Ostatni akord

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Projekt okładki i stron tytułowych

Aleksandra Horubała

Zdjęcie na okładce

© Tomasz Konarski

Redakcja i korekta

Jadwiga Marculewicz-Olaś, Anna Zalewska, Marzena Dobosz

Dyrektor wydawniczy

Maciej Marchewicz

ISBN 9788380795839

Copyright © by Andrzej Horubała

Copyright © for Fronda PL Sp. z o.o., Warszawa 2020

Wydawca

Wydawnictwo Fronda Sp. z o.o.

ul. Łopuszańska 32

02-220 Warszawa

tel. 22 836 54 44, 877 37 35

faks 22 877 37 34

e-mail: fronda@fronda.pl

www.wydawnictwofronda.pl

www.facebook.com/FrondaWydawnictwo

www.twitter.com/Wyd_Fronda

Konwersja

Epubeum

Spis treści

Gwałtowny koniec

wielcy

Wyspiański!

Czyje Dziady?

Ciała

Szymborska banalna

Mistrz – Tomasz Burek

przewodnicy

Prorok namiętny

Śmiech w Kościele

Nicowanie mitu

żydowskie brzemię

Polsko-żydowskie zapętlenia

Głupio się bawicie

Elegia

Design

szukając. blisko

Niesamowita Kwaśnicka

Fenomen Dakowicza

Lekcja z Wencla

Peryferyjne smętki

Jak to działa?

Strażnik Systemu

Krzeczkowski nierozpoznany

szukając. dalej

Szczepan Twardoch – pisarz zawodowy

Żulczyk rządzi!

Cienka zupka Gretkowskiej

Smuteczki Pawła Sołtysa

Mapka ideolo

na ekranie

Dekalog po latach

Wyśmienite kino Macieja Pieprzycy

Jerzego Zalewskiego kino wolnych Polaków

na deskach

Niewinni?

Globisz cierpiący

Ostatni akord Klaty

Lupa – geniusz i grafoman

O Autorze

Gwałtowny koniec

Redaktor naczelny tygodnika „Do Rzeczy”, Paweł Lisicki, zabronił mi opublikowania krytycznej opinii o tweecie Rafała Ziemkiewicza, w którym użył on rasistowskiego określenia „parchy”.

Zakaz ten uważam za złamanie niepisanej umowy, iż w tygodniku będzie panowała wolność słowa.

Debatowaliśmy na naszych łamach otwarcie, często bardzo ostro – o powstaniu warszawskim, żołnierzach wyklętych, stosunkach polsko-ukraińskich.

Okazuje się, że nie mogę wyrazić swojej opinii na temat skandalicznego wyrażenia użytego przez Rafała Ziemkiewicza.

Skoro tak, to moja misja w piśmie najwyraźniej dobiegła końca. Odchodzę więc z redakcji tygodnika „Do Rzeczy”, w którym od początku pełniłem funkcję zastępcy redaktora naczelnego.

Dziękuję wszystkim za wspaniałe pięć lat: zrobiliśmy naprawdę wiele dla różnorodności i swobody debaty w Polsce.

Takie oświadczenie umieściłem na Facebooku 5 kwietnia 2018 roku, nie wiedząc jeszcze, że w ten sposób kończę moją aktywność krytyczną, którą przez kilka lat, tydzień w tydzień ciągnąłem na łamach „Uważam Rze”, a później współredagowanego przez mnie tygodnika „Do Rzeczy”. Zamieściłem jeszcze parę tekstów na gościnnym portalu „Nowej Konfederacji”. A potem wciągnęły mnie inne działania i inne zajęcia.

Skończyło się recenzowanie nowości książkowych, urwały się zaproszenia na teatralne premiery, przestałem chodzić na filmowe pokazy prasowe.

Ten i ów domagał się, bym dzielił się krytycznymi opiniami w Internecie, na Facebooku, ale naprawdę to zupełnie inne medium, a i mnie w pisaniu nigdy nie chodziło o prostą grę pod tytułem: podobało się/nie podobało.

Z zadumą patrzyłem na wysiłki moich dawnych konkurentów, z uśmiechem czytałem nowe recenzje, od czasu do czasu szedłem do teatru czy brałem do ręki książkową nowość. Ale coraz bardziej oddalałem się i zyskiwałem dystans wobec bieżącej zadyszki kulturalnej.

Także tygodniki opinii stawały się wydawnictwami, które nie były mi konieczne. Zresztą, jak pisałem we wstępie do poprzedniego zbioru moich szkiców krytycznych, nawet w najlepszych czasach czułem się na pokładzie tygodnika opinii, obsługującego przede wszystkim polityczne emocje, nie do końca na swoim miejscu.

W rok po opuszczeniu „Do Rzeczy” opublikowałem w formie e-booka opowiadanie Mniszek, wracając na dobre do starej literackiej aktywności.

Gdy jednak niedawno sięgnąłem do moich starych krytycznych rzeczy, zrobiło mi się żal, że ulegną rozproszeniu. Zebrałem więc ostatnie niepublikowane w formie książkowej teksty z lat 2016–2018 (ze trzydzieści musiałem odrzucić, by księga ta nie spuchła do niestrawnych rozmiarów) i oto przedkładam je czytelnikom, licząc, że ta wyprawa w minione sezony kulturalne może być ciekawą przygodą nie tylko dla mnie.

Książkę oczywiście dedykuję Agnieszce i przyjaciołom, bo któż jak nie oni?...

Andrzej Horubała

Warszawa, wrzesień 2020


Wyspiański!Czyje Dziady?ArcydziełoCiałaSzymborska banalnaTropami mistrza, tropami zwodzicielaLem według OrlińskiegoMistrz – Tomasz BurekMonster KurońHerbert rozwłóczonywielcy

Wyspiański!

Patriotyczną kataraktę na oczach miał ten

co cię zrównał z gmachem marmurów

– pisał o Wyspiańskim w roku 1953 zgorzkniały Zbigniew Herbert w dedykowanym Jerzemu Turowiczowi wstrząsającym utworze Wawel. I przecież odtwarzamy sobie w myślach ten wiersz ze wspaniałym finałem:

Akropol dla wydziedziczonych

i łaska łaska dla kłamiących.

Odtwarzamy, gdy na wystawie Wyspiański w krakowskim Muzeum Narodowym oglądamy śnieżnobiałą makietę rekonstruującą pomysł Wyspiańskiego przebudowy Wawelu i przekształcenia tych niedawnych koszarów austriackich w polskie święte narodowe wzgórze.

W ogóle odtwarzamy sobie i przepowiadamy wiele, bo autorzy wystawy postanowili – jakby na przekór materii – zaprezentować nam Wyspiańskiego w sposób niezwykle wystudzony, jakby celem ich nie była interpretacja, lecz czysta prezentacja muzealnych zasobów. Więc owa „łaska łaska dla kłamiących” rozciąga się też na kuratorki wystawy, które ducha zbuntowanego, wewnętrznie sprzecznego, walczącego, nieokiełznanego zaprezentowały w sposób tak uładzony, że niemal sielankowy, a pastelowy na pewno.

Domowy dramat

Widać to już w pierwszej sali, zatytułowanej U mnie w domu, w jakimż kontraście pozostającej do wydanej w zeszłym roku poruszającej książki Moniki Śliwińskiej Wyspiański. Dopóki starczy życia.

 

Tam – domowy dramat, bolesna tajemnica artysty wiążącego się z tępą chłopką pozbawioną urody, wdzięku, poślubiającego ją czy to wskutek lektur Tołstoja – z moralnego obowiązku, z litości, czy to z powodu niewytłumaczalnego kaprysu.

Tu – kojące pastele i pochwała ojcostwa i macierzyństwa.

Tam – próba konstruowania odmiennej legendy, odtwarzanie niechęci i zdumienia otoczenia, gdy oto delikatny, szczupły artysta wiąże się z grubo ciosaną babą. Tam – próba budowania mitu o walce o jej godność i uznanie (niczym zmagania Johna o Yoko Ono), choćby wówczas, gdy po raz pierwszy wziął ją do teatru i to na nie byle jaki spektakl – na prapremierę swego Wesela.

„Tego wieczoru po godzinie dwudziestej drugiej – pisze we wzruszającym passusie Śliwińska – w obecności ponad siedmiuset osób, Wyspiański legalizuje swój związek”. I oddaje głos obecnej z rodzicami córce, Helence: „Pamiętam premierę »Wesela« i Jego głęboki skłon w stronę loży, gdzie siedziała Matka, w odpowiedzi na szaleńczą owację publiczności”. I podbija to jeszcze wspomnieniem kuzyna, Antoniego Waśkowskiego: „Została mi na zawsze w oczach postać Wyspiańskiego w tym momencie: ukazał się przed rampą – skłonił się – ale tylko w stronę loży, w której siedziała jego żona”.

Czy taki gest miał miejsce, czy też istniał tylko w rodzinnej legendzie, trudno powiedzieć; dyrektor Teatru Miejskiego, Józef Kotarbiński w każdym razie tego nie zapamiętał, w referacie na dziesięciolecie prapremiery Wesela głosząc:

Pomimo oklasków Wyspiański nie pokazał się na proscenium. Zniknął nagle z teatru niepostrzeżony.

Jak było naprawdę, nieważne.

Istotna jest niemożność zamknięcia historii rodzinnej Wyspiańskiego w pastelowych obrazkach z dzieciakami o zaczerwienionych policzkach.

Teodora z domu Pytko, Teosia – dziwna żona artysty, raz kojarząca się z kuchtą z erotycznych marzeń młodego Gombrowicza, kiedy indziej z kłopotliwą Iwoną, księżniczką Burgunda, dziwna, opryskliwa, nadużywająca alkoholu kobieta, pozbawiona wreszcie praw rodzicielskich, która nie wytrzymała nawet roku żałoby po śmierci genialnego męża i wydała się za młodszego o lat dziesięć chłopa, rozsadziłaby ramy wystawy i zdewastowała salę pierwszą: U mnie w domu.

(Nie ma tu też miejsca na nieszczęsne dzieje zmarłego w przytułku ojca twórcy Wesela – Franciszka. Aby poznać smutne losy tego zapijającego się na śmierć niespełnionego rzeźbiarza, musimy pofatygować się do oddziału muzeum w Domu Mehoffera, na Krupniczą 26).

Wyspiański schłodzony

Jednak i kolejne sale nie oddają w żadnej mierze dramatycznych losów artysty. Odrzucany, przepędzany wręcz, traktowany jak namolny typ próbujący wcisnąć swe niepokojące wizje w uładzony galicyjski świat, łamiący konwenanse, niezrozumiany, po kryjomu zdejmujący wymiary okiennych otworów w katedralnym prezbiterium, składający niezamówione plany, tu prezentowany jest prawie bez kontekstu, jakim były ciągłe spory z mecenasami, kłótnie i permanentne odrzucanie jego projektów: czy to do katedry lwowskiej, czy wawelskiej, że brutalne i potworne. Kościotrup Kazimierza Wielkiego straszący upiorną czachą w koronie z niezrealizowanego witraża wawelskiego, ekspresyjna Polonia ze Lwowa ze szpetną, bo nazbyt chłopską Matką Boską – tutaj po prostu sobie są, martwe, spokojne, nie oddając skandalu, jaki był związany z propozycjami Wyspiańskiego, który chciał zawładnąć, poruszyć, wstrząsnąć wyobraźnią zbiorową rodaków.

Cóż po ciekawie dobranych cytatach z dramatów i listów Wyspiańskiego, skoro schładza je muzealna sterylność?

A przecież Wyspiański szaleje do dziś. W okruchach oryginalnej Klątwy, które w zeszłym roku wykorzystał chorwacki zwodziciel na deskach Teatru Powszechnego. W Weselu, które topornawo wystawione przez Jana Klatę w Starym Teatrze stało się teraz spektaklem kultowym i – rzuconym w twarz bezradnemu ministrowi kultury – szyderczym pytaniem o przyszłość narodowej sceny. W Wyzwoleniu, które raz po raz przebija się z jakimiś fragmentami do publicznej przestrzeni.

Żałośnie mało z tego teatralnego obłędu przedostaje się do gmachu muzeum. Spektakle reprezentowane przez zgrabne cytaty, kunsztowne okładki książkowych wydań, parę kostiumów, robocze szkice scenografii i ubiorów. Czy może to dać pojęcie o sile słowa, o szaleńczych wizjach historii i przyszłości, o kosmicznych katastrofach, o ożywianiu królów i wodzów? Przywoływać więc musimy sami obrazy bronowickiej chałupy z filmowej wizji Kijowskiego-Wajdy, pod powieki przywracać wygiętego w konwulsjach Jerzego Trelę jako Konrada z Wyzwolenia, wspominać legendę Akropolis Grotowskiego-Szajny albo nawet niedawną próbę multimedialnego poradzenia sobie z tym dramatem przez Łukasza Twarkowskiego.

Chciałoby się to przeżywać mocniej, dostać więcej bodźców do spotkania tego właśnie Wyspiańskiego, boleśnie przeczołgiwanego bądź przez znawców i arbitrów, bądź Kościół, a to blokujący wystawienie Klątwy, a to odrzucający lub dewastujący kolejne projekty witraży.

I przecież nie ma tu też Wyspiańskiego szalonego, bełkoczącego, składającego czasem mało komunikatywne sztuki, marne, egzaltowane, wzniosłe, lecz nieuporządkowane. Wyspiańskiego niesprawiedliwego, niecierpliwego, obrażającego się na przyjaciół, kłócącego z mecenasami, zrywającego umowy.

Nie Paryż, tylko Kraków – niczym deklaracja brzmi tytuł kolejnej sali, zbierającej obrazki z zagranicznych podróży i z Krakowa, gdzie osiadł – wskutek finansowego przymusu, z patriotycznego obowiązku, ze zbiegu okoliczności? Cytat, z którego zaczerpnięto tytuł sali, jest bardziej drapieżny: „tutaj nie Paryż, tylko Kraków, a Kraków stolicą dawno już być przestał. Nie ma się więc o co ludzi zdania pytać”.

No tak, to już lepiej współgra z tonem listów Wyspiańskiego, gdy żalił się na krajową ciasnotę:

Ale jak tu się wyrwać poza samego siebie. Ja już byłem tego tak bliski w Paryżu, i znów zapadłem w senność w Krakowie. Ta Heimat to jest okropna. Ja się tu czuję duszony, żenowany, nieśmiały, mały, niski, za młody, młodszy – a ja o tem nie myślę, jak jestem gdzie indziej niż w Krakowie. Ja się tu myśleć po swojemu wstydzę i do tylu ludzi się zbliżam, których nie znoszę – którymi pogardzam, bo mi nie wolno myśleć ani działać po swojemu – i wciąż jestem krępowany. Chciałbym koniecznie raz wyjść poza samego siebie. (3 lutego 1896 – list do Lucjana Rydla).

Wiele, wiele rzeczy musimy sobie dopowiadać. Owszem, wystawa ta, bardzo ascetyczna, spokojna, uładzona, niczym staranna prosta prezentacja zasobów, zestawienie poszczególnych skatalogowanych dzieł może być odpowiedzią na protesty krytyków po poprzedniej ekspozycji krakowskiego Muzeum Narodowego, gdy pod szyldem #Dziedzictwo, dokonano prawdziwie postmodernistycznego zestawienia artefaktów różnej proweniencji i artystycznej jakości, by z kociokwiku form i emanacji, wysnuwać jakiś groteskowy heroiczno-żenujący obraz rojeń naszych przodków i współczesnych. Zachwycał się tym gestem na naszych łamach Paweł Rojek, z aprobatą odczytując intencje kuratora Andrzeja Szczerskiego, choć przecież nie przekonał bardziej tradycjonalistycznie nastawionych odbiorców.

Tu – porządek. Co tylko się da, wystawione tak, by wzajem sobie nie przeszkadzało, podporządkowane temu, by można było przyjrzeć się poszczególnym dziełom. Mamy wszystko: szkice do polichromii czy witrażów, detale, przepróchy, czyli dziurkowane obrysy na kalce służące przenoszeniu szkicu fresku na ścianę. Idziemy od gabloty do gabloty, podziwiamy falki, kwiatki, liście, zielnik cały Wyspiańskiego i rzeczywiście może w tej ascezie jest jakiś pomysł na prezentację artysty.

Niedosyt

Ulubiony uczeń Matejki, z pietyzmem zwiedzający i opisujący zabytki zachodniej Europy, szczegółowo analizujący średniowieczne katedry, do maksimum wykorzystujący stypendium w Paryżu, później drobiazgowo odrysowujący renesansowe polichromie odkryte w krakowskim kościele Świętego Krzyża, przygotowujący się wespół z zaprzyjaźnionym jeszcze wówczas Mehofferem do renowacji kościoła Mariackiego – to wszystko dość wiernie możemy sobie odtworzyć, oglądając dziesiątki szkiców, projektów, notatek. Ale przecież gdy przechodzimy do ostatniej już sali, zatytułowanej Ars – Apollo, a prezentującej meble i wyposażenie wnętrz czy to izby lekarskiej, czy Wystawy Jubileuszowej Artystów Polskich, czy mieszkania Zofii (Zosi z Wesela) i Tadeusza Żeleńskich, czujemy jakiś dojmujący niedosyt, czujemy, że pochwyciliśmy ledwie powiew potężnego geniusza, ale w żadnym momencie nie daliśmy się powalić jego wizji. Zostają rozproszone projekty, pojedyncze osobne kawałki. Brakuje scalającego gestu, który by z różnych aktywności artysty wydobył mocno brzmiący akord, który by prowadził nas do czegoś więcej niż satysfakcji ze szczegółowej muzealnej kwerendy.

Wybornie, że wystawa Wyspiański realizowana jest w ramach państwowego projektu Niepodległa. Słuszny jest otwierający katalog list prezydenta RP, no w końcu Stanisław Wyspiański to jeden z tych twórców, którzy wykreowali piękno polskości, którzy wymyślili Niepodległą. A jednak chciałoby się jakiejś kontrowersji, autorskiego piętna kuratorów, ostrości.

I obawiam się, że z wystawą tą – imponującą, jeśli idzie o liczbę prezentowanych dzieł – może być tak jak z całym państwowym projektem Niepodległa: mimo pozorów bogactwa w głowach wiele nie zostawi. Odbędzie się całe mnóstwo lokalnych i centralnych uroczystości, znaczek z logo będzie promował wiele szlachetnych i mądrych inicjatyw, ale żeby jakiś ton jeden z tego się wydobył, żeby coś z tego po całym tym jubileuszu zostało, żeby dało do myślenia… z tym może być trudniej.

Owszem, denerwowała mnie nieco jednostronność książki Moniki Śliwińskiej, gdy zgodnie z tytułem Dopóki starczy życia w drugiej części swej monografii tak bardzo skoncentrowała się na walce Wyspiańskiego z pustoszącym go syfilisem (którego – wbrew nobilitującej legendzie – nie nabawił się wcale od modelki Gauguina), że zabrakło jej miejsca na opowieść o ideach, jakimi żył i jakie forsował. Ale przecież to się świetnie czytało! I rzeczywiście praca ta, wydana przez Iskry Wiesława Uchańskiego, ożywiała postać Wyspiańskiego, pokazywała go w konfliktach, sporach, przywracała mu życie, czyniąc apetyt na starcie z tym geniuszem na polu idei i sztuki.

Artysta, który wyzwalając się spod wpływu swego mistrza Jana Matejki, odrobił paryską lekcję współczesności, tradycyjne patriotyczne wychowanie przerobił na paliwo dla nowoczesnej sztuki religijnej i narodowej, pyta dziś o magów rządzących naszą zbiorową wyobraźnią, pyta o oryginalność i ich wewnętrzną pracę nad ideą. Czy nowoczesność nie może spotkać się z myślą narodową i religijną? Czy państwo będzie wspierać tylko twórczość bezpieczną, robioną pod dyktando ideologów, czy też zaufa artystom i ich intuicjom?... Czy wreszcie i gdzie wznieci się duch, który jak Wyspiański nawiąże więź z wielkimi dziełami z przeszłości i podejmie z nimi nieanachroniczny dialog?

To są oczywiście pytania towarzyszące nie tylko lekturze książki Moniki Śliwińskiej, ale i wystawie w krakowskim muzeum. Wystawie, której odwiedzenie w roku jubileuszu odzyskania niepodległości zdaje się wręcz obowiązkowe. Może jej klarowność, ascetyczność to właśnie miejsce dla naszej aktywności?

Wyspiański, Muzeum Narodowe w Krakowie, kuratorki: Danuta Godyń, Magdalena Laskowska, wystawa czynna do 20 stycznia 2019.

Monika Śliwińska, Wyspiański. Dopóki starczy życia, Iskry, Warszawa 2017.

[„Do Rzeczy”, 4/2018]

Czyje Dziady?

Współczesny polski teatr przyzwyczaił nas do tego, że Dziady, a przede wszystkim Dziadów część III należy wystawiać wbrew ich autorowi. Nie z jakimś tam lekkim przesunięciem akcentów, delikatną korektą, nie z wybiciem tego, co nieświadomie zapisał wieszcz Adam, tylko gruntownie rewidując wymowę arcydramatu, obśmiewając sensy, miejsca poważne wysadzając w powietrze groteską, przedrzeźniając wielką poezję, biorąc w nawias jej przesłanie. Krytycy bez grama refleksji głoszą pochwałę tak preparowanych Dziadów, nareszcie – jak mówią – oczyszczonych z martyrologii, jakby uparcie nie chcieli przyjąć do wiadomości, że Dziady zatopione są właśnie w martyrologii, że odzieranie z niej to totalne zafałszowanie Mickiewicza, że próba tworzenia jakichś Dziadów wyabstrahowanych z kontekstu niewoli i opresji, ignorujących historię Polski, skończyć się musi stworzeniem dzieła, z którego wydarto serce.

Na 250-lecie Teatru Narodowego do realizacji Dziadów zaproszono wsławionego wizyjnymi realizacjami wielkiej klasyki, hołubionego w Polsce i goszczonego wielokrotnie na naszych teatralnych festiwalach litewskiego twórcę, Eimuntasa Nekrošiusa. Na co liczono?

 

Na wydobycie z Dziadów uniwersalnego przesłania niczym z inscenizowanych wcześniej przez niego dzieł Szekspira czy Dantego? A może przeciwnie – na nasycenie specyficznie litewskim kolorytem, podbicie etnograficznymi smaczkami, wzmocnienie lokalnym duchem? Dość, że pomysł brzmiał świetnie, a apetyty rozbudzono spore.

Co otrzymaliśmy? Na pewno kolejny spektakl programowo budowany w opozycji do autora dramatu. Mickiewicz i niewola, w jaką nas schwytał swoimi wizjami i więzi do dzisiaj, symbolizowane są dość brutalnie: oto w scenografii umieszczono bramę w kształcie jego pomnika, tego z międzywojennego Wilna według projektu Zbigniewa Pronaszki. Złowrogo, niczym posąg Komandora, przesuwa się gdzieś w głębi ów monument wśród dymów i ciąży nad spektaklem, wywołując przygnębiające wrażenie.

Pojedynek na wizje

Ale spektakl Nekrošiusa wciąga i wcale nie odpycha, bo litewski 62-letni twórca postanowił walczyć z Mickiewiczem i jego dramatem na szczęście nie tylko szyderstwem i negacją, lecz sztuką, nie tylko posiłkując się zabójczą ironią (choć tej niestety sporo), lecz podejmując pojedynek na wizje.

Stara się więc reżyser wymazać z naszej pamięci dotychczasowe realizacje dzieła, wyrywa mnóstwo kartek, kreśli bez skrupułów, nie patrzy na didaskalia, lecz z dużych i znaczących fragmentów, osadzanych w tworzonych przez siebie przestrzeniach, snuje własną opowieść, własną wariację na temat Mickiewicza. Narzuca swoje wizje, jakby odmawiał pełnego zrozumienia tekstu, za nic miał kanoniczne odczytania dzieła.

Olbrzymie makówki, najpierw – w scenie z zaczytaną Dziewicą – przypominające nocną lampę, później roztańczone, przekształcone w halloweenowe głowy, wreszcie w jakieś żałobne chorągwie, stają się niespodziewanym elementem cmentarnego obrzędu. W narkotycznym śnie zanurza lud reżyser wespół ze swym synem Mariusem, scenografem, przedziwnie formując podłogę, pełną okrągłych lejów – ni to śladów eksplozji, ni to zapadniętych grobów, ni przeszkód do pokonania w ziemskiej wędrówce. A przy tym ma ów zamysł coś z psychodeliczności, z baśniowych a może sennych krajobrazów.

I jeszcze przecież woda, obecna przez dźwięk, uobecniana grą aktorów, jako dominujący w drugiej części Dziadów, zupełnie swobodnie dodany przez Nekrošiusa, żywioł. Woda – niewidoczna przeszkoda, przez którą przeskakują uczestnicy obrzędu, woda symbolizująca rzekę na granicy świata żywych i umarłych, woda znacząca przemijanie, związana z rytuałem obmywania rąk, obmywania zwłok. Olśniewa otwarcie tych Dziadów grą wyobraźni zupełnie wyzwolonej z tradycji wystawiania dramatu, olśniewa nonszalancki gest wobec tekstu i jego teatralnych konkretyzacji.

Mocny stanowczy Guślarz (Marcin Przybylski) skrobiący paznokciami glebę, wykopujący jamki dla duchów, panujący nad mocno otumanioną gromadą, bezwzględny.

Kapitalny zły pan, zaciągający po francusku, trupi, groteskowy, przypominający stracha na wróble i żebraczka-Sowa doskonale ptasia w rozgrywce z nieczułym dziedzicem.

I wreszcie sugestywny Gustaw-Konrad – w wielkim płaszczu, jakby formującym go, tworzącym, definiującym a zarazem ubezwłasnowolniającym. Rozczapierzający dłonie, nadekspresyjny, z natężeniem ciała współgrający z wyrazistymi grymasami twarzy. Dobry intrygujący początek, zajawka Grzegorza Małeckiego.

Zgrzytają anachronizmy: Guślarz naśladuje gesty rockowego idola, gromada ustawia się jak do selfie, przewodnik gwizdami i gestami steruje ludźmi niczym oficer MP stojący w środku ruchliwego skrzyżowania. Po co to? Że się panu reżyserowi spodobała taka scenka? Tylko jaki ma tu sens?

Cały spektakl zanurzony w muzyce: początek z fortepianem i ciemnym niskim brzmieniem jakiegoś klarnetu, później obrazy podbijane buczeniem dochodzącym zza sceny, ponurym, a w epizodzie z płochą Zosią ilustrowane walcem Straussa. Tak, Nekrošius z zespołem zdecydowanie stawia na emocjonalne poruszenie, na olśniewające wizje, tekst Mickiewicza traktując jako podkład do tworzenia własnych, niekoniecznie zbornych impresji. Nie tyle pozwala wybrzmieć scenom, co – dzięki kompozycjom Pawła Szymańskiego – ciągnie je muzycznie, komentuje, nasyca emocjami.

Zabawa dla mnie – przez cały czas spektaklu jest niesamowita: umysł przyzwyczajony do racjonalizacji, stawiania hipotez interpretacyjnych wciąż zaskakiwany jest bodźcami rozwalającymi tworzone ad hoc uwspólniające koncepcje. Wielość środków, eklektyczność wyborów, niekompatybilność przekazu powoduje rozwibrowanie aparatu krytycznego.

Szybko przejeżdżamy przez część czwartą. Wspaniale rozkapryszone dokazujące dziewczynki w roli księżowskich dzieci, a jednocześnie przecież żal, że zakochany Gustaw potraktowany zostaje tak zdawkowo. Z mimowolnym sentymentem wspomina się Bartosza Porczyka grającego we Wrocławiu mięśniaka z siłki, chełpiącego się swą muskulaturą i wewnętrzną energią, przekonującego młodą gimnazjalną czy licealną publiczność, że mu się ta kobieta po prostu należała. Prężąc ciało fundował młodym widzom ekwiwalent mickiewiczowskiej dumy, złamanej przez bezduszną niewrażliwą kochankę.

Demolka monologów

I wreszcie po przerwie – w tej samej scenografii z lejami od bomb, kraterami, zapadniętymi grobami i obrysem Mickiewicza w ścianie – Dziadów część III. Dziwna, niezborna rzecz. Niby zachowane główne elementy mickiewiczowskiego arcydramatu, ale przecież wielkie monologi – improwizacja i widzenie księdza Piotra poddane daleko idącej rewizji. Przekształcenie się Gustawa w Konrada potraktowane jako jakaś uciążliwa jazda obowiązkowa, nieznaczący gest transfiguracji.

Nekrošius gra tu wyraźnie swoje Dziady, więc i improwizacja Konrada to przewaga autorefleksji, wycofania, melancholii. Grzegorz Małecki, prowadzony przez Nekrošiusa, to Konrad wątpiący w siebie, słaby. Niby nasycający się poczuciem własnej potęgi, ale niepewnie wchodzący w dialog z Bogiem. Niby wypowiadający buńczuczne zdania, ale tak do końca niewierzący w nie. I przecież dziwacznie, niczym jakieś protezy, humorystyczne podpórki brzmią zapytania szatana „tak? tak?” podszywającego się pod Boga, który nagle „głosem skądsiś” włącza się w monolog Konrada.

Po szeleście gramofonowej płyty drugą część improwizacji oplata motyw grany na smykach, nadając monologowi odcień melancholijny, a wespół z upiornawą pozytywką jakiś pozór daremności, powtarzalności. Małecki, żaden tam mocarz oszołomiony własnym geniuszem, raczej zrezygnowany, wątpiący młodzieniec, nie eksploduje nienawistną niecierpliwą energią, stara się raczej wyprosić od Boga moc, próbuje mu się przypodobać, załatwić sprawę polubownie. Więc i szatańskie dopowiedzenie, wykrzyknienie: „Carem!” wieńczące monolog brzmi trochę nie na miejscu.

Zmożony podniebnym bojem Konrad, znajdujący się w stanie półśmierci obkładany jest przez szatanów książkowymi wydaniami Dziadów. Publicystyczny ten gest budowania grobowca kreuje jeszcze większy dystans wobec mickiewiczowskiego dzieła i wzmocniony jest dodatkowo sztubackim dowcipem: oto dłoń wystająca z książkowego sarkofagu udziela autografów: dla Marii, dla Słowackiego, dla Cypriana, dla Andrzeja – po pauzie dopełnienie: Towiańskiego. Śmiech widowni, jak rozumiem, oznacza, że ludzie odczytali to jako aluzję do prezydenta Dudy. Sens tych autografów – mało czytelny.

Po improwizacji – kolejna dekonstrukcja Mickiewicza: widzenie księdza Piotra. Oto wielki monolog będący fundamentem polskiego mesjanizmu wygłasza kapłan naprędce przebrany za bociana: czerwone dociągnięte do kolan rajstopy zabawnie krępując ruchy i deformując kroki, pozwalają połączyć podniebną perspektywę mistycznego widzenia z grepsami skutecznie ośmieszającymi przekaz. A może po prostu wypuszczającymi nadmiar powietrza z nadętego balona polskiego romantyzmu? No dobrze, ale czemu służą te gesty? Są ukłonem pod adresem publiczności, która łaknie zabawy i krotochwili? Ale przecież skoro w ten sposób rozbraja się Mickiewicza, to cały spektakl traci sens. Po cóż egzorcyzmować Konrada, skoro jego pycha w improwizacji nie wybrzmiewa w całości? Cóż za nagrodę otrzymuje za swą pokorną służbę ksiądz Piotr, skoro jego widzenie jest zabawną iluminacją bociana? Czym jest wreszcie obrzęd dziadów, skoro Guślarz przekształca się w diabła? A czym martyrologia narodu, skoro pani Rollison, którą zaraz ujrzymy, jest namolną, budzącą śmiech wśród widowni kaleką, a Senator okazuje się mistrzem ciętej riposty?

Umysł mój krytyczny na próżno próbuje scalić sensy, owszem olśniony urodą poszczególnych ujęć, podążając za fascynacjami autora: zbiorowe sceny więzienne z przerysowanymi emocjami stylizowane na modłę operową, gra w golfa i zabawy plenerowe jako ekwiwalent salonu warszawskiego to wszystko jest rzeczywiście bardzo efektowne, tylko się nie składa. Cóż, że ironicznie podkręcimy opowieść Jana Sobolewskiego o wywózce na Sybir, każąc mu swoje wzburzenie wyrażać poprzez strzelanie wyciągniętą nogą jak karabinem, cóż, że młodych więźniów zaopatrzymy w futerały na gitary i ubierzemy we wdzianka z epoki disco, skoro ironicznie traktując Mickiewicza pozbawiamy dramat wewnętrznego napięcia.

Jest arcydramat Mickiewicza opowieścią o martyrologii, jest przejmującym zapisem ukaranej pychy, traktatem o pokorze i jest fundamentem polskiego mesjanizmu. Że duchowo fałszywa to wizja? Że Mickiewicz trwale zatruł polską duszę? Że kompensacyjny element mickiewiczowskiej wizji na lata nas obezwładnił? Zgoda. Ale, czy aby się z nim spierać, musimy go aż tak deformować?

Przecież wówczas lepiej wziąć Wyzwolenie Wyspiańskiego będące niezwykle klarownym zapisem sporu z wielkim Adamem i jego duchem, który ciąży nad Polską. Że zbyt silnie wiąże się Wyspiański z Dmowskim i nacjonalizmem? To może przeczytajmy Beniowskiego Juliusza Słowackiego i zobaczmy, jak on sobie nie radził w walce z wielkim Adamem. On, ten wieszcz inteligentniejszy, mający ostrą świadomość kryzysu romantycznego języka, on mistrz ironii, był w stanie przedrzeźniać Mickiewicza, ale nie był w stanie wydrzeć mu tajemnicy hipnotycznego języka poetyckiego. To Adam potrafił zaczarować naród, to Adam potrafił pisać słowa wieczne…

Mickiewicz anektowany

No dobrze, można się srożyć, ale trudno nie wyrazić wdzięczności za zaproszenie Eimuntasa Nekrošiusa. Pokazał kawał świetnej teatralnej roboty i kapitalnie dopełnił festiwal Dziadów, jaki rozgrywał się w ostatnich sezonach na polskich scenach. Prezentując swoje impresje, przecież nie zniszczy Mickiewicza, tak jak nie wyegzorcyzmowała go ani deklaracja Marii Janion o zmierzchu romantycznego paradygmatu, ani destrukcyjne działania młodych bezczelnych reżyserów.

Romantyzm będzie wracał. I za każdym razem w coraz to dziwniejszym okryciu.

Nieśmiałe brawka, jakie rozległy się na premierze po słowach Wysockiego:

Nasz naród jak lawa,

Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa,

Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi;