Pięćdziesiąt melonówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– A, to gratuluję! – I adiunkt Ciuryłło odpłynął wdzięcznym krokiem dobrze maskującego się pederasty w mrok kawiarenki.

Tylko raz odmienił się księżyc złoty i oto Andrzej zasiadł w prostej, skromnej sali, znanej dobrze dzięki transmisjom telewizyjnym ogółowi Polaków. W przerwie podszedł do przewodniczącego narady, przedstawił się i zapytał o kolejność swego wystąpienia.

Przewodniczący nie spojrzał nawet na kartkę, zapuścił natomiast sępi wzrok w głąb duszy Andrzeja i odparł krótko:

– Nie wystąpicie.

– Dlaczego?

– Dowiecie się w odpowiednim czasie od przełożonych.

– Musiało zajść jakieś nieporozumienie – napierał Andrzej.

– Tu się zgadzam! – rzekł z akcentem przewodniczący. – Nieporozumienie polega na tym, że w ogóle w tej sali jesteście.

– W takim razie są dwa nieporozumienia – odciął się Andrzej. – Wy również powinniście zasiadać w innej sali.

Chciał porozmawiać z przyjacielem redaktorem, ten jednak uciekł przytomnie. Zaczepił więc sekretarza.

– Słuchajcie no – osadził go sekretarz – jeśli wam się zdaje, że ja mam ochotę bajdurzyć o głupstwach, kiedy wokół dzieją się rzeczy wiekopomne, to jesteście w błędzie.

– Proszę mi tylko powiedzieć…

– Nic wam nie powiem! – syknął rozwścieczony działacz. – Zostawcie mnie natychmiast w spokoju!

Tak się skończyła krótka, oszałamiająca kariera Andrzeja W. Opuścił naradę i jeszcze tego samego wieczoru wrócił do wielkiego wojewódzkiego miasta. Nazajutrz zrezygnował z funkcji zastępcy kierownika Wydziału Spraw Administracyjnych. Koledzy i przyjaciele stronili od niego, jakby był nosicielem choroby, która dopiero później miała rzucić przerażony świat na kolana. Cień popełnionego przed laty na ukochanej morderstwa dalej biegł za Andrzejem przez życie. Czuł gorycz. Nurzał się w rozpaczy. Było mu czegoś żal. Jednocześnie jakiś głos wewnętrzny podpowiadał, że dobrze się stało, że jest wolny, że nie musi niczego udawać i nikogo atakować.

Myli się ten, kto sądzi, że partia zostawiła swoich zgranych czy też skompromitowanych towarzyszy na lodzie. Jeśli pracowałeś w komitecie na odpowiedzialnym stanowisku, mogłeś dostać kopniaka w górę albo kopniaka w dół, lecz nigdy poniżej dyrektorskiego szczebla. Potem zmieniało się to powoli: były sekretarz propagandy niekoniecznie musiał zostać ambasadorem, zaś kierownik wydziału naczelnym redaktorem gazety. Ale kiedyś obowiązywał ten schemat bez względu na to, czy towarzysz naraził się bardziej czy mniej. Ci, co pozostawali przy władzy, myśleli perspektywicznie: przecież i my będziemy kiedyś odchodzić, i nam przyda się kiedyś ciepła synekura. Trzeba zatem towarzysza urządzić! Zgodnie z ową regułą szef wezwał Andrzeja do swojego gabinetu i w przeciwieństwie do innych notabli potraktował go serdecznie. Zadysponował u Hanki koniak i kawę, posadził zdruzgotanego chłopca w fotelu i powiedział:

– Ubolewam.

– Nad czym?

– Żeście się pośliznęli.

– A co ja niby takiego zrobiłem?

– Mogliście przyjść i wyznać mi wszystko jak na świętej spowiedzi. Wtedy rozpiąłbym nad wami parasol.

– Jestem czysty jak łza.

– Niewątpliwie. Ale kiedy zaczęliście u nas pracować, nie poinformowaliście, że macie zmienione nazwisko i że spotkała was w Łodzi ta okropna przygoda.

– Nigdy nikomu o tym nie wspominam. Kochałem tę dziewczynę tak, jak później nie kochałem już żadnej. Chcieliśmy się pobrać.

– Dobrze, dajmy temu spokój. Zastanówmy się raczej nad waszą przyszłością. Radzę wam, żebyście wrócili do powiatu i zajęli się kulturą.

– Tam nie ma żadnej kultury.

– No więc trzeba ją zrobić! Wyrzucimy kierownika-karciarza i naprawicie wyrządzone przez niego szkody.

– Przykro mi, ale muszę odmówić.

– W takim razie moglibyście zostać dyrektorem Zakładów Przemysłu Drzewnego. Tego skurwysyna złodzieja pozwolili wreszcie zdjąć i jest wolne miejsce.

– To mnie również nie interesuje, towarzyszu sekretarzu – rzekł Andrzej i uśmiechnął się wbrew woli do szefa.

– A co was interesuje?

– Zamierzam kilka lat aplikować, a potem złożyć egzamin adwokacki.

– Bardzo ładnie, trzeba jednak z czegoś żyć.

– Dam sobie radę.

– Ano, jak chcecie. Nie będę was na siłę uszczęśliwiał, ale gdybyście kiedyś mieli do mnie jakąś prośbę…

– Wtedy się zgłoszę – rzekł Andrzej; podał szefowi rękę i wyszedł, aby zjawić się w tym samym gabinecie po ośmiu latach. Kadra komitetu uległa z biegiem czasu wybitnym zmianom na gorsze. Szef jednakże trwał jak opoka, trzymając wszystkich za mordy i wyrzucając na bruk podskakujące jednostki. Wobec Andrzeja wszelako, trzydziestosześcioletniego, posiwiałego lekko na skroniach adwokata, zachował się znowu nad wyraz uprzejmie. Usadowił go w wygodnym fotelu o nieznacznym stopniu zużycia, polecił podstarzałej Hance przynieść whisky z lodem, alkohol ten wyparł bowiem w wyższych kręgach partyjnych ordynarne polskie wódki i francuskie denaturaty z główką Napoleona, po czym zapytał:

– Jak wam się powodzi, mecenasie?

– Nie narzekam – odparł Andrzej, zastanawiając się gorączkowo nad wyborem formy, w której mógłby się zwrócić da sekretarza, zdał bowiem niedawno czerwoną legitymację.

– A jak pan się czuje, towarzyszu?

– Kiepsko.

– Coś poważnego?

– Serce.

– Współczuję serdecznie.

– Człek się urodził, to i umrzeć musi – powiedział ze smutkiem sekretarz i Andrzej poczuł nagle do niego sympatię.

– Może mógłbym w czymś pomóc? Moja matka jest lekarzem, ma stosunki…

– Doktory nic tu nie poradzą, synku; krząta się przy mnie cały sztab. Powiedz lepiej, w czym ja mogę pomóc tobie.

– Chciałbym wrócić do Łodzi.

– Idzie więc o zamianę mieszkania?

– Tak.

– Na bloki?

– Wolałbym raczej stare budownictwo.

– Hanka! – krzyknął szef. A kiedy do pokoju wjechała utleniona głowa powiernicy sekretarzowych tajemnic, rzekł miękko: – Połącz mnie z Komitetem Łódzkim i poproś Pierwszego.

– Natychmiast, szefie! – pospieszyła Hanka, patrząc na szarą, zmęczoną twarz sekretarza z takim oddaniem i z taką troską, że Andrzej wzruszył się ponownie.

Szef wstał i uścisnął mu dłoń na znak, że audiencja skończona.

– Wpadnijcie jutro przed południem.

– Dziękuję. Bardzo dziękuję!

– Nie ma za co. Lubię was i wiem, że wyrządziliśmy wam krzywdę, ale dzisiaj, wobec okoliczności, które wówczas, zaistniały, musiałbym postąpić tak samo.

Nie minął miesiąc i Andrzej zajechał komitetową ciężarówką przed bramę dużej czynszowej, typowo łódzkiej kamienicy. Ciężarówka była za szeroka, aby wcisnąć się na podwórko i stanąć przed drugą wewnętrzną bramą, co uprościłoby przeprowadzkę. Tak czy owak, kierowca pomógł Andrzejowi wnieść do nowego mieszkania kredens, szafę, kilka podstawowych sprzętów kuchennych, paczkę z książkami i tapczan bez charakterystycznego wgłębienia, które powstaje na skutek rozpusty. Przyjąwszy bakszysz, kierowca udał się w drogę powrotną do wielkiego wojewódzkiego miasta, zaś Andrzej podszedł do okna i przyjrzał się ciekawie domostwu.

Na trzecim piętrze po prawej stronie mieszkał Jacek; na wprost, na drugim piętrze ponad główną bramą, było jedno z okien Gejszy; Kukuryk rezydował na poddaszu po lewej stronie; w tym samym pionie na parterze żył i pracował czterdziestosześcioletni szewc oraz jego trzydziestoparoletnia tęga połowica, która niebawem miała przyprawić Andrzeja o szok w związku z przypiętą do bluzki broszką.

W naszej, jakże prawdziwej opowieści wystąpi wiele innych, mniej lub bardziej znaczących osób, ale jeśli chodzi o posesję numer 84, szewc zamyka listę tych, którzy odegrali w niej czołową rolę.

KOPYTO

Gustaw M. urodził się w ponurych czasach drugiej wojny światowej i kiedy miał rok, jego ojciec został wywieziony do Niemiec na roboty. Ów silny, zwalisty, mrukliwy i zamknięty w sobie człowiek wrócił do Łodzi już po kapitulacji Berlina, dźwigając na plecach duży amerykański wór. W worze była sterta zniszczonej odzieży, słonina, czekolada, papierosy, skondensowane mleko, konserwy, penicylina i szereg innych darów miłościwej ciotki Unry, a na samym dnie spoczywała owinięta w szmatę broń – pudełko z nabojami i dwa małe brazylijskie colty typu Parana, przeszmuglowane jakoś przez granicę.

Ojciec Gustawa M. też był szewcem; wróciwszy, od razu na drugi dzień usiadł jakby nigdy nic przy kopycie i zaczął reperować obuwie sąsiadów. Wymachiwał jeszcze młotkiem prawie dziewiętnaście lat, w przebiegu których rzetelnie przyuczył syna do zawodu, pochował żonę, matkę Gustawa, i wszedł w posiadanie parceli z drewnianym domkiem, mieszczącej się w okolicach Dworca Kaliskiego, na terenie późniejszych ogródków działkowych imienia Stanisława Rogowicza.

Gustaw był chłopcem urodziwym, ale tępym; w szkole nie rokował żadnych nadziei. Bywało, że podzielił trafnie liczbę parzystą przez dwa, lecz sklecenie logicznego zdania w ojczystym języku absolutnie przerastało pułap jego możliwości. Wezwany do odpowiedzi, z góry dawał za wygraną, prosząc, aby nauczycielka czym prędzej postawiła mu dwójkę, a jak ktoś, belfer czy kolega, pozwolił sobie wobec niego na drwinę, wybijał zęby.

W klasie nosił przezwisko Młot, zaś na podwórku wołali na niego Kopyto. Bóg raczy wiedzieć, jakim cudem ludzie wyczuwają w bliźnich to, co jest na pozór niewyczuwalne. Kopyto było bowiem w odniesieniu do Gustawa przezwiskiem wieszczym i po trzykroć słusznym.

Autor Pięćdziesięciu melonów nie ma ambicji napisania powieści kryminalnej, gdyż nie lubi tego gatunku – to raz, a dwa – jego żywiołem jest odkrywanie prawdy. Poza nielicznymi wyjątkami (Chandler) twórcy kryminałów są nudni, zakłamani, fałszywi jak tombak udający złoto i głupi, w związku z czym ci, co ich czytują: osobnicy o żenująco niskim wskaźniku inteligencji, dodatkowo katując swój sfatygowany umysł, stają się po prostu idiotami.

 

Nie! Autor Pięćdziesięciu melonów nie będzie bawił się z czytelnikiem w ciuciubabkę. Autor Pięćdziesięciu melonów powie czytelnikowi wprost: Gustaw M., jowialny czterdziestosześcioletni szewc, jest nieujawnionym mordercą.

Pewnego letniego przedpołudnia sześćdziesiątego piątego roku Gustaw zobaczył na Piotrkowskiej dziewczynę. Była niedziela: pusto, na chodnikach tylko od czasu do czasu pojawiali się ludzie; jezdnią przemknął nieraz pojedynczy samochód, a ta dziewczyna płakała.

Gustaw nie był chłopcem o nadmiernie rozwiniętej wyobraźni, ustalił zatem fałszywie, iż przyczyną rozpaczy dziewczęcia jest wyłamany obcas w prawym, niezwykle eleganckim pantoflu. W gruncie rzeczy znana łódzka piękność płakała z całkiem innego powodu, pokłóciła się bowiem przed paroma minutami ze swoim narzeczonym, Andrzejem W., studentem prawa o nadzwyczajnych niewątpliwie perspektywach. Gustaw nie wiedział jednak o żadnym Andrzeju W., zazdrośniku, który urządził narzeczonej w parku im. Poniatowskiego karczemną awanturę, usłyszawszy, iż dziewczyna była w kinie z jakimś filmowcem. Podszedł więc Gustaw śmiało do zapłakanej panny, przyklęknął i powiedział:

– Pani zdejmie ten but, pomogę.

Piękność posłuchała. Dotknąwszy bosą stopą gorącego, wychłostanego słońcem chodnika, syknęła przeciągle, co skłoniło Gustawa do kolejnego śmiałego gestu. Wziął protestującą dziewczynę na ręce, wniósł do bramy i pokonawszy z imponującą łatwością rząd wydeptanych schodów, posadził na parapecie półpiętra. Piękność przestała płakać ujęta postawą silnego i urodziwego szewczyny, który niebawem wprawił ją w osłupienie – nie dlatego, że oderwał kiwający się obcas, lecz dlatego, że wyciągnął spod bluzy rewolwer i zaczął okładać kolbą pokrzywione gwoździe. Robił to z zadziwiającą zręcznością; osadził obcas, schował rewolwer i ponownie wziął dziewczynę na ręce, aby zdjąć ją z wysokiego parapetu.

Wiecie, jak to jest z zapłakanymi dziewczynami w upalny letni dzień. Głowa i serce panny cierpiały jeszcze i należały niewątpliwie do Andrzeja W., ale od pasa w dół działo się z Joanną coś dziwnego. Od pasa w dół Joanna była rozpalona i soczysta, zapragnęła bowiem mężczyzny i Gustaw to wyczuł. Mruknął:

– Obcas zrobiłem byle jak. Trzeba będzie go poprawić.

– Ale do domu dojdę?

– Gdzie pani mieszka?

– Przy Nawrot.

– Dojdzie pani, ino należy iść ostrożnie.

Szła więc ostrożnie, uczepiona ramienia szewczyny, z którym również działo się coś dziwnego, i to zarówno od pasa w dół, jak i od pasa w górę. Szewczyna nigdy jeszcze nie widział tak pięknej kobiety, nigdy jeszcze z taką nie rozmawiał i nigdy takiej nie dotykał, zatem jest sprawą oczywistą, że zakochał się w jednej chwili. Był zamroczony, miękki; jego harde i nieczułe serce opływało miodem. Z trudem panował nad sobą, aby nie porwać dziewczyny w objęcia i nie ucałować czerwonych, wilgotnych warg, na których błąkał się zagadkowy uśmiech. Chłonął rozdętymi nozdrzami zapach jej gorącego ciała; wspaniałe, rozsadzające sukienkę piersi raz po raz ocierały się o jego ramię. Z wrażenia zaschło mu w ustach. Przymknął oczy, gubił krok. Nie dostrzegł wcale i nie poznał sąsiada z posesji numer 84, a był nim szesnastoletni Bernard T., latorośl głośnego karykaturzysty, który dopiero z czasem miał doczekać się drugiego syna i wyemigrować z kraju.

Bernard na widok osobliwej, trochę jakby nieprzytomnej pary doznał silnego wstrząsu, gdyż szewcem w głębi duszy pogardzał, zaś dziewczyna wydawała mu się niedosiężna. U szewca reperował buty; dziewczynę widywał na koncertach jazzowych i w klubie studenckim, zawsze w najlepszym towarzystwie szalenie przystojnych ludzi, którzy nadskakiwali jej ze wszystkich stron. Była chyba w owych latach najładniejszą panną w mieście, przeto Bernard w żaden sposób nie mógł zrozumieć, jak takie zero, taki cham i młot zdołał wkraść się w jej łaski, i to do tego stopnia, że trzymała go pod rękę. Zazdrość znokautowała dosłownie Bernarda, świat stanął na głowie. Nie! To jest chyba inna dziewczyna, albo to jest inny gość – wmawiał sobie syn karykaturzysty, zawracając i podążając za Kopytem i Joanną aż do bramy, w której zniknęli obydwoje, i z której Gustaw wytoczył się po dwóch godzinach w stanie nie budzącym wątpliwości. Miał ją! Pieścił, całował i posuwał! Świadczył o tym wymownie jego pijany, lunatyczny krok, czerwona i spuchnięta twarz oraz pokąsana szyja.

– Wyła pod nim z rozkoszy oślą serenadę – stwierdził nie wiadomo czemu Bernard, szesnastolatek o aktywnym stosunku do życia. – Bydlę! Żeby go szlag trafił!

Domysły Bernarda były nad wyraz słuszne. Gustaw trzykrotnie wypędził z Joanny diabła, trzykrotnie wydobył z jej ust długi, boleściwy, wilczy zaprawdę skowyt orgazmu – królewna omdlewała za każdym razem, po czym na nowo wzbierała w niej energia.

Wreszcie jednak poszła do łazienki i wróciła po kilku minutach trochę jakby chłodna. Od pasa w górę znowu należała do Andrzeja, prawnika o bajecznych horyzontach życiowych, natomiast od pasa w dół nie odczuwała już żadnych potrzeb, zaspokojona należycie przez krzepkiego szewczynę, któremu przyglądała się teraz z lękiem i źle maskowaną niechęcią.

– Musisz zmykać – powiedziała.

– Czemu? – zdziwił się serdecznie Gustaw przekonany, iż po tym, co się stało, zdobył sobie do panny wszelkie możliwe prawa i wolno mu nawet zostać na noc.

– Zaraz wrócą moi rodzice.

Podeszła do okna i wyjrzała na ulicę, aby przekonać Gustawa, iż nie chodzi tu bynajmniej o żarty. Nie spostrzegła, że Gustaw wcisnął sobie coś za pazuchę. Była zdenerwowana, speszona. Zaczęła popychać chłopca do drzwi.

– Idź już, idź!

– Ino, że ja chcę cię jeszcze zobaczyć.

– Zobaczysz mnie jeszcze.

– Kiedy?

– Och, za jakiś tydzień lub dwa.

– Wcześniej nie można?

– Można – powiedziała. Aby jak najszybciej pozbyć się szewczyny i uspokoić jego rozkochane serce, zapytała z uśmiechem:

– Gdzie mieszkasz?

Gustaw wydukał nazwę ulicy i numer domu, dodając przy tym, że mieszka sam.

– Bez ojca i matki?

– Tak.

– Dlaczego?

– Une pomarli.

– No to odwiedzę cię w tych dniach. Adres zaraz sobie zapiszę. Do widzenia.

– Do widzenia – odburknął Gustaw wyparty na klatkę schodową. Był już w półobrocie. Nim zatrzasnęła mu drzwi przed nosem, zdążył jeszcze obiecać ponuro: – Jak przyjdziesz, wszystko będzie zrobione.

Joanna nie chwyciła z początku. Co niby będzie zrobione? Zachichotała. Dopiero teraz czuła się dobrze. Szewc był epizodem bez szans na powtórkę. Nigdy już go nie zobaczy. W żadnym wypadku! Trzeba przyznać wszelako, że zrobił swoje. Ukoił ją. Doznała rozkoszy i zemściła się przy okazji na Andrzeju. Poprawiła łóżko, wyklepała poduszkę i zaczęła układać przed lustrem włosy. Podśpiewywała beztrosko modny szlagier Beatlesów Noc po ciężkim dniu. Andrzej zaraz zatelefonuje, żeby ją przeprosić, a jak nie, to spotka go wieczorem na tańcach w Klubie 77. Nie miała co do tego wątpliwości. Kocha ją i o zerwaniu nie może być mowy. Cierpi na pewno, biedaczysko, i świruje, lecz nie powinno mu to zaszkodzić.

Pogodny nastrój Joanny uległ nagle zmąceniu. Chciała odstawić do szafki w korytarzu pantofle, ale ten drugi, o rozchwianym obcasie, zawieruszył się gdzieś. Zajrzała bez przekonania pod łóżko i pod nocny stolik. Westchnęła. Była dość inteligentna, aby zrozumieć, co się stało. Ogarnął ją niepokój i jakieś złe, mroczne przeczucie. Niedzielna przygoda, rozdział na pozór zamknięty, mogła mieć jednak dalszy ciąg.

Tymczasem śledzony przez Bernarda Gustaw wrócił do domu, otworzył ku zdziwieniu sąsiadów warsztat i łamiąc trzecie boskie przykazanie, zaczął naprawiać but ukochanej. Włożył w to cały swój szewski kunszt i całą swoją duszę. Nie pożałował szpilek i kleju, a kiedy obcas skamieniał w miejscu, które było po temu przeznaczone, pociągnął pastą i przystąpił do polerowania ledwo widocznych zadrapań wokół pięty. Rozsmakował się w tym zajęciu do tego stopnia, iż niebawem wypolerował również nosek i boki pantofla, który lśnił doprawdy jak lustro i wyglądał okazalej niż w chwili, kiedy Joanna dojrzała go na półce renomowanego sklepu.

Był przekonany, że sprawi dziewczynie przyjemność.

Oj, szewczyku, nie bądź głupi,

serce chcesz za butki kupić.

Słyszał w radiu tę piosenkę, lecz nie wyciągnął z niej wniosków. Płynął czas, mijały dni, a on czekał na niedzielną kochankę – wpierw ufnie, później niecierpliwie, wreszcie z wściekłością, która zagłuszyła wszelkie inne uczucia prócz nieustannego seksualnego głodu.

Wściekłość i głód osiągnęły którejś bezsennej nocy taki stopień natężenia, iż zaczęły domagać się czynu.

– Dobra, ty kurwo! – szepnął do siebie szewc i w czwartek o dziesiątej rano nie otworzył warsztatu. W czwartek o dziesiątej rano szewc opuścił posesję numer 84 i pomaszerował w stronę ulicy Piotrkowskiej krokiem zdecydowanym i szybkim. Miał na sobie białą koszulę, krawat i luźną płócienną kurtkę z dwoma wybrzuszeniami na piersi. Wszedł do restauracji „Smakosz”, wypił dużą wódkę przy barze i zapalił. W dziesięć minut później zniknął w bramie wysokiej secesyjnej kamienicy w okolicach ulicy Nawrot.

Joanna dawno już o przygodzie z Gustawem zapomniała, toteż słysząc dzwonek u drzwi, otworzyła je bez namysłu. Otworzyła i w tym samym momencie chciała zamknąć, jako że zamiast listonosza, sąsiada, ojca, starszego brata czy matki zobaczyła przed sobą ładną, dobroduszną twarz szewczyny.

– Nie jestem sama – szepnęła, sięgając po łańcuch i dociskając drzwi ramieniem, ale Gustaw naparł i wszedł do środka.

– Ja ino na chwilę – powiedział. – Patrzaj! – Wydobył triumfalnie zza pazuchy błyszczący pantofel.

Gdyby Joanna miała trochę oleju w głowie, udałaby z czarującym uśmiechem, iż jest po prostu zachwycona; posadziłaby gościa przy stole, poczęstowała herbatą i zasunęła jakiś inteligentny bajer. Dziewczynie zabrakło jednak tego dnia rozumu. Była zła, nadąsana. Cofnęła za siebie ręce, jakby widok zreperowanego pantofla napawał ją wstrętem. Potem zrobiła kolejny błąd.

– Niepotrzebny mi twój pantofel – rzekła opryskliwie.

– Nie?

– Nie.

– Czemu?

– Bo ten drugi poszedł na śmieci.

– To po co ja żem się męczył?

– Twoja sprawa.

– Jużci, że moja – zgodził się szewc. Zbladł. Zacisnął machinalnie pięści. Szerokie, łapczywe usta wyprodukowały jeden z owych okrutnych, przerażających uśmiechów, od których przechodzą człowieka dreszcze nawet wtedy, kiedy widzi je tylko na ekranie filmowym. Cisnął but o podłogę i wyjął z kieszeni rewolwer.

– Będę krzyczała – głos Joanny ledwo przedarł się przez gardło.

– Nie będziesz krzyczała.

– Zaraz przyjdzie mój narzeczony.

– Masz narzeczonego?

– Tak.

– Jakeśmy się wtenczas parzyli, nic żeś mi o tym nie mówiła.

– Lecz mówię ci teraz. – Sytuacja przywróciła Joannie rozum i zimną krew. – Przepraszam, jeśli cię skrzywdziłam. Przepraszam również za but. Pięknie go zreperowałeś. Naprawdę! Muszę ci za to zapłacić.

– Nie chcę pieniędzy. – Spodnie rozsadzała mu erekcja. Patrzył chciwie na piękne dziewczęce biodra i piersi. Była w letniej białej sukience i nad lewą piersią dojrzał złotą broszkę – pojedynczy kwiatuszek o listkach wysadzanych drobnymi brylancikami.

Podążyła za jego spojrzeniem.

– Dam ci to z przyjemnością. – Uśmiechnęła się blado, podeszła i wpięła mu broszkę w krawat. – Taki kwiatuszek może również nosić mężczyzna, pasuje.

– Nie chcę żadnych kwiatuszków.

– Więc czego chcesz?

– Ciebie.

Gdyby mu uległa, żyłaby pewnie do dzisiaj, ale rozum opuścił ją znowu.

– Nie mogę cię kochać.

– Zdejmnij kieckę.

– Nie mogę, naprawdę nie mogę – mówiła błagalnie. – Jestem chora.

– Zdejmnij kieckę, powiedziałem. – Pchnął ją na łóżko. – I majtki tyż.

– Mam okres.

– Mnie to nie przeszkadza.

– Splamię pościel.

– To ją wypierzesz, sakramencka kurwo. No, jazda! Kiedyś nie byłem ci krzywy.

Wcisnął się między oporne uda, rozpiął spodnie i ściągnął je razem z kalesonami. Poczuła smród brudnej bielizny i ostry, samczy, piżmowaty odór dawno niemytego krocza, nad którym sterczał w całej swojej okazałości ohydnie obnażony członek.

Wówczas Joanna popełniła ostatni już w swoim młodym życiu błąd. Krzyknęła: „Ratunku!”. Pierwsza sylaba zabrzmiała nawet dość głośno, lecz dwie następne ugrzęzły w ogromnej łapie Gustawa.

 

Zaczęła wymiotować przez nos. Niezrażony szewc tak czy owak postanowił zrobić swoje. Uderzył dziewczynę kolbą w skroń i zakrył jej twarz poduszką.

– Teraz możesz sobie wrzeszczeć, psiaro! – sapnął, obnażając złociste łono Joanny. Akt nie przyniósł mu oczekiwanej rozkoszy. Poruszał rytmicznie biodrami, lecz spoczywające pod nim ciało było bezwolne, nieruchome, chłodne, inne niż owego niedzielnego przedpołudnia, kiedy posiadł je pierwszy raz. Pół godziny czekał bezowocnie na spełnienie, przyciskając poduszkę do ust ofiary, wreszcie zrezygnował – wstał, wciągnął kalesony i spodnie, po czym odkrył Joannę, żeby powiedzieć jej na pożegnanie kilka obelżywych słów.

Nie wymówił ich jednakże. Z łoża patrzyły na niego szkliste, szeroko otwarte, straszliwe w swoim niewzruszonym spokoju oczy kogoś, kto był mu zupełnie nieznany, oczy istoty obcej, dalekiej, przebywającej w niepojętym i niezrozumiałym świecie. Nie twarz zaplamiona krwią i wymiotami, nie uchylone usta i wystawiony język, a właśnie oczy wstrząsnęły prymitywnym sumieniem szewca. Oczy zadawały jakieś niejasne pytania; oczy groziły i oskarżały: Czemuś to zrobił? Kiedyś za to zapłacisz!

Wzdrygnął się. Z pleców pociekły zimne kropelki potu. Odejść! Uciec. Otworzył drzwi i zamknął je cicho, słysząc na schodach szelest energicznych, chyżo wspinających się kroków. Zdążył przekręcić klucz pod ciężką mosiężną klamką; w tym samym momencie zaterkotał telefon i brzęknął umieszczony nad ościeżnicą dzwonek.

Pozbawiony na pozór nerwów i wyobraźni szewc pocił się teraz całym ciałem. Brzuch, uda, łydki, nawet stopy były mokre od potu. Czuł nienawiść do powtarzającego swoje pretensje telefonu i do upartego, histeryzującego nieprzerwanie dzwonka. Czyjaś ręka zaczęła tarmosić klamkę. Czyjś młody, męski, zagniewany głos wrzasnął za drzwiami:

– Joasiu!

A potem znowu:

– Otwórz! Wiem, że tam jesteś! Joasiu! Joasiu!

Gustaw rzucił okiem na zwłoki, jakby się bał, że dziewczyna posłucha. Ale Joannie obojętne już były wszelkie ziemskie sprawy. Joanna trwała w swoim głębokim, nieodgadłym, wieczystym śnie.

– Co robić? – szepnął do siebie Gustaw.

Człowiek, który stał za drzwiami, ucichł, jakby szept Gustawa dotarł do jego uszu. Potem ni to zapytał, ni to stwierdził żałośnie:

– Masz kogoś.

Szewc wstrzymał oddech.

– Dobrze. Niech ci będzie – mówił wzburzony mężczyzna. – Ale tym razem między nami koniec!

Piasek zatrzeszczał pod jego butami; jego zrezygnowane, powolne kroki poczłapały w dół schodów. Wkrótce umilkły.

Gustaw wypuścił zmagazynowane w płucach powietrze. Otworzył ostrożnie drzwi, na wprost których było wejście do innego mieszkania. W mieszkaniu tym szczekał zajadle pies. Dobiegał stamtąd również płacz dziecka i zgiełk ożywionej rozmowy, o ile jednak pies zrozumiał, że w domu dzieje się coś złego, jego pan i pani woleli udawać, że niczego nie słyszą. Gdyby Gustaw użył broni i strzelił Joannie w serce, ich reakcja byłaby podobna.

Wymknął się z uczuciem ulgi na podwórko, a potem na słoneczną, wesołą o tej porze dnia ulicę. Ludzkie plemię, pełne jeszcze zapału i energii, maszerowało gdzieś, biegło, spacerowało, napierało na drzwi magazynów i sklepów, szturmowało banki i urzędy, rozpełzało się po klubach i kawiarniach, ale tuż obok bramy, z której wyszedł morderca, stał człowiek nie biorący w całej tej krzątaninie udziału – smutny, nieruchomy, zadumany, toczący ze sobą jakąś sekretną walkę.

Przeczucie podszepnęło szewcowi, iż ma przed sobą narzeczonego Joanny. Instynkt chwytał bezbłędnie to, z czym nie mógł się uporać debilny mózg.

– Un będzie winowaty – stwierdził z zadowoleniem Gustaw i zniknął czym prędzej Andrzejowi W. z oczu. Kupił w spółdzielni sześć butelek owocowego wina, napitku wielce popularnego wśród studentów i robotników, i zamiast wrócić do domu, pojechał tramwajem na Dworzec Kaliski.

Zbrodnia wyszła na jaw tego samego dnia, a nazajutrz, w piątek, huczało o niej całe miasto. Ekipy śledcze przystąpiły do swoich żmudnych działań, i kto wie, czy morderca nie zostałby szybko wykryty, gdyby matka Joanny wspomniała o pewnym nieistotnym na pozór drobiazgu, o czarnym pojedynczym pantoflu, który znalazła obok łóżka i cisnęła niefrasobliwie do szafy. Były na nim odciski palców Gustawa, było na nim piętno szewskiej ręki, a więc trop, który wcześniej czy później zaprowadziłby skrupulatnego funkcjonariusza do małego warsztatu na terenie posesji numer 84. Oczywiście, że Gustaw pozostawił również swoje ślady na klamce i na drzwiach wejściowych, nikt nie wiedział jednak, do kogo można by je odnieść. Nikt poza Bernardem T., szesnastoletnim synem karykaturzysty, naturą niesłychanie powikłaną i skrytą, daleką od tego, aby bezinteresownie przysłużyć się prawu, gotową wszakże podjąć działania dla własnych korzyści.

Bernard T. nie zapomniał, że przed trzema tygodniami widział Joannę w towarzystwie Kopyta na Piotrkowskiej. Uwadze Bernarda T. nie umknął także fakt, iż w czwartek i piątek, w chwili kiedy popełniono zbrodnię i w dniu, kiedy wieść o morderstwie dotarła do wiadomości publicznej, Kopyto nie otworzył swojej zagraconej szewskiej nory, nie pokazał się też ani razu w oknach swojego parterowego mieszkania i na podwórku. Gdzie zatem przebywał w krytycznych godzinach ten idiota, ten ponury skurwysyn? No i gdzie przebywa teraz, w gorącą letnią sobotę?

Bernard postanowił to sprawdzić. Dla żadnego z lokatorów posesji numer 84, a więc i dla Bernarda, nie było tajemnicą, że szewc dziedziczy po ojcu parcelę na ogródkach działkowych im. Stanisława Rogowicza.

– Tam cię znajdę! – rzekł sobie odważny, szybki w myśleniu chłopak i ruszył pieszo na stację Łódź Kaliska. Minął dziedziniec, u końca którego sterczał budynek dworcowy, zostawił za sobą wiadukt, po czym skręcił w prawo i szedł pomiędzy nasypem kolejowym a ścianą stadionu ŁKS tak długo, dopóki nie stanął przed skromną drucianą bramą. Obok bramy, zaryglowanej skądinąd, była drewniana furtka. Pchnął ją i wstąpił na żwirowaną, wąską ścieżkę raju, który biegnie wzdłuż bocznic i torowisk kolejowych, aż po ulicę Lutomierską. Raj sąsiaduje również poprzez szeroką, gładką nawierzchnię alei Unii ze sławnym parkiem na Zdrowiu. Latem i wiosną, a i na jesieni była tu niegdyś zielona, soczysta, pachnąca, pełna subtelnego uroku enklawa, gdzie znużony człowiek mógł odetchnąć świeżym, nieomal wiejskim powietrzem i nasycić oczy widokiem kwiatów i drzew.

Jednak owego upalnego sobotniego popołudnia maszerujący w skos ogródków działkowych Bernard obojętny był na powaby krajobrazu. Umysł Bernarda zaprzątnęło bez reszty domniemanie, który też z tych śmiesznych, maleńkich, drewnianych zazwyczaj, ale i murowanych domków mógłby ewentualnie należeć do Gustawa. Sądząc po tym, w jakim stanie utrzymuje szewc mieszkanie i warsztat, należałoby szukać czegoś brudnego i zapuszczonego – myślał nie bez racji chłopak i mając do wyboru setki innych, troskliwie wypieszczonych ogródków i kurników, zaglądał tylko do tych, których postawa budziła oburzenie i zgrozę. Trzeba sprawiedliwie powiedzieć, iż te ostatnie ukazywały się po lewej lub prawej stronie ścieżki nader rzadko, dzięki czemu poszukiwania Bernarda były łatwiejsze, niż przypuszczał. Nie minęło nawet pół godziny, kiedy wypatrzył w krzakach pod przylegającym do torów kolejowych płotem parcelę, którą zamiast barwnych, wszechobecnych róż, tulipanów, bratków i storczyków porastały suche, niepodlewane chyba od wielu lat badyle, ogrodzone byle jak patykami i biegnącym dookoła pojedynczym drutem. Na parceli tej stała również zmurszała, storturowana słońcem i wychlastana deszczem chatka Baby Jagi: dwa okienka w bocznych zapadających się ścianach, koślawe drzwi na skobel i otwartą aktualnie kłódkę oraz pokryty czarną papą dach, z którego wyzierała bezwstydnie okopcona, zastępująca komin rura. Zdziwienie zatem mogła wzbudzić przy tym ogólnym zaniedbaniu inwestycja, którą ktoś podjął odważnie, usiłując dobudować do chatki komórkę z surowych, nieoheblowanych desek. Deski były świeże, białe, kontrastujące jaskrawo ze starym, poczerniałym drewnem budynku głównego, co skłaniało do przypuszczeń, iż gospodarz rozpoczął nową, dość paskudną zresztą inwestycję niedawno.