedawkowania alkoholu – osadził go ojciec. – Sam żeś się załatwił.

– Ale Bardaków i tak postraszę! – wściekł się Jakub.

– Nie pogarszaj swojej sytuacji.

– A tak tyci, tyci? Tak po przyjacielsku, nie żeby zdechli ze strachu, tylko coby posiwieli?

– Dopij piwo i idziemy.

– Znaczy pomożesz mi?

– Na tamtą stronę idziemy, huncwocie! Nikogo nie będziesz straszył. Zresztą duchy powinny się pojawiać nocą, nawet tego nie wiesz?

– O nie! Zresztą sam mnie uczyłeś, że z Bardakami porachunki wyrównać trzeba!

– Zrobiłem, co się dało – ojciec zwrócił się do księdza proboszcza. – Sam widzisz, co to za element. Za mało go widać prałem. Proszę kontynuować.

I znikł. Jakub zmierzył duchownego ponurym spojrzeniem.

– Posiadam pewien wrodzony szacunek do przedstawicieli kościoła – warknął. – Więc może starczy? Wyrównam tylko moje rachunki z tymi bydlakami i...

Proboszcz tytanicznym wysiłkiem woli powstrzymał się przed ucieczką. Zamachał mocniej kadzielnicą, a potem odstawił ją na bar i sięgnął po kropidło.

– Nawet nie próbuj – ostrzegł go Jakub. – Bo będzie naprawdę źle.

W sekundę później uderzyła go chmura kropelek. Egzorcysta wybełkotał ostatnią pogróżkę i rozwiał się jak mgła. Proboszcz otarł pot z czoła.

– Udało się? – Sam nie mógł w to uwierzyć.

Zebrany przed lokalem tłum zaklaskał nieśmiało.


Spotkali się na skraju czyśćca. Pod rachityczną jabłonką ktoś ustawił dwa składane krzesła. Lucyfer założył swój najlepszy garnitur, święty Piotr przyszedł ubrany w tradycyjną togę. Tuż za nim kroczył jego ochroniarz. Diabeł obrzucił płowowłosego olbrzyma niechętnym spojrzeniem. Co nieco słyszał o tym wykidajle...

 

Dłuższą chwilę obaj Przedstawiciele mierzyli się niechętnym spojrzeniem. Wreszcie usiedli na krzesłach. Ochroniarz Klucznika oparł się o drzewko i przymknął oczy. Wyglądał, jakby spał, nawet wykałaczka w jego ustach zamarła w bezruchu. Święty Piotr nerwowo splatał i rozplatał palce.


– Napijesz się? – Diabeł wyciągnął z teczki butelkę mołdawskiego „koniaku”.

– Problem faktycznie mamy taki, że bez poł litra nie razbieriosz, ale na służbie... – westchnął święty.

– No tak. – Przedstawiciel Dołu odstawił flaszkę. – W zasadzie ja też... To zresztą tylko podróba na bejcy. Sam rozumiesz, trzeba dawać przykład młodym, więc nawet w barku wszystkie alkohole muszę mieć złe...

– Prosiłeś o spotkanie. – Strażnik Bramy odważnie spojrzał rozmówcy w czarne ślepia.

– Mamy problem z tym cholernym Wędrowyczem – westchnął ciężko diabeł.

– Ja tu nie widzę żadnego problemu. Zabieraj go sobie do piekła i po kłopocie. To znaczy dla nas po kłopocie. – Święty Piotr uśmiechnął się z pozoru kpiąco, ale obaj wiedzieli, że tylko nadrabia miną.

– Piekło to ośrodek karno-resocjalizacyjny – Lucyfer przyjął oficjalny ton. – Trzy do pięciu procent grzeszników odsyłamy wam do czyśćca. Obecność Wędrowycza zakłóci pracę wychowawczą i wymusi...

– Mów po ludzku, że musielibyście oddelegować z tuzin diabłów, by go pilnować.

– Tuzin to za mało – odburknął. – Tak czy inaczej, aby wypełniać nasze ustawowe zadania, potrzebujemy świętego... Tfu! Co ja gadam! Potrzebujmy spokoju – wybrnął. – A nie, jak ostatnim razem, wybuchów, demolki, pościgów, buntów...

– Na górę go nie zabierzemy – zastrzegł Klucznik. – Brak mu kwalifikacji moralnych. Do czyśćca też się nie nadaje. A może go przekwalifikujecie na diabła?

– Za miękki. Powypuszczałby grzeszników z kotłów.

Zapadła krępująca cisza.

– I dlatego chciałbym zaproponować specjalny wariant resocjalizacyjny – powiedział wreszcie Lucyfer. – Zgłosiłbym to osobiście, ale boję się, że nie przejdzie. Dlatego potrzebuję twojej pomocy. Gdybyś mi wystawił zaświadczenie, że Jakub nie rokuje...

– A co konkretnie proponujesz? Zmumifikować i egipskim bogom go podrzucimy? Albo może obrzezać i w żydowski szeol, otchłań zmarłych?

– Taaa... I ile tam wysiedzi? – warknął diabeł. – Poza tym tam się błąkają dusze żydów. Podrzucenie im takiego towarzysza to czysty antysemityzm!

Święty Piotr zaczerwienił się lekko.

– Zatem została...

– Reinkarnacja – powiedział twardo władca piekieł.

– Protestuję! – Po lewej zmaterializował się fotel.

Obaj rozmówcy przez dłuższą chwilę przyglądali się dziwnemu osobnikowi.

– Co to za jeden? – Lucyfer wytrzeszczył oczy.

– Śiwa, Kryszna czy Brahma może. – Święty Piotr wzruszył ramionami. – Loki, ten pan wychodzi.

Olbrzym otworzył oczy i wypluł wykałaczkę.

– Idziemy. – Wziął hindusa pod ramię i znikli.

– O czym my to... – Klucznik wrócił do tematu. – A, tak. Reinkarnacja resocjalizacyjna Wędrowycza.

– Myślę, że siedemdziesiąt, osiemdziesiąt lat spędzone jako członek powszechnie szanowanej i bogobojnej rodziny Bardaków... – zasugerował diabeł.

– No, nie wiem. – Święty wyciągnął z powietrza akta Jakuba i przekartkował. – Moim zdaniem, nie będzie żadnej poprawy. Indie też chyba odpadają. Trzeba go raczej trwale odizolować od alkoholu.

– To może zróbmy tak...

Epilog

Kalifat Eurabii, A.D. 2137

Szejk Muhammed zahamował grawitolot, aż lessowy pył uniósł się w niebo. Wyskoczył z maszyny na spaloną słońcem ziemię Pustyni Lubelskiej. Jego pierworodny syn siedział w cieniu rzucanym przez ścianę jakiejś chrześcijańskiej jeszcze budowli. Obok niego przykucnął nieprawdopodobnie stary tubylec w karakułowej papasze. Między nimi na niewielkim ognisku grzała się prosta aparatura bimbrownicza.

– Jakob! – ryknął szejk. – Co ty tu wyrabiasz?

– Koran mówi, że alkohol to szatan – wybełkotał Jakob. – A ja z moim nowym przyjacielem Semenem opracowaliśmy właśnie unikalny sposób, by go osobiście całkowicie unicestwić...

Mijaj, bracie, Wojsławice

bo tam siedzą Wędrowycze.

Ród to dziki i ponury

Szlachtę obłupią ze skóry...

(Pieśń lubelskich opojów, datowana na wiek XVII)

Cyrograf


Nad Starym Majdanem zapadał ciepły letni zmierzch. W powietrzu unosiła się cudowna woń rozgrzanego zacieru i płonących pod kotłem sosnowych polan.

– Wiesz, tak czasem myślę... – Semen nalał sobie trochę samogonu – że chciałbym cofnąć się w czasie, tak ze dwieście lat. Albo i dalej nawet. Przeszłość może być bardzo ciekawa.

Jakub Wędrowycz oderwał wzrok od chłodnicy i automatycznym ruchem wymienił pełną szklankę na pustą, nie tracąc przy tym ani kropli bimbru.

– Byłem tam kiedyś, nie podobało mi się – mruknął. – Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Zresztą czego szukać w tamtych epokach? Chyba tylko guza. Toż tam cywilizacja stoi na bardzo niskim poziomie.

– Ale ciekawie by było spotkać swoich przodków, na przykład żyjących czterysta lat temu...

– E tam. – Egzorcysta machnął ręką, a następnie dorzucił drewek do paleniska. – Z pewnością byli tacy sami jak my, banda degeneratów, warchołów i moczymordów. A i bimber robili identyczny.

– Skąd wiesz?

– Przecież to nasza rodzinna receptura. – Wzruszył ramionami i kopnął czubkiem buta beczkę z zacierem. – No to pewnie oni wymyślili. A może i potem technologia ulepszana była, więc tym bardziej nie ma po co...

– Coś z racji w tym jest... Ale czterysta lat temu na pewno nie było takiego bimbru jak ten.

– A to czemu?

– Toż kartofli jeszcze nie było w Polsce.

– A, co prawda, to prawda. Ale pszenica rosła. I owoce też. Wiesz, Semen, ja tam średniowiecza ciekaw nie jestem. Nudne czasy. Żyli sobie, na krucjaty z rycerzami chodzili, i pod Grunwald, obdzierać krzyżackie trupy z płaszczy i sakiewek. Niech im ziemia lekką będzie. A jak będą mieli do mnie jakiś interes, to się sami zgłoszą.

Kozak w zadumie polał sobie jeszcze.

– A i potem nie lepiej bywało – ciągnął Jakub. – Chodzili szlachcice z szablami i rżnęli się nimi po knajpach o byle gówno. Chłopom źle się żyło. Pańszczyznę odrabiali, dziedzicom świnie podkładali, samogon pijali tylko w karczmie u Żyda.

– Ale za cara i tak było najlepiej – stwierdził Korczaszko. – Wódka dobrze smakowała, buty mocniejsze robili. I alfabet mieliśmy prosty, nie męczył się człowiek przy czytaniu.

– No fakt, może nie wszystko dawniej takie złe było. – Jakub przypomniał sobie dziadkową machorkę i te gruzińskie wina, których już ze siedemdziesiąt lat w sklepie nie widywał. – Jednak w poprzednich epokach zdziczenie panowało okrutne. Jakby ludzie dopiero co z drzewa zleźli.

– No, no, tylko bez teorii Darwina! – huknął Semen, odruchowo łapiąc za rękojeść szaszki.

– A fakt, zlikwidowana ma być – Jakub przypomniał sobie, jak kilka dni temu w knajpie obejrzał wywiad z ministrem od edukacji. – I dobrze, kto to widział, żeby człowiek pochodził od małpy. No, chyba że Bardaki. – Zadumał się na moment. – Ale tak mi się widzi, że nawet oni to od tych neandertalców z Dębinki się wywodzą. Czyli pierdolił ten Darwin głupoty. Zresztą za komuny zaczęli o tym w szkołach uczyć, to najwyższa pora oświatę zdekomunizować.

– Najwyższa pora zrehabilitować Lamarcka! – pieklił się Semen. – Gdy byłem młody...

Wędrowycz nie słyszał nigdy o teorii Lamarcka, więc wzruszył tylko ramionami i polał mu na uspokojenie.

– A tak wracając do meritumu – mruknął – muszę kiedyś sprawdzić, jak to było z tymi dinozaurami i czy się bydlaki nadają na zagrychę. – Pogładził kolbę samopału tkwiącego za paskiem.

– To może polecimy? – zapalił się Semen. – Przemierzymy otchłanie czasu i przestrzeni, przeżyjemy fantastyczne przygody, kto wie, może poznamy jakichś fajnych kolesi, co tłukli Szwedów, albo starodawne dupcie poderwiemy.

– Teraz niby mamy skakać? – Jakub spojrzał na niego zaskoczony. – Tak na łapu-capu?

– A masz coś pilnego do roboty? Destylacja się już kończy. Zresztą możemy wrócić nawet wcześniej, niż polecieliśmy. A ło! – Kozak wskazał ręką za okno. – Widzisz, już jesteśmy.

Faktycznie, dwa typki, z gęby znajome, niechlujnie odziane, identyczne jak oni, stały na podwórzu.

– Wróciliśmy znaczy – Jakub też to zauważył. – No to po cholerę teraz lecieć? Co to za przygoda, jak wiesz, że szczęśliwie wrócisz do domu?

Pokazał samemu sobie „międzynarodowy gest pokoju”. Tamten Wędrowycz tylko splunął w odpowiedzi.

– No fakt, adrenaliny trochę zabraknie... Ale pozwiedzamy sobie – nudził Semen.

– Jak ty taki turysta, to w Zamościu jest muzeum, a bilet na pekaes najwyżej dychę kosztuje!

– A jak nie polecimy, to czterech nas będzie?

– No, może i tak. I co z tego?

– Na czterech to flaszka szybciej wyjdzie.

Egzorcysta zamarł. Ten argument posiadał swój ciężar gatunkowy. Dlaczego sam o tym nie pomyślał?

– A, pal diabli, jak się tak upierasz, to sobie skoczymy parę latek w tył – burknął.

– Się pospieszcie! – doradził Wędrowycz stojący na podwórzu. – Bo fajną bitkę w knajpie możecie przegapić.

– Dobra, dobra. Niby mało w życiu karczemnych burd widzieliśmy? – ględził egzorcysta. – Ale jak mus, to mus.

Wyjął ze skrzyni magiczne zwierciadło, popluł na szkło, przetarł rękawem. Ustawił na stole tak, aby ich odbijało, coś wymamrotał i polecieli.


Czyś parobkiem jest, czy klechą,

Na gałęzi cię obwieszą.

Czyś pobożnym, czy niecnotą,

W gnojowicy wnet utopią.

Lwów, 1603

Samiłło Niemirycz obudził się jak zwykle na kacu. Łeb bolał go upiornie, znacznie gorzej niż po pamiętnej wyprawie na Sicz. Uchylił powieki. Nad sobą zobaczył nieheblowane dechy. Dłuższą chwilę zbierał myśli, zanim zrozumiał, że leży pod stołem. Z wysiłkiem przetoczył głowę w bok. Sądząc po znajomych rzeźbieniach na nogach krzesła, najprawdopodobniej znajdował się w swojej kamienicy.

Odetchnął z ulgą, rozsiewając wokół woń przetrawionego wina. Zupełnie nie pamiętał, co robił poprzedniego dnia wieczorem. Dźwignął się z trudem, ale nogi coś nie chciały słuchać. Zatoczył się i tylko oparcie o ścianę uchroniło go przed upadkiem.

– Pańko! – wychrypiał.

Niewysoki, płowowłosy pacholik, mogący sobie liczyć nie więcej niż piętnaście wiosen, pojawił się jak spod ziemi.

– Tak, panie? – Służący zamiótł papachą podłogę.

– Tego, no... – Niemirycz nadal nie mógł zebrać myśli.

Poskrobał się po czaszce, a potem stuknął palcami w skroń, usiłując przypomnieć sobie odpowiedni wyraz.

– Klina – podpowiedział sługa.

– Klina! – westchnął Samiłło z ulgą. – A potem, no...

– Bania nagrzana, kąpiel przygotowana. Ubranie zaraz wezmę do prania. Marynę wezwać, żeby waszmościowi towarzystwa w balii dotrzymała? Choć pewnie nie przyjdzie, mówiła ostatnio, że talara za usługi jej winniście.

– Nie... Nie dzisiaj. Słabym coś – znalazł wybieg. – A może chorym... Węgrzyn nie posłużył czy ki diabeł... W kiszkach rwie, jakbym się struł. Co to było wczoraj?

– Napiliście się, panie, z kompanami, lataliście z szablą po dachu, rzucaliście księgami przez okno i wreszcie zmordowani tym wszystkim legliście na posadzce...

– Ach, tak – udał, że sobie przypomina. – Długośmy przy stole siedzieli?

Nie bardzo wiedział, jak inaczej obliczyć straty w zasobach wina. Miał tylko nadzieję, że coś jednak zostało.

 

– Przed świtem dopiero skończyły się węgrzyn i gorzałka, toście poklęli i legli. Oni jeszcze śpią. A Jersillo znowu po pijanemu nieprzystojne propozycje mi składał...

– Hmm, tak. Ma on takie... Wykastrujem go wieczorem... A, wciórności! Dawaj likarstwo, potem się zastanowimy, co by tu robić w ten pogodny wtorkowy ranek.

– Panie...

– Czego znowu?

– Ranek był dawno. Słońce ku zachodowi się skłania... A i środa dzisiaj, wtorek był wczoraj.

– Tedy budź tych zawszonych opojów i obiad podawaj żywo, bom głodny!


Przy kontuszu srebrna spinka?

Wykończy cię ta rodzinka.

Masz na nogach buty nowe?

Odpiłują twoją głowę.

Huknęło, błysnęło i obaj starcy runęli jak podcięci. Ziemia wyjechała im spod nóg.

– Ty, czego nas tak sponiewierało? – Semen pierwszy dźwignął się z gleby i otrzepał mundur.

– Bo ziemia się obraca, no nie? – Wędrowycz wzruszył ramionami. – Z jadącej fury nigdy nie skakałeś? To tak samo.

– A gdzie tak właściwie jesteśmy?

– W przeszłości, tak jak chciałeś.

– Nie, no czekaj, tyle to i ja się domyśliłem. Biega mi o to, w jakiej przeszłości.

– No – Jakub rozejrzał się wokoło – znaczy się chyba nie w tej z dinozaurami ani nie w tej z mamutami, bo wtedy był tu lodowiec chyba... To taka niezbyt głęboka historia. Średniowiecze może albo coś w tym guście. Ten drugi ja mówił coś o knajpie. Znaczy się jest tu już jakaś cywilizacja.

– Miała być carska Rosja!

– To czegoś, bałwanie, nie powiedział?

– Dobra, nieważne. A gdzie jesteśmy?

– Co? Czy ci się od skoku w czasie mózg poprzestawiał? – Jakub spojrzał na kumpla zaskoczony. – Toż już o to pytałeś chwilę temu. Zapomniałeś?

– Chodziło mi o to, w jakiej okolicy.

– No tu, gdzie kiedyś stała moja chałupa. To znaczy gdzie w przyszłości stanie. – Egzorcysta poskrobał się po głowie. – Trudno to tak detaliczno wyjaśnić. Stary Majdan w każdym razie. To znaczy miejsce, gdzie będzie kiedyś Stary Majdan, bo go jeszcze najwyraźniej nie zasiedlili.

– No i wszystko jasne. A Wojsławice już są?

– Pewnie tak. A może i nie? Zależy, jak głęboko nas wbiło. Może dopiero Chełm założyli, albo i jeszcze wcześniej jesteśmy? Grody Czerwieńskie czy cóś. Nie ma co mielić ozorem po próżnicy, chodźmy, poszukamy tej cywilizacji, to sami ocenimy, który jest rok. Albo i ludzi się zapyta, powinni wiedzieć.

Przedzierając się przez krzaki, zeszli na dno „debry”.

– Więc mówisz, że skacząc w przeszłość, nie wybierałeś epoki, tylko tak skoczyłeś na pałę? – marudził kozak.

– Dostosowałem się do wzorca energetycznego.

– A co to znaczy?

– Że trafiliśmy w odpowiedni czas i odpowiednie miejsce. No tak zupełnie łopatologicznie mam wyjaśniać? – westchnął Wędrowycz, widząc, że przyjaciel nie kapuje. – Tu nas wrzuciło, gdzie jesteśmy potrzebni – tłumaczył cierpliwie. – Mamy tu jakieś zadanie do wykonania.

– Zadanie – zafrasował się kozak.

– No. Przecież chciałeś mieć przygody – zirytował się Jakub. – To przeniosłem nas w miejsce, gdzie będą przygody. A i ludziom się do czegoś przydamy.


Masz przy siodle spyży worek?

Lepiej szybko zmów paciorek.

Wędrowycze ciągną drogą?

Święci Pańscy nie pomogą!

Nieco oprzytomniawszy w bani, Samiłło zszedł do sieni swej kamienicy. Stół zastawiony na trzy osoby już czekał. Kompani takoż. Po lewej na trzech poduszkach spoczywał jak kupka nieszczęścia karzeł, z racji rozmiarów pewnej części ciała zwany Ptaszkiem. Jego skośne chińskie oczy zmrużone były w wąskie szparki; gdy był na kacu, bardzo raziło go światło. Po prawej w rzeźbionym fotelu rozparł się wysoki Mulat o imieniu Jersillo. Wielkim, ostrym jak brzytwa majchrem dłubał sobie pod paznokciem.

– Co na śniadanie? – zapytał kozak.

– Chleb i maślanka – zameldował sługa. – W spiżarce pustki, nie było pieniędzy na nic więcej. A ja w poniedziałek odchodzę, siedem złotych już mi wisicie.

– Zastawię wilczą szubę, to ci zapłacę.

– Szuba już dawno sprzedana Żydom.

Samiłło siadł u szczytu stołu.

– Mości panowie – wychrypiał i zaraz przezornie zwilżył gardło maślanką – zawodzi mnie pamięć. Wyimaginujcie sobie, że nijak nie mogę dojść, co uradziliśmy w czasie wczorajszej...

– Przedwczorajszej – podpowiedział mu pacholik, wnosząc półmisek z pięcioma listkami przywiędłej kapusty.

– ...przedwczorajszej dysputy...

– Radziliśmy o tym, że nie ma pieniędzy i znikąd ich nie widać, tedy musimy pospiesznie wymyślić jakieś wredne, a przy tym dochodowe łajdactwo – powiedział Chińczyk.

– Uhum – mruknął sponiewierany przybysz z Afryki. – Ja postulat uczyniłem, aby znowu porwać burmistrza i zażądać okupu, a tyś radził złupić poselstwo weneckie. Nie mogąc dojść do porozumienia, osuszyliśmy tuzin butli małmazji. Jednakowoż...

Dziwny dźwięk przerwał uczoną rozmowę.

– Co to za hałas? – zdumiał się Niemirycz.

– Jakby ktoś walił pięścią w drewno – rozważał Ptaszek.

– Ktoś puka do pańskiej bramy – oznajmił Pańko.

– To niemożliwe. – Gospodarz pokręcił głową. – Czy ktoś w tym mieście jest na tyle nierozgarnięty, że po prostu zapukałby do moich drzwi?

Jego dwaj kompani roześmiali się. Ponury rechot długo odbijał się echem o wysokie sklepienie sieni.

– Z drugiej strony może to jakiś cudzoziemiec albo przybysz z krain, do których nie dotarła jeszcze moja sława. – Watażka opanował się. – Może i sakiewkę będzie miał przy sobie?

– To się chyba nie godzi tak pod własnym dachem gościa rabować – zaprotestował Pańko. – Z drugiej strony nie wiem, czy można powiedzieć, że to własny dach, skoro hipoteka kamienicy od dawna w rękach Mojżesza.

– Pomyślimy później. Prosić!

Sługa wyjrzał przez judasza, a potem otworzył bramę. W progu stał starszy wiekiem mężczyzna, odziany w nieco sponiewierany granatowy żupan. Przy boku miał szablę.

– Wszelki duch! – Samiłło zidentyfikował gościa. – Toż to przecie stary Iwaszko, sługa stryja mego, Pawła. Witaj, gościu, w moich skromnych progach i siadaj z nami do stołu.

– Witaj, Samuelu. – Stary spojrzał na mocno postne potrawy i uśmiechnął się pod wąsem.

Wredny i ironiczny miał uśmiech.

– Pańko! – Watażka skinął na sługę. – Weź dukata z rezerwy, no wiesz, z tych pieniędzy przeznaczonych na wykupienie hipoteki od lichwiarzy, i skocz no na rynek...

– Panie, dwie niedziele temu ratę Żydom płaciliśmy.

– Coś zostało?

– Tak, jeszcze osiem złotych mamy im dołożyć, bo za mało przynieśliśmy.

– Pytam, czy w skarbonie coś zostało?

– Nic a nic, panie.

Tymczasem Iwaszko siadł na przeciwnym końcu stołu niż gospodarz. Obrzucił niechętnym spojrzeniem karła, potem równie niechętnym Mulata. Konfratrzy bratanka jego pana nie przypadli mu jakoś do gustu.

Wredne gęby mieli. A i charakter, sądząc z pieśni śpiewanych po knajpach, równie paskudny.

– Cóż cię sprowadza, przyjacielu? – Niemirycz nalał gościowi do kielicha zalewy z kiszonych ogórków.

Nic innego w domu nie mieli.

– Wasz stryj umiera – oświadczył Maciej.

– Niech mu ziemia lekką będzie. – Samiłło udał, że ociera łzę. – Spadek zostawi?

– Zostawi – westchnął stary sługa. – Nawet wam to wszystko zapisał. Kamienicę w Lublinie, dwa tysiące dukatów gotówką, sklep pełen beczek najprzedniejszego półtoraka...

Ptaszek i Jersillo odetchnęli z ulgą.

– Kochany stryjaszek. – Tym razem Niemirycz poczuł, że chyba naprawdę się wzruszył.

– Ale jest jeden warunek! – Stary uderzył pięścią w stół. – Jak zapewne wiecie, stryj wasz parał się przez lat dwadzieścia szlachetną sztuką alchemiczną.

– Zawsze podziwiałem i szanowałem jego ogromną wiedzę. – Samiłło skłonił głowę.

Do tej pory nie mógł zapomnieć tego cudownego transu, w który zapadł po skosztowaniu stryjkowych dekoktów.

– Nikt nie wie o tym, że aby lepiej sztukę transmutacji metali opanować, stryj twój z diabłem spisał krwią własną cyrograf – powiedział przybysz, zniżywszy głos.

– Znaczy się zapisał duszę piekłu...

– Cicho! Bo w złą godzinę wymówisz! Sprawa jest poważna i na wasze ręce spada, bowiem zapis testamentowy mówi wyraźnie, że dobra odziedziczysz tylko i wyłącznie pod warunkiem, że cyrograf odzyskasz, tym samym wybawiając krewniaka od mąk piekielnych.

– Rezygnuję – westchnął watażka. – Żal tego dobra, ale z diabłem się wadzić rzecz to niebezpieczna.

– Dodam jeszcze, że w skład majętności wchodzą tajne udziały w dwu zamtuzach. Łącznie blisko trzy tuziny murew tam siedzi... A może leży raczej? – dodał po namyśle Iwaszko.

Przez Niemirycza przebiegł jakby prąd. Nie znał stryja od tej strony. Udziały, i to w dwu... I poswaźbnić będzie można za bezdurno, i pieniądz konkretny wpadnie.

– Pańko! Konia siodłaj!

– Ależ, panie...

– Rób, co mówię, szkoda każdej chwili. Ruszamy do Lublina. Trza mego kochanego stryja za wszelką cenę ratować!

– Panie...

– Czego znowu, durniu? – Samuel zaczął się wkurzać.

– Koń zeszłej niedzieli sprzedany, a i siodło od dawna zastawione...

Iwaszko bez słowa rzucił na stół kilka talarów.


Zamiast szabli widły noszą,

Nimi ciebie wypatroszą.

Kiszki z brzuchów wywlekają

I na kijek nawijają.

Obaj starcy wyszli z lasu na ugory.

– Wot te na. – Semen zatrzymał się w pół kroku.

Przed nimi stało co najmniej czterdzieści pali. Ciała rozłożyły się już dawno. Większość kości pospadała na ziemię, tylko nieliczne zwłoki trzymały się jeszcze kupy.


– U la, la – mruknął Jakub. – Cóż za brak poszanowania dla ludzkich szczątków! Po prostu grzech! Jak już odwalili kitę, to można ich było pościągać i zakopać. Albo chociaż kościotrupy pochować. Albo choć zwalić na jedną kupkę...

– Co to za czasy parszywe? – biadał kozak.

– Zdziczenie takie, pewnikiem średniowiecze jeszcze, bo jakby później, tobyśmy słyszeli o tym, no nie? Pamięć ludzka zaciera się powoli. Gdyby dziedzic tak chłopów wykończył, to jeszcze by ludzie o tym gadali po knajpach. A potem chłopi by się dziedzicowi tak odwdzięczyli, że w książkach by napisano.

– Może i napisano. – Semen wzruszył ramionami. – Tylko myśmy nie czytali.

– No fakt. Ja tam czytać nie umiem. To znaczy umiem, ale nie lubię – Jakub poprawił się szybko.

– Ty, to byli Tatarzy! – rzucił odkrywczo kozak.

– Skąd wiesz? – zdziwił się egzorcysta. – Jak poznałeś? Toż gęby już żaden nie ma.